[Chesterton odwołuje się w tekście do rewolucji portugalskiej z roku 1910, podczas której obalono monarchię i wprowadzono ustrój republikański. Jak zwykle, tekst pozostaje żywym dowodem na nieprawdziwość większości stereotypów co do politycznych poglądów Naszego Ulubionego Pisarza (jak również, trafem, przeciw popularniejszemu onegdaj stereotypowi, że ich nie miał, ale to inna historia…). – Tłumacz.]

Dr Horton i ks. Joseph Hocking1 w opublikowanej niedawno, potwornie wprost zabawnej pracy tłumaczą nam, w swoim niepodrabialnym i komicznym stylu, m.in. to, że młode republiki kontynentu południowoamerykańskiego to modelowe przykłady społecznej stagnacji. Drugie, niedopowiedziane, znaczenie, jest rzecz jasna takie, że jest tak dlatego, że są one słabe i tchórzliwe. Na ile rozumiem, dowód na ich stagnację stanowią niekończące się rewolucje; a tchórzostwo – fakt, że są one gotowe bez ustanku ryzykować życiem. Pogląd ten, niewinny i staromodny pogląd Anglików na republiki południowoamerykańskie, wszakże już w znacznej mierze odszedł do lamusa. Bo republiki te robią dokonują dzisiaj tej jedynej rzeczy, która potrafi zaspokoić religijnego ducha współczesności – bogacą się. Niemniej, grzechy ich obywateli można, według linii ataków, które kiedyś przeciw nim kierowano, sprowadzić do trzech kwestii ogólnych; po pierwsze: są to obywatele małych państw, jak Ateńczycy czy Florentczycy złotego wieku swych miast; są biedni, jak pierwsi chrześcijanie; i lubią walki uliczne, jak wszystkie wielkie narody od Rzymu do Francji w najwspanialszych dniach ich historii. Północna część Ameryki to kraj spokojny (no, może pali się w nich czasem żywcem tu i tam Murzyna, ale to się nie liczy), ale nie dlatego, że nie ma w nim tyranii – tylko dlatego, że nie ma rebelii. Bardzo możliwe, że wielu dobrych prezydentów straciło życie w haniebnych zamachach w republikach Ameryki Południowej. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, że ogromnie wielu obrzydliwe bogatych finansistów haniebnie nie straciło życia w republice Ameryki Północnej. I na to naprawdę nie ma usprawiedliwienia. W małych demokracjach ludzie być może naprawdę są zbyt podejrzliwi, jak wszyscy prości i wolni ludzie. Może i za dużo znajdzie się jawnych nieporozumień w Nikaragui. Na pewno jednak w Nowym Jorku znajdzie się za dużo niejawnych porozumień, zwłaszcza w świecie biznesu. Według zwykłego, ludzkiego, zdrowego, ba! – barbarzyńskiego zdrowego rozsądku, przypadek Ameryki Północnej jest dużo, dużo poważniejszy; jeden względnie żywy milioner to wizja znacznie bardziej przerażająca, niż ulice pełne zupełnie martwych trupów. Oczywiście, obywatele Ameryki Południowej ponoszą odpowiedzialność za każde życie, które zniweczyli; podobnie jak obywateli Ameryki Północnej zapyta się kiedyś o wszystkich zamordowanych przez nich Murzynów i czerwonoskórych. Jeśli jednak ktokolwiek zapyta ich kiedyś o wszystkich biznesmenów, którym pozwolili żyć, to nie wiem, czy znajdą cokolwiek, aby się zasłonić.

Interesującą, i fascynującą, obserwację stanowi to, że współczesna Europa zdaje się podążać w ślady Ameryki Południowej raczej, niż Północnej. Trwa właśnie w Portugalii na przykład rewolucja tak prosta i gwałtowna, jaka równie dobrze mogłaby wybuchnąć w Peru. A nie długa, drętwa i zupełnie zepsuta ewolucja, jaką znamy z Nowego Jorku czy Filadelfii. Różnica między tymi dwoma typami cywilizacji jest zaś bardzo prosta. Wśród ludów łacińskich zasady pozostają zawsze takie same, podczas gdy system zmienia się bez ustanku. Wśród ludów anglosaskich natomiast, system pozostaje ten sam, podczas gdy zasady ciągle się zmieniają – o ile w ogóle istnieją. Śpieszę wyjaśnić jednocześnie, że nie ma oczywiście czegoś takiego jak ludy łacińskie czy anglosaskie. Jeśli wszakże podejdzie się do sprawy z wystarczającą delikatnością, wydaje mi się, nie ma to większego wpływu na przebieg dyskusji. Istnieją po prostu społeczeństwa, w których pan Rockefeller żyje bezpiecznie nawet będąc obrzydliwie bogatym; są i inne, w których zginąłby nawet będąc relatywnie ubogim. W Anglii mógłby zostać parem. W Irlandii – trupem. Oto właśnie podstawowy podział, jaki zachodzi między tymi dwoma rodzajami organizacji społecznej i nie zmieni go nawet najsubtelniejsza dyskusja o detale. Wybuchy rewolucyjnego gniewu krajów łacińskich angielscy pisarze tłumaczą na najprzeróżniejsze, angielskie sposoby, opierając się przy tym na wszystkich możliwych do pomyślenia, prowincjonalnych angielskich stereotypach. Angielscy protestanci twierdzą, że ludy łacińskie ciągle ściągają na siebie katastrofy, bo są katolickie. Angielscy torysi – że dlatego, że mieszkają w republikach. Ja zaś mam wątpliwości po pierwsze co do tego, czy te katastrofy to naprawdę katastrofy. Wydaje mi się, że południe Europy zdołało zachować jedną z najcenniejszych europejskich tradycji – łatwość wywoływania przewrotów. Rewolucje mogą być dobre i złe. I w mojej opinii, ostatnie rewolucje istotnie są złe pod bardzo wieloma istotnymi względami. Ale dobrze czy złe, da się je przeprowadzić; tak, jak robią to narody Ameryki Południowej.

Faktem przygnębiającym i godnym pogardy jest natomiast to, że we wszystkich protestanckich krajach północy nie da się ich przeprowadzić. Nie da się po prostu (i najwyraźniej) zbuntować przeciw angielskiemu ziemiaństwu czy militarystycznej machinie Prus. Angielska arystokracja i pruska biurokracja obydwie rządzą przy pomocy magii; mój osobisty patriotyzm nakazuje mi dodać tutaj, że w wypadku Prus jest to czarna magia strachu; w wypadku Anglii – biała magia miłości. Anglicy naprawdę kochają swoich gentlemanów; podczas gdy Prusacy ledwie panicznie boją się urzędników.

Ale dobre czy złe, zaklęcie działa w sposób absolutny. Rewolucje nigdy nie dobiegają naturalnego i szybkiego końca, jak na południu Europy czy Ameryki. Wszelkie zamieszki w Anglii czy Niemczech po prostu wygasają; jak te, które niedawno miały miejsce w Berlinie; albo jak znacznie spokojniejsza manifestacja na Trafalgar Square. Protestanci chełpią się zresztą przecież nieodmiennie właśnie tym: że protestanckich tyranii nie da się obalić. Angielska arystokracja ziemska (która zbudowała swoją potęgę plądrując klasztory) trwa. Pruski despotyzm (owoc długiej wojny przeciw katolicyzmowi) – również. Jeśli silne państwo to takie państwo, w którym rewolucje się nie wydarzają, Anglia i Niemcy bez wątpienia są silne. Jeśli jednak naprawdę w pewnych miejscach na świecie rewolucje nie mogą się wydarzyć, powracamy, chcąc nie chcąc, to pierwotnej kwestii: czy to dlatego, że ludzie stali się tam zbyt dobrzy, aby się nawzajem uciskać – czy zbyt nikczemni, aby umieć się buntować?

Gdy czytam zatem o rewolucji takiej, jaka dokonuje się obecnie w Portugalii, wzdycham nieraz: „Och, jakże bym chciał żyć w podobnie zacofanym kraju!” Jak bardzo chciałbym, aby możliwe było urzeczywistnić tak szybko i naturalnie jakikolwiek przejaw woli społecznej – choćby i była to zła wola. Bo jeśli można obalić dobry system i zbudować na jego miejsce zły (jak właśnie, przynajmniej w pewnym sensie, robią teraz Portugalczycy), to działa to również w drugą stronę. Gdy ludzie przekonają się, że zły system jest zły, również będą mogli go obalić i zastąpić dobrym. Po to zresztą właśnie ich ustrój państwowy jest tak elastyczny i tak zdolny do adaptacji. Aby dało się tak robić. My w Anglii wszakże, najwyraźniej nie możemy naprawić ani jednego ze swoich błędów; nawet tych wielkich i niewątpliwych błędów, jakie popełniliśmy w szesnastym stuleciu. Dlatego też, w sensie ogólnym, gorąco popieram przyjęcie modelu południowoamerykańskiego. I przeprowadzanie rewolucji (łagodnej rewolucji, rzecz jasna) średnio co sześć miesięcy. Obawiam się jednak, że nigdy do tego nie dojdzie; bo przedziwna doktryna na temat podobnych spraw siedzi nam na piersiach i dusi nas jak zmora.

Wiemy już zatem, jaki jest tutaj najważniejszy fakt. Patrząc z zewnątrz przynajmniej: narody południa przeprowadzają rewolucje, narody północy – nie. Jedyny problem brzmi: dlaczego? Czy dlatego, że naprawdę nie ma ani śladu tyranii w Glasgow czy Chicago? A może – bo nie ma tam ani śladu prawdziwej wolności? Czy dlatego, że wieśniak z równiny Essexu osiągnął pełnię i najwyższy poziom rozwoju ludzkiej natury? Dlatego, że drobny urzędnik z Cheapside ma wszystko, czego jego serce pragnie? Czy może dlatego, że (jak czasem sobie wyobrażam) obaj panowie zostali tak skrajnie stłamszeni w swojej naturze i pozbawieni jakichkolwiek pragnień, że nie pamiętają już swoich praw – w związku z czym nie potrafią już mścić swoich krzywd? Czy naprawdę jesteśmy na rewolucje za wielcy– czy zbyt mali?

W tym kontekście wydarzenia portugalskie można uznać za rzecz bardzo pouczającą. Angielskie gazety, rzecz jasna, nie potrafiły dać swoim czytelnikom ani najbledszego pojęcia, o co tak naprawdę chodziło. Starożytny cynik powiedział, że człowiek wynalazł język, aby ukrywać myśli. Fascynujący paradoks. Nie ma jednak niczego paradoksalnego w twierdzeniu, że prasę wynaleziono, aby ukrywać fakty. Obecnie, to raczej z lekka tandetny truizm. W jednym czasopiśmie udało mi się jednak przeczytać bardzo racjonalną analizę tego, co nie podobało się Portugalczykom w ich kraju i przeciw czemu się zbuntowali. Otóż autor wyjaśniał, bardzo poważnie i przekonująco, że ów kamień obrazy stanowiło to, co nazwać można „systemem rotacyjnym”. To znaczy: systemem, w którym partie wymieniały się okresowo (i za obopólną zgodą) władzą i dostępem do publicznych pieniędzy. Faktycznie, to straszna wizja. Miejmy nadzieję, że w Anglii nigdy nie ziści się nic podobnego.

Tłm. Maciej Wąs

1 Obydwaj byli pisarzami skrajnie antykatolickimi. Dzieło, do którego GKC się odwołuje, to zapewne to pt. Czy Rzym odbije Anglię? z 1910.