[Tekst niniejszy to swoiste dopowiedzenie do „Krótkiej historii republikanizmu” i dowód, że miałem rację (trudno nie zwrócić uwagi na niemożliwie wymuszony charakter jedynej cieplejszej uwagi o faszyzmie, wtłoczonej na siłę w tok zupełnie innego wywodu). Historia, która za tym stoi, jest zresztą bardzo bolesna, więc może dosyć. W każdym razie, można zastanowić się, czy nie lepiej byłoby dla świata i dla chrześcijańskiej myśli politycznej, gdyby ostatni akapit tego tekstu potraktowali poważnie już po śmierci Gilberta wszyscy ci (zwłaszcza Belloc), którzy mówili „Credo in Franconem”. Jak i ci, którzy mówią to do dzisiaj. – Tłumacz.]

Istnieje kilka takich idei, które – niekompetentnie, ale szczerze – przez wiele, wiele lat i w wielu miejscach na świecie starałem się głosić i w których zwycięstwo zawsze wierzyłem. Dziś jednak, gdy w wypadku niemal wszystkich z nich stało się ono faktem, w ogóle mi się to nie podoba. Nie oznacza to jeszcze, ku niewątpliwemu niezadowoleniu co subtelniejszych z moich czytelników, że zmieniłem zdanie. Obawiam się tylko, że zwycięstwo idei może nieraz przykryć prawdę idei. Gdy nikt o nich nie mówił, łatwiej było je tłumaczyć; teraz, gdy wszyscy je rozumieją, o wielu więcej rozumie je błędnie, o czym sam zresztą mogłem się przekonać. Podobnie jak o tym (odkrycie, którego dokonało przede mną zapewne wielu siwobrodych patriarchów), że istnieje także cała masa ludzi, którzy najwyraźniej są w stanie rozumieć co najwyżej jedną ideę naraz.

Czasami, nikt nie pamięta, o co tak naprawdę chodziło. Czasem reakcja jest dokładną odwrotnością tej akcji, która powinna nastąpić. Na przykład, zaangażowałem się onegdaj, razem z panem Bellokiem i kilkoma innymi przyjaciółmi, w kampanię przeciwko systemowi partyjnemu, który można zdefiniować po prostu jako system, w którym dwa Przednie Rzędy w parlamencie okresowo wymieniają się władzą. Ośmieliliśmy się rzucić wyzwanie starożytnej wyroczni, według której każdy mały chłopczyk i każda mała dziewczynka rodzi się w Anglii już trochę konserwatystą albo trochę liberałem. I nie jest przesadą mówić tutaj nawet o świętej wyroczni; bo ludzie epoki wiktoriańskiej, zazwyczaj mylnie posądzani o ponuractwo, stanowili prawdopodobnie jedyne plemię świata, które zrobiło swą narodową religię z poezji komicznej. Jedynym grzechem, o jaki można ich posądzić, jest to, że zbyt twardo trwali w swym entuzjazmie dla Alicji w krainie czarów. Tak czy inaczej, twierdziliśmy po prostu, że to nonsens nazywać wolnym system polityczny, w którym wyborców gnano batogami (to chyba najbardziej plugawy symbol, jaki przychodzi mi teraz do głowy), by wybierali między dwiema niemal identycznymi i identycznie bezsensownymi politycznymi etykietkami. A także, że batogi szły w ruch również przy kilku innych okazjach, na przykład: jeśli ktoś wspomniał cokolwiek na temat źródeł finansowania partii politycznych. Od tamtego czasu wydarzyło się natomiast kilka rzeczy, które ktoś mógłby uznać za korektę przeszłych nadużyć czy likwidację tamtego arbitralnego podziału. Pojawiła się Partia Pracy; Partia Liberalna zniknęła dopiero sporo później. Tak też, naprawdę relatywnie długo mieliśmy nie dwie, a trzy partie polityczne. Potem jednakże, w czasie wojny, powstały pierwsze koalicje, które to pierwsze też zaczęły głosić, że te trzy partie tak naprawdę stanowią jedno. Wiem, że brzmi to z lekka teologicznie; nic jednak nie poradzę. Kolejno, system dwupartyjny powrócił, przy czym linia podziału zaczęła przebiegać między labourzystami i torysami. Nieco później zaś nastąpiła kolejna fala agitacji na rzecz zjednoczonego Rządu Zgody Narodowej; rządu, który istnieje do dziś, źródło zachwytu i pociechy dla świata. Osobiście, nigdy nie wierzyłem w powodzenie takiego przedsięwzięcia. Na mój rozum, to tak, jak gdyby powiedzieć, że jacyś ludzie, którzy osobno są nie do zniesienia, w grupie okażą się całkiem sympatyczni; albo że ktoś przeklinający dwie rodziny słowami „Niech klątwa spadnie na obydwa te domy!” przestałby mieć z nimi problem, gdyby zamieszkały w bliźniaku. Jakkolwiek się z tym jednak sprawy mają, w tamtym czasie niewątpliwie uważano to posunięcie za zwycięstwo nowego „systemu narodowego” nad starym systemem partyjnym. I dzisiaj wszystkie te grupy i frakcje, które buntują się przeciw Rządowi Zgody Narodowej czynią to utrzymując, że są bardziej narodowe. Faszyści i hitleryści wszelkiej maści pragną znacznie bardziej konsekwentnie realizować obowiązującą teorię unifikacji wszystkiego. Nie chodzi już o to tylko, aby żadna frakcja nie mogła sprzeciwić się państwu w imię partykularnych interesów. Ale o to, aby żadna frakcja nie mogła sprzeciwić się państwu; ani nawet istnieć poza państwem. Niezależnie od tego, czy ten pogląd jest słuszny, czy nie, w tym właśnie kierunku zmierza cały nurt współczesnej reakcji: w kierunku likwidacji różnic i koncentracji władzy. To jest element wspólny, łączący te skądinąd zróżnicowane projekty sanacji społecznej.

A jednak, żadna to sanacja, bo i żadne lekarstwo na trapiące nas choroby. Nie dotykają one bowiem ani trochę źródła problemu. Prawdziwe zastrzeżenie wobec starego systemu dwupartyjnego było takie, że nie był on wcale dwu-partyjny; tylko jednopartyjny. Nie mówiliśmy, że Przednie Rzędy za bardzo się kłócą; ale że za mało się kłócą. Nie że rząd rządził zbyt samodzielnie, a opozycja była za twarda. Ale że rząd nie rządził sam, ale wyłącznie na mocy układu z opozycją, ze względu na co opozycja nie była za twarda – bo nie była opozycją. Niepopularny charakter parlamentu nie wziął się z tego, że trwały w nim bezustannie walki frakcyjnych fanatyków i brutalne burdy, jak w przeciętnym średniowiecznym mieście Włoch. Ale stąd, że stał się on sceną nudnych i trywialnych pogadanek, niczym klub dyskusyjny zblazowanych licealistów. Jeśli chodzi o polityczną władzę rządu, ta już w przeszłości była scentralizowana; i o wiele zbyt scentralizowana. Zajmowała bowiem miejsce centralne między premierem a szefem opozycji; nierzadko przybierając formę nieznanego nikomu z imienia i nazwiska finansisty, który doradzał im obu. Tak czy inaczej, system totalitarny nie jest żadnym, literalnie żadnym, lekarstwem na wady systemu dwupartyjnego. Bo w sensie, o którym mówimy, system dwupartyjny był już systemem totalitarnym. To znaczy: systemem monopolu na władzę. Władza zaś, była już wtedy znacznie większa, niż wyobrażało to sobie wielu niewinnych liberałów i teoretyków demokracji. Innymi słowy, nasz stary protest przeciwko polityce zawodowej w jednym przynajmniej znaczeniu zakończył się istnym paroksyzmem sukcesu. O wielu z tych form politycznej korupcji, o których dawniej nie mówił nikt, dziś mówią niemal wszyscy. Popularność starej tradycji czy trawestacji rządu reprezentatywnego widocznie spada. Nie ma jednak najmniejszej pewności, że wynika to z prawdziwych przesłanek; a przynajmniej: że wyłącznie z prawdziwych przesłanek.

Tę samą ironię zauważam także w innych dziedzinach życia. Gdy byłem młody, generalnie przyjmowało się, że wierzyć w cokolwiek może tylko głupiec. Panowała moda na utożsamianie rozumu z racjonalizmem, a racjonalizmu ze sceptycyzmem; choć od tamtego czasu stało się jasne, że pierwszym autentycznym aktem sceptycyzmu jest sceptycyzm wobec rozumu. Nakręceni ateiści biegali po klubach i pubach, waląc pięściami w stół i wrzeszcząc: „Udowodnij!” ilekroć ktokolwiek opowiedział się w ich obecności za jakąkolwiek formą istnienia duszy. Dziś natomiast, niewątpliwie trwa przeciwko tej głupiej i grubiańskiej negacji całkiem zdrowa reakcja. Podobnie, skoro już o tym mówimy, istotnie uważam, że faszyzm również stanowi zdrową pod wieloma względami reakcję przeciwko zdradzie skorumpowanych polityków liberalizmu. Pojawiła się cała masa świetnej, logicznej apologetyki, która przywróciła teologii należne jej miejsce w intelektualnym życiu człowieka. Mówiąc to wszakże, nie mogę nie zwrócić uwagi, że spora część tego odwrotu od racjonalizmu wydaje mi się raczej zwrotem w kierunku irracjonalizmu. Fundamentalizm amerykański zyskał ogromnie; nie zyskała jednak na tym zysku ani teologia, ani po prostu myślenie religijne. Tylko co najwyżej mechaniczna projekcja własnej psychiki. To amerykańskie odrodzenie zaczyna przenikać obecnie do Anglii, czasami w bardzo emocjonalnej formie; nie widzę jednak szczególnych powodów do radości w tym typie wiary i nastroju, w którym ludzie opowiadają, że Duch Święty poradził im kupić sobie nowy szlafrok, czy coś w tym rodzaju. Nigdy nie chciałem religii, która zniszczyłaby rozum; podobnie jak nigdy nie chciałem reform politycznych, które zniszczyłyby wolność. Jeśli atakowałem to, co nazywano racjonalizmem, czyniłem to dlatego, że według mnie nie jest on postawą racjonalną; jeśli to, co nazywano demokracją – po prostu dlatego, że według mnie nie była to demokracja. Obawiam się ogromnie, że współczesna reakcja może bronić szlachetnych celów nikczemnymi metodami; wydając te wzniosłe ideały, których świat ledwie że zdążył dotknąć, na pastwę kpiny i parodii. Obłuda to hołd składany cnocie przez występek; ale jeśli taki hołd ma obrzydzać ludziom samą cnotę, to może lepiej go nie składać. Jeśli reakcja okaże się zbyt prosta, i zmiecie z powierzchni ziemi wszystko to, co w liberalizmie i racjonalności wieku dziewiętnastego słuszne, nietrudno domyślić się, co będzie dalej. Nastąpi reakcja przeciw reakcji; reakcja równie wąska i równie bezmyślna. Świat popadnie w monomanię i szaleństwo zmiany, fiksując się na jednej idei naraz, by potem porzucić ją i rzucić się ku idei przeciwnej; i tak bez końca. Innymi słowy: zamieni się w jedną wielką i przygnębiającą parodię starej teorii systemu dwupartyjnego.

Tłm. Maciej Wąs