[Esej stanowi rozdział XII dzieła Co widziałem w Ameryce (1922). Jest to jeden z moich absolutnie ulubionych tekstów Gilberta, ważny dla zrozumienia jego myśli, a ponieważ ostatnio nic się nie dzieje, tudzież wobec skądinąd osobliwej (i chyba samorzutnie zupełnie się wydarzającej – i kto powie, że nie ma czegoś takiego, jak „prawa historii”?) kampanii antyliberalnej w naszej przestrzeni publicznej, postanowiłem go tutaj przypomnieć – szczególnie, że krytykować różne rzeczy wobec ich porażek dziejowych jest bardzo łatwo, sporo trudniej dać alternatywę, w tym wypadku natomiast przede wszystkiem taką, która nie okaże się na dłuższą metę cokolwiek niesympatyczna. Może się to więc nada komuś na coś. – Tłumacz]

Poganin w ślepocie swojej kłania się drewnu i litym kamieniom; szczególnie zaś drzeworytom i litografiom. Ludzie współcześni mają nabożną cześć do obrazków, szczególnie obrazków z książek naukowych, przynajmniej równą tej, z jaką najbardziej przesądne ludy odnosiły się do obrazków religijnych. Publikują portret Brakującego Ogniwa, jak gdyby był to „zaginiony człowiek”, wiecznotrwały model plakatów policyjnych; zupełnie jakby rzeczony antropoid został sfotografowany przed tym, jak zaczęło go brakować. Każdy diagram naukowy może być ledwie hipotezą; fantazją; zwykłym fałszem. Niemniej, to zawsze bałwan, w najprawdziwszym sensie obrazu; obrazu, jako czegoś przemawiającego do wyobraźni, a nie rozumu. Wpływ tego rodzaju talizmanów na umysł współczesny to rzecz niemalże hipnotyczna. Skoro raz ujrzeliśmy portret Brakującego Ogniwa, nigdy nie możemy o nim zapomnieć – choć gdyby ktoś nam powiedział, że antyczni Grecy stworzyli statuę Boga Nieznanego, bezbłędnie zorientowalibyśmy się, że mało ma to wspólnego z logiką, a sporo z zabobonem. Jest jeszcze dziwniejszy sposób popadania w tę złudę, będącą nieszczęściem nas wszystkich. W duchu ślepej dosłowności przyjmujemy bowiem nie tylko symbole czystej spekulacji, ale także i figury językowe. Wiek dziewiętnasty z dumą ogłaszał, że przestał wierzyć w mity – w związku z czym zaczął z absolutną ślepotą wierzyć w metafory. Odrzucił stare doktryny o ścieżce życia i światłości świata; a potem gadał tak, jak gdyby prawda była niemal dosłownie identyczna jak światło – jakby dało się ją wchłonąć po prostu otwierając oczy; albo jakby ścieżka postępu była naprawdę zwykłą ścieżką, którą da się znaleźć na nos. Tak też zamysł Boży to idea, czy prawdziwa czy nieprawdziwa; ale zamysł natury to ledwie metafora; bo w oczywisty sposób jak nie ma Boga, to nie może być też żadnego zamysłu. Ale podczas gdy o zamysłach Boga mówiło się dawniej – mocą jakiegoś przedziwnego instynktu imaginacji – ze wzniosłym agnostycyzmem, jako o czymś, co jest zbyt wielkie, by dało się to zobaczyć, czymś przerastającym światy i wieczności – o zamysłach natury gada się dzisiaj przy okazji prostych i praktycznych problemów codzienności, takich jak leczenie dzieci czy krojenie mięsa z królika. Należy nam dobrze pojąć tę moc metafory – jeśli chcemy pojąć także jeden z najistotniejszych błędów ludzkich, naraz właściwie nieobecny i właściwie wszechobecny, który znacząco pogarsza problem Ameryki.

O Ameryce zawsze mówi się jako o młodym narodzie; i niezależnie od tego, czy metafora ta jest wartościowa i nośna, czy nie, bardzo niewielu ludzi zdaje się w ogóle sprawę z tego, że jest metaforą. Gdyby ktoś powiedział nam, że pewna zacna organizacja charytatywna zaczęła nosić spodnie, zorientowalibyśmy się, że to ledwie przenośnia – i to przenośnia cokolwiek zaskakująca. Gdyby ktoś powiedział, że jakaś gazeta poranna właśnie spięła włosy, wiedzielibyśmy, że to tylko figura stylistyczna – cokolwiek zresztą naciągana. A jednak, wyrażenia te wyrażałyby wszystko, co tylko można wyrazić nazywając jakąś zbiorowość ludzką „młodą”; to znaczy: że istnieje ona od jakiegoś czasu. Nie twierdzę, że wspólnota narodowa nie może wykazywać cech psychicznych analogicznych do psychiki młodego człowieka. A nawet, że nie jest tak w wypadku Ameryki. Chodzi mi tylko o to, że koniecznie musimy wyzwolić się spod talizmanicznego wpływu metafory – przede wszystkim rozpoznając, że jest metaforą. W wypadku starych doktryn mistycznych zdawano sobie sprawę z tego, że są one mistyczne; obecnie, nikt prawie nie wie, że nowe metafory są metaforyczne. Ludzie mają pewne niejasne przekonanie, że amerykańskie społeczeństwo musi się rozwijać, musi być obiecujące, musi cechować się wielką nadzieją lub wielką ignorancją – wyłącznie dlatego, że osobno istnieje ono dopiero od osiemnastego wieku. I coś takiego to dokładnie identyczna rzecz, jak gdyby powiedzieć, że świeżo wybudowana kaplica musi rosnąć, albo że spółce z ograniczoną odpowiedzialnością zaraz wypadną mleczaki.

Tymczasem, prawdę mówiąc, ta konkretna koncepcja Ameryki jako krainy wielkich nadziei, pozwalałaby Ameryce spoglądać w przyszłość ze wszystkim, tylko nie z nadzieją. Gdyby chodziło o to, jak się zresztą do dzisiaj mniej lub bardziej jasno zakłada, że Ameryka ma przed sobą długie życie, bo zaczęła istnieć dopiero w osiemnastym wieku, rzut oka na inne osiemnastowieczne systemy polityczne wystarczyłby, aby nas dosyć brutalnie wyprowadzić z błędu. Wiek osiemnasty nazywano epoką oświecenia; i w bardzo realnym sensie można powiedzieć, że owe inne systemy naprawdę budowano zgodnie z zasadami oświeconego rozumu. A jednak, rozumność nie zdołała ocalić ich przed ruiną. Jeśli przyjrzymy się współczesnej Europie bez uprzedzeń i z wyobraźnią historyczną, bez trudu dostrzeżemy, że jej ruiny to ruiny dokładnie po owych najnowszych i najbardziej racjonalistycznych spośród jej tworów. Dwa państwa, które bez wątpliwości najbardziej zasługiwały na miano państw nowoczesnych, to Prusy i Rosja. Tak naprawdę, nie było czegoś takiego jak Prusy przed Fryderykiem Wielkim; ani Cesarstwa Rosyjskiego przed Piotrem Wielkim. Obydwaj innowatorzy widzieli siebie jako racjonalistów, oświecających światłem rozumu ciemnotę barbarzyństwa; którzy robią dla tych barbarzyńców to wszystko, czego sami barbarzyńcy zrobić nie umieli. Nie odziedziczyli, w przeciwieństwie choćby do królów Anglii, Francji, Hiszpanii czy Szkocji, berła będącego symbolem starożytnego i patriotycznego ludu. W tym sensie można powiedzieć, że nie istniało coś takiego, jak Rosja – ale tylko cesarz Rosji. W tym sensie, Prusy były królestwem zanim stały się narodem; jeśli kiedykolwiek w ogóle się nim stały. Tak czy inaczej wszakże, obydwaj mężczyźni byli co do nastawienia i namysłu szczególnie nowocześni. Współcześni tak bardzo, że nie tylko antytradycjonalistyczni, ale niemalże antypatriotyczni. Piotr wmusił Rosji naukę zachodu pomimo rozpacz wielu Rosjan. Fryderyk mówił językiem Woltera, a nie Lutra. I istotnie, obydwa te eksperymenty stanowiły emanację iście wolterowskiego ducha; zaczęto je w biały dzień – i przeprowadzili je ludzie, którzy nie wierzyli w nic, poza światłem tamtego, jak mniemano, poranka ludzkości; i poranek ów, do dzisiaj przeszedł już w zmierzch.

Jeśli zatem wielkie nadzieje Ameryki miałyby wynikać z tego, że jest ona najmłodszą córką postępu, cóż – wystarczy powiedzieć, że to właśnie najmłodsze jego dzieci umarły jako pierwsze. Jeśli tego właśnie dotyczy cała chwalba na cześć jej młodości, trzeba rzec, że tacy młodzi już umarli, nie dożywszy starości. I nawet jeśli zaplącze się w to wszystko jeszcze inny argument, jakoby Ameryka narodziła się w epoce światłego sceptycyzmu, nieskażonej starym zabobonem, nic to nie zmieni: ponieważ stary zabobon przeżył światły sceptycyzm. Prawda jest wszakże, i rzecz jasna, taka, że prawdziwa wartość Ameryki to sprawa znacznie subtelniejsza i bardziej złożona; to połączenie – nie tylko dobra i zła, ale także racjonalizmu i mistyki, rzeczy starych i nowych. To właśnie sprawia, że określanie właściwych proporcji amerykańskiego życia jest tak fascynujące – i nigdy nie może się udać.

Zacznijmy od tego, że taka metafora jest zawsze w równym stopniu denerwująca, co mieszana metafora. To broń obosieczna; tnąca zawsze w dwie przeciwne strony. Słowa „młody” używamy na oznaczenie dwóch przeciwnych skrajności. Chodzi albo o coś, co jest we wczesnym etapie rozwoju, albo o coś, co jest ostatecznym owocem rozwoju. Nazwać jakiś kraj „młodym” moglibyśmy na przykład w wypadku, w którym wszystkie codzienne rozmowy prowadzono by w nim za pomocą telegrafów bezprzewodowych; „młody” oznaczałoby wtedy „postępowy”. Moglibyśmy wszakże nazwać go „młodym” również gdyby jedynym narzędziem produkcji były w nim młotki z krzemienia; „młody” znaczyłoby wtedy „prymitywny”. I problem w tym, że kiedy mówimy o Ameryce, że jest „młoda”, daremnie mieszamy te dwa znaczenia. Co ciekawsze wszakże – te dwie sprawy naprawdę są tutaj wymieszane. Pod pewnymi względami, Ameryka rzeczywiście – jak to się mówi – wyprzedza własną epokę, a pod pewnymi zdecydowanie za nią – jak to się również mówi – nie nadąża; niemniej, oddawanie tych dwóch faktów przy pomocy tego samego słowa, wydaje się poniekąd mylące.

Z drugiej strony, Amerykanie często odnoszą sukcesy w dziedzinie najnowszych wynalazków. I z tego właśnie powodu, bardzo często lekceważą wszystkie nie najnowsze wynalazki. Ogólna prawda na temat ludzkości i jej ogólnego sposobu obchodzenia się z różnymi rzeczami, jest taka, że postęp w jednej dziedzinie, na przykład nauce, oznacza regres w drugiej, na przykład sztuce. Tym, z czego ludzie zdają sobie sprawę w nieco mniejszym stopniu, jest fakt, że sprawdza się to także w odniesieniu do różnych metod naukowych. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że doskonałość komunikacji bezprzewodowej poskutkuje gigantyczną niedoskonałością przewodów. Sam amerykański entuzjazm do nauki ukazuje to aż nadto wyraźnie. Nowojorski telefon potrafi czynić cuda cały boży dzień. Odpowiedzi z najbardziej odległych stron pojawiają się tak szybko, jak w prywatnej konwersacji; nikt nikomu nie przerywa; nikt nie mówi: „Przepraszam za kłopot”. Ale, na przykład, nowojorska poczta w ogóle nie działa. Ja przynajmniej nigdy nie potrafiłem tego uświadczyć. Listy tkwią na niej dniami i nocami, niczym w jakieś zapuszczonej wiosce w środku Pirenejów. Kiedy raz poprosiłem taksówkarza, aby zawiózł mnie na pocztę, jego oczy rozbłysły blaskiem wielkich wizji i szalonej przygody, i odpowiedział, że istotnie – słyszał kiedyś o jakiejś poczcie na roku ulicy Dziewięćdziesiątej Siódmej, na zachód stąd. Ludzie nie mogą być sprawni we wszystkim, więc są sprawni tylko w sprawach akurat teraz modnych. To może być i znak postępu naukowego – z pewnością zasługujący, z pewnej perspektywy, na miano czegoś „młodego”. Bo łatwo można wyobrazić sobie dziecko, które w podekscytowaniu nową zabawką natychmiast zapomina o starej.

Z drugiej strony jednak, znaczna część amerykańskich manier jest młoda w sensie odwrotnym; w sensie nawiązań do wcześniejszych etapów rozwoju historycznego. Są całe struktury i szczegółowe sprawy, które mnie osobiście wydają się wczesnowiktoriańskie. Nie umiem oprzeć się temu wrażeniu, na przykład, w wypadku urządzeń odnośnie do palenia w wagonach kolejowych. Nie ma wagonów dla palaczy per se; niemniej, w każdym wagonie znajduje się jeden kąt, z tajemniczymi zasłonami, gdzie można się udać na papierosa czy cygaro. Znaczy – gdzie mogą się udać mężczyźni, bo żeby zrobiła to kobieta, to się raczej nie mieści w głowie. Palenie uznaje się za rozrywkę mroczną, czysto męską, właściwie godną bohemy; dokładnie tak, jak myślą o niej w wdowy z powieści Thackeraya1. Istotnie, to jeden z tych wypadków, w którym przeciwności się spotykają; skrajne przeciwności sztywnej staromodności i szalonej moderny. Amerykańska wdowa żałuje, że tytoń kiedykolwiek trafił na rynek; amerykańska sufrażystka zaś, na poważnie rozważa jego prohibicję. Ogólne nastroje amerykańskiego społeczeństwa zdają się skłaniać ku pewnego rodzaju kompromisowi: takiemu mianowicie, że kobietom będzie wolno palić, a mężczyznom nie.

Pod jednym względem wszakże, Ameryka jest bardzo stara. Pod tym jednym względem, jest ona bardziej historyczna, niż Anglia; prawie że mógłbym powiedzieć: bardziej archeologiczna niż Anglia. Świadectwo jednego okresu z przeszłości, moralnie bardzo różnego od czasów współczesnych i prawdopodobnie już niemożliwego do wskrzeszenia, pielęgnuje się tutaj z większą dbałością, niż ślady po pogańskich Pompejach. W sensie bardziej ogólnym, rzecz jasna, łatwo wyolbrzymić ten kontrast jako prostą różnicę między światem starym a nowym. Jest taka powierzchowna satyra, opowiadająca o córce milionera, która wyszła za mąż za arystokratę; czymś znaczniej subtelniej satyrycznym jest wszakże kwestia, kiedy właściwie rzeczony arystokrata został arystokratą. Amerykanie często kpią (niesłusznie zresztą) z małżeństw między córką dorobkiewicza, a jakimś zmurszałym reliktem feudalizmu; choć to w większości wypadków małżeństwo między córką dorobkiewicza a wnukiem dorobkiewicza. Sentymentalny socjalista częstokroć wydaje się podziwiać błękitną krew prawdziwego arystokraty, nawet jeśli chciałby mu jej utoczyć; podobnie jak wydaje się uznawać mózg milionera za zjawisko – nawet jeśli chciałby mu go wybić przez uszy. Niestety (z punktu widzenia nauk społecznych, rzecz jasna), sentymentalny socjalista nigdy nie posuwa się ostatecznie do rozlewu krwi czy wybijania mózgów; gdyby tak było, kolor krwi i mózgów mógłby okazać się dla niego poniekąd rozczarowujący. Z całą pewnością, więcej jest rodzin amerykańskich, które rzeczywiście przypłynęły tu na Mayflower, niż rodzin angielskich, które przypłynęły razem z Wilhelmem Zdobywcą; i angielską rodzinę hrabiowską, sięgającą korzeniami do czasów Mayflower, uznawałoby się u nas za historyczny ród o wielkich tradycjach. Niemniej, są w Anglii rzeczy naprawdę starożytne – choć arystokracja na pewno do takich nie należy. Są w Anglii budynki, instytucje, ba – nawet idee, które zachowują – w stanie niemal nienaruszonym – ślady po jakiejś konkretnej epoce przeszłości, nawet bardzo odległej. Badać średniowiecze można równie dobrze w Lincoln, jak w Rouen; w Canterbury, jak w Kolonii. Jest to prawda nawet w odniesieniu do renesansu, przynajmniej w kwestiach literackich; i choć Szekspir urodził się później, niż Ronsard2, to był większym poetą. Chodzi jednak o to, że filozofia i duch tamtego okresu mogły rozwijać się w wielkości i wolności. Cechy były w Anglii tak chrześcijańskie, jak gdziekolwiek indziej; poeci – tak pogańscy, jak gdziekolwiek indziej. Osobiście, nie wydaje mi się, że ci, którzy pracowali dla patronów mieli więcej wolności od tych, którzy pracowali dla świętych patronów. Każda moda wszakże, ma swój własny typ wolności; i chodzi dokładnie o to, że Anglia, tak w pierwszym, jak i drugim wypadku realizowała maksimum tej wolności. Był wszakże jeszcze inny ideał wolności, którego Anglia w ogóle nie poznała; czy, w każdym razie, nigdy nie wyraziła. Był jeszcze inny ideał, dusza innej epoki, któremu nie postawiliśmy ani jednego posągu i dla którego nie napisaliśmy żadnego arcydzieła. W Anglii naprawdę nie ma po nim żadnych śladów; w Ameryce wszakże – są.

Mam tutaj na myśli prawdziwą religię wieku XVIII. W bardziej konkretnym sensie, osiemnastowieczną religią był deizm, choćby w wersji Robespierre’a czy Jeffersona. W kwestii ogólniejszej atmosfery moralnej był to raczej stoicyzm – taki choćby, któremu świadectwo dał swą samobójczą śmiercią Wolfe Tone3. Stoicyzm ów stał się źródłem niezwykle szlachetnych i – przynajmniej według niektórych – zupełnie nierealnych ideałów; jak choćby przeświadczenia, że polityk powinien być ubogi i, co więcej, powinien chlubić się tym, że jest ubogi. Stoicy oświecenia znali łacinę; w związku z czym upierali się przy osobliwej skądinąd fantazji, że republika powinna być sprawą publiczną. Tę republikańską prostotę można by nazwać w dowolny sposób – tylko nie głupią pozą; chyba że każde męczeństwo to ledwie głupia poza. I o najgorszym nawet snobie i fanatyku Rewolucji Francuskiej i Amerykańskiej możemy powiedzieć to, co Stevenson powiedział o pewnym Amerykaninie: że „jaśniał skromnością i odwagą”. Dla nas zaś, wartość i wielkość tych ludzi polega przede wszystkim na tym, że pamiętali oni dokładnie te rzeczy, które my dziś najczęściej zapominamy; od faktu, że wolność daje godność, po fakt, że luksus jest groźny. Naprawdę wierzyli w autodeterminację – zarówno jednostki, jak i państwa. I byli w determinacji swej naprawdę zdeterminowani. Krótko mówiąc: wierzyli w szacunek człowieka do samego siebie; i ściśle zgodnie z prawdą nawet o konspiratorach i królobójcach z tego grona powiedzieć można, że chcieli jedynie szacunku. Niemniej, naprawdę da się odnaleźć w ich wierze elementy prawdziwej religii, a nie tylko pogoni za respektem; miała swe credo; miała swą krucjatę. Ludzie ginęli z jej pieśnią na ustach; ludzie woleli umrzeć z głodu, niż napisać choćby słowo przeciw jej zasadom. Zasady owe zaś, to wolność, równość, braterstwo, czy też dogmaty Deklaracji niepodległości. To właśnie była ta idea, która odkupiła posępne negacje wieku osiemnastego; i wciąż istnieją w Filadelfii, Bostonie czy Baltimore takie zakątki, w których jeśli zapadnie choć na chwilę cisza, natychmiast wyczuwa się bezbłędnie ową atmosferę, która wydała z siebie prosty strój i formalne maniery tamtego pokolenia – tak że nawet spotkanie z Tomaszem Jeffersonem nie wydawałoby się w tych warunkach niczym zaskakującym.

Nie odnajdzie się w Anglii podobnych duchów. W Anglii, prawdziwa religia wieku osiemnastego nigdy nie znalazła dość wolności, czy dość powietrza. Nigdy dość przestrzeni, aby mogła zbudować ów kształtny i klasyczny budynek, zwany Kapitolem. Aby mógł zamieszkać w niej człowiek prawdziwie niezależny – choć czasem także prawdziwie nieubłagany: obywatel.

W osiemnastowiecznej Anglii, obywatel został wypchnięty poza nawias – częściowo ze względu na obecność lepszych niż on reliktów z przeszłości, przede wszystkim jednak ze względu na znacznie gorsze elementy teraźniejszości. Najgorsze dokonania wieku osiemnastego zniweczyły najlepsze dokonania wieku osiemnastego. Całą angielską ziemię dzierżyły w swojej mocy fikcje prawne; bezbożny, erastiański4 kościół i hanowerski król. Angielskie nieruchomości, to byli arystokratyczni dandysi okresu regencji5, wystrojeni w ubrania mające pasować do konwencji Brighton Pavilion6; których pogaństwo było nie tyle oziębłe, co raczej niemożliwie ozdobne. To właśnie element owego arystokratycznego marnotrawstwa sprawił, że Karol Fox, wielki człowiek, nie stał się ostatecznie chwalebnym wyjątkiem. Dobrze zatem jest dla nas zdać sobie sprawę, że czegoś w historii nie doświadczyliśmy; a zatem – że nie rozumiemy czegoś w Amerykanach. U początków ich indywidualizmu stał właśnie ten idealizm. Owa nuta heroizmu służby publicznej, honorowego ubóstwa, którą wciąż wysłyszeć można w chwalebnej nazwie Cincinnati.

Mam jednak inny, specjalny powód, dla którego zauważam tutaj ów historyczny fakt; fakt, że choć my, Anglicy, nie zbudowaliśmy niczego w rodzaju Kapitolu, w kwestii katedr dorównujemy dokonaniami dosłownie każdemu. I czymś dalekim od nieprawdopodobieństwa jest, iż drugi z tych modeli architektonicznych może okazać się wkrótce po raz kolejny modelem operacyjnym. Bo sam czuję, i to od długiego już czasu, sporą sympatię do obu tych przeszłych ideałów, z pozoru przynajmniej kompletnie nieprzystawalnych. Zawsze pociągała mnie zarówno czerwona czapka, jak czerwony krzyż – Marsylianka jak i Magnificat. I nawet mimo że był przecież taki moment, w którym te dwie sprawy weszły ze sobą we wściekły i brutalny konflikt, moja sympatia ani do jednej ani do drugiej nigdy nie osłabła. Niemniej, wydaje mi się, że w kwestii konfliktu Republiki z Kościołem, republikański argument przeciwko Kościołowi faktycznie znacznie mocniej uderza w Republikę*. Zdecydowanie bowiem, to Republikę, a nie Kościół, uważam za rzecz niezwykle piękną, ale należącą już do przeszłości. Istotnie, czuję do ideału republikańskiego ten sam rodzaj smutnego szacunku, jaki wielu ludzi środka epoki wiktoriańskiej czuło do ideału religijnego. Najszczersi poeci tamtego okresu w znacznej części dzielili się na tych, którzy utrzymywali – jak Arnold i Clough7 – że choć chrześcijaństwo jest ruiną, to należy je traktować przynajmniej jak ładną ruinę; i tych, którzy – jak Swinburne8 – utrzymywali, że choć chrześcijaństwo jest ładną ruiną, to należy je traktować po prostu jak ruinę. Nie ma wszakże cienia wątpliwości, że ich własna, pogańska świątyńka wolności politycznej jest obecnie w znacznie bardziej ścisłym sensie ruiną, niż chrześcijaństwo; i wydaje mi się, że jestem jednym z ostatnich żyjących ludzi, którzy wchodząc do jej wnętrza, pamiętają, że powinno się przy tym zdjąć czapkę. Dlatego właśnie urządzałem sobie czasem małe eskapady, szukając zanikających już śladów owej przegranej sprawy w staroświeckiej atmosferze nowego świata.

Niemniej, wcale nie uważam, by katedra naprawdę była ruiną; i wątpię, bym uważał tak nawet w wypadku, gdybym sam chciał ją zrujnować. Wątpię, czy pan McCabe9 naprawdę wierzy w ruinę chrześcijaństwa – choć czasem istotnie zdaje się wmawiać sam sobie podobne rzeczy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby powiedzieć, że zatłoczona katedra św. Patryka w Nowym Jorku była zrujnowana – czy nawet że niedokończona katedra anglokatolicka w Waszyngtonie była zrujnowana; albo że zawrotne i zapierające dech w piersiach kościoły gotyckie, strzelające teraz pod niebo w całym Bostonie dzięki inspirującym inicjatywom pana Crama, to ostatnie pozostałości czy podrygi martwego przeżytku. Jest przecież kwestią serca i faktów, kwestią niezależna całkowicie od teorii i opinii, że to nie w budynkach religijnych czujemy się dzisiaj tak, jakbyśmy patrzyli na coś pięknego, lecz przemijającego, na coś, co kochamy, ale na co przyszedł już koniec. Tylko dokładnie w owych uporządkowanych i równych przestrzeniach, przygotowanych na święte miejsca racjonalnej i trzeźwej religii wieku osiemnastego; w starym domu w Filadelfii, w którym wisi portret Franklina, czy w Maryland – w tym mieście, którego mieszkańcy wznieśli pierwszy pomnik Waszyngtona. To tam właśnie czuję się jak ktoś, kto stawia krok na sali wielkiej, gdzie już ostatni zamilkł głos, gdzie gęsty mrok liść zdusił wszelki, i skąd już wszystkich zabrał los10. To w takich momentach czuję się tak, jak gdybym był ostatnim republikaninem na ziemi.

Lecz mówiąc, że republika epoki oświecenia jest obecnie w ruinie, powinienem chyba dodać, że w najlepszym wypadku jest ona w ruinie; w najgorszym grozi zawaleniem lub gnije i grzybieje. Czymże bowiem jest republika czasu obecnego, w odróżnieniu od idealnej republiki naszych ojców, jeśli nie robaczywą kupą kapitalistycznej korupcji; gniazdem pasożytów, jakimi są zawodowi politycy? Czytałem pewnego dnia po raz kolejny gorzki ale niepozbawiony szlachetności wiersz Swinburne’a, „Przed krucyfiksem”, w którym żąda on od Chrystusa, czy może tylko kościelnego wizerunku Chrystusa, aby ten usunął się z drogi maszerującego dumnie, politycznego idealizmu, reprezentowanego przez zjednoczone Włochy czy Republikę Francuską. Uderzyło mnie, jaka to kolosalna i przedziwna ironia losu – bo każde z jego szyderstw na temat degradacji starego ideału religijnego można by teraz bez żadnych niemal poprawek wykorzystać jako opis degradacji jego własnego, nowego ideału politycznego. Nadszedł już czas, w którym możemy pytać jego boginię wolności, symbolizowaną przez współczesnych liberałów: „czy wyście nakarmili wygłodzone dusze, czy wyście wolność nam przynieśli?” Bo każde narzędzie, w które mocno i niezłomnie ufali owi starzy wolnomyśliciele, stało się teraz narzędziem ucisku – a nawet wyzysku klasowego. Ich wolny parlament stał się oligarchią. Jej wolna prasa zamieniła się w monopol. Jeśli prawdziwy Kościół uległ skażeniu w ciągu dwóch tysięcy lat, cóż powiedzieć o prawdziwej republice, która przegniła w obrzydliwą plutokrację w mniej niż dwieście?

O Ty, z obliczem skrytym, które dziś powleka

Przez wieków szereg czarna utkana zasłona;

Powiedz – jeśliś naprawdę ukochał człowieka –

Po cóż miłość twa była, krew twa – na cóż ona?

Dziś w jad śmierci zmieniają ją w czarach swych, oto,

Kapłani – w złoty pieniądz miłości twej złoto.

Kto ma dziś więcej wspólnego z mamoną – księża czy politycy? Czy teraz naprawdę możemy chociaż względnie sensownie powiedzieć, że księża zmieniają w jad krew męczenników? Czy możemy powiedzieć dzisiaj coś takiego choćby w połowie tak dosłownie, jak to, że dziennikarze brukowców gotują go z krwi naszych żołnierzy?

Niemniej, rozumiem, co takiego działo się w duszy Swinburne’a, gdy patrząc na rzeźbiony wizerunek Chrystusa i nie umiejąc zrozumieć różnicy zachodzącej między przesłaniem a praktyką, wypowiedział do niego słowa swego osobliwego pożegnania – pośpiesznie, prawda, ale nie bez żalu, i nawet nie bez pewnego szacunku. Bo kiedy spojrzałem po raz ostatni na Statuę Wolności, czułem dokładnie to samo.

Przeł. Maciej Wąs

1 William Makepeace Thackeray (1811-63) – pisarz brytyjski, reprezentant realizmu krytycznego.

2 Piotr Ronsard (1524-85) – renesansowy poeta francuski, przywódca grupy „Plejada”.

3 Teobald Wolfe Tone (1763-1798) – irlandzki wojskowy i bohater narodowy, przywódca powstania w 1798 (przypis z Irlandzkich impresji).

4 Erastianizm to ruch w ramach protestantyzmu, uznający państwowy charakter kościoła.

5 Okres mniej więcej między rokiem 1795 a 1837, tzn. odkąd Jerzy III utracił właściwie zdolność panowania do końca panowania Wilhelma IV (czyli początku ery wiktoriańskiej). Epokę tę ocenia się w angielskiej historiografii zazwyczaj bardzo pozytywnie, co stanowi jeszcze jeden dowód, że GKC naprawdę szedł pod prąd.

6 Była już rezydencja królewska w Brighton, charakterystyczna ze względu na bulwiaste kopuły, stanowiące imitację z architektury indyjskiej. Budowę zaczęto w 1787, natomiast po jej zakończeniu miały jeszcze miejsce liczne przebudowy, z czego najsłynniejsza w latach 1815-22, gdy architekt Jan Nash (1752-1835) nadał pałacowi jego obecny wygląd. W 1850 zdecydowano o odsprzedaniu majątku samorządowi miejskiemu, ze względu na to, ze królowa Wiktoria nie darzyła go specjalną sympatią i rzadko z niego korzystała.

* Aż do końca tego rozdziału mówię o Republice nie tylko jako o systemie amerykańskim, ale ogólniej, jako o całości nowoczesnego systemu elektywnego, tak jak funkcjonuje on również choćby we Francji, czy nawet w Anglii (przypis GKC).

7 Artur Hugo Clough (1819-61) – angielski poeta i pedagog. Istotnie, tzw. „postępowiec” (są w jego twórczości ślady socjalizmu i idei „wyzwolenia” obyczajowego), ale niepozbawiony pewnej wrażliwości religijnej.

8 Algernon Karol Swinburne (1837-1909) – angielski poeta, pisarz, dramaturg, twórca z nurtu prerafaelickiego i romantycznego. Liberał, a wręcz libertyn, nastawiony wybitnie antyreligijnie, swego rodzaju prekursor rewolucji seksualnej. W młodości Chesterton sporo go czytał, jednak w latach późniejszych nabrał dystansu, z przyczyn wiadomych – choć zawsze odnosił się do niego, jako do pisarza, ze sporym szacunkiem.

9 Józef McCabe (1867-1955) – angielski pisarz i działacz społeczny, propagator ateizmu. Nawet w Brittanice oskarżono go o przesadną agresję w stosunku do Kościoła.

10 Aluzja do wiersza „Oft in the Stilly Night” Tomasza Moore’a (poety romantycznego).