Moralne to, czy nie, ale prawdą jest niewątpliwie, że nawet najbardziej rycersko i liberalnie usposobionym mężczyznom zdarza się poczuć jakiś dziwny niepokój i nieufność do owych „kobiet politycznych”, które nazywamy sufrażystkami. I jak to z większością sentymentów ludu bywa, nawet ci, którzy dobrze czują, o co chodzi, nie bardzo potrafią powiedzieć, o co chodzi. Z pewnego punktu widzenia można to streścić w ten sposób: że kiedy kobieta rzuca się na mężczyznę z pięściami, jest to jedyny moment w życiu, w którym się jej nie boi. Mężczyźni boją się kobiecych słów, jeszcze bardziej kobiecego milczenia; ale przemoc przywodzi im na pamięć jedynie ową mocno już pordzewiałą, ale bardzo realną broń, używania której od dawna się wstydzą. Ale podobnie prowizoryczne syntezy zawsze zdają się na nic, gdy chodzi o instynkty. Bo rzeczy najprostsze, gdy tylko zaczyna się o nich rozmawiać, stają się najtrudniejsze: co też dokładnie miał, jak mniemam, na myśli Joubert1, gdy stwierdził, że „wierzyć w Boga jest bardzo łatwo, pod warunkiem, że się Go nie definiuje”. Stary Foulon2, wiedziony złym instynktem, zapytał dlaczego ubodzy nie zaczną jeść trawy. Ubodzy, wiedzeni dobrym instynktem, powiesili go na latarni z gębą pełną tej wykwintnej jarzyny. Sprawa relacji międzypłciowych zaś, to dokładnie kwestia instynktu; płciowość i oddychanie to jedyne chyba rzeczy na świecie, które z reguły działają najlepiej, kiedy się o nich nie myśli. To też, jak sądzę, przyczyna, dla której nasza wyrafinowana epoka, która zatruła świat feminizmem, teraz zaczyna truć go promocją ćwiczeń oddechowych. Natychmiast wpadamy w gąszcz fałszywych analogii i błędnych, bezsensownych pojęć historycznych; podczas gdy niemal każdy mężczyzna i niemal każda kobieta, gdyby zostawić ich samych sobie, wiedzieliby przynajmniej tyle, że relacje między płciami to coś niepodobnego do jakiejkolwiek innej rzeczy na świecie.

Nie ma żadnego, najmniejszego nawet porównania pomiędzy konfliktem kobiety i mężczyzny a (nieważne, jak wielką kobieta miałaby słuszność) konfliktem niewolnika i pana, bogacza i ubogiego, patrioty i agresora, opowieściami o których sufrażystki zasypują nas każdego dnia. Różnica jest zaś jasna jak samo słońce; bo we wszystkich innych wypadkach konflikt stanowił zarazem pierwszy punkt kontaktu. Rasy i klasy zaczęły od wojny – nawet jeżeli później zawiązały przyjaźń. Pierwszym i podstawowym faktem na temat płci jest natomiast to, że się po prostu lubią. Szukają. I niezależnie jak wielkie i straszne bywają grzechy, które paczą ich wzajemne relacje, to nie te grzechy i nie te winy stanowią przyczynę, dla której się znajdują. Doprawdy, osłupiające to, jak wielu współczesnych autorów zdaje się nie zauważać tego prostego, podstawowego i gigantycznego faktu, wyrażając się niekiedy w taki sposób, jak gdyby kobieta była w związku zawsze ofiarą i nikim więcej. Zgodnie z tym stanowiskiem nasza idealna, wyzwolona kobieta dostaje po prostu od wieków w głowę kamiennym toporkiem. Naprawdę jednak, nie ma żadnych przesłanek pozwalających wniosek, że nasze idealna, wyzwolona kobieta kiedykolwiek dostała w głowę kamiennym toporkiem; może poza tą, że miewa z tą głową problemy. Te jednak mogły pojawić się z wielu różnych przyczyn. Prawdziwa, odpowiedzialna kobieta dla odmiany, nigdy nie dostała w głowę nikim ani niczym; jeśli zaś ktokolwiek chciałby ją uderzyć, dobrze by zrobił, gdyby (jest taka zabawa, której oddają się z upodobaniem chłopcy z ulicy) zaraz potem wziął nogi za pas. Aktem niewypowiedzianego idiotyzmu jest porównywać to prehistoryczne partnerstwo do sporu monarchistów z rewolucjonistami. Prawdziwy monarchista chce zdławić rebelię. Prawdziwi rewolucjoniści chcą zniszczyć monarchię. Ale płcie zwyczajnie nie mogą chcieć zniszczyć siebie nawzajem; i jeśli dopuścimy, aby wytworzył się między nimi rodzaj jakiegoś permanentnego konfliktu, natychmiast zamieni się on w coś równie nędznego, jak system partyjny3.

Jako iż małżeństwo, jak ustaliliśmy, ma swoje źródło w pierwotnej jedności instynktów, nie da się go porównać, ani nawet konfliktów, jakie się w nim wydarzają, do jakiejkolwiek przygodnej niezgody zupełnie odrębnych bytów czy instytucji. Można by, owszem, porównać tę sytuację do relacji plantator–Murzyni – gdyby okazało się, że całą młodość biały człowiek wzdycha mimowolnie do abstrakcyjnego piękna czarnoskórych. Albo do rebelii chłopskiej – gdyby młodzi panicze ziemiaństwa pisywali sonety na cześć chłopów, których nigdy nawet nie widzieli na oczy. Albo do powstań feniańskich w Irlandii – gdyby każdy Irlandczyk w skrytości ducha pragnął poznać jakiegoś Anglika i z nim zamieszkać. Skoro jednak nie mamy wiedzy, aby cokolwiek z tego było prawdą, wszystkie te analogie to po prostu błąd – i to błąd kardynalny, lekceważący najoczywistsze fakty. Nie mówię tutaj o rzeczach takich, jak perspektywy na poprawę czy racje stron, rzeczy, które faktycznie da się porównać: mówię o tym, że przy tym wszystkim te przypadki naprawdę się różnią. Może być i tak, że w relacjach seksualnych miłość często zmienia się w nienawiść; może być i tak, że w relacjach klasowych nienawiść często zmienia się w miłość. Ale jakakolwiek filozofia płci, która nie wychodzi od faktu ich wzajemnej fascynacji, wychodzi od błędu; i wszystkie historyczne porównania, które czyni, są czymś równie nieistotnym i niepoważnym, jak gierki słowne.

Pokazać wszakże podobnie zimną negację naturalnych instynktów to łatwa sprawa: wyrazić, czy choćby pół-wyrazić instynkt, z drugiej strony, jest już dużo, dużo trudniej. Instynkty to w znacznej mierze kwestia tego, co ludzie nazywają „stylem” literackim, a co nieco bardziej wulgarni ludzie nazywają „stylem” ubierania się. Chodzi w nich o to, jak się coś robi, a nie tylko, czy ktoś coś może zrobić: i najgłębsze elementy upodobania bądź awersji oddać można wyłącznie za pomocą przygodnych skojarzeń lub obrazów. Gdy Danton bronił się przed jakobińskim trybunałem, mówił tak głośno, że jego głos słychać było w odległych uliczkach po drugiej stronie Sekwany. Musiał ryczeć niczym byk Baszanu4. A jednak, nikomu z nas ten popis talentu nie wydałby się niczym innym, jak tylko czymś poetyckim i niezmiernie eleganckim. Załóżmy wszakże, że Maria Antonina, stojąc przed tym samym trybunałem, zaczęłaby wyć tak, że słyszano by ją w Fabourg St. Germain – cóż, osąd zostawiam instynktom, jeśli jeszcze ktoś je ma. To nie grzech, wyć. Również i nic szczególnie dobrego. To po prostu kwestia bezpośrednich wrażeń artystycznej, a wręcz zwierzęcej części ludzkiej natury, jak gdyby usłyszeć nagle koło głowy wystrzał z pistoletu.

Być może najbliższą prawdzie analizę instynktu można sporządzić opisując gesty oratora. Bo prawdziwy orator w każdym wypadku musi być demagogiem: nawet jeśli tłum, do którego przemawia, jest cokolwiek mały, jak francuski komitet czy angielska Izba Lordów. „Demagog” zaś, we właściwym, greckim znaczeniu tego słowa, nie oznacza kogoś, kto przymila się ludowi – ale tego, który lud prowadzi: i przy odrobinie dobrej woli na pewno łatwo dostrzeżesz, drogi czytelniku, że te gesty, które oratorzy wykonują najbardziej instynktownie, to gesty dowódcy wojskowego. Zwróć uwagę choćby na ów płynny wymach ręki od tułowia na zewnątrz, który wielkim mówcom przychodzi tak naturalnie, a który marni mówcy tak sztucznie próbują naśladować. Przecież to niemal dokładnie gest wyciągnięcia miecza z pochwy.

Nie chodzi o to, jakoby kobiety były niegodne głosować; ani nawet że głosowanie jest niegodne kobiet. Ale o to, że głosowanie jest niegodne człowieka – tak długo, jak długo pozostaje tylko głosowaniem; nie mając w sobie ani iskry tego starożytnego militaryzmu demokracji. Jedyny rodzaj tłumu, do którego faktycznie warto mówić, to tłum gotów gdzieś pójść i coś zrobić; jedyny rodzaj demagoga, którego faktycznie warto słuchać, to taki, który umie wskazać coś, co jest do zrobienia: jeśli zaś wskaże to mieczem, wszystkim nam wyda się to tak naturalne, jak gdyby miał po prostu bardzo długie palce. Teraz, z pominięciem kilku mistycznych wyjątków potwierdzających regułę5, tego typu gesty, a więc i instynkty, nie są kobiece. Żaden mężczyzna nie ma nic przeciwko uczestnictwu kobiet w życiu publicznym. Jedyne, co może mu się nie podobać, to ich uczestnictwo w życiu politycznym: a to zupełnie inna sprawa. I instynkt ten nie ma nic wspólnego z pragnieniem, aby trzymać je pod kloszem czy w klatce: jeżeli rzeczywiście ktokolwiek na świecie pragnie czegoś takiego. Każdy normalny mąż cieszyłby się, gdyby jego żona nosiła złotą koronę i stanowiła prawo zasiadając na tronie z marmuru; albo gdyby głosiła wyrocznie z trójnogu kapłanek; albo chodziła, spowita cieniem mistycznego macierzyństwa, w procesjach starożytnego zakonu. Lecz gdyby stała na podwyższeniu na dokładnie takiej samej wysokości, jak on; wychylona wprzód nieco bardziej, niż wymaga tego wdzięk i z ustami otwartymi nieco szerzej, niż wypada osobie poważnej – cóż, jedyne, co ja tutaj robię, to rejestruję po prostu pewne fakty historii naturalnej; a fakty są takie, że to to właśnie jest tym, co boli. A nie popularność, władza czy pozycja. Świat współczesny musi na własną rękę ocenić, czy podobne drgnienia instynktu to rzeczywiście zapowiedź zagrożenia; i czy napięcie nerwów tak materialnych, jak moralnych, to objaw zatrucia i znak, jaki daje nam natura.

Tłm. Maciej Wąs

1 Joseph Joubert (1754-1824) – francuski pisarz, moralista, myśliciel, przyjaciel Chateaubrianda.

2 Joseph-François Foulon de Doué (1715-89) – minister finansów (dosł. „generalny inspektor finansów”) za panowania Ludwika XVI. Skrajny konserwatysta. Czy faktycznie powiedział to-to o trawie (według innej wersji: o sianie) nie jest pewne. Na pewno jednak odnosił się do ludu i jego roszczeń ze skrajną pogardą, za co faktycznie skończył w niesympatyczny sposób.

3 Oczywiście w znaczeniu (Cecylowo)Chestertonowsko-Bellokowskim.

4 Aluzja do Psalmu 22.

5 GKC ewidentnie czyni tu aluzję do swej ulubionej Joanny z Arc.