W sumie, pisałem o tym tutaj dość dużo, więc mam poczucie pewnej jałowości i nudy (zawsze głupio się powtarzać), niemniej sprawa wydaje mi się dość ważna, więc niniejszym jak zwykle tytanicznym wysiłkiem przełamuję stalowe bariery wrodzonej skromności i uwielbienia dla ideałów cichego, chrześcijańskiego życia i niczym Atlas niesę na barkach ten węgiel.

Otóż to jest tak, że Chestertona czyta się głównie na prawicy. Dlaczego, to może oczywiste, choć i wcale nie tak do końca. No ale tak to jest i już. Ciekawostka jednak przedstawia się jak następuje, że jeśli poznać tę postać, a zwłaszcza jej pisarstwo, bliżej, okazuje się, że Gilbert pisał sporo także w sposób i na tematy dla prawicy bardzo niewygodne. Schemat, jak zaznaczałem wielokrotnie, wygląda tak: najpierw bagatelizowanie, potem ignorowanie, potem gniew i agresja, kończąca się albo powrotem do (pseudo-)platońskiego „prawdziwego Chestertona” (niesplamionego brudem empirii, czyli, w tym wypadku, różnych form literackich, które in actu popełnił [słowa „tekst” nie używam tutaj w pełni świadomie, bo mi się brzydko kojarzy]), mutowanego werbalnie ad infinitum (i ad absurdum) jako „Chesterton dojrzały”, „Chesterton istotny”, „Chesterton w kontekście” (w tym wypadku kontekst poznaje się przez ignorowanie znacznej jego części) i tak dalej – albo po prostu ogólnym olaniem sprawy. No i rzecz jasna kompensacyjnym lekceważeniem i niechęcią w stosunku do tego, który akurat pewne rzeczy wyciągnął na światło dzienne, bo mu się wydawało, że tak to się powinno w nauce robić. Ciekawe to, szczególnie w wypadku „braci” katolików, jakże pobożnych zazwyczaj, ale mniejsza już o tę pożałowania godną prywatę i osobiste skargi (które, nie muszę chyba mówić, nie są skargami): to, co jest ważne, to proces, który opisałem wyżej, a który można nazwać po prostu procesem ideologizacji lektury pana GKC. Ideologizacji – czyli tak dokładniej czego? Spróbuję wyjaśnić.

Otóż, na mój skromny rozum, należy w sprawie poglądów człowieka rozróżnić dwie rzeczy (drżę przed babraniem się w definicjach, skoro praktycznie nikomu nigdy to nie wychodzi, niemniej jak trzeba to trzeba): same poglądy, intelektualne treści, które uznaje się za słuszne – a także tzw. „sposób” (łac. modus) w jaki się z tymi poglądami obchodzimy. Zasadnicze rodzaje tego „sposobu” są dwa: podejście fanatyczne i podejście zdroworozsądkowe. Jak wiadomo, cechą dysktynktywną fanatyka jest to, że nie umie rozmawiać. Czemu jednak nie umie rozmawiać? Paradoksalnie: dlatego, że myśląc o ideach, myśli tylko o ideach; czy raczej – myśli tylko ideami. Świat realny, jaki roztacza się przed jego oczami, wydaje mu się wyłącznie jak gdyby wtórną projekcją różnych koncepcji na temat jego natury, z ludźmi i wszystkim tym, co tworzą (społeczeństwami, narodami, kulturami itp. itd.) w charakterze ich nośników. Jak wiadomo, idee mają to do siebie, że jedne są fałszywe, a drugie prawdziwe. Między prawdą a fałszem zaś, dialogu być nie może. To zatem, co fanatyk robi, to bada bezustannie otaczający go świat pod kątem tego, czy zgadza się on z prawdziwymi według niego ideami, czy nie, i ocenia. Zadaniem nie jest poznanie świata i innych, bo to jest łatwe i stanowi ledwie początek drogi, ale postawienie jasnej i nieprzekraczalnej granicy między prawdą a fałszem, co w porządku moralnym zamienia się na rozróżnienie między dobrem i złem, czy raczej: dobrymi („my” – jakieś… my…) i złymi (cała reszta; stąd też myślenie fanatyczne zazwyczaj prowadzi do mitologizacji rzeczywistości jako, na przykład, wiecznej walki Chrystusa z Antychrystem czy jakkolwiek inaczej). No a potem, rzecz jasna, to, aby coś z tymi złymi zrobić. Co? To zależy. Najlepiej oczywiście przeciągnąć na słuszną stronę. Jeśli się nie da, przynajmniej się od nich odseparować, aby się nie „zakazić” (stąd można fanatyzm nazwać również swego rodzaju intelektualnym kataryzmem) – nie spotykać się z nimi, nie czytać „niebezpiecznych” książek, nie zastanawiać się nad ich racjami, i tak dalej. A może coś jeszcze? No, faktycznie: może i coś jeszcze, na co historia, także najnowsza, dostarcza mało sympatycznych dowodów. Tak właśnie przedstawia się fanatyzm: sposób pierwszy.

Sposób drugi, nazwany tu przeze mnie zdroworozsądkowym, to oczywista przeciwieństwo fanatyzmu. Nikt nie wie, co „zdrowy rozsądek” tak naprawdę oznacza. Może on oznaczać wiele różnych rzeczy. Przyjmijmy tutaj jednak taką jego definicję jako pewnego umiaru w sądzeniu, ostrożności, swoistego dystansu, przestrzeni na wyrobienie sobie opinii. Człowiek rozsądny – to człowiek, który, według idealnej frazy z języka angielskiego, nie „skacze” w konkluzje, tylko do nich dochodzi, czasem szybciej, czasem wolniej, w zależności od potrzeb. I teraz, zastanówmy się, skąd bierze się zdolność do czegoś takiego? Wydaje mi się, że jedynie z pewnej szerokości spojrzenia, która z kolei ugruntowuje się egzystencjalnie w jakowejś intuicji, „czuciu” czy jak to tam zwać tego, co w sensie intelektualnym (wtórnie) określa się mianem „analogii rzeczywistości”. Chodzi po prostu o to, że rzeczywistość „rozpada” się jak gdyby na różnorakie „porządki”, elementy czy wręcz „segmenty”, z których wszystkie się łączą, ale nie są ze sobą tożsame. Z tego też względu, nie da się jej (tzn. rzeczywistości) sprowadzić ad unum. Każda sprawa wymaga przemyślenia z różnych perspektyw, pod kątem różnych zasad, które ją kształtują. Nie inaczej wygląda to w wypadku idei. Realistą jest się wtedy, jeśli się rozumie, że idee nie istnieją same, w jakimś pseudoplatońskim „miejscu inteligibilnym”, tylko w świecie takim, który nas otacza, a konkretnie: w ludziach, którzy je znają i ewentualnie uznają. Ze względu na to, kwestia naszego podejścia do nich również rozpada się na kilka powiązanych ze sobą, ale nietożsamych, problemów. Na przykład: taki, że czym innym jest w człowieku porządek intelektualny, czyli kwestia treści idei jako takiej, a czym innym porządek moralny, czyli to, jak się z tymi ideami (że tak powiem) „jest” wobec innych ludzi i rzecz jasna w kontekście Celu Ostatecznego względnie Dobra Najwyższego, które to bycie pozwala ocenić. Albo: że każda idea, oprócz tego, że posiada swoistą treść, istnieje w pewnym kompleksie z innymi ideami, które dana jednostka również ma, co może zasadniczo zmieniać np. sposób, w jaki się o niej mówi i wnioski, jakie się z niej wyciąga. Że zazwyczaj, niestety, kompleks ten stanowi raczej magazyn ograniczeń czasu i miejsca, niż cokolwiek innego, ze względu na co wyraz określonych pomysłów pozostaje praktycznie zawsze wątły i niedoskonały. Wreszcie: że kompleks taki może składać się z różnych idei, słusznych i niesłusznych, to znaczy: że ktoś, kto nie ma racji w jednej sprawie, może mieć rację w drugiej (albo i trzeciej, albo i na odwrót). W każdym wypadku, konfiguracje wewnątrz wymienionych tutaj porządków, jak i między nimi, się zmieniają. I jeśli zdrowy rozsądek nakazuje czasowo zawiesić sąd i dać naszym bliźnim przynajmniej (metaforycznie mówiąc) prawo do sprawiedliwego intelektualnego procesu, to właśnie dlatego, że jako taki stanowi on swego rodzaju „emanację” wirtualnego przynajmniej (jak to się fachowo określa) uchwycenia złożoności realnego świata.

Moim zdaniem brzmi to pięknie, niemniej ma zdrowy rozsądek do siebie tę jedną nieprzyjemną cechę, że rozróżnienia jasne i łatwe do aplikacji przytrafiają się w nim bardzo rzadko. Ludzi nie da się klarownie podzielić na dobrych i złych, wybranych i odrzuconych, tylko wszystko zmienia się w pstrokatą mieszaninę racji i błędów, w której praktycznie każdy mówi naraz rzeczy mądre i kompletne bzdury, popełnia czyny dobre i złe, przerasta innych jak i do nich nie dorasta, w zależności kiedy i w jakim kontekście. Jednym słowem: rozsądek jest męczący. Stąd, najprawdopodobniej, bierze się nieustająca pokusa fanatyzmu, przed którą dobrze przestrzegali nas filozofowie wieku XVIII, jak również – choćby św. Augustyn, który pisał przecież, że Bóg ma swoich nieprzyjaciół w Kościele i przyjaciół poza Kościołem, a czemu, to tego chyba nikt nie zrozumie.

Jeśli zastosować nakreślone tu pośpiesznie rozróżnienie do, że tak powiem, „kwestii Chestertonowskiej”, okaże się niechybnie, że to, co nazwałem „ideologizacją” recepcji jego dorobku to po prostu właśnie owej recepcji fanatyzacja, zresztą obydwa terminy wydają mi się sensowne (ideologia, ze względu na związek z ideą, może przecież oznaczać dokładnie postawę sądzenia istnienia według idei, zamiast idei według istnienia). Chesterton albo musi zamienić się w „czystego” względnie „wybranego” – albo zniknąć jako autor niebezpieczny, znany także jako „lewak”. Jak zwykle, „trudno wnikać w intencje biskupa” (jak powiedział Karol Wojtyła do Michała Hellera), niemniej wydaje mi się, że w tym wypadku również wynika to po prostu z lenistwa i niechęci do intelektualnej niepewności. GKC ideologiczny, że tak to ujmę, (also known as „młot na socjalistów/heretyków/modernistów/liberałów i całą masę innego diabelskiego śmiecia) jest po prostu autorem łatwym. Łatwym, szczerze powiedziawszy, do niemożliwości, a zatem po prostu nudnym (zapewne dlatego zainteresowanie badawcze jego ideami, mimo emocjonalnych peanów na cześć, jest niezmiernie znikome). Dla kontrastu, GKC realistyczny jest autorem do niemożliwości trudnym. Często mówi rzeczy, które człowieka zaskakując i z którymi w pierwszej chwili nie wiadomo nawet, co zrobić. Również takie, które w pierwszym właśnie kontakcie wydają się cokolwiek dziwne, czy nawet niezbyt mądre. Tworzy różnorakie kombinacje najróżniejszych czynników, które powszechnie uznaje się za sprzeczne. No, słowem: i tak dalej. Dodatkowo, pisze bardzo niesystematycznie, więc aby to wszystko ułożyć w całość, trzeba się sporo wysilić, niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy, czy nie. Nie dziwota, że tak bardzo kusi ludzi, żeby dać sobie spokój. Tylko że, a.: to nie jest naukowe; to jest antynaukowe. I każdy, kto pozuje na naukowca, a nawet ma jakieś tytuły (nie mówię w tej chwili o nikim konkretnym, to obserwacja ogólna), a rozumuje jak fanatyk, jest pospolitym oszustwem, choćby i biegał po konferencjach, publikował książki i ogólnie pozował na znawcę tematu. I b.: w wypadku Chestertona sprawa nabiera wagi tym cięższej, że stoi w jaskrawej sprzeczności z jego postawą życiową (czy, jak to sobie pozwoliłem już tutaj zasygnalizować, „orientacją egzystencjalną”). Bo on sam nie tylko że nie był fanatykiem, to jeszcze pałał do fanatyzmu organiczną niechęcią i rozumiał jego niebezpieczeństwo. Istnieje bardzo dobry cytat na temat z Williama Cobbetta, więc wydaje mi się, że najlepiej, jeśli go tu po prostu przytoczę na świadectwo światu (fragment dotyczy smutnej i pouczającej historii ideowego sporu Williama Cobbetta, wtedy związanego ze środowiskiem torysów, ze sporo starszym i mocno już ówcześnie zmarginalizowanego radykała angielskiego, Thomasa Paine’a, ważnej postaci pierwszych dni Rewolucji Francuskiej i deisty, przeciwnika Kościoła Anglikańskiego):

„Paine miał jednak jedną zasadniczą przewagę nad zaczynającymi wtedy w Anglii działalność radykałami, którzy wcale nie odstawali od niego w materii pyszałkowatego racjonalizmu i wypielęgnowanej powierzchowności. Nie był to człowiek wyłącznie merkantylnego usposobienia – nie bardziej, niż Shelley; i wydawał się mieć pewne wątpliwości co do pozytywnych skutków zwyczajnego oszwabiania ludzi i nieograniczonej wymiany handlowej, bardzo podobne do tych, które miał również Cobbett. Co do Cobbetta, to podczas swojej pierwszej wyprawy do Ameryki, atakował jakobinów na zasadzie: „głowa jest do bicia, nie do głaskania”; i intelektualistyczna głowa Tomasza Paine’a w naturalny sposób stanowiła świetny cel. Zaatakował go w sposób, w który zazwyczaj atakował innych ludzi – namiętnie osobisty i brutalny. Powiedział o tym prostodusznym deiście rzeczy praktycznie na pewno zupełnie nieprawdziwe; Cobbett nigdy nie kłamał – ale bardzo łatwo przypisywał innym złą wolę. W tamtym czasie, Tomasz Paine był dla niego po prostu uosobieniem epoki oświecenia; to znaczy: epoki czerwonej ruiny. Jako iż Cobbett był człowiekiem równie co Tomasz Paine prostodusznym; i szczególnie w tamtym czasie, traktował rojalizm z taką samą, płomienną i niewinną wiarą, z jaką jego przeciwnik odnosił się do republikanizmu. Lecz kiedy Cobbett powrócił do Ameryki po tym, jak wyszedł z więzienia, dokonał tam straszliwego odkrycia, które stanowi koniec młodości – nawet jeżeli przynosi także nowy impuls energii życiowej; odkrycia, że na tym dziwnym świecie rzeczy nie są takie, jakimi się wydają – i na pewno nie takie, jakimi twierdzą, że są. Znalazł się w sytuacji, w której mógł zacząć nieśmiało przyznawać, że może być w tym Tomaszu Paine’ie więcej, niż widzi się na pierwszy rzut oka – szczególnie oka cokolwiek szalonego, którym patrzył w ogóle na wszystkich wrogów angielskiej korony. Przede wszystkich jednak, popłynął do Ameryki z myślami kłębiącymi się w jego głowie na kształt roju pszczół, z całym mnóstwem nowych pojęć i nowych podejrzeń, które miały stać się potem budulcem naprawdę oryginalnej filozofii politycznej jego późnych lat. Stopniowo zamieniał się w sceptyka – nie w kwestii koron i credo, ale tych rzeczy, które otaczający go świat darzył nabożeństwem znacznie większym, niż jakiekolwiek credo czy jakąkolwiek koronę. Zaczynał wątpić w to, co zarówno wigowie, jak i torysi, jak i radykałowie coraz bardziej i bardziej zdecydowanie uznawali za oczywistość; całą podstawę komercyjnego sukcesu naszej ojczyzny. Na takiej samej zasadzie, na jakiej kwestionował sam środek ich wymiany, kwestionował także sam język ich sporów. Uważał papierowy pieniądz za makulaturę; i podobnie, przemysłową obfitość uznawał ledwie za przemysłowe odpady. Przede wszystkim, powątpiewał w abstrakcyjne i niewidzialne – transcendentalne wręcz, jak moglibyśmy powiedzieć – elementy nowoczesnego kapitalizmu; narodowe długi i międzynarodowe pożyczki. Tomek Paine podjął się w porównawczej skali bardzo łatwego zadania, jakim był atak an Kościół. Will Cobbett zdobył się na zawrotnie bezgraniczną bezczelność – i zaatakował Bank. I natychmiast przekonał się, że jest na kursie kolizyjnym z całą kolosalną energią epoki, niczym człowiek idący taranem na rozpędzony pociąg. Cały świat zostawiłby podobnego szaleńca samemu sobie; i Cobbett rzeczywiście, pozostał w swoim szturmie całkowicie sam. Wszystkie książki i pamflety z tamtego okresu, i istotnie, wszystkie książki i pamflety aż do czasów współczesnych, szydziły zimno z tej części jego politycznej przygody. Czytał te książki i pamflety, z twarzą tężejącą coraz mocniej w wyraz buntu i pogardy; i nagle, dokonał niezwykłego odkrycia. Przeglądając, jak może być, jedną z dwudziestu współczesnych mu książek i gazet, które zwykł, parskając z pogardą (by nie powiedzieć, że powarkując ze złości), wyrzucać precz po krótkiej chwili lektury, natrafił na jakieś autentyczne pisma „odrażającego” Tomasza Paine’a; i jakże się zdziwił, gdy odkrył, że niektóre opinie odrażającego Tomasza Paine’a jakże prominentnie przypominały niektóre opinie sprawiedliwego i społecznikowskiego Williama Cobbetta. Przekonał się, że Paine, spośród wszystkich ludzi świata – i najwyraźniej jako jedyny człowiek na świecie – naprawdę próbował powiedzieć kilka spośród tych właśnie rzeczy, które tak nadzwyczajnie należało wtedy powiedzieć; i wokół których cała ludzkość snuła się, zakneblowana, pośród makabrycznej ciszy. Nietrudno chyba zrozumieć, że doznał wtedy uczucia odrazy, podobnie gwałtownego i przemożnego jak jego pierwotny unik uprzedzenia; z pewnością – ci, którzy zadali sobie trud napisania studium życia i twórczości Williama Cobbetta mogli dowiedzieć się czegoś na temat jego sposobu bycia, i tego, że cała jego hojność i próżność, cała jego prostota i emocjonalność, jego współczucie dla słabych i jego gniew na samego siebie za to, że był naiwniakiem, zdawała z drżeniem furii domagać się wtedy od niego jakiejś energicznej, zewnętrznej reakcji; jakiejś proklamacji i praktycznych posunięć, które ulżyłyby jego uczuciom i, być może, wymazały jego winę. Okrutnie zniesławił człowieka, który mógłby być jego przyjacielem – i z całą pewnością był jego sojusznikiem. I było zbyt późno, aby mógł mu o tym powiedzieć. Jako iż ten, którego z taką zapalczywością mieszał z błotem, zdążył już w proch się obrócić – i Tomasz Paine nie żył”.

No i to, mi się wydaje, by było na tyle. Niniejszym życzę wszystkim zainteresowanym GKC i jego twórczością jak najszybszego „końca młodości” – co nie oznacza, rzecz jasna, wejścia w starość, ale w ową „niezniszczalność starszych państwa”, o której Gilbert pisał, że tak irytuje młodsze pokolenia, i którą nazwać można swego rodzaju „nad-młodością”. „Trzecią drogą jest rozsądek”, napisał Chesterton i wszyscy się zachwycają, tylko (jak to zwykle z takimi sprawami bywa) nikt z tym nic nie robi. Tymczasem, to stwierdzenie jest faktycznie prawdziwe. Nawet bardziej, niż się może wydawać. Rozsądek jest bowiem nie tylko trzecią drogą, ale i, jak w tym wypadku, drugą drogą, czy po prostu: drogą jedyną. I moim zdaniem przynajmniej warto przemyśleć sobie.

Co staje się sprawą o szczególnym znaczeniu, nadmienię, w lokalnym kontekście naszego małego zaścianka. Nie ma chyba bowiem na tej dobrej ziemi człowieka, który nie zwróciłby uwagi na fakt absolutnej niemal fanatyzacji naszej debaty publicznej (a mówię tutaj nie tylko o kraju, ale i o Kościele). Obecnie, praktycznie nikt już ze sobą nie rozmawia, tylko wszyscy rzucają na siebie anatemy. Jakie tu są przyczyny, trudno filozofować. Na pewno po części przyczynił się do tego internet, z jednej strony istotnie użyteczne narzędzie zdobywania wiedzy, z drugiej: przestrzeń sprzyjająca nabywaniu owej wiedzy w izolacji, co kończy się, jak wiadomo z Ortodoksji, w ten przykry sposób, że się zostaje idiotą (a wiem, co mówię, bo choć za wyrokiem niezbadanej Opatrzności w mniejszym stopniu, niż większość, to jednak ja również dałem się „uformować” onegdaj w ten niesympatyczny sposób). Inną rzeczą jest drapieżny kapitalizm, czy „kompetytywizm”, głoszący, że im więcej konkurencji, i im ona bardziej brutalna, tym lepiej dla gospodarki. Widać już jak na dłoni, że to osobliwe skądinąd myślenie zaczyna przenikać i do innych sfer życia, co wydaje mi się zresztą skądinąd naturalne wobec drugiego z dogmatów tej jakże wychwalanej obecnie religii, że ekonomia (to znaczy, czy się piniążki zarabia, bo tak się ją w kapitalizmie definiuje) dzierży prymat nad wszystkim i stanowi uniwersalny standard oceny wszystkiego. Dochodzą tutaj jeszcze tradycyjne polskie podziały i patologie post-autorytarnego społeczeństwa, w którym wszystko stało się ostatecznie kwestią walki o pozycję i wpływy między nowymi (komuna) a starymi. I tak dalej, i tak dalej, można to mnożyć, nie wiem zresztą. W każdym razie wydaje mi się to bardzo niebezpieczne. Realizm, czy zdrowy rozsądek, nie oznacza, że się nie prowadzi sporów, wręcz przeciwnie. Jeśli uznajemy złożoność rzeczywistości, z konieczności musimy uznać także i to, że spór i tarcia to dla niej stan normalny. Natomiast jednak, mimo wszystko, te spory i tarcia, znaczy krótko mówiąc: różnice, nie wykluczają pewnej jedności (na tym właśnie m.in. polega analogia). Można więc zatrzymać się tam, gdzie dochodzimy do jej zupełnego przekreślenia, nie zrobić tego jednego kroku za dużo, po którym nie ma już powrotu. Naprawdę, warte to przemyślenia, bo jaki koń jest każdy widzi i gdzie to wszystko prowadzi również nietrudno się domyśleć. No a jeśli Gilbert może nam pomóc w tej małej enterpryzie, to ja się mogę tylko cieszyć. I może dojdzie jeszcze kiedyś do tego, że jak ktoś przeczyta o Robespierze, który był „implicite radykalnym teistą”, demokracji, którą da się ugruntować wyłącznie dzięki „boskiej” teologii stworzenia, czy osiemnastowiecznym humanitaryzmie jako „popłuczynie po doktrynach chrześcijańskich”, czy ogólnie spotka się z jedną z ulubionych przez Chestertona intelektualnych igraszek, to nie zrobi tak: „O-O-O-OCH!”

Maciej Wąs