Oczywiście reformę ortograficzną angielską zamieniam na polską. Jest to surrealizm, jednak surrealizm, którego nie da się uniknąć, jeśli chcemy, aby tekst coś zrobił (co samo w sobie nasuwa ciekawe dylematy w kwestii różnicy i związku między skutkiem tekstu a znaczeniem tekstu). W sensie fundamentalnym, tłumaczenie jest zawsze ersatzem, a jeśli ktoś udaje inaczej, to znaczy, że jest oszustem.

Tekst odnosi się do różnych usiłowań prezydenta Theodore’a Roosevelta, który próbował „ufonetycznić” pisownię języka angielskiego od początku XX wieku. – Tłumacz.

Pewien czytelnik poprosił mnie listownie, abym jaśniej ustosunkował się do kwestii zapisu fonetycznego. Otóż nie mam do reformy ortograficznej bardziej precyzyjnych zastrzeżeń: to, co mnie niepokoi, to zasada ogólna; która brzmi tak. Wydaje mi się, że największę bolączkę naszego nowoczesnego i wysoce cywilizowanego języka stanowi fakt, że w tak ogromnej mierze składa się on z martwych słów. Połowa tego, co mówimy, to porównania, które niczego nie porównują; obrazowe wyrażenia nieprzywołujące na myśl żadnych obrazów; aluzje historyczne, których genezy historycznej już nie pamiętamy. Weźmy pierwszy z brzegu przykład, na którym oko spoczywa. Przeczytałem kilka dni temu w pewnej gazecie następujące słowa: „Nie zapomniałem w jak utalentowany sposób dzierżyłeś sztandar w mieście Birkenhead”. Biorąc pod uwagę zwyczajne znaczenie słowa „utalentowany”, ten obrazek się nie klei. Trąby grzmią, lśniące w blasku słońca włócznie spadają z łomotem na tarcze obrońców, w pośrodku zaś tej bitewnej purpury stoi sobie jak gdyby nigdy nic pewien gentleman i dzierży sztandar w utalentowany sposób. Jeśli zaś przejść do pierwotnego znaczenia tego terminu, jest jeszcze gorzej: bo „talent” to po grecku moneta, w Nowym Testamencie pojawiająca się jako symbol kapitału mentalnego, powierzanego każdej jednostce przy jej narodzeniu. I jeśli naszemu przywódcy duchowemu rzeczywiście chodziło o to, żeby coś na serio powiedzieć, zdziwiłby się zapewne, gdyby poinformować go, że to, co faktycznie powiedział, to że można dzierżyć sztandar przy pomocy greckiej waluty. W istocie jednak, nie chodziło mu o to, aby coś na serio powiedzieć. „Dzierżyć sztandar” to dla niego po prostu bezbarwne określenie na to, że ktoś zrobił to, co powinien, a „utalentowany” – przezroczysty znak faktu, że mu się udało.

Strach, który odczuwam w związku ze wszystkim, co łączy się z propozycją zapisu fonetycznego bierze się stąd, że moim zdaniem zapis taki zintensyfikowałby tylko i tak dynamiczną tendencję, jaką jest używanie słów jak żetonów, a nie monet. Płomień pierwotnego życia każdego wyrazu (jak w wypadku wyrazu „talent”) tli się ledwie słabo nawet w obecnych warunkach: zdroworozsądkowa pisownia może zagasić go dokumentnie. Weźmy dowolne zdanie: załóżmy, że oto powiedział ktoś: „ustrój republikański generalnie rzecz biorąc sprzyja dniom świątecznym”. Brzmi trochę jak pierwsza linijka z podręcznika do kaligrafii. Teraz, faktycznie prawda to, że gdyby zapisać je tak, jak się je wymawia, wyglądałoby tak: „ustruj republikański generalnie żecz biorąc spszyja dńom świątecznym”. Czyli paskudnie; nie mam jednak problemu z tym, by coś wyglądało paskudnie. Problem polega na tym, że wszystkie te słowa mają niosą ze sobą własną historię i ukryte skarby: i że zapis fonetyczny sprawia, że o tej historii i skarbach zwyczajnie zapominamy (bo nawet i bez niego pamiętamy o nich bardzo słabo). Ustrój republikański, na przykład, to nie ledwie polityczny system podejmowania decyzji. Republika (co mówi nam sama struktura tego słowa) to publiczna rzecz: abstrakcja, która jest nami.

Republikanin to nie ktoś, kto chce konstytucji w zestawie z prezydentem. Ale ktoś, dla którego władza ma charakter bezosobowy; jego przeciwieństwem jest rojalista, dla którego ma ona charakter osobowy. Kolejno: generalnie rzecz biorąc. Tego zwrotu używa się zazwyczaj w znaczeniu „w większości wypadków”. Jeśli wszakże zwrócimy baczniejszą uwagę na kluczowe w tym zwrocie słowo „generalnie”, bez problemu dostrzeżemy, że w istocie znaczy ono coś w rodzaju „generycznie”, przywodząc na myśl skojarzenia z „generowaniem” i „regeneracją”. Zdanie „generalnie rzecz biorąc świnie są brudne” nie oznacza tylko, że większość świń jest brudna, ale że świnie są brudne jako gatunek, genus, że są brudne jako świnie – co, z filozoficznego punktu widzenia, robi dużą różnicę. Idźmy dalej: „sprzyjać”. Współcześnie, używa się tego słowa w mechanicznym sensie „promować”; sprzyjać poezji to ledwie promować poezję. Z perspektywy etymologicznej wszakże, sprzyjać poezji to dosłownie „być przyjacielem” poezji – i to piękna rzecz. Na koniec: „dni świąteczne”. Jak długo określenie to będzie utrzymywać się w użyciu, tak długo będzie ono także stanowić ostateczną odpowiedź na prostackie oszczerstwa, jakoby religia zabijała w człowieku radość; niezbity dowód na to, że święte dni naprawdę trzeba świętować. Dobrze rozumiane, wszystkie te słowa opowiadają nam wspaniałą historię, jak Opactwo Westminsterskie. Nie zrozumie się ich jednak dobrze, jeśli ciągle rozpraszał nas będzie zapis fonetyczny, jeśli „spszyjanie” zabije w tym słowie „przyjaciela”, „ustruj” odciągnie wzrok od „republiki”, a „dń” od świąt i świętowania.

Oto przykład z życia. Pewien sędzie stwierdził niedawno podczas rozprawy, że „trzeba być grzecznym w stosunku do policjantów”. I chyba powiedział więcej, niż zamierzał. Nie wiem bowiem, czy zdawał sobie z tego sprawę, ale wyrazy „grzeczność” i „policja” mają w istocie ten sam źródłosłów – i to samo znaczenie. Mało kto wie, ale w dawnych czasach grzeczność określano mianem „polityczności”. I trudno nie przyznać, że bardzo zasadnie, bo grzeczność, to właśnie polityczność, czy po prostu polityka – to atmosfera i rytuał prawdziwej politei, symbol ludzkiej cywilizacji. Policja zaś, to straż tej atmosfery – czyli również symbol ludzkiej cywilizacji. Oczywiście, bardzo prawdopodobnie słysząc o polityce nie kojarzymy jej już z grzecznością, a grzeczności z policją. Ale w istocie te trzy rzeczy się łączą, a spoiwo stanowi tutaj idea świętości życia publicznego – zarazem ich źródło jak i źródło ich krytyki. Jeżeli grzeczność zbyt często oznacza dzisiaj pretensjonalność i sztuczność w zachowaniu, bierze się to dokładnie z faktu zapomnienia o jej fundamentalnie politycznym charakterze, o organicznym związku z prawdziwym patriotyzmem i publiczną godnością; jeśli nasi policjanci bywają nieokrzesani i prozaiczni, to dlatego, że nie mają wystarczającej świadomości tego wzniosłego faktu, że są naprawdę sługami miasta ludzkiego, apostołami światła i słodyczy1. Nie, nie, grzeczność to nie pretensjonalność. Grzeczność to nawet nie pewna gładkość w obyciu, często świadcząca o ukrytym lekceważeniu drugich. Grzeczność to uzbrojony strażnik, rosła postać, mocna, surowa i czujna, patrząca na czyny synów ludzkich; innymi słowy – grzeczność to policjant. Policjant zaś, to nie ledwie dryblas pałką w dłoni; to maszyna, której celem jest równać i prostować drogi codziennej egzystencji. Innymi słowy, policjant – to grzeczność, czy raczej jej mistyczny obraz: istotnie, czasami przesadnie mistyczny. Chodzi mi jednak tutaj tylko o to, że wraz z utratą pierwotnej idei życia wspólnego, źródła i młodości obu wyrazów, to, co oznaczają, natychmiast zaczyna się degenerować. Grzeczność staje się niemęska, bo nie pamiętamy już, że po grecku stanowi ona synonim patriotyzmu. Policjanci tracą delikatność, bo zaciera się nam, że „policja” to w grece określenie rzeczy cywilizowanej. Policjant powinien mieć wiele cech błędnego rycerza. A na pewno zawsze odznaczać się grzecznością godną błędnego rycerza. Faktycznie, romantyczny związek, jaki tu zachodzi, stał się dużo mniej oczywisty. Wątpię jednak, czy zapisywanie „gżeczności” fonetycznie cokolwiek by w jego kwestii ułatwiło, raczej wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Jeden rzut oka pozwala nam zrozumieć tę zasadniczą prawdę: że jeśli zaczynamy pisać jakieś słowo niepoprawnie, zaczynamy o nim również niepoprawnie myśleć.

Odnośnie do tych nowych amerykańskich pomysłów w zakresie pisowni, pan W.T. Stead2 straszy nas pracowicie perspektywą „odłączenia się Ameryki od Anglii”, które to też odłączenie, jak być może słyszał, dokonało się jakieś sto lat temu. Jeśli o mnie chodzi, nie wyobrażam sobie wspanialszej sytuacji, niż gdyby Amerykanie zaczęli zapisywać język angielski po swojemu, tak jak mówią nim po swojemu. Maleńki rapprochement, który dokonał się w ostatnich latach między obu krajami, wydaje mi się źródłem samych nieszczęść. Po pierwsze dlatego, że był sojuszem bogatych. Nikt nawet nie udaje, że przeciętny robotnik z londyńskich doków kocha Amerykę choćby trochę bardziej, niż kochał. Albo że Irlandzki najmita z Nowego Jorku nienawidzi Anglii chociaż trochę mniej, niż nienawidził. Jedyne, co się naprawdę miało miejsce, to (ogólnie cokolwiek niskie) porozumienie między tymi spośród angielskich arystokratów, którzy zapomnieli angielskie tradycje i tymi spośród amerykańskich biznesmenów, którzy zapomnieli tradycje amerykańskie. Amerykańskie klasy wyższe zaczęły odczuwać nieco bardziej jak Anglicy; stały się one przez to mniej demokratyczne. Angielskie klasy wyższe zaś – nieco bardziej, jak Amerykanie; przez co stały się mniej gentlemańskie. Postępy są póki co bardzo małe; i wszystko postępuje w jak najgorszym kierunku. Nie mam wątpliwości, że ludzie tego typu mogą sklecić w końcu jakąś wersję reformy ortograficznej. Nigdy jednak nie sklecą niczego, co przypominałoby choćby jeden naród, o dwóch nie wspominając; i nie sądzę, by najlepsi spośród Amerykanów dbali o reformę ortograficzną bardziej, niż my tu w Anglii.

Nie sądzę, by ten, kto napisał Deklarację niepodległości, chciał ją napisać w stylu: „Wieżymy, że fszyscy ludźe zostali stwożeni ruwnymi”. Tak więc gdy pan Stead pisze: „Reforma prezydenta Roosevelta3 może się nam nie podobać, ale będziemy musieli ją przyjąć, jeżeli nie chcemy pozostać w dwudziestym wieku tak bardzo z tyłu, jak Jerzy III w osiemnastym”, to niestety, ale nie czuję się bynajmniej niepokoju – raczej lekkie rozbawienie. Panu Steadowi może wydawać się, że pisanie „przez” jako „pżez” jest tak ważne, jak Wolność, Równość, Braterstwo; wątpię wszakże, czy choć jeden Amerykanin więcej zginąłby dla tej sprawy pod Bunker Hill4. Wielu zginęło w imię patriotyzmu i wolności publicznej; nikt nie dałby się ani ukłuć komarowi za zmianę pisowni „przez” na „pżez”, nawet gdyby faktycznie był to postęp. Jak wszystkie tego typu zmiany, ta również zabija wewnętrzne życie słowa. Gdy piszemy „przez” tak, aby zaciemnić wszystkie możliwe związki tego wyrazu ze źródłosłowem „pra”, mało czasu mija, a okazuje się, że zniszczyliśmy wszystko, co mogłoby być w tym słowie interesujące. Jeśli Amerykanie wesprą prezydenta Roosevelta w jego inicjatywach, tym gorzej dla ich języka. Nie mam jednak wątpliwości, że tak się nie stanie; Amerykanie bowiem, wierzą w rozsądek swojego prezydenta znacznie mniej, niż my.

Tłm. Maciej Wąs

1 Ang. sweetness and light, określenie ukute przez Matthew Arnolda na oznaczenie istoty rozwoju cywilizacyjnego.

2 William Thomas Stead (1859-1912) – angielski dziennikarz i wydawca, pionier dziennikarstwa śledczego. Zginął na Titanicu.

3 Oczywiście Theodore’a.

4 Aluzja do bitwy pod Bunker Hill, jaka miała miejsce 17 czerwca 1775 roku. Zakończyła się pyrrusowym zwycięstwem sił Wielkiej Brytanii.