Romantyzm często krytykuje się dzisiaj tak, jak gdyby było to zjawisko bardzo stare; tymczasem, jest to w istocie zjawisko bardzo nowe – i bardzo, bardzo rewolucyjne. To ostatnia Rewolucja Młodych, jaka miała miejsce przed najnowszą Rewolucją Młodych, która obecnie ją obala. Oczywiście, zachodzi różnica między romantyzmem a romantyką. Romantyka w najzdrowszym tego słowa znaczeniu rzeczywiście jest stara jak świat; w znaczeniu bardziej poszczególnym bierze się ona przede wszystkim z żywości koloru, wyrazistości kształtu, dynamiki i energii średniowiecznych okien, średniowiecznych tarcz i średniowiecznych chorągwi. Średniowieczna romantyka, swoisty model romantyki współczesnej, to owoc intensywności doświadczeń – wizyjnych, czy wręcz mistycznych, ze względu na co przydała ona swego rodzaju blasku i splendoru doświadczeniu w ogóle. Szczególnie jednak – doświadczeniu miłości, które, w pewnym sensie przynajmniej, zaczęto rozumieć niemal religijnie; jak w tym wypadku, choćby, gdy Chaucer nazywa kochanków „świętymi Kupidyna”. W tym znaczeniu faktycznie można powiedzieć, że romantyka to zjawisko średniowieczne; w znaczeniu głębszym – że nie średnio-wieczne, a wieczne. Romantyzm wszakże, to zjawisko bardzo współczesne – i bardzo nowoczesne w większości swoich przejawów.

Przypominał feminizm – w tym przynajmniej, co nazywa się dzisiaj „wynoszeniem kobiety na piedestał”; a także, trafem, idealistyczny demokratyzm, który z grubsza zdefiniować można jako „wynoszenie człowieka na piedestał”. Istotnie, zachodzi interesująca paralela dziejowa między tymi dwoma ideami, które w wieku dziewiętnastym wydawały się tak bardzo nowe i tak bardzo prawdziwe. I nie twierdzę, broń Boże, skoro nie są one już nowe, to z tego względu przestały być prawdziwe, przeciwnie: obydwie bardzo mi się podobają. Rejestruję tutaj po prostu fakt, że nawet jeśli dzisiaj nikt ich już nie uważa za nowe, to do niedawna jeszcze wszyscy uważali je za nowe. Republikanin w czerwonej czapce mówił nieraz takie rzeczy – o ile nie jak gdyby nie istnieli przed nim na świecie żadni republikanie, to tak przynajmniej, jak gdyby po nim na świecie miał nie istnieć nikt oprócz republikanów. Romantyk w czerwonej kamizelce – jak gdyby stary świat był niczym innym, jak klasycystycznym więzieniem, z którego można było wyjść wyłącznie na romantyczną swobodę. I jeden, i drugi, widział siebie jako ekstremistę; i jeden, i drugi tak naprawdę był człowiekiem centrum – kimś, kto przeszedł połowę drogi i nie miał zielonego pojęcia, dokąd zaprowadzi go jej druga połowa. I jeden, i drugi był mostem, zawieszonym między epokami – niosąc w sobie żywe jeszcze wspomnienia starego świata, którym w nowym nie pozostało nic innego, jak bardzo szybko umrzeć.

Bo taka jest właśnie prosta prawda na temat zarówno Miłości, jak i Wolności: bogiń romantyków i republikanów. Obydwie one stanowiły ledwie skamieliny chrześcijańskiej mistyki, a wręcz chrześcijańskiej teologii, wyrwane z kontekstu, latające na dziko, a ostatecznie rzucone w epokę twardego materializmu, który błyskawicznie je zmiażdżył. Nie były to idee racjonalne – a na pewno nie racjonalistyczne. A przynajmniej: przestały być racjonalne, jak tylko przestały być religijne. Pierwsza to ledwie pośpieszne (i dojmująco ludzkie) wyolbrzymienie sakramentalnej doktryny małżeństwa. Druga – równości dusz przed Bogiem. Gdy romantyk kładąc dłonie na swej czerwonej kamizelce przysięgał jakiejś swojej George Sand, że duchy ich przeznaczone zostały sobie jeszcze przed założeniem świata, ciągnął po prostu odsetki ze starego, chrześcijańskiego kapitału świętości i nieśmiertelności. Gdy tłumaczył ukochanej w mansardzie, że w „świecie, w którym nie ma miejsca na miłość” jedynym honorowym i godnym wyjściem z sytuacji jest, aby poderżnął jej i sobie gardło, w istocie odwoływał się do zamierzchłej tradycji mistyka i ascety, który stracił świat, aby duszę ocalić. Nie mówił, przynajmniej nie w bardziej precyzyjnym sensie tej frazy, do rzeczy. Nie pozostawał na poziomie czysto racjonalnym – czy przynajmniej takim, które bardziej racjonalistyczne pokolenie nazywałoby racjonalnym. Często, szczególnie po dostatecznie sympatycznych ilościach szampana i starej brandy, poszczał farbę i otwarcie nazywał swą blanchisseuse1 czy modelkę „moją oblubienicą przed oczyma Boga”.

Tak czy inaczej, nie mógłby był podobnie deifikować, ani demonizować, człowieka (co też stało się istotą poezji w czasach Hugo i Alfreda de Masseta2), nie dostrzegając przy tym, że jest w namiętności coś nieśmiertelnego, czego współczesny realizm, redukując ją do pospolitej żądzy, nie jest w stanie uchwycić. Nie mógł gloryfikować miłości nie gloryfikując lojalności. Mógł, owszem, nie wierzyć w mistyczny związek Artura i Ginewry – ale już nie Ginewry i Lancelota, o ile chciał w ogóle cokolwiek pisać. Późniejsi pisarze erotyczni3 natomiast, wychodzili z założenia, że nie ma żadnych związków mistycznych nikogo ani niczego. Prawda jest taka, że z tą mistyczną teorią relacji międzyludzkich obchodzono się tak niezdarnie, że straciła wszelkie znaczenie. Gdy była naprawdę średniowieczna, znalazła nieśmiertelny wyraz w opowieści o Dantem i Beatrycze. Gdy zaś stała się naprawdę współczesna, rozsypała się po prostu na kawałki – na tysiące nędznych miłostek i żądz współczesnej powieści. Niemniej, romantycy wieku dziewiętnastego stawiali ją jak gdyby na ołtarzu boga nieznanego; strzelistym i niepewnym piedestale próżni; próbując uczynić ją naraz świętą na tyle, na ile wydawało im się to słuszne – i luźną na tyle, na ile im pasowało. Chcieli zjeść tort ślubny i mieć tort ślubny. Chcieli, by ich dzikie gody były święte, nie przestając być dzikie. Faktycznie, wynieśli kobietę na piedestał; nie upewniwszy się jednak zawczasu, czy piedestał ten aby się nie przewróci.

Teraz, jakkolwiek to dziwne, jak było z Miłością, tak było i z Wolnością. Z demokratycznym ideałem politycznego wyzwolenia wszystkich. I, istotnie, demokrację krytykuje się dzisiaj z dokładnie takich samych powodów, jak romantyzm. A chodzi po prostu o to, że cokolwiek z sensu miały obydwie te idee, sens ten opierał się w całości na podstawie religijnej. Wiek dziewiętnasty zlikwidował tę podstawę – i został sam sens, który w krótkim czasie zamienił się w nonsens. Wszyscy ludzie są równi, bo Bóg kocha wszystkich po równo; i nic nie może się równać z tą równością. Ale gdyby chcieć to uzasadnić inaczej? Chwiejni liberałowie wieku dziewiętnastego podkopali ten boski fundament doktryny demokratycznej – i tak też zaczęto ją rozważać w zupełnej abstrakcji, czy też raczej: obalać w zupełnej abstrakcji. Jefferson powiedział, że Bóg stworzył wszystkich równymi. Ingersoll4 – że Boga nie ma, a równość praw wzięła się znikąd. I nawet w bardzo demokratycznej atmosferze Ameryki zaczęło świtać co poniektórym, że z takiej perspektywy trudno wykazać, że równość praw bierze się skądkolwiek. Innymi słowy: teoria republikańska w krótkim czasie okaże się po prostu mutacją romantyzmu; i będzie się ją wymieniać jednym tchem z idealistycznymi złudzeniami kochanków, o ile nie znajdzie ona drogi powrotu do konkretu tej wiary, z której wzięła swój początek. Czerwona czapka wyląduje w lamusie obok czerwonej kamizelki; chyba że stanie się jednak czymś więcej, niż przedostatnim krzykiem mody, i da się wybarwić w tej samej mistycznej czerwieni, która stanowi sekret wiecznej świeżości róż św. Doroty i krzyża św. Grzegorza.

Pan Philip Carr5 opublikował niedawno barwny i interesujący traktat na temat romantyków francuskich z górnych momentów epoki romantycznej. Tekst pojawił się w samą porę – to znaczy mniej więcej w tym momencie, w którym Paryż artystów, przynajmniej taki, jakim go znamy, przestał być obiektem plotek a stał się obiektem historii. Nasz drogi Beachbomber6 często robił sobie, na łamach Daily Express, żarty z napuszonych i sprzecznych „wspomnień” przeróżnych ludzi twierdzących, jakoby doświadczyli życia prawdziwej bohemy francuskiej stolicy; tych istnych orgii anarchii i anachronizmu; których autorzy opowiadają, jakoby pijali absynt z Zolą i Chateaubriandem7 czy dzielili mansardę z Gauguinem i Montalebmertem8. Ale czas stawia granicę nawet anachronizmom; bo nawet najbardziej czcigodnemu dziennikarzowi, gdyby wpadł na pomysł napisać „Osiemdziesiąt osiem lat na Fleet Street”, trudno byłoby utrzymywać, że spotkał na swojej drodze i Keatsa, i Miltona; i nawet pan Frank Harris9 nie posunął się tak daleko, by robić z siebie przyjaciela – nie tylko Carlyle, ale i Jonathana Swifta. Dzieli nas nareszcie od francuskich romantyków dość dużo, byśmy mogli oceniać ich tak, jak szesnastowieczni Anglicy mogli oceniać poetów „Plejady”. Jak w tym poprzednim wypadku, ogromna liczba spośród nas ich nie zrozumie i absurdalnie nie doceni; wielu z powodu naszej narodowej cechy kulturowej, względnie edukacyjnej, względnie nabytej: nieznajomości francuskiego; inni – ze względu na straszny i pierwotny dar natury: kompletną niewrażliwość na poezję. Bardzo łatwo byłoby wymyślić kilka angielskich dowcipów na temat romantyków francuskich; tego typu, jakie pewnie opublikowano by w Punch. Ba – powierzchowny czytelnik, przyzwyczajony korzystać z podobnie powierzchownej satyry, byłby nawet do pewnego stopnia usprawiedliwiony, gdyby zaczął wyrabiać sobie opinię. Opinię, wedle której wszyscy dziewiętnastowieczni geniusze Paryża odznaczali się trzema podstawowymi cechami: że, po pierwsze, przemieszczali się tłumem, czasem wściekłym tłumem; że mimo to każdy z nich żalił się w swych wierszach, że jest wygnańcem na pustyni absolutnej samotności; no i że każdy z nich był (a przynajmniej twierdził, że był) przez jakiś czas zakochany w George Sand. Niemniej, podstawową wadę tej wiktoriańskiej protekcjonalności stanowi kłopotliwy skądinąd fakt, że każdy praktycznie z tych melancholijnych romantyków wiódł życie bardziej realne, by nie powiedzieć: realistyczne (biorąc pod uwagę próby, braki, a nawet niebezpieczeństwa, którym musiał stawić czoło), niż protekcjonalny wiktorianin. Angielski humorysta nie chciałby bynajmniej przymierać z głodu na poddaszu tylko dlatego, że zdarzyło ju się być rojalistą albo republikaninem; nie rzuciłby wyzwania dyszącemu żądzą mordu tłumowi – nawet w imię najsubtelniejszych subtelności krytyki literackiej; nie paliłby się do pojedynku z którymkolwiek z tych marzycielskich, słabych estetów, z których tak lubi się nabijać; i nawet romans z George Sand, dla niektórych rzecz równie pociągająca, co głęboko osobista konwersacja z nosorożcem, był czymś porównywalnie niebezpiecznym. Prawda jest taka, że to właśnie nasz wesoły, czerstwy wiktorianin, pokroju Thackeraya czy Trollope’a10, był tutaj romantykiem. To on żył w swoim własnym świecie; krainie szczęśliwości – krainie bajek; owej spokojnej i bogatej Anglii, jaka stanowiła iluzję tamtej epoki. Romantycy francuscy robili z siebie głupków na wszystkie możliwe sposoby – jak wszyscy zresztą inteligentni ludzie. Niepomiernie jednak lepiej poznali kilka spraw w życiu naprawdę głębokich: perspektywę śmierci, nadzieję wbrew nadziei, furię ubogich – a nawet rozpacz. Mieli gest dramatyczny, a nawet melodramatyczny; ale, jak by nie spojrzeć, nie żyli na scenie. Ich czas był czasem realnych rewolucji, a nie nierealnych reform; pistoletów i pik, pojedynków i rozruchów. Dla niektórych kobiet, które kochali i niektórych wizji, w które wierzyli, rzeczywiście nie warto było umierać; niektórzy wszakże naprawdę dla nich umierali. Ponieważ niekiedy wpadali w dziecinność, nikt nie pamięta już, że dziecko boi się tylko realnego ognia; a wychowawczynie wszystkich wiktoriańskich przedszkoli dobrze pilnowały, by dzieci nie bawiły się zapałkami.

Tym, co w romantyzmie rzeczywiście z intelektualnego punktu widzenia interesujące, teraz, kiedy został tak zupełnie wyparty przez realizm, jest fakt, że nikt już chyba nie pamięta, że to w zasadzie bardzo niedawny bunt młodzieży zrodził tak pierwszy, jak drugi z tych ruchów. Zabawnie jest patrzeć, jak autorzy współcześni z pogardą obśmiewają staromodny „sentyment” czy „sentymentalizm”, „wrażliwość”, „wynoszenie kobiety na piedestał” czy „romantyczne iluzje na temat miłości”, według wszelkich znaków w pogodnym przeświadczeniu, że wszystko to starożytne tradycje ludzkości, na które do dziś nikt nie miał odwagi podnieść ręki. Prawda jest taka, że ten sentymentalizm to wciąż nowa rzecz, do niedawna jeszcze zaś – najnowsza. Piękno złotych loków, opadających na czoło kobiety, kasztanowych pukli, spływających kaskadą na plecy, omdlenia, kobieca wrażliwość, suszone kwiaty i różowe pamiętniki, Księga piękna11 czy „klejnoty Miłości” – jeszcze do wczoraj to wszystko stanowiło nie tyle zabawy młodości, co raczej rewolucję młodości. Do wczoraj jeszcze nie wyrażało mody – ale bunt przeciwko modzie, to znaczy: przeciwko konwencji. Do wczoraj – było ledwie wybrykiem owej wolności, którą młode pokolenie szokowało starych. Do wczoraj było – jutrem.

I każdy, kto będzie umiał spojrzeć na rzecz racjonalnie, uzna, że nie ma w tym przesady. Sztambuchy i pamiętniki do niedawna jeszcze były wprost wytapetowane cytatami z Byrona; bo Byron był rewolucjonistą. Nie potrafimy już dzisiaj zrozumieć niekonwencjonalności – nie: bezczelności – młodej damy, która życzyła sobie naśladownictwa z Byrona, a nie Cowpera12. Nie zauważamy, że „bawiła się, jakby jutra miało nie być”, wchodziła nieproszona na zabawy, chciała żyć „krótko, ale mocno”, czy cokolwiek w tym rodzaju; ale takie są fakty. Morał z nich zaś taki, że nic nie starzeje się tak szybko, jak rzeczy najnowsze. Prawdziwym komentarzem na temat głupawego uśmiechu lokatej dziewczyny z mandoliną i bilbilem, jaki spotykamy w Księdze piękna, byłoby wysłać ten portret najbardziej nowoczesnej spośród nowoczesnych kobiet, zapewne właśnie zajętej odseparowywaniem swoich ust od twarzy przy pomocy najnowszego wynalazku sztuki iluzjonistycznej, jaki nazywamy „szminką”, ze starą inskrypcją: „Idź do komnaty mojej pani i rzecz jej: choćby się malowała na cal grubo, i tak toż-samo ją czeka”13.

Ironiczne bardziej, niż uśmiech kościotrupa, toksyczne bardziej niż trupi jad, powolniejsze i pewniejsze w swej zemście, niż śmierć, przeznaczenie zadecydowało, że młodzi każdego pokolenia nie umrą, ale żyć będą na wieki jako symbole starości, a wręcz staromodności. Każde pokolenie buntowników jest zapamiętywane przez następne nie jako pionierzy przełamujący stare konwencje, ale jako rycerze konwencjonalności, spod wpływu których dopiero niedawno udało się nam wyzwolić. Morał zaś z tego taki, że może znajdzie się jakaś nagroda dla buntowników w niebie, o ile „młodzi, wolni, dynamiczni” spoglądają czasem w tę stronę; na pewno jednak znajdzie się dla nich – mała, lecz piękna – nagroda na ziemi.

Tłm. Maciej Wąs

1 Z francuskiego: praczka. Pewnie jest to aluzja do roussowskiej fascynacji ludem, obecnej jak romantyzm długi i szeroki.

2 Alfred de Masset (1810-57) – francuski romantyk, pisarz (poeta+dramaturg+prozaik). Dandys.

3 Chesterton używa tu wyrażenia „sex writers”; w tym wypadku, podobnie jak w wypadku późniejszej „sex novel” sex odnosi się do płci i wyraża zainteresowanie tematami ogólnokobiecymi – w tym, rzecz jasna, sssssssssseksem jako takim, niemniej nie wyłącznie (trudno to oddać po polsku – i tak, i ty możesz zostać manichejczykiem).

4 Charles Jared Ingersoll (1782-1862) – amerykański polityk, demokrata (w sensie przynależności partyjnej).

5 Nieznany bliżej obecnie autor. Odnośna książka opublikowana została w 1932.

6 Pseudonim zbiorowy autorów publikujących w rubryce satyrycznej w Daily News.

7 François-René de Chateaubriand (1768-1848) – francuski pisarz, dyplomata, polityk. Monarchista, acz z problemami. Postać ciekawa.

8 Charles de Montalembert (1810-70) – francuski katolik liberalny, pisarz, historyk.

9 Frank Harris (1855-1931) – amerykańsko-irlandzki publicysta, pisarz etc., ekscentryk i osobnik uważany w swoim czasie za pornografa (bo nie bał się pisać o różnorakich swoich doświadczeniach w zakresie relacji międzypłciowych); Chesterton zdaje się robić tutaj aluzję taką, że Harris sporo zmyślał…

10 Anthony Trollope (1815-82) – angielski powieściopisarz, zwolennik kapitalizmu i tzw. „monetaryzacji wszystkiego”, czemu dał wyraz w dziełach. Prócz tego: wieloletni i zasłużony pracownik poczty.

11 Aluzja do dzieła Charlesa Heatha (1785-1842) Heath’s Book of Beauty, pierwotnie wydanego w 1832, potem wielokrotnie wznawianego. Dziełko zawiera serię portretów różnych kobiet, z towarzyszącymi im historiami, zazwyczaj w formie rymowanej. Stanowi celebrację wczesnodziętnastowiecznego pojęcia kobiety.

12 William Cowper (1731-1800) – angielski poeta sentymentalny i religijny, żarliwy chrześcijanin trapiony wieloma problemami. Uważany za prekursora romantyzmu, jednak nie szedł w swoim obalaniu konwencji tak daleko, jak romantycy sensu stricto (co nie przeszkodziło Coleridge’owi nazwać go „pierwszym poetą nowoczesnym”). Postać tragiczna.

13 Aluzja do Hamleta, akt V, scena I.