Z serii: Trzciny na wietrze

G.K.’s Weekly, 10 kwietnia 1926

[Tekst odnosi się do kwestii strajku górniczego, jaki wybuchł w Anglii właśnie w roku 1926. Dystrybucjoniści, jak zwykle, znacząco się podzielili – część wsparła strajk, część uznała to wsparcie za niebezpieczne odchylenie od linii „ośrodków porządku społecznego” (że tak to ujmę), zwłaszcza Kościołów (Anglikańskiego i Rzymskokatolickiego). Zaczęły się wewnętrzne przepychanki, a także (i chyba głównie) spór o to, czy Gilbert pobłogosławił dystrybucjonistycznych radykałów, czy nie. Ostatecznie, sam zainteresowany zabrał głos, stwierdzając, że istotnie, sprzyjał sprawie robotniczej i zachęcał do pisania na jej korzyść – ale z pewnymi zastrzeżeniami. Zastrzeżenia te znajdują wyraz w niniejszym artykule. – Tłumacz]

Jakikolwiek los czeka przedsięwzięcia tak trudne, jak prowadzenie niniejszego czasopisma, dysponującego ledwie bardzo niewielkim kapitałem pochodzącym z dotacji od bardzo niewielkich kapitalistów, możemy mieć pewność, że przetrwamy przynajmniej na tyle długo, by na własne oczy zobaczyć, jak spełnia się proroctwo, które wygłosiliśmy zaraz na początku naszej działalności. A jednak, przecież jeszcze bardzo niedawno temu wszystkim wokół wydawało się ono nie tyle proroctwem, co paradoksem. Ale jak proroctwo stało się paradoksem, tak paradoks staje się (i z każdym dniem bardziej to widać) faktem. Wszystko wskazuje zaś na to, że w niedalekiej przyszłości stanie się także faktem powszechnym – i powszechnie znanym.

Twierdziliśmy, otóż, że wielki biznes i socjalizm państwowy są w gruncie rzeczy do siebie bardzo podobne – zwłaszcza wielki biznes. A także, że podobieństwo to zwiększa się dosłownie z każda godziną, i lada chwila zamieni w najzwyklejszą tożsamość. Że kapitaliści i komuniści, nie będąc wcale w istocie śmiertelnymi wrogami, w praktyce zawiązali swego rodzaju taktyczny sojusz. Niektórym wydawało się to wtedy czymś takim, jakbyśmy powiedzieli, że czarne jest białe; istotnie: raczej że czarne jest czerwone. Póki co, barwy te wciąż jeszcze dają się od siebie nawet dobrze odróżnić – oczywiście w tych wypadkach, gdy są względnie czyste; ba – wtedy nawet zapewniają naszemu życiu publicznemu charakter i kontrast, jak gdybyśmy grali w szachy na czerwono-czarnej szachownicy. Ale szachy to już właśnie jakaś gra, a szachownica to już jakiś system: do tego system całkiem zamknięty. I w ostatecznym rozrachunku, próba zrobienia w naszym systemie społecznym miejsca dla wyjątków takich jak wolny yoeman czy mała gildia szewców byłaby czymś takim, jak gdyby próbować grać w szachy zielonym rycerzem czy karmazynową wieżą snu. System ten, już dawno zamienił się w system partyjny1; to znaczy: jest w nim coraz więcej systemu i coraz mniej miejsca na partie. Coraz bardziej, jako się rzekło, przypomina grę; i wszyscy nasi szlachetni i patriotyczni politycy dobrze wiedzą, jak się w nią gra.

Pamiętam, że mój brat, przez pewien czas dość znaczący członek aktywu Towarzystwa Fabiańskiego, wspomniał kiedyś, że pan Bland2 wysunął pewnego dnia taką propozycję, by wszystkie partie anstysocjalistyczne stworzyły jeden blok polityczny, a socjaliści drugi, i by ten układ zastąpił tradycyjny duopol wigów i torysów, tak by przestrzeń dzieląca pierwsze ławy w naszym parlamencie „mogła stać się na nowo prawdziwym pograniczem”. Wydaje mi się, że coś podobnego powiedział także kiedyś pan MacDonald3. Tak czy inaczej, proroctwo okazało się bardziej prawdziwe, niż prorocy kiedykolwiek mogliby przypuszczać. Była to jedna z tych modlitw, których fatum wysłuchuje z przerażającym uśmiechem; jedna z tych obietnic, które zapalają serca ludzi swego rodzaju złowróżbnym optymizmem. Barierki na sali obrad naprawdę zaczną wyznaczać niedługo nowe pogranicze; równie realne, jak stare pogranicze. Pytanie: „Czy jest pan socjalistą?” będzie rozbrzmiewać wszędzie, podobnie jak i dziś wszystkich i wszędzie pytają o unionizm. Socjaliści bez wątpienia zajmą miejsce liberałów; i bez wątpienia szybko staną się tak antysocjalni, jak liberałowie stali się antyliberalni. Pan MacDonald i pan Baldwin będą rozumieli się doskonale, dokładnie tak samo i w takim samym sensie, jak pan Asquith4 i pan Balfour5 rozumieli się doskonale. Czyli nie, że nie było między nimi różnicy zdań – ale że krok po kroku zmierzali do sytuacji, w której rozumieliby siebie nawzajem lepiej, niż cokolwiek innego na świecie.

Zależy mi, by wyjaśnić jak najlepiej tę zasadę ogólną (i istotnie, już wkrótce stanie się ona wystarczająco jasna), nim przejdę dalej i odpowiem na kilka nader zasadnych i rozsądnych pytań, jakie zadał mi na przykład pan Maurice Reckitt6 a także kilka innych osób. Twierdzę, że jeśli praca i kapitał zaczną być reprezentowane, jak już dziś praktycznie są, przez dwa stronnictwa, dwie partie polityczne, niechybnie te dwie różne partie już wkrótce utworzą jeden system partyjny. Jedyną realną siłą, jaką dysponować będą najlepsi z socjalistów, stanie się karta przetargowa w postaci zdolności strajkowej związków zawodowych. I tak też ich przeciwnicy politycznie zmienią się właśnie w to: w kogoś, z kim można się targować. Idea targu zaś, układu, jest czymś zupełnie innym od idei walki czy bitwy. Dwóch ludzi może się targować, ponieważ obydwaj znają i rozumieją to, o co się targują – a w tym wypadku będzie to po prostu ludzka praca, kupowana i sprzedawana, jakby była produktem. Istnieje pewien przedziwny typ dziennikarza sentymentalnego, który bez ustanku powtarza nam, że praca i kapitał powinny dzielić ze sobą „wspólną nadzieję”, mieć „wspólne ideały”, wspólny „nowy i postępowy” kierunek rozwoju. To kompletny głupiec, który jednak trafem ma zupełną rację. Praca i kapitał mają bowiem jeden wspólny ideał – i to ideał przypadkowo absolutnie ohydny. Obydwie grupy myślą według tzw. zasady proletarystycznej, to znaczy: że społeczeństwo to masa biednych ludzi, których zatrudnia stosunkowo niewielka grupa bogatych ludzi i płaci im za pracę. Przyświeca im, w grząskim rzeczy gruncie, ta sama, nowoczesna koncepcja państwa; dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej wigowscy i torysowscy arystokraci mieli tę samą koncepcję państwa i wiktoriańscy liberałowie i konserwatyści mieli tę samą koncepcję państwa. Na fundamencie podobnego porozumienia rzeczywiście można zbudować państwo; nawet jeżeli nie będzie to państwo wolnych ludzi; nawet jeśli będzie to ledwie to, co nazywamy państwem niewolniczym. Przede wszystkim jednak, można na tym fundamencie zbudować system partyjny. Nie da się jednak zbudować na nim społeczeństwa zdolnego do wzniecenia jakiejkolwiek rewolucji czy wyznawania jakiejkolwiek religii, do zmiany zdania czy jakiegokolwiek aktu ducha, który miałby jakiekolwiek znaczenie. Dwie „oficjalne” partie, to jak gdyby dwie półkule tego samego mózgu czy dwie komory tego samego serca, czy może dwa skrzydła tej samej istoty; ogromnego i dziwnego potwora, którego zarówno mózg jak i serce są nieproporcjonalnie małe w stosunku do masy ciała. Wszystko, cokolwiek by je naprawdę różniło, rozerwałoby to serce, ten mózg, na poły; i to musi pochodzić z zewnątrz, nie z wnętrza potwora. Musi przyjść z daleka, z bardzo, bardzo daleka… Musi przynieść to nam zielony rycerz, jadący z karmazynowej wieży snu.

Popierałem związki zawodowe całe życie – i to w czasie, gdy praktycznie cała prasa je atakowała. Popierałem strajki, które również (z maleńkim wyjątkiem tego tu czasopisma) cała prasa atakowała. Zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, że związek zawodowy długo był jedyną organizacja zdolną przeciwstawić się złu systemu kapitalistycznego. I ciągle uważam, że strajk był jedynym dostępnym robotnikom narzędziem przeciwstawienia się tyranii konkretnej grupy angielskich kapitalistów. Gdyby górnicy znaleźli się w takiej sytuacji, w jakiej się znaleźli, jutro, również bym ich wspierał. Nie sądzę jednak, by związki zawodowe odpowiadały na ów konkretny, specyficzny problem, który akurat najbardziej mnie zajmuje. Otóż nie sądzę, by wielkie związki zawodowe mogły zaradzić złu, jakie niesie ze sobą wszelka wielka organizacja. Przeciwnie: obserwuję z niekłamanym żalem, że scentralizowane związki zawodowe zaczynają trapić te same bolączki, które trapią wszystkie rodzaje wielkiego biznesu. Widzę, z bólem serca, jak ta potężna, rycerska armia tragarzy, hydraulików i zamiataczy ulic upada i zamienia się najwyżej w armię parlamentarzystów. Widzę, jak wzywa się ją nieustannie, by okazała „lojalność wobec przywódców”; czyli – lojalność wobec ludzi kompletnie wyzutych z lojalności. Widzę również, jak siedzi ona nizuutko, tłocząc się na małych krzesełkach rządek w rządek, podczas gdy jakiś „przewodniczący” czy inny „reprezentant”, któremu nikt nie ufa, peroruje z wysokiej mównicy – powszechnie nielubiany i w tajemniczy sposób niezatapialny. Innymi słowy: widzę, jak Ruch Robotniczy zamienia się w Partię Pracy – część systemu partyjnego.

Dużo mówi się dzisiaj o niebezpieczeństwie komunizmu; i naprawdę, komunizm niesie ze sobą ogromne wprost niebezpieczeństwo. To, że stanie się ostatecznym narzędziem ugruntowania i utrwalenia kapitalizmu. Ci, którzy wykrzykują o „czerwonym zagrożeniu” mają zupełną rację; grozi nam bowiem to, że czerwony wymiesza się z czarnym – i cały świat stanie się równomiernie i brzydko brązowy, niczym te cegły, które robi się z błota. Póki co chodzi jednak tylko o to, że pewne pojęcie, które do niedawna jeszcze wydawało się absurdalne, obecnie wszyscy akceptują jako zupełną oczywistość. Wielki biznes chętnie współpracuje z państwem – i bardzo chętnie będzie współpracował z państwem socjalistów. Państwo przejmuje powoli funkcje trustów (jak np. ostatnio w kwestii transportu tramwajowego). Niedługo trudno będzie dostrzec jakąkolwiek różnicę między monopolem państwowym a monopolem teoretycznie niepaństwowym. To sojusz dwóch najpotężniejszych sił naszego czasu; i każda próba przeciwstawienia się mu musi jawić się jako zabawa w złudzenia, a nawet pewne ryzyko. Zastanawiając się zaś, czy chcemy podjąć to ryzyko, pierwszą rzeczą, o którą pytamy, jest to, czy naprawdę chcemy przeciwstawić się temu sojuszowi. A zatem: czy chcemy się mu przeciwstawić? Najbogatsi i najpotężniejsi ludzie świata na pewno nie chcą się mu przeciwstawić. Chcą go budować. I nie ma najmniejszych wątpliwości, że o ile nie podejmiemy, i to zaraz, ogromnego wysiłku, mającego odwrócić obecny stan rzeczy, ich wola stanie się ciałem. Napisałem o cegłach; i istotnie, buduje się wokół nas obecnie (to bardzo precyzyjna metafora) wielki mur. Pół-socjalistyczni urzędnicy dokładają swoje cegiełki z jednej, a menedżerowie wielkich przedsiębiorstw – z drugiej strony. Formuje on kółko – i jest tak wielki, że można go pokryć dachem – i dach zamknął się już niemal nad naszymi głowami. Wciąż dochodzą do nas przez niewykończone partie wątłe promyki słońca; lecz trwają równocześnie uczone dysputy, czy człowiek rzeczywiście potrzebuje kontaktu ze słońcem.

Otóż twierdzę, że to, że ludzie potrzebują kontaktu ze słońcem, bardziej niż choćby najbardziej zaawansowanej sieci elektrycznej (niezależnie, czy prądu dostarczałby im budzący grozę prywatny moloch czy jak gdyby mniej budząca grozę instytucja publiczna), jest faktem tak fundamentalnym i niezbitym, że (co chcę podkreślić zanim przejdę do owych racjonalnych i zasadnych pytań o ważką kwestię autobusów i tak dalej) w ostatecznym rozrachunku raczej walczyłbym dla ludzi raczej o to pierwsze, niż drugie. Nie sądzę, by związki zawodowe potrzebowały dziś pomocy tak pilnie, jak drobni posiadacze. Nie sądzę, by związki zawodowe mogły kiedykolwiek zastąpić drobnych posiadaczy – bo nic nie może zastąpić społecznie drobnych posiadaczy. I nie sądzę, by związki zawodowe mogły dopomóc nam rozwiązać podstawowy problem polegający na tym, że nie ma właściwie w Anglii drobnych posiadaczy. Większość związkowców patrzy na nich jako na wrogów ruchu robotniczego, nie kapitału. Wielu z nich wciąż uważa, że projekt aktywnej partycypacji pracowników w kierowaniu przedsiębiorstwem, zajęciu z natury rzeczy ryzykownym, to podstęp czy potrzask. Dlatego też, większość z nich uznałaby drobnego właściciela za, w sensie politycznym, „umiarkowanego konserwatystę”, a dystrybucję własności za kompromis z systemem. Moje osobiste odczucia są jednak diametralnie inne. W mojej opinii, to związki zawodowe, jeśli zostawi się sprawy własnemu biegowi, będą stawać się coraz bardziej i bardziej umiarkowane i konserwatywne. W mojej opinii, to cały obecny targ o lepsze pensje jest kompromisem; i to kompromisem, który okaże się jeszcze nie raz nie lada kompromitacją. I wreszcie, w mojej opinii, jedyną nadzieją prawdziwej rewolucji w dobrym tego słowa znaczeniu, w znaczeniu szybkiej i drastycznej zmiany istniejącego porządku rzeczy, są właśnie drobni posiadacze, zwykli ludzie, którzy naprawdę mają coś na własność; a nie związki zawodowe. Związek zawodowy to bardzo dobra instytucja, mogąca zrobić wiele dobrego; sądzę jednak, że powoli zaczyna ona dochodzić do granicy swoich możliwości. Ba – sądzę, że jak już do niej dojdzie, to zacznie iść w przeciwnym kierunku; podobnie jak radykalizm starych radykałów wyparował zupełnie, gdy stali się oni ledwie małym trybikiem w wielkiej machinie politycznej liberalizmu i unionizmu, na którą składały się dwie „słuszne” partie i jedno „realne pogranicze”, które je oddzielało. Krótko mówiąc, sądzę, że związki zawodowe i socjalizm, jeżeli zostawi się je samym sobie, wkrótce pójdą spać albo i cały świat do snu utulą. I sądzę, że tylko dystrybucjonizm będzie umiał ten śpiący świat obudzić.

Moje położenie względem tego problemu jest zatem dość osobliwe. Zobowiązuję się wyjaśnić za tydzień panu Reckittowi, dlaczego uważam, że drobny posiadacz okaże się równie dobrym pracodawcą, jak wielki posiadacz – pod warunkiem, że rzeczywiście będzie coś posiadał, no i o ile będzie musiał kogoś zatrudniać. Nie chciałbym jednak, aby moje stanowisko sprawiało wrażenie festiwalu pobożnych życzeń – dlatego też zdecydowałem się poprzedzić moją odpowiedź takim oto wstępem: wyjaśnić zawczasu, że nie sądzę, by dobre zarobki dla pracowników mogły ocalić świat od zguby, ani nawet by duże i scentralizowane organizacje, których horyzonty wyznacza wyłącznie idea walki o dobre zarobki dla pracowników, mogły na dłuższą metę ocalić same siebie. Nie. Bo związki zawodowe same znajdują się dzisiaj w ogromnym niebezpieczeństwie – niebezpieczeństwie stania się małym trybikiem wielkiej machiny plutokracji.

Tłm. Maciej Wąs

1 Chodzi o specyficzny sens, jaki nadali temu wyrażeniu Hilaire Belloc i Cecil Chesterton w książce pod takim właśnie tytułem. Chodzi o system, gdy dwie rywalizujące partie stanowią tak naprawdę część większej całości, większego i raczej niejawnego opinii publicznej ładu, któremu służą. Książka jest dobra, a panowie tłumaczą to lepiej niż ja – a więc proszę oczekiwać ich w swoim czasie.

2 William Bland (? – 1945) – angielski polityk, związkowiec, członek Partii Pracy. Podczas I WŚ zwolennik porozumienia z Niemcami.

3 James MacDonald (1866-1937) – angielski polityk i członek partii Pracy, pierwszy premier Wielkiej Brytanii z jej ramienia (był premierem łącznie trzy razy, w latach: 1924, 1929-31 i 1931-35, jako przewodniczący Rządu Narodowego). Przeciwnik zaangażowania Wielkiej Brytanii w pierwszą Wojnę Światową.

4 Herbert Henry Asquith (1852-1928) – angielski polityk, premier z ramienia Partii Liberalnej w latach 1908-16. Jeden z najbardziej zasłużonych dla przeprowadzania w Anglii, powiedzmy, reform socjal-liberalnych, ze względu na co Chesterton, jako liberał integralny, bardzo go nie lubił.

5 Arthur James Balfour (1848-1930) – brytyjski polityk, członek Partii Konserwatywnej, słynny minister spraw zagranicznych i twórca Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. W młodości pełnił funkcję głównego sekretarza Irlandii, żelazną ręką tłumiąc niepokoje „wojny agrarnej”, starając się przy tym, trzeba zaznaczyć, wyciągać konsekwencje wobec możnych, którzy nie przebywali na własnej ziemi i nie dbali o nią.

6 Maurice Benington Reckitt (1888-1980) – angielski pisarz i działacz społeczny, socjalista chrześcijański, zwolennik socjalizmu cechowego.