[Tytuł jest rzecz jasna mojego pomysłu, w Illustrated London News artykuły Gilberta nie miały tytułów. Reszta jest taka, jak w zbiorach cyfrowych British Newspaper Archives, które niniejszym polecam: https://www.britishnewspaperarchive.co.uk. Tekst jest bardzo interesujący, ponieważ stanowi jeden z nielicznych dostępnych komentarzy na temat istotnie rzekomego ‚mediewizmu’ GKC, błędne pojęcia o którym do dziś niemało utrudniają właściwą recepcję jego dorobku, napisanych przez samego zainteresowanego. To polecam, nawiasem, znacznie bardziej, niż BNA. – Tłumacz.]

Jest taka popularna praktyka polemiczna, polegająca na zastępowaniu szlachetnego słowa „pies” jakimś uczonym neologizmem, będącym w istocie synonimem „kota”. Ledwie chwila tej zabawy i pies może okazać się zupełnie dowolnym stworzeniem na ziemi: nietoperzem, na przykład, albo sową. Podobne fantazje logiczne to chleb powszedni historii polemiki. Najbardziej oczywistą wersją tego procesu, jak wszyscy wiemy, jest przykleić do kogoś jakąś etykietkę – a potem „dedukować” sobie jego poglądy właśnie z tej etykietki, nie zwracając uwagi na to, co sam delikwent ma do powiedzenia. Sam doświadczyłem tego, na miarę moich skromnych możliwości, wystarczająco często. Oto napisze ktoś: „Pan Chesterton jest ‘mediewistą’; dlatego też można go zrozumieć, nawet jakoś usprawiedliwić (przynajmniej z jego zacofanego punktu widzenia), gdy nawołuje do publicznego wyrywania Żydom zębów, palenia na stosach żywcem setek ludzi, czy poszukiwania kamienia filozoficznego”. Tylko że ja nigdy nie napisałem, jakobym był mediewistą; i mam, prawdę mówiąc, bardzo blade pojęcie, co ten termin właściwie mógłby oznaczać. Wiem jednak, do czego nawołuję – i na pewno nie do zapewnienia wszystkim Żydom Anglii bezpłatnego dostępu do usług stomatologicznych, choć istnieje faktycznie ciekawa opowiastka o tym, jak to król Jan zrobił pewnemu Żydowi coś, co dzisiaj uznaje się za szczyt higieny i chce robić wszędzie i wszystkim. Ani, skoro już o tym mowa, do poszukiwania kamienia filozoficznego; choć być może nawoływałbym nieśmiało do poszukiwania (trudno i nudno, ale zrobić to trzeba) jakiejś filozofii. Prosta prawda na ten temat, w którą tak wielu trudno uwierzyć i którą tak wielu trudno najwyraźniej zrozumieć, jest rzecz jasna taka, że rozsądny człowiek nie wierzy w epoki, z całym pakietem wyznawanych w nich idei, dobrych czy złych – ale właśnie w idee, które przypadkowo mogły być popularne w jednej epoce i relatywnie niepopularne w innej. Nic jednak nie zdoła przekonać moich krytyków, że nie myślę o społeczeństwie w kategoriach czapek i tunik, szyszaków, serdaków, piór i płaszczy z kapturem. Nic, jak wszystko na to wskazuje, nie zdoła przekonać ich, że po prostu myślę.

Znakomitym przykładem praktycznym jest tutaj zjawisko gildii. Zacznijmy od tego, że to moderniści, a nie mediewiści, używają słowa „gildia” w sposób romantyczny, wręcz irracjonalny. Obecnie, wszystko może być „gildią”: grupa osób zajmujących się zbieraniem z podłogi skórek pomarańczy, na przykład, może ogłosić się Gildią Pokłośnic Promienistych; trupa wędrownych kuglarzy, dająca występy w Margate czy Ramsgate [miasta w Kent, w Anglii – Tłumacz] – Gildią pod wezwaniem Gargantuicznej Gitary; czy wreszcie ruch promujący zakładanie kagańców kotom – Gildią Na Rzecz Równego Traktowania Wszystkich Naszych Czworonożnych Przyjaciół. Lecz ilekroć to nam, oskarżanym bez ustanku o swego rodzaju mediewistyczny mistycyzm, zdarzy się użyć tego słowa w zupełnie poważnej dyskusji na temat idei, z której wzięły się gildie – cóż: wszyscy wokół zachowują się tak, jak gdyby nigdy ani przez myśl im nie przeszło, że w ogóle stoi za tym wszystkim jakaś racjonalna idea. Tymczasem, istotnie, gildyzm to właśnie idea – i (w sensie ścisłym przynajmniej) ni mniej, ni więcej.

Idea, czyli pewna ekonomiczna i etyczna teoria na temat tego, jakie powinny być i w jaki sposób funkcjonować niektóre elementy struktury społecznej; niemająca (nawiasem) jakichkolwiek związków z „romantycznością”, zewnętrznym rytuałem czy dziwnym kolorowym strojem. Powiedzieć, że się wierzy w gildie to sąd jak każdy inny, dokładnie tak, jak gdyby powiedzieć, że wierzy się w trusty czy własność państwową, czy syndykalizm, czy w jakikolwiek inny, konkretny projekt rozwiązania pewnych problemów produkcji, wymiany, czy zatrudnienia. W mojej opinii, wielkim szczęściem średniowiecza był fakt, że zaczęło ono w pewnym momencie budować swoją gospodarkę na tej właśnie idei. Ale średniowiecze stanowiło także pod wieloma względami epokę bardzo nieszczęśliwą; czego dosadny przykład stanowi dokładnie to, że nie skończyły one budować swojej gospodarki na tej właśnie idei. Jeśli jednak komukolwiek wydaje się, że mówiąc o gildiach widzę oczyma wyobraźni bajkowy świat, w którym idealni rzemieślnicy wykonują z uśmiechem na ustach swoje arcydzieła, a szczęśliwi czeladnicy tańczą w kółeczku wokół słupa majowego, w międzyczasie racząc się domowym piwem, rozminął się ze mną w odległości mniej-więcej stu mil. Bo gildyzm naprawdę nie ma żadnych, najmniejszych związków z romantyczną tęsknotą za wyidealizowanym światem wieków średnich; żadnych, powiadam, nawet najmniejszych związków.

Teoria gospodarki cechowej, rzecz różna zasadniczo tak od socjalizmu, jak się go na ogół definiuje, jak i kapitalizmu jak się go na ogół urzeczywistnia, przedstawia się zaś po prostu jak następuje: ludzie pracujący w określonym zawodzie dalej pracują niezależnie – a pracując niezależnie od siebie, w takich czy innych wypadkach ze sobą konkurują. Niezależnie – a więc na własny rachunek, wykorzystując do tego własny kapitał i własne narzędzia, tak że w tym sensie zysk na rachunku jednego to strata na rachunkach całej reszty. Niemniej, wszyscy również zawierają ze sobą swego rodzaju umowę, zobowiązując się, na przykład, nie nakręcać tej rywalizacji ponad pewną ustaloną miarę czy nie stosować w niej środków uznanych za nieuczciwe. Innymi słowy: konkurencja istnieje, ale konkurencja rozmyślnie ograniczona; czy, jak kto woli, sztucznie ograniczona. Cel zaś tego ograniczenia jest banalnie prosty: by konkurencja pozostała konkurencją, a nie zmieniła się w kombinat. Konkurencja typu kapitalistycznego, nie-ograniczona z samej swej definicji, utrzymała się zaledwie niecałe sto lat, by potem ustąpić miejsca właśnie kombinatom. Słowa „kombinat” używam zaś tutaj zupełnie świadomie – dokładnie dlatego, że być może niektórym skojarzy się z „kombinacją”. Tak czy inaczej: prawdziwa historia tego zjawiska jest po prostu taka, że kiedy wszystkie sklepy mogą konkurować ze sobą wszędzie, o wszystko i na wszystkie sposoby, godziwe czy niegodziwe, jeden sklep zjada wszystkie inne. Czy, by to ująć lepiej i godniej, jeden człowiek zjada wszystkich innych. I bardzo często, co wynika z samej natury kapitalizmu, wygranymi w tej walce okazują się najgorsze sklepy – i najgorsi ludzie.

Teraz, gildyzm nie jest ani średniowieczny, ani współczesny – to abstrakcyjna zasada, z natury będąca poza czasem. A że tak to właśnie wygląda, najlepszy dowód stanowi fakt, że gildie istnieją – i to w zawodach, które wszyscy bardzo dobrze znamy. Lekarz, na przykład, najzwyklejszy lekarz pierwszego kontaktu, z którym większość z nas miała styczność i któremu wielu z nas zawdzięcza życie, to przypadkowo także znakomity przykład „brata” cechowego. Nie jest socjalistycznym urzędnikiem; nie jest sługą państwa; jest lśniącym przykładem prywatnej inicjatywy. To znaczy: przysługuje mu pełna własność lancetów i stetoskopu, którymi się posługuje; sam musi wykupić lub wynająć budynek na swoją przychodnię; i do pewnego stopnia – rywalizować z innymi, którzy należą do tego zawodu.

Nie wolno mu jednak posuwać się w tej rywalizacji do pewnych określonych czynów; na przykład: doprowadzić innego lekarza do bankructwa z wykorzystaniem przeróżnych sztuczek autopromocji czy autoreklamy; innymi słowy: musi zachować w stosunku do swoich kolegów po fachu minimum szacunku i troski. A musi to zrobić dokładnie dlatego, że jest członkiem gildii czy bractwa, istniejącego dla dobra całej profesji – i wszystkich jej przedstawicieli. Jasny i jawny cel takiej instytucji stanowi natomiast dokładnie stworzenie, w miarę możliwości, takich warunków, by wszyscy lekarze mogli pracować w spokoju i żaden nie mógł wypchnąć z rynku wszystkich pozostałych. Gdyby zaś pozwolić używać na tym rynku wszystkich istniejących metod reklamy i promocji, istnieje duże ryzyko, że dwudziestu uczciwych doktorów zostanie pożartych za jednym kłapnięciem przez jakiegoś niegodziwego szarlatana.

Wszyscy wiemy, że to właśnie stało się w dziennikarstwie, to właśnie stało się w handlu i całej masie innych zawodów. Warto również zauważyć, że strona odwrotna starej idei cechowej, przeciwwaga dla tego jej elementu, jakim jest ochrona niezależności drobnych właścicieli, mianowicie: idea, że każdy drobny właściciel musi udowodnić, że na tę niezależność zasługuje, obowiązuje dziś w medycynie tak samo, jak obowiązywała w średniowieczu w mniej-więcej wszystkich wypadkach. I często słyszy się przecież dzisiaj narzekania, że związki zawodowe nie dbają, inaczej niż cechy właśnie, o jakość pracy i standard wykonania.

Cóż – nie dbają, bo w warunkach współczesnych po prostu nie mogą, bo powstały jako odpowiedź na specyficzne problemy czasów, w których przyszło nam żyć. Fakt jednak pozostaje faktem, że gildie, nim roztoczyły nad danym rzemieślnikiem parasol swojej ochrony, sprawdzały wpierw poziom jego biegłości w zawodzie; i nietrudno zauważyć, że współczesna procedura awansów medycznych to tutaj ledwie prosta analogia. Każdemu może się ten system, rzecz jasna, w uzasadniony sposób nie podobać, podobnie jak mnie, tuszę, że w równie uzasadniony sposób, bardzo się podoba. Każdy może argumentować (nie bez racji zresztą), że rozwiązanie to ma swoje własne wady. I że, w jego opinii, tych wad jest więcej niż zalet. Nikt nie może jednak, ani zasadnie, ani racjonalnie, powiedzieć, że wszelkie argumenty na rzecz tego systemu to romantyczne bzdury o owym raju na ziemi, jakim rzekomo w moich oczach miałyby być wieki średnie. I powiem bez ogródek, że każdy, kto opowiada, że ta konkretna metoda społeczna, według prawideł której funkcjonuje dziś w Anglii niemal cała chirurgia, i która reguluje niemal cały postęp współczesnej teorii medycyny, to ledwie szalony sen o powrocie do używania herbów i zbroi płytowej, robi z siebie po prostu głupca; bo to dokładnie tak, jak gdyby powiedział, że uznać autorytet medyczny Sir Stanleya Hewetta czy Sir Thomasa Hordera [dwóch lekarzy z epoki – Tłumacz] może tylko ktoś, kto ubiera się w tunikę i biega po mieście wymachując proporcami średniowiecznych wojsk.

Tłm. Maciej Wąs