[Chesterton pisze komentując wydarzenie tzw. strajku generalnego, jaki rozpoczął się w Anglii 3 maja 1926 roku. Po burzliwych zajściach, strajk odwołano 13 maja. – Tłumacz]

G.K.’s Weekly, 22 maja 1926 roku.

Pierwszy artykuł, jaki napisałem do tego czasopisma, czasopisma, którego treść jest tak znakomita, jak tytuł zły, pozwoliłem sobie opatrzyć nagłówkiem „Myśli zabłąkane”. I istotnie, ja sam błąkałem się po bezdrożach z dala od Ojczyzny, gdy dotarły do mnie najbardziej chyba sensacyjne wieści w całej historii jej współczesnej polityki; ze względu na obowiązki służbowe musiałem bowiem wyjechać na (w założeniach) parę dni zagranicę, gdy otoczyła ją oto owa wzniesiona w furii barykada – zwiastunka chaosu, który i moją krótką wycieczkę zamienić mógł w wielomiesięczne wygnanie. Znalazłszy się w takiej sytuacji, jedyne, na co potrafiłem się zdobyć, to ledwie opis pierwszych poruszeń duszy, nie zaś bardziej rzeczowa czy racjonalna analiza. Pierwszym zaś, co poczułem, i co czuję do dzisiaj, była duma z mojego kraju. Zawsze wiedziałem, że jeśli pozna się bliżej wspólną kulturę kontynentu, Anglia naprawdę zaczyna wyglądać jak wyspa. To, czego nie wiedziałem wszakże, to że z odpowiedniego dystansu zaczyna wygląda jak góra. I być może najbardziej zdajemy sobie z tego sprawę wtedy, gdy góra ta zaczyna przypominać wulkan.

A jednak, mocą pewnego paradoksu, im bardziej przypomina ona wulkan, tym bardziej okazuje się, że wulkanem nie jest. Nudzi mnie śmiertelnie, jak wszystkich ludzi bardziej narodowego usposobienia, standardowa, mechaniczna gadanina o angielskim umiłowaniu prawa i porządku. Zdaję sobie sprawę, że w ogromnej liczbie wypadków stanowi ona po prostu pochwałę snobizmu i apatii. Zdaję sobie sprawę, że Anglia istotnie przespała wiele momentów dziejowych, które narodom bardziej logicznym i energicznym dały szansę dokonać rzeczy wielkich. Niemniej, z biegiem lat człowiek zaczyna coraz lepiej rozumieć, jak trudno jest ludom ziemi dochować wierności swoim własnym cnotom; a cóż dopiero naśladować cudze? Anglikom zaś, udaje się dochować wierności sobie w stopniu, który sprawia, że słusznie mogą uznawać się za prawdziwy cud świata. Pierwszą wiadomość na temat znalazłem w pewnej francuskiej gazecie, którą kupiłem w kiosku, w miejscowości o wdzięcznej nazwie Tarragona; niezwykle inteligentny francuski dziennikarz zauważał: „Nikt w Anglii nie czuje do strajkujących najmniejszej niechęci, przeciwnie: w nastrojach powszechnych dominuje raczej nuta zrozumienia i współczucia wobec ich trudnego losu i pogarszającej się sytuacji finansowej”. Opinia ta sformułowana została z kapitalistycznego punktu widzenia; ale nawet ona wzbudziła we mnie na moment owo szczere poczucie dumy. Choćby mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał – otóż angielska arystokracja, jeżeli mówi, to raczej językami osłów i gęsi: jakiejś formy miłości, a przynajmniej miłosierdzia, nie można jej jednak odmówić.

Co więcej, mówiąc z przeciwnego punktu widzenia, istnieje bardzo logiczny i godziwy powód, dla którego z względnego spokoju rewolucji angielskiej naprawdę można być dumnym. Bo wbrew różnorakim nonsensom, które można wyczytać w gazetach, sprawą absolutnie kluczową jest dzisiaj, aby angielska partia proletariacka ograniczyła się wyłącznie do inicjatyw pokojowych i działała w granicach prawa. I nie chodzi tutaj wyłącznie o względy polityczne, bynajmniej – bo o coś znacznie poważniejszego; mianowicie: o względy polemiczne. Angielscy robotnicy, gdyby rzeczywiście przeszli do uderzenia (oczywiście mowa tutaj o uderzeniu kogoś w nos – co jest tym gorsze, że niektóre nosy naszej Ojczyzny przedstawiają się pod tym względem nader kusząco), zaprzepaściliby wszystko, o co walczą. Każdy, którego sercu bliska jest sprawa robotnicza, rozumie bez wątpienia, że o to właśnie chodzi w strajkach: że strajk to ledwie pewien etap negocjacji albo metoda odrzucenia oferty proponowanej w negocjacjach przez drugą stronę. Człowiek ma pełne prawo swobodnie sprzedawać swoją pracę, tak jak ma prawo sprzedawać swoją ziemię; za najlepszą możliwą cenę. Mamy tu więc do czynienia z najzwyklejszą w świecie umową handlową – sytuacją taką, jak gdyby kupować kapelusz czy sprzedawać dom. Oczywiście, w sensie głębszym, moralnym i duchowym, jest tutaj jeszcze wyższa instancja: chwała Boga i dobro ludzkości. Ale tak to wygląda w każdym innym wypadku – i nikt nie powinien kupować kapeluszy ani sprzedawać domów nie mając na względzie chwały Boga i dobra ludzkości. W zwykłym sensie prawnym wszakże, ile kto może dać za kapelusz, albo liczy sobie za dom, nie powinno nikogo obchodzić. I bez wątpienia cała ta prosta teoria wolności umów nie miałaby ani krztyny sensu, gdyby każda wymiana ofert mogła w dowolnym momencie przerodzić się w wymianę ciosów. Nie powinno być normalne napisać o kimś: „Choć cena za kapelusz wydawała mu się wygórowana, to jednak nie zamordował sprzedawcy”, albo: „Właściciel nie obniżył ceny najmu mieszkań na Margate do określonego poziomu, ale póki co nikt nie zginął”. Walka i mord to rzeczy wartościowe we własnym porządku; co my przynajmniej gotowi jesteśmy przyznać każdego dnia, gdy chodzi o ocenę wielu wojen – i wielu rewolucji. Ale nie ma dla nich miejsca wtedy, gdy chodzi dokładnie o wywalczenie sobie sprawiedliwego prawa do pokojowych negocjacji. Każdy strajkujący, gdy coś pali czy niszczy, automatycznie wyrzeka się prawa do strajku. Potwierdza bowiem ową charakterystyczną dla państwa niewolniczego teorię, jakoby każda odmowa pracy za pensję stanowiła formę rebelii.

Dlatego też, jak powiadam, w tym wypadku charakterystyczny dla nas dobry humor, wymykający się francuskiemu dziennikarzowi jak jakaś wielka tajemnica, naprawa mnie niekłamaną duma. Nie oznacza to, rzecz jasna, że nie dostrzegam także charakterystycznych zalet mentalności Francuzów, pisałem o tym zresztą wystarczająco często. Jeśli wszakże kogoś bawią komedie pomyłek, niech uświadomi sobie ten oto fakt: że strajk wybuchł dokładnie w dniu, w którym we Francji miały miejsce narodowe obchody święta Joanny d’Arc. Strajk generalny zawsze postrzegano jako potencjalny koniec świata: ostatecznie starcie w kosmicznym konflikcie Pracy i Kapitału. I w tym starciu, jak nam mówiono, każdy będzie musiał opowiedzieć się po jednej ze stron – niczym w dniu Sądu Ostatecznego, gdy Bóg oddzieli niebo od piekieł. A jednak: kiedy przypadkowo ten koniec świata wydarzył się w Londynie, potraktowano go zasadniczo jak londyńską mgłę. Z drugiej strony: jedyną rzeczą, co do której wszyscy Francuzi się bez zastrzeżeń zgadzają, jest podziw dla św. Joanny d’Arc. Ateiści kochają Joannę d’Arc, bluźniercy kochają Joannę d’Arc; sataniści (jak mniemam) czują do niej przynajmniej jakąś dziwną sympatię. I tak też, celebracja czegoś, co do czego wszyscy Francuzi się zgadzają, szybko przerodziła się w regularną wojnę domową, toczną na całej długości ulicy, w której wszyscy okładali się po głowach czym popadnie; policja użyła siły, tłum się rozpierzchł, było wielu rannych, wielu też aresztowano – w tym przynajmniej jednego księdza. Świat to jednak ciekawe i piękne miejsce do życia.

Przede wszystkim jednak, być dumnym z Anglii, to być dumnym ze związków zawodowych. Bo to Anglicy wynaleźli związki zawodowe; i nasi południowi sąsiedzi do dziś mówią „le trade union” – podobnie jak mówią „le train”. Tak, wynaleźliśmy zarówno lokomotywę, jak i współczesny substytut gildii – i widzi Bóg, którym z tych faktów bardziej powinniśmy się szczycić. Wszyscy obcokrajowcy, pośród których obracałem się podczas mojej podróży, zgodnie uznawali tę formę wolności za element kolorytu lokalnego naszej małej wyspy. Nie jest to, istotnie, instytucja tak racjonalna i dobra dla człowieka, jak gildia; być może w znacznej mierze wynika to z uwarunkowań nie tyle miejsca, co przede wszystkim czasu, w którym powstała. Stanowiła spontaniczny gest protestu, wybuch nastrojów ludu raczej, niż część stabilnego demokratycznego systemu. Niemniej, to właśnie przy pomocy tego narzędzia chrześcijańska demokracja przeciwstawiła się nareszcie (jak musiała się przeciwstawić) nienormalnej koncentracji własności i całemu temu szaleństwu, które nazywamy kapitalizmem. I wydaje się jasne, że obecny kryzys wynika w ogromnej mierze z niedwuznacznej próby zlikwidowania tej wielkiej, angielskiej instytucji, jaką podjęły niedawno klasy panujące. I choć sami zawsze opowiadaliśmy się jasno za polityką upowszechnienia własności prywatnej, nigdy nie wahaliśmy się także bronić prawa proletariatu do samoorganizacji jako jedynego narzędzia obrony klas pozbawionych do niej dostępu. Jeśli związki zawodowe przestaną w Anglii istnieć, gazety znajdą na opisanie tego wydarzenia najróżniejsze formuły; winę zrzuci się na jakiegoś średniej wagi polityka czy niskonakładowe czasopismo, ledwie-że znane gdziekolwiek poza Anglią i skazane na szybkie zapomnienie. Ci wszakże, którzy patrzą na Anglię z daleka, niczym na górę wyrastającą z morza, powiedzą, że oto sztandar wolności strącony został z jej wierzchołka. Nie mam wątpliwości, że to pracodawcy zaplanowali wybuch tego lock-outu i starannie wyznaczyli jego datę. Liczyli, że jeśli zacznie się on dokładnie w tak trudnym czasie i w tak trudnym czasie zakończy się klęską, związki ulegną likwidacji, a ubodzy stracą ostatnie realne narzędzie walki o godną pensję. Oczywiście, planem długofalowym było przywrócenie starej, sprawdzonej instytucji tzw. „lwiego kontraktu” między osaczonym i głodnym biedakiem, a całą potęgą wielkiego kapitału, dysponującego monopolem na dystrybucję żywności: choć nikt, kto zna absolutną hipokryzję naszego życia publicznego nie może wątpić, że nigdy nie zostałoby to powiedziane wprost.

Tłm. Maciej Wąs