Słowo od tłumacza

Sam Chesterton sformułował kiedyś złotą zasadę pisania wstępów: pisać krótko, by książka mogła mówić sama za siebie. Postaram się zatem nie przedłużać.

Zwłaszcza, że książka niniejsza, wydana w 1922 roku, ostatnia część Chestertonowskiej „trylogii podróżniczej” pisanej w latach 1918-21, a obejmującej jeszcze dwa tytuły: Irlandzkie impresje (1919) i Nowe Jeruzalem (1920), to naprawdę dzieło niezwykłe; i bardzo trudno byłoby powiedzieć coś wyczerpującego nawet o jednym z jej niezliczonych aspektów. Podobnie jak w poprzednich dwóch „tomach” tej luźnej serii, Gilbert porusza się na granicy felietonu, eseju i reportażu, traktując doświadczenia ze swojej pierwszej amerykańskiej podróży (drugą miał odbyć jeszcze w roku 1930) jako ilustrację czy punkt wyjścia do szerszych rozważań kulturowych, gospodarczych czy społecznych, prowadzonych głównie tokiem skojarzeniowym, co samo w sobie sprzyja wybitnie dygresyjności i wielowątkowości; i istotnie, Co widziałem w Ameryce nie ma jednego, konkretnego tematu. Jest zbiorem mnóstwa.

Tym wszakże, co wyraźnie wybija się w narracji (bo tak to chyba trzeba nazwać) na plan pierwszy, jest polityka; i jeśli rzeczywiście trzeba by było tę książkę jakoś sklasyfikować, osobiście zaliczyłbym ją do gatunku „eseistyki politycznej”. W miarę postępów lektury, z całego pozornego chaosu zagadnień, z tego mnóstwa wątków, poruszanych niby mimochodem, z tego mrowia przeplatających się nieustannie myśli, z roztrząsań zaczętych, porzuconych, podjętych raz jeszcze, zapomnianych, przypomnianych, coraz wyraźniej wyłania się przed czytelnikiem pewna, luźna być może, ale całkowicie racjonalna struktura, której centrum stanowi zawsze jedna idea: demokracja; i Gilbert jawi się tutaj jako demokrata pełnokrwisty i płomienny, nie tyle zwolennik demokratycznych ideałów, co raczej prorok demokratycznej wiary, nigdy nietracący wiary w prostego człowieka, i z całego serca wyczekującego urzeczywistnienia tego, co należy chyba nazwać w myśli politycznej ideałem jakobińskim (czy też, jak również można rzec – wprowadzając przy tym mimochodem całą złożoność angielskiego demokratyzmu – „radykalistycznym”) – ustroju ludowładztwa doskonałego.

A jednak, i to niezwykle istotny punkt, GKC nie jest demokratą naiwnym. Choć występują w tej kwestii pewne wątpliwości (biorące się zapewne z czegoś, o czym powie się jeszcze dwa słowa za moment), znał znakomicie historię Zachodu i wiedział, czym zakończyła się próba ustanowienia tego ustroju w sposób, powiedzmy (by nie bagatelizować doniosłości i dramatyzmu tamtych wypadków), pozbawiony należytej wrażliwości praktycznej. Dlatego też ideał demokratyczny niekoniecznie wcale wiąże się w jego wypadku z tym, co nazywamy współcześnie – słusznie lub nie – myślą liberalną. Tutaj, jak mniemam, czeka na Czytelnika kilka niespodzianek; nie chcąc wszakże zdradzać ich przed czasem, potraktuję temat, by tak rzec, „okrężnie”.

Współczesny pogląd na sprawy społeczne, obracający się wokół ideału „społeczeństwa otwartego”, zasadza się przede wszystkim na wierze w to, że pełna integracja różnych grup ludzkich jest absolutnie możliwa, po warunkiem, że stworzy się do niej odpowiednie warunki, zniweluje „opresję”, wytworzy społeczność „równych szans” (w czasach Gilberta nazywano to ogólnie emancypacją). Rasa, narodowość, wiara, kultura, obecnie nawet i płeć z jej kulturowo i biologicznie określoną rolą społeczną – wszystkie te zasadnicze dla człowieka sprawy, osadzającego go (na różny sposób) w konkretnym dziedzictwie jego przodków, zapewniające miejsce w świecie i pewien system wartości, pozwalający odnaleźć się w konkretnych sytuacjach wyboru – wszystko to zatem, właściwie się nie liczy, stanowiąc przedmiot swobodnej dekonstrukcji i rekonstrukcji, zależnej wyłącznie od woli jednostki; tym zaś, co rzeczywiście istotne, jest fakt, że „wszyscy jesteśmy ludźmi” i dzielimy ze sobą to, co dla naszego bytu, powiedzmy, konstytutywne. Niestety, trudno czasami zorientować się, o co konkretnie chodzi (filozofia współczesna coraz radykalniej odchodzi przecież od pojęcia natury); lecz w oparciu o potoczne nawet obserwacje i spokojną analizę pewnych faktów, można podejrzewać, że „ludzkość” zamienia się współcześnie po prostu w „libido”.

Oczywiście, nie da się zaprzeczyć, że w poglądzie takim jest trochę z prawdy; niemniej, jeśli brać go zupełnie dosłownie i bez żadnych zastrzeżeń, to jest on po prostu skrajnie naiwny i nieprawdziwy; to mentalność dziecka, wychowanka infantylnej epoki, która nie rozumie, czym może być dla ludzi autentyczna wiara w sprawę. Chesterton był wszakże dzieckiem innej epoki; i nie ma z tą mentalnością zgoła nic wspólnego. I choć jego analizy na pewno mają momenty gorsze i lepsze, i na pewno należy brać podczas lektury poprawkę na to, że tamta epoka również miała swoje wady, i że jej dzieci nie były nieomylne (zresztą szczególnie w kwestii rasowej Chesterton, choć i tak przecież na pewno nie rasista, przeszedł w latach późniejszych znaczną ewolucję, w tym pod wpływem działań papieża Piusa XI), to jednak zawsze stanowią one mistrzowskie przykłady myślenia prawdziwie politycznego, które przede wszystkim z wielką wrażliwością i wyczuciem bada; rozważa; roztrząsa. Nie obraża się na rzeczywistość, nie aprioryzuje, nie ma gotowych recept, ale stara się spojrzeć na problem taki, jakim on naprawdę jest, z tylu stron, z ilu to tylko możliwe, wychwycić wszystkie ewentualne trudności zanim się one pojawią, i zawsze zachowywać jak największy szacunek do realiów, w szczególności do człowieka, ze wszystkimi jego doskonałościami – i niedoskonałościami; jednym słowem robi wszystko to, czego naszej, współczesnej praktyce (i teorii) politycznej desperacko brakuje. Chesterton dobrze wiedział, że idea jest słońcem, a nie lampą uliczną.

Stąd też, jak uważam, jest to lektura niezwykle wartościowa; z radością zatem oddaję ją w ręce polskiego czytelnika, jako zwieńczenie mojej ciężkiej pracy i pierwszego konsekwentnego planu życiowego, mając nadzieję, że przekład mój – przy wszystkich wadach, bo trudno zresztą, by się obył bez nich – pozwoli mu jak najlepiej poznać tę stronę Chestertonowskiej myśli i dorobku (przez niego samego ujętą w porywający aforyzm i symbol zarazem: „czerwona czapka i czerwony krzyż”), która była przecież dla jego dziennikarskiego fachu zupełnie zasadnicza, a którą jednak – i to nie tylko w Polsce, ale i chyba na Zachodzie – dopiero tak naprawdę zaczynamy gruntowniej poznawać.

***

Warto może poświęcić jeszcze kilka słów aspektom formalnym, ponieważ jest to sprawa paląca (choć zapewne wielu czytelnikom GKC nie będzie to potrzebne); powszechnie wiadomo, że Chesterton nie miał – by tak rzec – „nabożeństwa” do faktów; traktował je raczej z dystansem, w tym sensie, że zawsze był blisko, ale zawsze bez przesady. Wynikło stąd całkiem sporo nieporozumień, łącznie ze wspomnianym już wyżej, a często spotykanym przeświadczeniem, że GKC nie interesował się za bardzo historią, zdając się całkowicie na swojego przyjaciela, Hilarego Belloca. A jednak, skoro o faktach mowa, to teoria niniejsza nie wytrzymuje z nimi konfrontacji; i lektura jakiegokolwiek bardziej historycznego dzieła Chestertona niechybnie ujawni jej zupełną niesłuszność. Stosunek Chestertona do faktów, czy raczej (bo to lepsze określenie) – dokładności opisu historycznego – stanowił część jego szerszej strategii pisarskiej, przyjętej już przy pracy nad pierwszą książką, która zapewniła mu popularność, czyli biografii literackiej Roberta Browninga (1903). Strategie ową zauważył już choćby amerykański krytyk Chestertonowskiego pisarstwa, Gary Willis, w swojej interesującej pracy z 1961 roku słusznie nazywając ją maską”; pewnym dobrze pojętym przedstawieniem, zakrywającym to, co ewidentne. Nim zasiadł do pisania, Chesterton całe dnie spędzał w bibliotece, przeglądając dziesiątki książek i sporządzając masę notatek; a efektem końcowym było dzieło niedbałe, z mnóstwem drobnych błędów w datach i cytatach. Jak zauważa Willis: biorąc pod uwagę ogrom materiału, jaki GKC zgromadził podczas przygotowań, trudno uznać to za co innego, niż krok rozmyślny. I istotnie, był to krok rozmyślny, który raz na zawsze określił Chestertonowską metodę twórczą. W niniejszej książce GKC również zatem z rzadka tylko mówi cokolwiek wprost, nieustannie sięgając po różnorakie figury stylistyczne – przede wszystkim przypowieść, symbol, hiperbolizację i – dowcip (o paradoksie nawet nie mówiąc) – pozostawiając czytelnikowi zadanie dotarcia do głębszych treści. Jest to punkt o kapitalnym znaczeniu i naprawdę warto o nim pamiętać podczas lektury. Niektórzy się w stylu Chestertona zakochują; inni go nie cierpią; zazwyczaj jednak, na ile doświadczenie podpowiada, tego typu skrajne postawy wynikają dokładnie z tego, że się zostaje na powierzchni; że bierze się to wszystko, po prostu (niekoniecznie całkiem konsekwentnie i świadomie, ale jednak), dosłownie. Całym naszym zadaniem jest zatem nie zatrzymać się na powierzchni; tylko uchwycić – może i to za wielkie sformułowanie, ale chyba najdokładniejsze – treści ukryte; a wtedy, jak mniemam, zobaczy się wiele interesujących rzeczy.

A jeśli mogę pozwolić sobie na wtręt czysto osobisty, to uważam, że taka metoda, skupiona raczej na dyskusji o zasadniczych ideach i świadomie unikająca jałowych bojów o szczególiki, a także wymagająca od czytelnika świadomej współpracy, jest – na właściwym sobie gruncie – po prostu świetna; i miejmy nadzieję, że przykład tego świętego (jak ufam) człowieka zmieni coś również (kiedyś – kto wie, co się może zdarzyć?) w naszej rodzime literaturze, a zwłaszcza publicystyce. Zawdzięczam jej bardzo dużo – tak też jestem wdzięczny; i żaden miłośnik twórczości Chestertona nie może nie zorientować się, jakiej wagi to sprawa.

Maciej Wąs,

Sosnowiec, 01 VII 2017,

pierwsza sobota miesiąca,

dzień Matki Najświętszej