[Świątecznie – odgrzewamy stare, które może jednak niedługo stanie się nowe (ale cóż to, cóż to?; cyt! cyt!). – Tłumacz.]

Gdy Jeruzalem już dwa czy trzy dni leżało pogrzebane do połowy pod śniegiem, w rozmowie z jednym z moich przyjaciół stwierdziłem, że od teraz będę nareszcie dostatecznie przygotowany, by stawać w obronie wszystkich kartek świątecznych. Te, na których Betlejem skrzy się od śniegu, przez wykształconych ludzi uważane są zazwyczaj za prostackie kłamstwa. W najlepszym wypadku za ludowe fantazje, podobne do tych, które jasełkowych pasterzy wyposażyły w pospolity dialekt z hrabstwa Somerset. W swoim najgłębszym sensie, ta demokratyczna tradycja ma oczywiście więcej z prawdy niż znaczniejsza część opracowań historycznych. Ale nawet w sensie bardziej przyziemnym i konkretnym, tradycja grudniowego śniegu wcale nie jest aż tak fałszywa, jak się to dziś sugeruje. Anglicy przedstawiający sobie Dzieciątko Jezus w burzy śnieżnej to zupełnie co innego, niż londyńczycy przedstawiający sobie owo Dzieciątko jako spowite londyńską mgłą; to nie tylko taka lokalna iluzja. W Jerozolimie może padać śnieg; w Betlejem – również; i jeśli wnikniemy w treść kryjącej się za tym obrazem idei, łatwo zrozumiemy, że to nie tylko kwestia możliwości, ale wręcz prawdopodobieństwa. W Palestynie, a przynajmniej w tych jej górskich częściach, co do pór roku panują generalnie dokładnie takie same sentymenty, jak na Północy czy Zachodzie. Śnieg to rzadkość, ale zima – to rzeczywistość. Niezależnie od tego, czy uznamy to za sprawę Bożej tajemnicy, czy ludzkiego mitu, cel organizowania podobnego święta właśnie w zimę będzie dokładnie taki sam w wypadku Betlejem, jak Balham. Każdy, kto przyjąłby, że Dziecię Jezus narodziło się w grudniu, rozumiałby pod tym dokładnie to samo, co my; to znaczy: że Chrystus to nie tylko letnie słońce dla tych, którym się dobrze wiedzie, ale zimowy ogień dla tych, którzy mieli w życiu nieco mniej szczęścia.

Innymi słowy, na poły tropikalny charakter tego miejsca, podobnie jak pleniącą się w nim wulgarność i świętokradztwo, można – i rzeczywiście, nader często się to robi – potężnie wyolbrzymić. Zawsze jednak trudno jest poprawić wyolbrzymienie bez wyolbrzymiania poprawki. Absurdem byłoby negować, że Jeruzalem to miasto wschodnie; można wszakże powiedzieć o nim również coś takiego: że to miasto wschodnie, które się sporo zwesternizowało – ale nie zmodernizowało. Albo chociaż że zanim się zmodernizowało, to się „zmediewizowało”. Na tej samej zasadzie, absurdem byłoby negować fakt, że to miasto Południa – w tym sensie, że zazwyczaj zawieje śnieżne omijają je szerokim łukiem – niemniej to nie cała prawda; bo prawdą jest również, że zawsze znało ono śnieg, że tak powiem, „jakościowo” – choć na pewno nie ilościowo. Tymczasem, ilości śniegu, które spadły na nie w tamte dni, wywołałyby zupełne zaskoczenie, więcej nawet – sensację, także w Sussex czy Kencie. Inaczej można jeszcze powiedzieć tak (żeby było chociaż względnie adekwatnie): że Jeruzalem było oblegane częściej i przez więcej ludów, niż jakiekolwiek inne miasto na ziemi; przez Żydów, Asyryjczyków, Egipcjan, Babilończyków, Greków, Rzymian, Persów, Saracenów, Francuzów i Anglików; wszakże chyba nigdy wcześniej, podczas całej swojej trwającej długie stulecia udręki, nie było ono tak naprawdę oblężone przez zimę. W tym wypadku zaś, śnieg nie tylko na nie spadł – ale zwyczajnie je zasypał.

Przez kilka dni, miasto rzeczywiście znajdowało się w stanie oblężenia. Gdyby śnieg utrzymał się przez odpowiednio długi czas, mogłoby znaleźć się w stanie klęski głodu. Utracono połączenia kolejowe z najbliższą stacją. Drogi do najbliższej wioski, nawet do najbliższego przedmieścia, stały się nieprzejezdne. W niektórych miejscach śniegu spadło tak dużo, że mógł on spokojnie przysypać człowieka; i, niestety, naprawdę przysypał kilkoro małych dzieci; biednych, małych Arabów, których sztywne ciała leżały tam, gdzie upadły. Muły brodziły w nim wolno, jakby zmagały się z rwącą falą powodzi, a niezliczone drzewa łamały się pod nim, niczym pod uderzeniem pioruna. A kiedy zaczął się w końcu topić, oblężonej twierdzy zaczęło grozić przekształcenie się w coś w rodzaju wyspy. Niemożliwa po ludzku do przekroczenia rzeka płynęła wartkim nurtem pomiędzy Jerozolimą a Górą Oliwną. Nawet chodząc po ulicy można było wpaść do wody po kolana albo i po pas. Wszędzie leżały zaspy, przypominające coś w rodzaju systemu naturalnych barykad, wzniesionych na użytek jakiegoś nowego typu rewolucji. Zdążyłem już napomknąć, że tym, co z całego miasta uderzyło mnie najbardziej, były jego mury; teraz jednakże, miasto owo otoczone zostało nowymi, białymi umocnieniami; takimi, przez które ni przyjaciel, ni wróg, nie mógł się przedostać.

Niemniej stan oblężenia, przy wszystkich swoich niedogodnościach, dla krytyka lub obserwatora przedstawia się nader dogodnie. Tworzył ogólne wrażenie czegoś zwartego, co – w mniej tragicznych okolicznościach – można by wręcz nazwać przytulnym. Zamknął obraz w ramach wyraźniejszych nawet niż mury miejskie; i zwrócił spojrzenie wszystkich świadków do wewnątrz. Przede wszystkim, przez samą swoją nienormalność dodatkowo uwydatnił normalne podziały i zróżnicowania tego miejsca; i ułatwił opisanie ich jako dramatis personas. Role, które odgrywały one w tamtym śnieżnym kryzysie w ogromnej mierze przypominały te, które odgrywały w ogólnym kryzysie państwa. Sam zaś fason i kolory obecnych tam postaci, turbanów i tarbuszy, khaki, burnusów i gabardyny, zdawały się zaznaczać tym mocniej na pustym tle wszechobecnej bieli.

Faktem podstawowym był, oczywiście, fakt kontrastu. Kiedy powiedziałem, że pod względem historycznym w mieście owym zdziwiło mnie to, że stanowi ono w takim samym stopniu wspomnienie po krzyżowcach, jak po Saracenach, nie miałem rzecz jasna zamiaru zaprzeczać rzeczywistości przypadkowego kontrastu między cywilizacją Południa a cywilizacją Europy, zwłaszcza jej północnych części. Kiedy całe złoto i pstrokata wegetacja relatywnie bardzo przecież azjatyckiego miasta zadrżały pod uderzeniem obcego wichru z Północy, ta radykalna różnica stała się aż nadto oczywista. Wielka, zielona palma uginająca się pod ciężarem białej kupy śniegu sama w sobie była nader dziwnym widowiskiem; widowisko z kolei jeszcze dziwniejsze i znacznie bardziej przygnębiające, stanowili ludzie – przywykli do życia pod palmami i przygięci do ziemi przez podobnie nieziemską zawieruchę. Jednak sam sposób, w jaki ją znosili, to być może pierwszy z wielu składających się na zawiły problem Jerozolimy faktów, który trzeba zauważyć. Jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, nieznajomość śniegu widać u prawdziwych mieszkańców Wschodu choćby po tym tylko, że go akceptują. Przyjmują do wiadomości – tak, jak my przyjęlibyśmy pożerające nas trzęsienie ziemi; ponieważ nie znamy odpowiedzi na trzęsienie ziemi. Ludzie pustyni zaś, nie znają odpowiedzi na śnieg – wydaje im się on czymś zupełnie niepodważalnym. Chrześcijanie wszakże, walczą z nim w dwojakim sensie; walcząc ze śniegiem walczą ze śniegiem w rękach, rzucając się śnieżkami. Dla pozostawionego samemu sobie muzułmanina lepienie śnieżek miałoby tyle sensu, co robienie zabawek z pioruna. I to właśnie stanowi swoistą figurę prawdziwego problemu, podnoszonego przez samą obecność angielskiego żołnierza na jednej z miejskich ulic – nawet jeżeli żołnierz ów tylko ją odśnieżał.

Nie byłoby niczym złym, jak sądzę, gdyby całe dobro i zło tych biblijnych krajów przetłumaczyć od czasu do czasu na język Biblii. I proponuję to tutaj w żadnym wypadku nie dlatego, że jest to język religijny, ale tylko dlatego, że jest on prosty. Fakt, że rdzenne ludy Bliskiego Wschodu, ludy Egiptu i Arabii, nawiązały kontakt z kulturą Zachodu może być – i zapewne pod wieloma względami rzeczywiście jest – czymś całkiem pozytywnym; niemniej, jeśli będzie on oznaczał jedynie wejście w kontakt z zachodnim snobizmem, czy więcej nawet – zachodnią hipokryzją, okaże się zwyczajnym nieszczęściem. Już w swoim obecnym kształcie niesie on ze sobą zbyt wielkie ryzyko przekształcenia ludowych utyskiwań na rząd w coś podobnego do oficjalnych wyjaśnień rządzących polityków; to znaczy: zwykłych zbitek długich słów, które prawie nic nie znaczą. Krótko mówiąc, jeżeli ludzie nauczą się mówić po angielsku, będzie to odświeżające wykończenie ich ogólnej kultury – pod warunkiem, że nauczą się nim mówić na ludzki sposób. Tutaj trudno zaś byłoby znaleźć lepszy model niż to, co zwykło nazywać się angielszczyzną biblijną. Rzeczą dla wszystkich zainteresowanych niezmiernie korzystną byłoby opisywać wszelkie naprawdę niesprawiedliwe lub niepopularne urzędy przy wykorzystaniu terminologii wziętej z tego, co mówi Pismo na temat Jezabel i Heroda. Szczególnie korzystne byłoby to dla samego urzędnika. Gdyby oskarżenia te opierały się na prawdzie, byłyby po prostu adekwatne, w przeciwnym wypadku zaś – po prostu absurdalne. Jeżeli ludzie naprawdę doznają ucisku, ich stan można opisać w bardzo zwykłych słowach, związanych z bardzo zwykłymi rzeczami; z chlebem, ziemią, podatkiem, dziećmi i kościołami. Jeśli imperialiści i kapitaliści naprawdę uciskają ludzi, jak zresztą bezdyskusyjnie bardzo często robią, kondycję tych potężniejszych jednostek również można opisać w bardzo krótkich i prostych słowach; takich jak „zbrodnia”, „grzech”, „śmierć” i „piekło”. Kiedy jednak ktoś wyraża swoje skargi, jak czasem dzieje się w Palestynie i częściej w Egipcie, w górnolotnym i rozwlekłym stylu artykułu wstępnego jakiejś gazety, zachodzi prawdopodobieństwo, że empatyczny Europejczyk przypomni sobie przy tej okazji jak mało ufa on swoim własnym artykułom wstępnym. Jeśli podchodzi do mnie Arab i mówi: „Przybysz zza morza ucisnął mnie podatkiem i zabrał zboże z pól ojców moich”, naprawdę czuję, że tym straszliwym odwołaniem do rzeczy wiecznych przewyższa on ogromnie mnie i całą moją niszczejącą cywilizację przemysłową. Czuję, że stanowi on posąg trwalszy niż statua, niczym Nabot albo Natan. Wszakże kiedy ów prosty syn pustyni otwiera swoje usta i mówi: „Samookreślenie świadomości klasowej proletariatu pod kątem solidarności w takim stopniu, w jakim służy ono międzynarodowej odbudowie” i tak dalej, wtedy – no cóż – w przedziwny i natychmiastowy sposób, wyznaję ze wstydem, moja sympatia doń staje się cokolwiek bardziej oziębła. Jedyne, co czuję, to prosta potrzeba wytłumaczenia mu, że potrafię kaleczyć własny język znacznie lepiej niż on. Gdyby wzorował się na wielkich buntownikach i rewolucjonistach Pisma, przysłużyłoby się to przynajmniej literackiej jakości jego wypowiedzi. A jednak w gruncie rzeczy chodzi tutaj o znacznie więcej niż tylko walory stylistyczne. Rozróżnienie to jest sprawiedliwe i logiczne nawet w kontekście idei. Fakt, że większość ludzi od owego Araba znacznie bardziej wykształconych, i w związku z tym znacznie mniej usprawiedliwionych, zwyczajnie je ignoruje, bierze się tylko z tego, że w ogóle nie dbają oni o intelektualną treść pojęć i zadowalają się samą długością słów. Lubią demokrację, bo to długie słowo; i tylko z tego powodu.

Ludzie mają prawo do samorządu; to znaczy: do rządu takiego, który sami stworzą. Niekoniecznie zaś do specjalistycznej i wymyślnej maszynerii władzy stworzonej przez kogoś innego. Ich prawem jest samemu go stworzyć, ich obowiązkiem jednak: samemu go wymyślić. Prostego typu samorząd istnieje do dziś w mnóstwie prostych społeczności – i zawsze uważałem, że ingerować weń to straszna odpowiedzialność. Rząd przedstawicielki wszakże, albo też rząd teoretycznie przedstawicielski, typu nadzwyczajnie wprost skomplikowanego, może istnieć w niektórych skomplikowanych społecznościach bez nakładania na nie obowiązku dzielenia się nim z innymi lub nawet podziwiania go na własnym podwórku. W każdy razie, na dobre czy na złe, wynalazły go one na własny użytek. I między podobnymi wynalazkami a samym przez się oczywistym zbiorem praw, o którym żaden człowiek nie mógłby powiedzieć, że go „wymyślił”, zachodzi, ściśle racjonalna i demokratyczna, różnica natury moralnej. Jeśli Arab mówi mi: „Nie dbam o Europę; chcę chleba”, wyrzut ten uderza mnie jako naraz straszny i prawdziwy. Jeśli jednak mówi: „Nie dbam o Europę; chcę francuskiej kuchni, włoskich cukierków, angielskiego piwa” i tak dalej, to myślę, że taki raczej niemądry z niego Arab. Jakby nie spojrzeć, to my stworzyliśmy to wszystko; in auctore auctoritas.

Obecność śniegu w Palestynie dostarcza zaś praktycznego przykładu tego zagadnienia, szczególnie w kontekście starego powiedzenia „prędzej śnieg spadnie w Egipcie, niż” (i tak dalej). Palestyna jest dziksza, biedniejsza, mniej nowoczesna, bardziej religijna i w związku z tym – bardziej realistyczna. Relacja między rzeczami, które może zrobić tylko Europejczyk, a rzeczami, których żaden Europejczyk nie ma prawa zrobić, to sprawa znacznie jaśniejsza i wyraźniejsza niż wszelkie nieporozumienia pustosłownej gadaniny. Z jednej strony, rzeczy, które Anglik może zrobić, to rzeczy bardziej realistyczne, jak choćby odśnieżanie; z tego tylko powodu, że Anglicy nie budują tutaj, by tak rzec, na francuskim chodniku, ale litej skale dzikich terenów Wschodu, ich kontakt z islamem i Izraelem jest prostszy i bardziej bezpośredni. Z drugiej strony, niezadowolenie i rewolty też są bardziej realne. Nie twierdzę, że Egipcjanie nie mają podstaw do narzekania – twierdzę tylko, że miewają również wady. Niemniej, rzecz ciekawa, ich wady wydają mi się znacznie bardziej rzeczywiste niż narzekanie. Prawdziwy argument przeciwko naszej egipskiej przygodzie został sformułowany dawno temu przez Randolfa Churchilla1, kiedy potępił ją jako „wojnę akcjonariuszy”; to tylko element większej sprawy spowodowanego przez kosmopolityczny rynek finansowy zjawiska dziedziczenia długów. A jednak, przybysz z obczyzny słyszy w Egipcie bardzo niewiele utyskiwań na kosmopolityczne finanse i całe mnóstwo farmazonów kosmopolitycznego idealizmu. Kiedy Palestyńczycy mówią, że lichwiarze to plaga ich ziemi, mają na myśli ziemię, w której kopią; starą rzeczywistość, a nie nową abstrakcję. Ich rewolta może być słuszna lub niesłuszna, niemniej jest prawdziwa; co zaś tyczy się ich rewolty, tyczy się także ich religii. Można zasadnie wątpić, czy Egipt jest narodem, nie ma jednak najmniejszych wątpliwości co do tego, że Jerozolima jest miastem – i że narody przyszły do jej światła.

Problem śniegu rzeczywiście okazał się dobrym materiałem na opowieść dotyczącą praktycznej polityki tego miasta. Angielscy żołnierze je odśnieżyli; Arabowie siedzieli spokojnie, zadowoleni (czy tylko stoiccy) wobec białego puchu blokującego ich drzwi lub gruchoczącego ich dachy. Żydzi natomiast, w swej własnej opowieści, po długich negocjacjach dali się przekonać i trochę pomogli, potem zaś zaczęli domagać się pokaźnego wynagrodzenia za odzyskanie możliwości użytkowania drzwi frontowych własnych domostw. Opowieść ta jest nie do końca sprawiedliwa; a jednak, nie jest ona także aż tak niesprawiedliwa, jak się wydaje. Każdy racjonalny antysemita zgodzi się jednak przynajmniej co do tego, że podobne historie, nawet jeśli są prawdziwe, niekoniecznie stanowić muszą alegorie żywej przecież u Semitów tradycji „gospodarki chciwości” – i czasem jedyne, o czym opowiadają, to owa bardziej ludzka i zdrowsza tradycja narodu żydowskiego, jaką jest bolszewizm. Żydzi naprawdę domagają się wysokich wynagrodzeń, ale nie dlatego, że są, w starym sensie, pazerni na pieniądze, ale że są pazerni na pieniądze (jakby ujęli to nieprzyjaźni ludzie) w sensie całkiem nowym, to znaczy: mają mocne i gorzkie przekonanie o swoich prawach do części kapitalistycznej nadwyżki. Taki sam problem istnieje także w żydowskich koloniach okręgu wiejskiego; co widać szczególnie wyraźnie gdy sami Hebrajczycy próbują wytłumaczyć nam, dlaczego nie pracują, tylko korzystają z pracy Syryjczyków i Arabów. Sami zainteresowani twierdzą, że nie wynika ono z umiłowania leniwego życia klasy kapitalistycznej – ale ze szczerej troski o dobre zarobki klasy robotniczej. Tym wszystkim zajmę się wszakże przy okazji omawiania kwestii żydowskiej jako takiej. W tym momencie chodzi tylko o to, że epizod ze śniegiem rzeczywiście pozwolił mi zorientować się mniej więcej jakie role grają w tym całym dramacie wymienione wyżej grupy oraz opowieści, które się o nich snuje. I tak Anglicy na przykład zajmują się bardzo wieloma rzeczami, takimi jak odśnieżanie – ale tylko z tego powodu, że nie zajmuje się nimi nikt inny. Naprawdę uratowali oni rdzennych mieszkańców Orientu przed najgorszymi konsekwencjami klęski żywiołowej. Prawdopodobnie czasami ratują ich oni także przed skutkami tego, czego miejscowa ludność wcale nie uważa za klęskę. Niemniej zdarza się nader często, że wykonują pracę przynoszącą Arabom realne korzyści, o której jednak sami Arabowie nigdy by nawet nie pomyśleli, o wykonaniu nie wspominając. Ten fakt zaś ma pewne ogólne znaczenie nawet w naszych pierwszych oględzinach sprawy, ponieważ wskazuje na pewną prawdę, której nader łatwo nadużyć, ale której, jak sądzę, nie można zignorować. Chodzi mi o to, że w moralności muzułmanów jest coś apolitycznego. Jakkolwiek przewrotnie może to zabrzmieć, przypuszczam, że z tej apolitycznej moralności bierze się większość ich ruchów politycznych. Stają się oni politykami, ponieważ wiedzą, że nie są polityczni; i czują, że ich proste i mniej więcej zdrowe życie, wobec politycznej dominacji Anglików i politycznej subtelności Żydów, znajduje się w sytuacji cokolwiek niekorzystnej.

Dla przykładu, tradycja tureckiego panowania to zwykły żart. Wszystkie traktujące o niej opowieści to żarty, często naprawdę bardzo dobre. Osobiście ulubionym przeze mnie przypadkiem jest ten, który do dzisiaj ma swoje upamiętnienie w postaci wielkiej dziury w podłodze angielskiej katedry. Turcy rozkopali posadzkę w poszukiwaniu ukrytej pod nią artylerii; ponieważ dostali cynk, że biskup pobłogosławił dwie armaty. Rzeczywiście, niedługo wcześniej wyznaczył on dwie armaty do służby kościołowi, niemniej nie ukrył ich przebiegle pod prezbiterium. Kolejne przyjemne wydarzenie tego typu miało miejsce wtedy, gdy tureckie władze, wiedzione jakimś spontanicznym porywem tolerancji religijnej, wezwały do siebie greckiego popa, aby ten pochował swoich poległych w walce pobratymców, po czym powiedziały mu, że może wybrać ich sobie ze stosu zwłok ludzi wszystkich ras i wiar. Najciekawszy wszakże i zarazem najpowszechniejszy element komediowy stanowi tutaj nieznające końca zapoznawanie się na gruncie towarzyskim ze zdrowymi i uśmiechniętymi obywatelami, którzy z ledwością zdołali uniknąć tureckiego stryczka. Otóż tutaj każdy z tych w czepku urodzonych gentlemanów zdaje się uważać swoją historię za coś zupełnie zabawnego. Gdyby zostało się przedstawionym uprzejmemu Francuzowi, który właśnie zszedł był z gilotyny, albo życzliwie usposobionemu Arabowi, który przed momentem zwolnił miejsce na krześle elektrycznym, zapewne poczuło by się delikatne ukłucie ciekawości co do całej sprawy. Gdyby jakiś przyjaciel przedstawił nam kogoś mówiąc: „Mój wujek William, właśnie wrócił z więzienia w Dartmoor”2, w umyśle naszym, a być może nawet i na wargach, natychmiast wykwitłyby dwie ciche sylaby: „Po co?” A jednak, najwidoczniej pod panowaniem Turków śmierć przez powieszenie przypominała coś w rodzaju potrącenia przez dorożkę; każdemu mogła się przytrafić. To tylko tak nawiasem, jako że w tym momencie zajmuję się wyłącznie powierzchownym doświadczeniem stosunków panujących na ulicach, szczególnie tych przykrytych śniegiem. Dobrze będzie jednak zaasekurować się tutaj dodatkową uwagą, że owa niepolityczna beztroska i wszechstronność niezważającego na osoby Turka, oprócz strony komicznej, miała także tragiczną. W żadnym wypadku nie wszyscy uniknęli egzekucji; za Bramą Jafy rosło zaś drzewo, na widok którego mijających je przy świetle dnia ludzi wciąż może przechodzić dreszcz. Było ono tym, co pewien współczesny poeta rewolucyjny określił gorzkim mianem „drzewa ludzkiej roboty”; a inny, średniowieczny poeta rewolucyjny, drzewem owocowym królewskiego sadu. Stanowiło szubienicę; i wiatr strącał zeń życie ludzkie niczym listowie na jesień. A jednak patrząc nawet z tej bardziej ponurej strony, możemy dostrzec prawdę na temat muzułmańskiego fatalizmu, który wydaje się być tak obcy rzeczywistości polityki. Pewne ludowe porzekadło czy legenda głosiło, że drzewo owo wiązało się w jakiś magiczny sposób z dominacją Turków, a może i nawet muzułmanów w ogóle, nad znaczną częścią globu. Nie ma dziwniejszej cechy islamskiego fatalizmu nad tę ponurą wielkoduszność, domagającą się znaków i wyroczni przeciwko samej sobie. Niewiarygodne, jak często Turcy zdawali się dawać wiarę legendom czy proroctwom o swym własnym upadku. De Quincey3 wspomina jedno z nich, dotyczące ciosu, który przełamał na pół palladium Konstantynopola. Mówi się, że muzułmanie sami przepowiadają wjazd chrześcijańskiego króla przez Złotą Bramę Jerozolimy. Być może, że dlatego ową bramę zamurowali; w każdym razie, z owym fatalnym drzewem poradzili sobie oni dokładnie w takim stylu. Rozmyślnie obłożyli je nitowanym rusztowaniem z żelaza, jak gdyby uznali ludową przepowiednię mówiącą, że jak długo będzie ono stać, tak długo trwać będzie Imperium Osmańskie. To tak, jakby ów niezbożnik z Biblii podlewał codziennie wyniosły cedr Libanu, aby upewnić się, że będzie kwitnąć.

W poprzednim rozdziale starałem się zarysować tło blankowanych murów z niskimi bramami i wąskimi oknami, które zdawało się dodatkowo uwyraźniać najżywszą z kolorowych grup miejscowej ludności zestawieniem z neutralnymi barwami północy, a także – jak zjawisko owo przybrało na sile w momencie, w którym owe neutralne barwy przyprószone zostały dodatkowo własną jaskrawością śniegu. W takim samym, ściśle impresjonistycznym, duchu, chciałbym tutaj podjąć się próby naszkicowania niektórych zewnętrznych cech aktorów biorących udział w podobnej scenie, chociaż nawet w kwestii powierzchownej malowniczości malunek taki jest rzeczą nadzwyczaj wprost trudną do wykonania. Istotnie, ciężko być wystarczająco powierzchownym; ponieważ na Wschodzie prawie każda z cech wierzchnich ma charakter symbolu. Większa ich część to zachwycający gąszcz gałganów, cudowna pstrokacizna arabskiego tłumu – nawet zaś w kontekście tej jednej sprawy o każdym z tych kolorowych łachów dałoby się wygłosić osobny wykład. Dużo słyszy się u nas o jaskrawości barw Wschodu; najbardziej jednak uderzającą ich cechą jest to, iż to tak naprawdę barwy nader łagodne. Rzadko widuje się tutaj czerwień, która byłaby prostą czerwienią skrzynki pocztowej albo niebieski tak niebieski, jak Reckitt’s Blue4; tutaj czerwień występuje zawsze z domieszką lekko brunatnego wina czy czerwonych pomarańczy, niebieski zaś – barwy pawich piór lub morza. Krótko mówiąc, miejscowi mają naturę artystyczną w znaczeniu, które kiedyś przypisywało się słowu „estetyczny”; i jakiś nienazwany instynkt pozwala im zachować nienazwane odcienie wszystkich kolorów. Jak wszystkie podobne instynkty, może on stępieć pod wpływem terrorystycznego racjonalizmu; jak wszystkie dzieci, mieszkający tu ludzie nie wiedzą dokładnie, dlaczego chcą tego, co lepsze i z tego względu różnej maści sofiści stosunkowo łatwo mogą przekonać ich, że tak naprawdę chcą tego, co najgorsze. Z tego barwnego tłumu da się wszakże wyłowić inne jeszcze elementy miejscowego kolorytu, bardziej istotne, a przez to i znacznie bardziej trwałe. Przybyszowi zupełnie nieobznajomionemu z tym światem widok otulonych welonem muzułmańskich kobiet, tych złowrogich postaci bez twarzy, zapewne zmroziłby krew w żyłach. To coś, jakby tutaj każda kobieta była oknem. Gdyby potem zdał on sobie sprawę, że to tak naprawdę wcale nie zamaskowane niemowy na makabrycznym pogrzebie, tylko po prostu przedstawicielki płci pięknej przestrzegające konwencji noszenia welonów w miejscach publicznych, najprawdopodobniej wybuchnąłby śmiechem. Naszłaby go ochota do niefrasobliwych żartów na temat tego, że to musi być bardzo nudne życie – nie tylko dla kobiet, ale i dla mężczyzn; i że istotnie ktoś, kto przed ślubem nie może nawet spojrzeć na swoją żonę, równie dobrze może zażyczyć sobie mieć tych żon aż pięć. Mądrze jednak byłoby z jego strony nie zadowalać się podobną niefrasobliwością – jako że panujący wśród muzułmańskich kobiet w Jerozolimie zwyczaj zupełnego zakrywania się, chociaż nie stoi wyżej od wolności betlejemskich chrześcijanek, prawie na pewno jest czymś szlachetniejszym od bardziej kokieteryjnego kompromisu uznawanego przez muzułmanki z Kairu. Znaczy on tyle, że zasady islamu są tutaj znacznie ściślej przestrzegane; to zaś z kolei stanowi element czegoś, co każdy w miarę życzliwy człowiek, jeśli przybywa z owych bardziej komercyjnych miast Wschodu, natychmiast wyczuje w Jeruzalem; atmosfery zdecydowanie delikatniejszej i dostojniejszej duchowości, podobnej czystemu powietrzu tego górskiego miasta. Pomimo wszystkie ludzkie przywary, nie przez przypadek trzy wielkie religie uznają je za święte. Powiedziawszy wszystko, co było do powiedzenia, nasz bohater poczuje, że niektórych sztuczek nie dałoby się zrobić, niektórych zawodów – uprawiać, a niektórych sklepów – otworzyć, na obszarze o zasięgu rzutu kamieniem wokół Grobu Świętego. Ta niedefiniowalna powaga ma wprawdzie swoje własne fantazje fanatyzmu i formalizmu; jednak jeśli rzeczywiście są to wady, to na pewno nie przejawy wulgarności. Nie znajdzie się tutaj lepszego przykładu niż prawdziwi jerozolimscy Żydzi, szczególnie ci, pochodzący z gett Europy Wschodniej. Można ich od razu rozpoznać dzięki charakterystycznym kosmykom włosów, które noszą po obu stronach głowy, będących czymś pomiędzy loczkami a bakami. Czasami wyglądają one dziwnie zniewieściale, niczym jakaś rokokowa parodia kręconych włosów kobiet ery wiktoriańskiej. Czasami zaś zdecydowanie bardziej przypominają rogi czarta; i nie trzeba być wcale antysemitą, aby stwierdzić, że twarz również nader często pasuje do tej konwencji. Niemniej, mimo iż Żydzi ci bywają brzydcy, okropni nawet, to nie są tak ordynarni jak rodacy z Brighton; ciągną za sobą, razem ze swoimi wspaniałymi, lecz często brudnymi od tłuszczu szatami z brązowego lub fioletowego aksamitu, zbyt wiele pierwotnych tradycji i wypracowanych przez wieki więzów lojalności. Bardzo często noszą na głowach owe dziwne turbany z futra, które da się dostrzec na głowach rabinów z obrazów Rembrandta. I rzeczywiście, to wielkie nazwisko pojawia się tutaj nie bez powodu; bo cała prawda syjonizmu opiera się na różnicy między Żydem spod pędzla Rembrandta a Żydem spod pędzla Sargenta5. Dla Rembrandta rabin przedstawiał się, w podwójnym sensie, jako postać nieprzeciętna. Stanowił coś odmiennego od świata artysty, który malował go tak, jak malowałby bramina. Sargent wszakże zmuszony był traktować swoich modeli jako zwyczajnych obywateli Europy lub Ameryki; i dlatego właśnie jego obrazy to, po prostu, podżeganie do pogromów. Nie bez przyczyny na te dziwne, włochate aureole, które wciąż można dostrzec wokół krótko ostrzyżonych głów jerozolimskich Żydów, pada tak ukochane przez Rembrandta światło. Ja zaś boleję nad każdym pogromem, podczas którego choćby kosmyk czy kłaczek tych siwych włosów zniknął w ciemnościach grobu.

Rzeczywiście, cała ta scena mogłaby zostać uznana za fantazję dla fryzjerów; jako że różne sposoby strzyżenia włosów spokojnie mogłyby służyć za symbole różnych ras i religii. I tak greccy popi Cerkwi prawosławnej, brodaci, odziani na czarno, ze strzelistymi wieżami na głowach, z jakiegoś powodu noszą swoje włosy spięte na modłę kobiecą. W każdym razie, ich przepych ma w sobie coś przywodzącego na myśl brodate byki asyryjskiego rzeźbiarstwa; i ten dziwny zwyczaj zakręcania, jeżeli nie natłuszczania, włosów asyryjskiego byka, rodzi w nowo przybyłym podróżniku nieopisywalne i nielogiczne wrażenie nienaturalnej wzniosłości sztuki archaicznej. W którymś z fragmentów Apokalipsy znajduje się inspirująco niezrozumiała aluzja do zstępujących na ziemię mężczyzn, których włosy są jako włosy kobiet, a zęby jako zęby lwów. Nigdy jeszcze nie ugryzł mnie pop, dlatego też nie mogę stwierdzić, czy jego zęby są tak zupełnie lwie; chociaż widziałem jak dwóch z nich konsumowało swój hotelowy lunch z godnością, acz w niejakim pośpiechu. Niemniej, zakręcanie włosów w kobiecym stylu naprawdę wygrywa nam w umyślę ową nutkę nienormalności, do której mistyk pragnął nawiązać w swojej poezji, a która innym kojarzy się raczej z dygresją o charakterze humorystycznym. Najpyszniejszy i ostatni element tego ogólnego galimatiasu stanowiła reakcja pewnej damy, która, obserwując jednego z tych czcigodnych gentlemanów, z jakiegoś powodu niemającego akurat tej osobliwej fryzury, z głębi rozdartego niepokojem i zaskoczeniem serca zawołała: „Och, on nosi kok!”

W tym wypadku rzecz jasna również nawet pobieżne spojrzenie na barwne widowisko ulicy nie powinno zadowalać się wyłącznie jego stroną komiczną. W zewnętrznym przepychu tych zwyczajnych księży z prawosławnych parafii zaznacza się wyraźnie jakaś intelektualna głębia i atmosfera dystyngowanej potęgi; szczególnie, jeśli porównać ich do relatywnie prozaicznego i przemieszczającego się lekkim truchcikiem, pogodnego usposobienia rzymskich mnichów, nazywanych w tym kraju łacinnikami. W tym samym tłumie, co owych odzianych w czarne szaty pontyfików, da się dostrzec także gładko ogolonych mężczyzn w brązowych habitach, którzy w bezpośrednim porównaniu wydają się naraz niezmiernie skromni – i niezmiernie ruchliwi. To synowie św. Franciszka, którzy przybyli na Wschód w duchu porażającej prostoty, z zamiarem zakończenia wypraw krzyżowych w miłej atmosferze. I postronny obserwator mądrze zrobi, jeśli przyjmie ten pierwszy wizualny kontrast z intelektualną bezstronnością; nie ma on, rzecz jasna, żadnego związku z cechami osobistymi – i prostota gustów wielu greckich kapłanów dorównuje poziomem delikatności ich manier; księża rzymscy natomiast, mogą pławić się w przepychu i rytuale ile dusza zapragnie. Niemniej, generalnie mówiąc, prawdą jest, iż rzymski i grecki katolicyzm6 różnią się od siebie w tym kraju mniej więcej na takiej właśnie zasadzie; i różnica ta to proste przeciwieństwo schematycznych skojarzeń Zachodu. Na Wschodzie, to rzymski katolicyzm reprezentuje większą część tego, co my zwykliśmy utożsamiać z protestantyzmem. To on jest relatywnie surowy, praktyczny, wrogo nastawiony do przesądów i skupiony na pracy społecznej. To grecki katolicyzm, związany ściśle z historią antyczną i dziedzictwem Cesarstwa, jest sztywny od złota i lśniący od świetności ceremoniału. W żargonie naszego własnego społeczeństwa moglibyśmy powiedzieć, że Rzymianin jest tym, który racjonalizuje, Grek zaś – tym, który romanizuje. To rzymski katolik nie ma już siły do rosyjskiej i greckiej dziecinności, i nieustannie odwołuje się do zdrowego rozsądku. To Grek broni owej dziecinności jako dziecięcej wiary i potępia zdrowy rozsądek jako pospolity sceptycyzm. Nie mówię tutaj o kwestiach teologicznych, ani nawet o głębszych emocjach z tą sprawą związanych, ale tylko – jak pisałem – o kontraście dostrzegalnym na samej ulicy. Całą zaś różnicę dostatecznie dobrze zarysowują dwa sformułowania, które zdarzyło mi się usłyszeć w odstępie kilku ledwie dni. Pewien wybitny anglokatolik, sam mający dużo sympatii do tradycji greckiego prawosławia, powiedział mi: „Ostatecznie, to rzymscy katolicy byli pierwszymi purytanami”. Słyszałem także, iż pewien franciszkanin, dowiedziawszy się, że ów Anglik, i w ogóle chyba większość Anglików, z trudnych do wytłumaczenia względów lubią trzymać raczej z Cerkwią niż z Kościołem, rzucił krótko: „No i bardzo dobrze. Może w końcu Grecy zrobią coś pożytecznego”.

Tak czy inaczej, pierwsze wrażenie jest tutaj takie, że Grek wygląda świetniej w czerni, niż Rzymianin w mnóstwie barw. Niemniej Grek oczywiście również może ubierać się kolorowo, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę owe naraz lodowe i buchające ogniem formy kolorów, nazywane klejnotami. Widziałem greckiego patriarchę, wybitnego starszego gentlemana, jak szedł w dół ulicy niczym jakiś cesarz z Opowieści tysiąca i jednej nocy, obwieszony od stóp do głów drogimi kamieniami historycznej wartości, grubymi jak korale lub guziki, z gigantycznym krzyżem z wielkich szmaragdów, które równie dobrze mógłby dostać w podarku od zielonych geniuszy morza – oczywiście, o ile którekolwiek z owych geniuszy wyznają chrześcijaństwo. Wszystkie te rzeczy to zabawki – ja jednak jestem wielkim zwolennikiem zabawek; rubiny zaś i szmaragdy są prawie że tak rozkoszne, jak ów lśniący, kolorowy papier, który wkłada się do naszych Bożonarodzeniowych tubek z niespodzianką. Na Północy, piękno owo znajduje najpełniejszy wyraz w zestalonym świetle kolorowego szkła; i rzeczywiście, zdarzyło mi się widzieć okna gotyckie, w których szaty męczenników naprawdę mogłyby wydać się komuś gigantycznymi rubinami, a rozgwieżdżone niebo – jednym, wielkim szafirem. Barwy Zachodu wszakże, są przejrzyste – Wschodu zaś: matowe. Wspomniałem o Opowieściach… – i rzeczywiście, nawet w kościołach da się tu znaleźć niektóre ich elementy, być może i zwielokrotnione przez wczesnochrześcijańską tradycję tajności. Tu i tam ujrzeć można przepych mozaik naściennych, niebieskie zasłony, zielone drzwi i złote komnaty wewnętrzne, do złudzenia przypominające wejście do jakiejś wschodniej baśni. Prawosławni są bardziej orientalni przynajmniej w tym sensie, że są bardziej ornamentalni; bardziej płascy i dekoratywni. Rzymscy katolicy zaś – bardziej zachodni, bardziej nowocześni nawet, można by rzec, w tym sensie, że zachowują w swoich rytuałach więcej realizmu. Krzyż grecki to po prostu krzyż; krzyż łaciński – to krucyfiks.

To jednak sprawy większej głębi; ja zaś staram się jedynie skonstruować coś w rodzaju zarysu tutejszego tłumu, podobnego zarysowi tego miasta, sylwetkę czy szkic głów i kapeluszy, niczym sylwetkę wież i ich strzelistych iglic. Wieża, która sprawia, że prawosławny ksiądz wygląda jak chodzący katafalk, w żadnym wypadku nie stanowi jedynego przykładu podobnych fantastycznie wzniesionych wysoko rogów z Biblii. Jest tutaj także, na przykład, spiczasty kaptur ormiańskiego kapłana; majestatyczny relikt dziwnej herezji monofizytów, która utrwaliła swe istnienie w przepychu i pięknie, głównie ze względu na ów „boski przypadek”, jakim okazały się wojny krzyżowe. Ten czarny stożek również wznosi się ponad tłum, przywodząc na myśl coś z nieśmiertelnego majestatu piramid; i słusznie, ponieważ w jakże typowy dla prehistorycznej poezji, którą wszystkie te miejsca żyją, sposób, niektórzy uważają go za wciąż żywe wspomnienie góry Ararat i Arki Noego.

Wysokie, białe nakrycie głów betlejemskich kobiet, albo – by być bardziej precyzyjnym – betlejemskich żon, zostało już wcześniej wspomniane w innym zgoła kontekście; dobrze jednak wspomnieć o nim także w kontekście kolorytu miejscowego tłumu, jako iż zabieg taki ma przynajmniej znaczenie jak najbardziej istotne dla wszelkiej podobnego tłumu krytyki. Większość zachodnich podróżników zdecydowanie zbyt jednoznacznie utożsamia miasto Wschodu z miastem muzułmańskim – niczym owa pani, spotkana kiedyś przez Maurycego Baringa7, która, podróżując wzdłuż i wszerz po całej Rosji, wszystkie cerkwie brała za meczety. Niemniej, prawdę mówiąc, o Jeruzalem bardzo trudno generalizować – dokładnie dlatego, że zawiera ono w sobie dosłownie wszystko, a wszystkie jego kontrasty są jak najbardziej prawdziwe. I jeśli ktokolwiek wątpi, że tutejsze chrześcijaństwo to prawdziwe chrześcijaństwo, walczące o sprawę naszej kultury i naszej moralności na samej granicy Azji, jedyne, co musi zrobić, to zastanowić się nad konkretnym faktem istnienia i stroju betlejemskich niewiast. Nie ma potrzeby szydzić pogardliwie z domowych urządzeń islamu; płci nigdy nie są tak głupie, jak opisują to niektórzy feminiści; i ośmielam się sądzić, że kobieta bardzo często rządzi w haremie na tej samej zasadzie, na jakiej rządzi w domu. Nie zmienia to jednak faktu, że zachodzi tutaj ogromna różnica. I myślę, że jeżeli istnieje jedna rzecz, którą można bezpiecznie stwierdzić odnośnie całej Azji i wszystkich plemion Orientu, to właśnie ta; że jeśli kobieta zamężna nosi tutaj jakiś wyróżniający ją znak, w każdym wypadku jego zadaniem jest sprawić, aby nie stała się ona przedmiotem podziwu, lub choćby tylko uwagi, obcych mężczyzn. Często chodzi tylko o to, aby ją okryć; czasami – by ją wprost oszpecić. Rzecz może polegać tylko na zasłonieniu twarzy, jak u muzułmanów; albo też na ogoleniu głowy, jak u Żydów; albo, na ile mi wiadomo, na uczernianiu zębów i innych dziwacznych zabiegach ludów Dalekiego Wschodu. Nigdy jednak nie chodzi o to, by wyglądała ona wspaniale na forum; w przypadku betlejemskiej małżonki zaś, zamysł jest dokładnie taki: by wyglądała ona wspaniale na forum. Nie tylko odsłania ona całe piękno swojego oblicza; a czasami jest naprawdę przepiękna. Nosi także na głowie strzelistą budowlę, z pewnością mającą wywoływać wrażenia analogiczne jak w wypadku papieskiej tiary. Kobieta noszącą taką koronę, i to nosząca ją bez welonu, rzeczywiście reprezentuje – i z logicznego punktu widzenia, jest to jedyna rzecz, którą w ogóle może reprezentować – to, co nazywa się często zachodnią wizją kobiecości, lecz co powinno się raczej nazywać chrześcijańską wizją kobiecości. To godność, która w sposób konieczny łączyć się musi z jakimś mglistym wspomnieniem rycerstwa. Kobieta owa może, ale nie musi, być – zgodnie z legendą – w prostej linii potomkinią krzyżowców. Niezależnie jednak od tego, czy jest ona ich córką – to na pewno dziedziczką.

Można wymienić ją jako ostatnią z miejscowych postaci, które tutaj opisuję – z tego ważnego względu, że jej przypadek ma skądinąd głębsze znaczenie. Nie da się bowiem zadowolić faktem, że tutejszy tłum oferuje naszemu oku tak wiele przeróżnych kształtów i kolorów, w momencie, gdy oferuje on znacznie poważniejsze dystynkcje czy nawet dylematy naszej inteligencji. Czarna suknia muzułmanki i biała szata wierzącej w Chrystusa, jeśli wziąć tę sprawę na zimno, naprawdę mają się do siebie jak czerń do bieli. Symbolizują one autentyczne zasady, autentycznie sobie przeciwne; czerń zaś i biel nie znikną tak łatwo w nudnej szarości naszych własnych kompromisów. Jedna tradycja będzie bronić tego, co uważa za skromność, druga – tego, co uważa za godność, z pasją znacznie gorętszą od większości naszych śmiesznie błahych, politycznych dążeń. Nie widzę także żadnego powodu, dla którego moglibyśmy odmówić komukolwiek prawa do podobnej obrony, nawet w wypadku tych, których uważamy za mniej oświeconych. Dodatkową trudność stanowi tutaj fakt, że ci, którzy mają się za pionierów oświecenia, zazwyczaj uważają się także za obrońców autochtonicznych ras i praw rdzennej ludności. Niezależnie od tego, jaką opinię na temat wyznającego islam Araba przyjmiemy, musimy przyznać przynajmniej tyle, że więcej zawiera w sobie mniej. Oczywistym absurdem jest twierdzić, że nie mamy prawa mieszać się w sprawy jego kraju, utrzymując przy tym, że mamy prawo rządzić w jego domu.

Najbardziej fascynujące w Jerozolimie jest to, że na jednej z jej ulic mogą istnieć obok siebie dwa wszechświaty. Tak naprawdę, jest ich tutaj dziesięć raczej niż dwa; i, jak mówi przysłowie, walka toczy się nie tylko między chrześcijaninem a islamistą, ale także między jednym chrześcijaninem a drugim chrześcijaninem. W tym momencie, trzeba przyznać, toczy się ona właściwie wyłącznie między przymierzem chrześcijańsko-muzułmańskim a Żydami. O tym wszakże wypowiem się nieco później; w tym momencie chodzi mi tylko o to, że różnorakie kolory ulicy stanowią prawdziwy symbol różnorakich kolorów duszy. To być może jedyne miejsce współczesnego świata, w którym wojny ideologiczne mają tak widoczną i wyraźną heraldykę.

I sam ten fakt w zupełności wystarczy, by sprowokować obserwatora do jednej, finalnej refleksji; jest to bowiem kwestia, w której współczesny świat może się nieco nauczyć od pstrokatej ciżby tego odległego, wschodniego miasteczka.

Sugestia, że tłum Bond Street czy Picadilly powinien wzorować się na tej religijnej maskaradzie, może się wydać cokolwiek dziwna. Rzeczą nader łatwą i fascynującą zarazem, byłoby zamienić ją w satyrę albo widowisko. Każdy prawy i niewinny umysł zachwyciłby się obrazkiem melonika proporcją kształtów odpowiadającego dokładnie Katedrze św. Pawła i zwieńczonego u góry kuleczką i krzyżykiem, symbolizującymi lojalność wobec Kościoła Anglikańskiego. Jeszcze rozkoszniejszy widok stanowić mogłaby ulica, zdominowana przez cylindry wzorowane na Wieży Eiffla i reprezentujące wiarę ich użytkowników w zwycięski pochód nauki lub też, być może, jakże często łączącej się z nim korupcji politycznej. To właśnie byłyby rzetelne zachodnie odpowiedniki jerozolimskich nakryć głowy; czapek wzorowanych na rzeczach takich, jak góra Ararat albo Świątynia Salomona – i w związku z tym (jak zapewne wyzłośliwialiby się nieprzyjaźni ludzie) jak najbardziej obcych kulturze Londynu. Z dowolnego pana z bokobrodami nie dałoby się wydusić choćby słówka na usprawiedliwienie czy uzasadnienie zwyczaju noszenia bokobrodów, podczas gdy w wypadku Żyda i jego loczków nie byłoby z tym najmniejszego problemu; i nawet jeśli niejeden anglikański duchowny naprawdę może być bardzo lojalny w stosunku do swojej matki-kościoła, to jednak w wypadku, w którym owa matka zaczęłaby się od niego domagać, aby spinał włosy, mógłby zacząć doświadczać poważnych wątpliwości. Niemniej, przy bardziej historycznym spojrzeniu na tłumy Londynu i Jerozolimy, przyswojenie sobie przez nas podobnej symboliki okaże się jak najdalsze od niemożliwości; pewnego dnia kobiece ozdoby z drogich kamieni mogą zacząć mieć znaczenie analogiczne jak ozdoby greckiego patriarchy, kobiece futra zaś – jak włochate turbany rabinów. Historia udowodni nam, że w żadnym wypadku nie przewyższamy ich w takim stopniu, w jakim nie dorównujemy samym sobie.

Kiedy krzyżowcy przybyli do Palestyny i skierowali się w górę owej wiodącej z Jafy drogi, po której obydwu stronach lśnią dziś gaje pomarańczowe, ich motywy mogły być bardzo zróżnicowane, na pewno zaś są obecnie mocno dyskusyjne. Wśród krzyżowców mogły panować bardzo różne teorie; podobnie jak ponad wszelką wątpliwość panują one dzisiaj wśród tych, którzy ich krytykują. Wielu z nich szukało Boga, niektórzy – złota, inni być może – czarnej magii. Czegokolwiek innego jeszcze by jednak szukali, to z pewnością – nie zwykłej malowniczości. Nie zostali oni tu przywabieni z jednolicie burej cywilizacji Europy przez owo najprostsze pragnienie kolorów, które tak wielu nowoczesnych artystów przyciąga obecnie na bazary Orientu. W tamtych dniach Zachód był bowiem równie kolorowy, jak Wschód; i lśnił nie tylko o poranku, ale i o wieczorze. Wielu z tych, którzy tu przybyli dorównywało wspaniałością swojego stroju najcudowniejszym gajom pomarańczy i mogłoby stawać w szranki z najświetniejszym władcą tych okolic. Króla Ryszarda nawet w porównawczej skali nie dało by się nazwać abnegatem, gdy przybył tutaj w owym wspaniałym, czerwonym siodle udekorowanym złotymi wizerunkami lwów, ze swą szkarłatną czapką i koszulą w srebrne księżyce. Możny z relatywnie nienachalnego rodu Joinville, odziany w poprzecinany żółtymi pasami szkarłat, z zupełną pewnością mógł (jeśli mogę się tak wyrazić) bić nimi miejscowych po oczach na najbardziej nawet okazałych z azjatyckich bazarów. Te zewnętrzne symbole nie były także w żadnym wypadku mniej głębokie, niż odpowiadające im symbole cywilizacji Orientu – jeśli już, to bardziej. Prawdą jest, iż heraldyka zaczęła jako piękna sztuka, by potem zwyrodnieć w naukę. Lecz nawet jako nauka, musiała mieć jakieś znaczenie; i barwy Zachodu rzeczywiście bardzo często miały charakter alegoryczny, podczas gdy wschodnie – zaledwie przypadkowy. Do pewnego stopnia, to bardziej filozoficzne zdobnictwo niewątpliwie stało się przedmiotem imitacji; o czym wspomniałem już gdzie indziej w związku z parą wysoce heraldycznych lwów, wyrzeźbionych przez Saracenów na Bramie św. Szczepana. Czymś zaś zupełnie nadzwyczajnym, a nawet nieznośnym, jest fakt, że nie imitowano go w takim stopniu, w jakim imituje się najbardziej bezsensowne odmiany współczesnej wulgarności. Wielka, czerwona czapka Ryszarda Lwie Serce, z wyhaftowanym na niej zwierzem lądowym i ptactwem nie rzuciła na świat tak wielkiego cienia, jak melonik, którego nikt jeszcze nie uznał za stosowne udekorować motywami podobnie naturalnymi i uniwersalnymi. Turysta z Londynu nie tylko jest bardziej skłonny przyjechać tutaj bić miejscowych po oczach, ale rzeczywiście chyba uderzył ich w głowę; i mieszkańcy Orientu kopiują tweedy naszych turystów z większym zapałem, niż kiedykolwiek kopiowali pasiasty strój naszej szlachty. Ciekawy to, i być może nieco nawet melancholijny fakt, iż świat przejmuje od nas wszystko, co najgorsze, nasze zmęczenie i nasz nędzny upadek – odrzucił zaś wszystko, co w nas najlepsze, wraz z górnym czasem poranka naszych dziejów.

Być może cywilizacja zaczyna przenosić się dopiero wtedy, gdy stanie się chorobą. I możliwe, że dopiero, gdy stanie się bardzo ciężką chorobą, rozprzestrzeni się na cały świat. I znów, możliwe, że takie jest właśnie znaczenie zarówno kosmopolityzmu, jak i imperializmu. Tak czy inaczej, ludy przy słonecznych fontannach Afryki siedzące nie przyłączyły się do nas, gdy św. Franciszek z Asyżu, stojąc na samym szczycie wieków średnich, śpiewał swoją „Pieśń słoneczną”. Gdy Michał Anioł stworzył rzeźbę ze śniegu, Eskimosi nie poszli za jego przykładem, pomimo nader pokaźnych zapasów materiału. Lapończycy nigdy nie zrobili kopii Marmurów Elgina8, w której miejsce koni zajęłyby renifery; nigdy też Hotentoci nie próbowali malować Mambo Jumbo w taki sposób, w jaki Rafael malował Madonny. Wielu jednak z dzikich królów nosiło cylindry, niekiedy zaś barbarzyńcy owi degenerowali się tak bardzo, że dokładali do tego spodnie. Rzesze autochtonów aż się palą do produkcji wybuchowych pocisków i budowy brutalnego systemu fabrycznego. I ta właśnie refleksja, zrodzona na kanwie czysto wizualnej przyjemności, którą sprawiał mi kłębiący się przede mną, różnobarwny tłum, nakierowała moją myśl z powrotem na główny problem, i wielkie niebezpieczeństwo, naszego położenia w Palestynie, o którym wspomniałem już coś-niecoś we wcześniejszych częściach tego rozdziału; niebezpieczeństwo, związane w znacznej mierze tak ze sprawiedliwymi, jak i niesprawiedliwymi argumentami przeciw syjonizmowi. Chodzi o strach przed tym, że Zachód, stosownie do warunków swojego obecnego, merkantylnego nastroju, przyniesie tutaj nie to, co w nim najlepsze, ale to, co w nim najgorsze. Ujmując problem rzemieślniczo, z punktu widzenia Arabów, powiedziałoby się, że Zachód reprezentować będą w ich ziemi nie angielscy kupcy, ale żydowscy lichwiarze. Na innym miejscu napiszę trochę na temat szlachetniejszych wcieleń Hebrajczyków i prawd, które rzeczywiście przedstawiają; żydowski lichwiarz wszakże naprawdę w złożony i zagadkowy sposób stanowi symbol całego paradoksu. Nie tylko jest on niepopularny tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie, ale jego niepopularność na Zachodzie wiąże się nierozerwalnie z powszechnym przeświadczeniem, że to człowiek Wschodu, na Wschodzie zaś – że to człowiek Zachodu. W Europie oskarża się go o azjatycką niejawność i krętactwo, w Azji zaś – o europejską wulgarność i chełpliwość. A propos Araba stwierdziłem, że godność mieszkańca Orientu tkwi w jego długiej szacie; zupełnie merkantylny Żyd to mieszkaniec Orientu, który swoją długą szatę zwyczajnie zgubił, co zaowocowało niebezpieczną ruchliwością nóg. Zdecydowanie za bardzo śpieszy się i stara; i w Palestynie niepopularność nawet zacniejszych przedstawicieli żydostwa po znacznej części wynika po prostu z ich niespokojnej natury. Niemniej działa tutaj także zwykły strach, niemający nic wspólnego ani z zacniejszą częścią Izraela, ani z zacniejszą częścią wpływów brytyjskich. To samo haniebne prawo inwersji, przez które narody świata budują kominy fabryk, lecz nie wieże kościołów, przez które otwierają się bez zastrzeżeń na londyński handel, lecz nie chrześcijańską kulturę, jest także przyczyną dla której wiele osób boi się obecnie, że wpływ współczesnej cywilizacji przygniecie te wszystkie obdarte, lecz cudownie kolorowe społeczności czymś tak posępnym i bezbarwnym, nienaturalnym i rozpaczliwym, jak nieznany im całkiem śnieg, pod którym drżały one w czasie, gdy je obserwowałem. Zdawało się, że w tych niespodziewanych odwiedzinach Północy, kryje się jakiś złowrogi omen; i rzeczywiście, kiedy wiatr północny wreszcie powiał, rozpylił nad nimi jedynie srebrny pył śmierci.

Być może, że ten bardziej melancholijny nastrój przybrał jeszcze na sile ze względu na blady krajobraz i nieprzejezdne drogi. Nie, żebym miał coś przeciwko śniegowi; przeciwnie: uwielbiam śnieg; i gdyby nasypało go tyle samo w moim własnym kraju, przed moimi własnymi drzwiami, uznałbym to za przedziwny tryumf magii Świąt oraz okoliczność tak komiczną, jak mój własny pies i osioł. Niemniej, odziani w kolorowe łachmany miejscowi naprawdę mieli coś przeciwko niemu; i skutki, które sprawił, nie były komiczne, ale tragiczne. Wiadomości, które do nas dotarły, w tym małym, samotnym miasteczku wydawały się traktować przynajmniej o jakiejś wielkiej wojnie, a może nawet – wielkiej klęsce. Ludzie zaczęli postrzegać je tak, jak – zdecydowanie zbyt prosto – postrzegają wojnę: jako totalne nieszczęście. W tym wszakże wypadku, nieszczęście naprawdę było totalne. Gdy śnieg zaczął się wreszcie topić, ludzkim oczom zaczęły ukazywać się ukryte w nim zwłoki, za miastem zaczęły schodzić lawiny, i zwykłe sprzątanie dróg przynosiło coraz to nowe opowieści o samotnych, górskich chatkach, po których ślad zaginął. Wydawało się, że krążący po świecie wiew bezcelowego zniszczenia przeszedł przez tę okolicę i nic więcej nie pozostało ludziom poza mozolnym odbudowywaniem ruin i liczeniem umarłych.

I gdy tylko wyszedłem z miasta przez Bramę Jafy, pewien człowiek powiedział mi, że drzewo stu śmierci, figura wieczystego Kalifatu Półksiężyca, leży na ziemi, złamane pod ciężarem śniegu.

Tłm. Maciej Wąs

1 Lord Randolf Churchill (1849-1895) – angielski polityk konserwatywny, zwolennik tzw. „demokracji torysowskiej”, ruchu politycznego w łonie Partii Konserwatywnej, głoszącego konieczność poparcia przez torysów demokratycznych reform w kraju i działania na rzecz tzw. „mas”. Ojciec Winstona.

2 Więzienie w angielskim mieście Davon, zbudowane na początku XIX wieku i przebudowane mniej więcej w jego połowie; w czasach Chestertona ucieczka stamtąd była zupełną niemożliwością.

3 Tomasz de Quincey (1785-1859) – angielski pisarz, myśliciel i krytyk literacki epoki romantyzmu, uznawany za jednego z prekursora ruchu dekadentystów. Autor głośnych rozpraw Wyznania angielskiego opiumisty (1822) i „O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych” (1827); druga z nich wywarła ogromny wpływ na rozwój gatunków thrillera, horroru i kryminału.

4 Rodzaj starego, angielskiego wybielacza, w kolorze akwamaryny, używanego w praniu ręcznym. Przeznaczony jest on do przeciwdziałania żółknięciu tkanin bawełnianych.

5 Jan Singer Sargent (1856-1925) – amerykański malarz i szkicownik, cieszący się w swoim czasie ogromną popularnością. Żydów przedstawiał na swoich obrazach praktycznie zawsze pozytywnie.

6 Chesterton używa tu słowa „katolicyzm” w sposób typowy dla angielskiego ujęcia problemu, Polakom zgoła obcy.

7 Maurycy Baring (1874-1945) – angielski pisarz, poeta, dziennikarz, korespondent wojenny. Postać niezwykła. W czasie I WŚ agent wywiadu. W 1909 roku nawrócił się na katolicyzm.

8 Marmury partenońskie, przywiezione do Londynu przez Tomasza Bruce’a, zwanego także lordem Elginem, w 1799 roku.