Nie do zbawienia, ale prawie; dziś będzie trudno. Mnie, się oznacza.

Długo się zbieram do napisania tego tekstu, ale jakoś zebrać się nie mogę; pewnie dlatego, że idzie o sprawy fundamentalne – dla katolicyzmu w ogóle, ale dla rozumienia myśli tudzież „ducha” dorobku Gilberta również. Swego czasu zgadało się na ten temat z Matuszem Tonderą, i mieliśmy zupełnie inne zdania, więc – cóż; chyba coś jest na rzeczy. Ja oczywiście się tutaj w kwestię nie wgryzę, ale ją ledwie nad-gryzę, ale może i to chociaż wystarczy do wstępnego przynajmniej naświetlenia sprawy.

Może zacznijmy od tego: po co był ten Sobór?

Ciekawe, bo mało kto dziś o to pyta – i mało kto dziś o tym mówi. Sam dość długo gryzłem się z tym problemem; pytałem tu i tam, lecz nigdzie nie znalazłem odpowiedzi. Jeśli cokolwiek można usłyszeć na ten temat, to – jak to zwykle w Polsce – perory z pogranicza mistyki;  dywagacje o Duchu Świętym i diable, i różnych rodzajach działania tychże w świecie. Nie neguję ważności problematyki działania diabła, ani tym bardziej Ducha Świętego – lecz trudno utrzymywać, że to właśnie jest odpowiedź, której szukamy zadając to pytanie. Raz jeden na serio próbował wytłumaczyć mi to ojciec Jacek Salij OP; powiedział mi: „Ja też tego wtedy nie rozumiałem, bo mnie się Kościół bardzo podobał; ale jak potem rozmawiałem ze starszymi braćmi… Oni tej zmiany bardzo potrzebowali”. W tamtym miejscu i w tamtym czasie, nie doceniłem tej wypowiedzi, i poszedłem swoją drogą; natomiast od tamtego czasu tu i tam bywałem, swoje zobaczyłem, i nabrałem przekonania, że starszych czasem naprawdę warto słuchać. Bo właściwie nie ma innej odpowiedzi. Sobór Watykański II był konkretną odpowiedzią na konkretne problemy, spełnieniem pragnień konkretnych ludzi; i bez zrozumienia tych problemów, tych pragnień, tych ludzi, nie zrozumiemy, czym właściwie był.

Jakie to były pragnienia? I o jakich problemach Matki Naszej mowa? Oczywiście, nie odpowiem na to pytanie w sposób szczegółowy czy rozstrzygający – niemniej, tak się składa, że na tej stronie akurat dysponujemy dość dobrym źródłem, które rzuca na kwestię całkiem sporo światła – szczególnie, że dzięki niemu, problemy te na naszych oczach ożywają, i możemy dobrze przyjrzeć się ich wewnętrznej dynamice.

Niedawno, sznupiąc po internecie celem znalezienia czegoś-tam, natknąłem się na popełnioną na amerykańskim „tradycyjno-katolickim” portalu recenzję „Rewolucji Francuskiej” Belloca, oczywiście utrzymaną w tonie demaskatorskim. „A-ha!”, wołał szanowny autor, „proszę bardzo! Prawda wyszła na jaw! Tyle się mówi o tym tam ‚Bellocu’ (o ile to jego prawdziwe imię), tak się nam wciska to całe ‚dystrybucjonistyczne’ towarzystwo, tak się zachwala, promuje, obnosi – a tu proszę: podły, obrzydliwy jakobin, zwolennik krwawej Rewolucji, dywersant w łonie Świętej Matki Kościoła, której nieprzerwana dwutysiącletnia tradycja niczym słońce jaśnieje ponad brudem świata. Papież VII napisał: (etc. etc.). Dlatego też czytanie tego pół-heretyka, tego chwiejnego mąciciela, jest rzeczą wybitnie niebezpieczną; wyrzućcie jego książki za okno, albo najlepiej spalcie je w wielkim piecu, odmawiając w trakcie różaniec”.

I tak, oczywiście koloryzuję – niemniej dzięki temu tym bardziej złapać można (paradoksalnie) o co chodzi.

No tak; tylko że zaraz-zaraz. Belloc całą duszę wylał na obronę wiary; na pracy apologetycznej strawił pół życia. Gdy kandydował do parlamentu, wytknięto mu jego płomienny katolicyzm, jak rzecz rzekomo „antynarodową”. Wyciągnął z kieszeni różaniec i powiedział: „Kiedy tylko mogę, padam na kolana i odmawiam tę modlitwę; szanowny panie, jeśli to pana gorszy, będę dziękował Bogu, jeśli oszczędzi mi wstydu reprezentowania pana w parlamencie”. Wielki tłum anglikanów zakrzyknął z zachwytu, i Belloc wywalczył elekcję. W uznaniu tych zasług, całej tej ciężkiej, nieprawdopodobnej pracy, papież Pius XI oznaczył go w 1936 roku Krzyżem Wielkim Orderu św. Grzegorza Wielkiego. I co? Nawet abstrahując od tego, czy pan B. się w „Rewolucji Francuskiej” pomylił, czy nie – czy ze względu na jedną, maluteńką książkę, mielibyśmy potępić w czambuł wszystko, co ten człowiek zrobił, nawet jeśli się z nim nie zgadzamy – skreślić całe to wielkie, kolosalne życie tylko dlatego, że nie dogadujemy się z człowiekiem co do jednej rzeczy, do tego kompletnie niezwiązanej z wiarą? Przecież, na zdrowy rozsądek, takie coś to czyste szaleństwo; i ciekawe – bo jeśli naśmiewamy się (jak zapewne robimy) z manii „czystości ideologicznej”, jaką dało się uświadczyć nawet u polskich socjalistów, to powinniśmy zastanowić się nad tym ze dwa, albo i trzy razy.

Sienkiewicz, na ile mi wiadomo, sporo dowiedział się o życiu polskiej szlachty obserwując środowiska polonijne w USA, które podtrzymywały jeszcze tradycje sarmackie; na tej samej zasadzie, sporo możemy dowiedzieć się o tym, co było wtedy, obserwując środowiska, które i dziś żyją jeszcze tym samym duchem. I tak, to właśnie twierdzę; że – krótko  mówiąc – to jest właśnie ten nastrój, czy też, jak mogliby rzec niektórzy (na przykład ja), problem, ten język, to nastawienie, na które odpowiedź stanowił Sobór Watykański II. Mania „czystości wiary”, kataryzm, balansujący na granicy pospolitej psychozy; czujność granicząca z obsesją; nienawiść wobec świata wpadająca prawie w manicheizm. „Św. Paweł i święci gardzili światem tylko z szalonej miłości do tego, który nas pierwszy umiłował, i porównując go z Nim, i dla uczestnictwa w cierpieniach i dziele Jezusa […] Wiarołomne chrześcijaństwo, o którym mówię, przeciwnie, zostawiło boską agape w świętym cieniu, a w każdym razie w jego oczach świat był nic niewart nie w porównaniu z Bogiem, lecz sam w sobie. Praktyczne reguły postępowania, których ono udzielało, coraz częściej przybierały postać zakazów, natomiast na pierwszy plan wysuwały się wartości negacji, sprzeciwu i lęku, skłonność do uważania rzeczy za wrogie i uciekania od nich. Opuść oczy, odwróć głowę! Unikaj niebezpiecznych okazji! To, co moralne, brało górę nad tym, co teologalne, ucieczka przed grzechem – nad miłością i zjednoczeniem w miłości” – tak opisuje ten stan rzeczy Jacques Maritain, który poznał go przecież (aż za dobrze) na własnej skórze, w swym testamencie filozoficznym, którym powinien zainteresować się każdy pragnący zdobyć głębsze zrozumienie poruszanych tutaj spraw. Oczywiście, zaraz dodaje: „Ten opis w żadnym wypadku nie odnosi się do prawdziwego życia Kościoła, takiego, jakie toczyło się w jego głębinach”; niemniej na pewno odnosi się do praktyki ogromnej, niebezpiecznie ogromnej rzeszy wiernych – i do całkiem licznej grupy intelektualistów i tych, którzy piastowali w jego doczesnych strukturach funkcje kierownicze (nawiasem: przywoływane fragmenty tłumaczył pan Arkadiusz Ziernicki). Ani słowa dialogu ze światem, ani kroku w tył, ani razu nie przyznać się do błędu, nie dawać pola najmniejszym nawet wątpliwościom – Kościół jest święty, Kościół jest nieomylny; podłe spiski masońskie czyhają na niego wszędzie. Otoczony wrogami, musi się bronić; a jeśli ktoś nie pomaga w tej obronie, jeśli ktoś nadkrusza mury czcigodnej warowni, uchyla bramy, wpuszcza nieprzyjaciół do środka i gasi ducha bojowego – niechaj zamilknie, i to natychmiast: niechaj zamknie usta pod karą ekskomuniki.

I, jak powiadam, przecież to nie są puste dywagacje, czy choćby hipotezy; to są fakty, które możemy obserwować na własne oczy.

Dlaczego, spyta ktoś, tak to wyglądało? Skąd taka wrogość w stosunku do wszystkiego, co niekatolickie, tak zdecydowany sprzeciw, tak skrajna negacja, taka niezdolność do nawiązania jakiejkolwiek wymiany? Odpowiedź również jest dość oczywista; i dotyka poniekąd problemu Rewolucji Francuskiej, która wraca do nas, jak widać, niczym bumerang, podobnie jak „niemal obsesyjnie” (powiedział ktoś) wracała w pismach rzeczonego Belloca; jak widać nie obsesyjnie, ale z jakiegoś powodu. Maritain pisze o Soborze jako o walce za lub przeciw idei „Świętego Imperium”; i o to dokładnie chodzi. Kościół był wrogiem świata, to jest zasadniczych tendencji dziejowych, jakie go wtedy kształtowały, wrogiem wszystkiego niemal, co działo się wtedy w najszlachetniejszych częściach europejskiej duszy, bo związał się – skrajnie mocno – ze starym porządkiem; ze światem monarchii, państwa wyznaniowego, kultury tworzonej właściwie wyłącznie „odgórnie”. Nie dostrzegając, że związek ten nie ma koniecznych podstaw ideowych, a ledwie historyczne, brnął dalej, szczerze wierząc, że broniąc Bismarcka i ancien regime’u, broni swej tożsamości jako Ciała Chrystusa; nie było tak; nie było tak w sposób oczywisty i jasny – tak oczywisty i tak jasny, że nie rozumiałbym, jak ktoś może mieć wątpliwości, gdybym przypadkowo sam ich wcześniej nie miał. I Sobór Watykański II, kończąc nareszcie szaleństwo słynnego „Syllabusa”, ostatecznie potwierdził tę prawdę.

A także, że Belloc się nie pomylił; ale to ledwie dygresja.

Z tego właśnie względu – dlatego, że stanowił odpowiedź na problemy de facto polityczne (jeśli rozumiemy ten termin dostatecznie szeroko) – Sobór nie miał charakteru dogmatycznego, a tzw. „duszpasterski”; zadaniem było zmienić nie doktrynę, która jest święta, lecz ledwie styl katolickiego bycia w kulturze współczesnego świata. Temu właśnie służyły wszystkie reformy, z rozpoczęciem dialogu międzyreligijnego i ekumenicznego na czele. Szukać tego, co wspólne, patrzeć na to, co dobre, koncentrować się na tym, co łączy, a nie na tym, co dzieli, rozmawiać, rozumieć, i szukać człowieka – to niewiarygodnie proste, zdroworozsądkowe postulaty, odwracające pięknie wszystkie destruktywne tendencje poprzedniej epoki; i nie wydaje mi się, aby dało się w dokumentach soborowych znaleźć coś więcej, niż to. Trudno się więc dziwić, że dla wielu zacnych i inteligentnych ludzi tamtego czasu wydarzenie to naprawdę stanowiło, jak się rzekło wyżej, prawdziwy powiew wolności, nowe rozdanie, moment swobody i otwarcia na życie – coś, czego wielu z nich wyczekiwało jak wiosny, i co przywitało naprawdę jak tchnienie Ducha, niemalże jak Jego zstąpienie w dzień pięćdziesiątnicy. Zdjąwszy tiarę, Kościół zaczął oddychać swobodnie; rozpostarł do lotu swoje „skrzydła światła”.

Ale skoro tak, zapyta ktoś, skoro to wszystko takie dobre i twórcze, dlaczego przy wdrażaniu tych wszystkich zmian widzi się tyle nadużyć, tyle chaosu, tyle zamętu, dlaczego miesza się przy najwyższych nieraz prawdach moralnych, i dlaczego na każde burkniecie świata gotowym  jest się rozwodnić każdy postulat wiary, i zrelatywizować wszystko, co chrześcijaństwo czyni chrześcijaństwem? Odpowiedź, być może niestety, jest dokładnie taka sama jak wyżej; dlatego, że Kościół tak długo pracował nad utożsamieniem w umysłach ludu doktryny i sposobu funkcjonowania politycznego. Zamach na monarchię był zamachem na wiarę; jeśli zatem znosimy monarchię (czy właściwie godzimy się z faktem, że została zniesiona), jeśli zaczynamy rozbierać żelazne mury Sacrum Imperium, musimy zmienić także i coś w wierze – zmienić jej substancję, „otworzyć ją”, aby pozwoliła nam nareszcie rozmawiać ze współczesnym światem (jak gdyby sama nie była już w najwyższym stopniu otwarta, i w najwyższym stopniu dialogiczna). To jest dokładnie ta sama logika, tylko że działająca w drugą stronę; i, co oczywiste, dokładnie tak samo błędna. Maritain, również w „Wieśniaku znad Garonny” przewidywał, że – jak każde tego typu „odbicie dialektyczne” – ten szał również szybko się zakończy (czyli zapewne za jakieś kilkadziesiąt lat). Miejmy nadzieję, że się nie pomylił.

Natomiast czy się pomylił, czy nie, recepcja Soboru wciąż pozostaje dużym problemem;  i tak, jak Sobór jest współczesnemu katolikowi bardzo, ogromnie wprost potrzebny do odnalezienia własnej drogi w życiu, tak też współczesny, „soborowy” (czy „otwarty”, w dobrym, normalnym tego słowa znaczeniu) katolik jest ogromnie potrzebny samemu Soborowi – dokładnie po to, aby go zrozumieć, zgłębić, przyswoić, i nieść jego przesłanie w świat, broniąc przed nadużyciami i wydobywając na światło dzienne to, co naprawdę istotne. I w tej materii, powtórzę tylko to, co już kiedyś wcześniej napisałem: mamy na kim się wzorować, kogo czytać, mamy gdzie szukać inspiracji; Gilbert żył bowiem dokładnie tym wszystkim, o co chodziło w Soborze. Ze wszystkimi rozmawiał, wszystkich szanował, do wszystkich wychodził; w polityce był liberałem, i orędownikiem francuskiej tradycji demokratycznej – co nie przeszkodziło mu przecież napisać „Ortodoksji”, według słów Gilsona: najgenialniejszego dzieła apologetycznego XX wieku, będącego przecież również jednym z najlepszych chyba zapisów tzw. „chrześcijaństwa po prostu”; lecz choć umiał pisać o „chrześcijaństwie po prostu”, to jednak – gdy przychodziła konieczność – umiał też dać świadectwo swojej konwersji – i wyjaśnić wszystkim, dlaczego jest właśnie katolikiem. Niczego nie rozwadniał, nie zamiatał różnic pod dywan, nie udawał, że świat wygląda inaczej, niż wygląda, czy że nad wszystkim da się przejść do porządku dziennego. A jednak patrzył na innych przede wszystkim jako na ludzi, z kim się dało szukając, czasem przecież tak nieoczywistej, drogi porozumienia. Oczywiście, nie oznacza to, że nie miał wad; że się nie mylił; że nigdy nie potknął się na drodze. Ale tym lepiej; my też nie musimy być doskonali. Zadanie, które przed nami stoi, jest trudne, niewiarygodnie trudne – ale jeśli będziemy patrzeć w odpowiednim kierunku, i z nastawieniem, które podpowiadają nam przeróżni mądrzy ludzie, z pewnym francuskim filozofem (i świętym) na czele, pewien jestem, że mu podołamy; i że faktycznie nowy świt chrześcijaństwa naprawdę nadejdzie.