[Kolejny tekst na temat ustroju cechowego pochodzący z ILN, traktujący sprawę jeszcze prościej. Tytuł mój, reszta nie – tradycyj-nie. Nie jest tak ciekawy, jak poprzedni, niemniej ubocznie dostarcza również interesujących informacji na temat różnorakich wad epoki wiktoriańskiej, w Polsce obecnie po prostu uwielbianą. Lepiej uczyć się na błędach innych, niż swoich własnych: narodzie, nie idź tą drogą… – Tłumacz]

Z różnorakich pytań, jakie do mnie w związku z tą sprawą napływają, wnoszę, że wielu ludzi ma wątpliwości, co właściwie miałem na myśli, gdy napisałem, że kwestia gildii to kwestia ogólna – a nie szczegółowa. Otóż miałem na myśli to, że bywają ludzie mający na temat pewnych problemów wiedzę znacznie, ale to znacznie większą, niż ja, niezdolni jednak zrozumieć ich, o ile można tak powiedzieć, w samej ich problematyczności. A nie potrafią tego zrobić, ponieważ nie znają kontekstu – tła, na którym mocą kontrastu dany problem zaczyna się uwyraźniać. Krótko mówiąc: przypominają owego słynnego botanika, który nie umiał dostrzec lasu, bo patrzył na drzewa. Botanik tego typu będzie się chwalił, bardzo zresztą zrozumiale, że wie wszystko, co tylko można wiedzieć na temat tego czym różni się to drzewo od tamtego drzewa, albo dlaczego pewne pasożyty rosną tylko na jednych gatunkach drzew, a inne – na innych. Na próżno jednak prosilibyśmy go, aby na moment spojrzał na las jako na jedną rzecz – jedną całość, zaznaczającą się wyraźnie na tle leżącego dalej, skalistego szczytu. Jego odpowiedź brzmiałaby zapewne mniej więcej w ten sposób, że nie musi interesować się górami, bo nie jest geologiem. I istotnie, możliwe, że w lesie żyje mnóstwo pasożytów – możliwe, że system cechowy miał wiele wad i punktów degeneracji. Gdy mówimy jednak, jak nam się czasem zdarza, że jakiś las jest piękny, nie mamy na myśli wcale, że to gaj Elizjum, ogrody Hesperyd. I tak samo, gdy mówimy, że instytucja cechu była imponującym osiągnięciem, nie chodzi nam o to, że była ona w każdym wypadku chórem anielskim, armią bohaterów czy wspólnotą ludzi doskonale szczęśliwych. Ale tylko tyle, że była faktem – ważnym faktem historycznym o doniosłym znaczeniu dla współczesnej socjologii: bo stanowiącym przykład organizacji społecznej opartej na diametralnie innych zasadach, niż nasza. Jest to coś, co człowiek raz zrobił – a więc może zrobić to raz drugi, więcej: może zrobić to lepiej. Nie jest to ideał; bo w pewnym sensie to znacznie więcej, niż ideał. I jest to wreszcie niemożliwość – w tym sensie, że większość biznesmenów i rekinów finansjery uznałoby ją za niemożliwość – i trudno byłoby się nie zgodzić, gdyby nie taki mały szczegół, że już raz niemożliwość ta okazała się jak najbardziej możliwa do urzeczywistnienia.

Ludzie wieku dziewiętnastego nie mieli zielonego pojęcia, że między przedstawicielami jednego zawodu mogą istnieć związki równie realne, jak związki zawodowe. I mówiąc to, nie twierdzę, że z tego pomysłu szydzili, czy myśleli o nim z pogardą i drwiną (bo to byłoby jeszcze do przyjęcia) – ale że po prostu o nim nie myśleli, ani pozytywnie, ani negatywnie. Idea rynku jako czegoś innego, niż wielkiego pola bitwy toczonej przez bezustannie konkurujących kapitalistów, jawiła się im jako czysty nonsens. I trudno się nie zgodzić, że od tamtego czasu kapitalizm akcentował rolę konkurencji cokolwiek przesadnie. Z drugiej strony, trudno nie zgodzić się również, że kapitalistyczna konkurencja ustąpiła z czasem miejsca kapitalistycznej kooperacji, stanowiącej po prostu kapitalistyczny monopol. Ale chodzi dokładnie o to, że ta współczesna forma gospodarki kooperatywnej ma właśnie naturę kapitalistyczną – że to sojusz ofensywny wielkich sklepów, a nie sojusz obronny małych sklepikarzy. Tak czy inaczej: dla cywilizacji przemysłowej gildie były czymś równie fantastycznym, jak gargulce. Opierał się ten system w całości na egoizmie – niemniej wyszedłbym na ostatniego ślepca, gdybym udawał, że nie zawierał on w sobie także pewnych pierwiastków wartościowych i szlachetnych, tak jak ludzie wieku dziewiętnastego w ślepocie swojej odmawiali wszelkiej wartości wiekom średnim.

Aby pokazać, co mam na myśli, odłożę na moment na bok wszystkie owe „zabobony średniowiecza”, które rzekomo tak bardzo mi się podobają, i wezmę na warsztat jedno z niezaprzeczalnych „zwycięstw postępu”, które akurat na pewno bardzo mi się podoba. Zaczerpnę go przy tym z czasów kapitalistycznego industrializmu, z epoki wiktoriańskiej – i choć nie ukrywam bynajmniej, że boli mnie, że epoka wiktoriańska była kapitalistyczna, postaram się zachować sprawiedliwość oceny. Istnieje otóż pewna ciekawa opowieść o pewnym Francuzie (czy może to nie był Francuz? – w każdym razie obcokrajowcu), który odwiedził w swoim czasie Anglię wiktoriańską, potem zaś ktoś (najprawdopodobniej pan Podsnap [Postać z ostatniej powieści Dickensa pt. Our Mutual Friend, nadęty przedstawiciel bogatej klasy średniej i satyra na tzw. „Society” – Tłumacz]) zapytał go, co było dla niego w naszym kraju najbardziej uderzające; co w ustach pana Podsnapa znaczyło, obawiam się, po prostu: „zachwycające”. Otóż Francuz ów rzekł w odpowiedzi, że tym, co naprawdę go zachwyciło, był napis, jaki dojrzał pewnego dnia na ścianie budynku wchodzącego w skład wielkiego kompleksu użyteczności publicznej – szpitala: „Sfinansowano ze składek dobrowolnych”. Historię tę opowiadano sobie w Anglii wieku dziewiętnastego z niekłamaną dumą; i trudno się też temu dziwić, przynajmniej z najbardziej oczywistej perspektywy. Czasy wiktoriańskie naprawdę znały podobne porywy filantropii. Może się nam to podobać albo nie podobać, ale najbezwstydniejszą bigoterią byłoby udawać, że tak nie było. Była ona czymś tak dobrowolnym, tak ochotniczym niemal, jak Siły Ochotnicze [Ochotnicze siły zbrojne formowane od 1859 roku w Anglii, bardzo dobrze zorganizowane. Chesterton wspomina tu o nich zapewne dlatego, że pierwotnie, zachowując dużą autonomię w stosunku do wojska zawodowego, stanowiły one w pewnym sensie realizację postulatów radykalistycznych o powołaniu ogólnonarodowej milicji ochotniczej na wzór satrosaski; Chesterton, choć mówienia o „Anglii saskiej” nie lubił, to jednak do tego pomysłu odnosił się bardzo przychylnie, widząc w armii zawodowej zagrożenie dla wolności politycznej – Tłumacz] – i tak wiktoriańska, jak Siły Ochotnicze. Fakty, na ile nam coś mówią, mówią jasno i jawnie; a mówią tyle, że gada bzdury każdy, kto twierdzi, że „nie da się” polegać na ochotnikach, czy oprzeć jakiegokolwiek przedsięwzięcia na dobrowolnej inicjatywie.

Nie da się ukryć, że dałoby się wskazać wiele dziur w czysto optymistycznej czy patriotycznej interpretacji tego faktu; pozostałby on jednak faktem mimo to. Jakiś uczony, wielki erudyta, może natknąć się kiedyś w przyszłości podczas badań na cokolwiek osobliwy i niemal zupełnie zapomniany zapis charakteru relacji społecznych Anglii wieku XIX, pod dźwięcznie brzmiącym tytułem „Pickwick”, i poznać zawarte w nim świadectwo na temat tego, jak wyglądał ówczesny proces kształcenia kadr medycznych – świadectwo, po przeczytaniu którego nawet pacjent czekający w kolejce na rutynowe badania mógłby zaczął odczuwać pewien niepokój; może odzyskać dla świata wszystko to, co Dickens włożył w usta Boba Sawyera, Bena Allena i Jacka Hopkinsa – mrożące krew w żyłach ślady barbarzyńskiej epoki. Zresztą, nawet ściślej naukowe fakty i źródła potwierdzą nam ten stan rzeczy wystarczająco jednoznacznie. We wspomnieniach ludzi pracujących z ubogimi, na przykład, znaleźć możemy wprost niepoliczalną mnogość dowodów na to, że wśród ludzi z klas niższych lekarze budzili powszechną nieufność – a nawet strach. Następnie, badacz nasz mógłby rzucić okiem na listy darczyńców i bez trudu wykazać, że w wielu wypadkach datków nie wpłacano bynajmniej z osobistej cnotliwości – a częstokroć i nie z własnej woli. Mógłby słusznie zauważyć, że jakiś Sir Moses Muddleton, dajmy na to, był najbogatszym człowiekiem w Anglii – i rzucił ochłap tylko po to, aby nie nazywano go także najgorszym człowiekiem w Anglii. Albo że inny Sir Galahad Gamble nałogowo szukał poklasku. Dotrzeć do tajnego (acz znanego dobrze najlepszym spośród nas) raportu jednoznacznie wskazującego na to, że niejaki Lord Fitzblunderbuss był całe życie pod pantoflem małżonki i literalnie nic nie robił z własnej woli. Dostrzec, że nadzwyczajna hojność niejakiego pana Pidge’a stała się nieco jak gdyby mniej nadzwyczajna, gdy spełnił on swój cel życiowy i stał się Lordem Paragonem. Krótko mówiąc: w sensie idealnym znalazłby ogromną liczbę niedoskonałości tak funkcjonowania szpitala, jak i metody finansowania jego budowy. Tylko że rzeczony Francuz nie rozważał tej sytuacji w sensie idealnym – ale realnym. Fakt, na który zwrócił uwagę, naprawdę był faktem; że oto Anglicy postanowili sfinansować budowę gmachu ogromnie ważnej i kosztownej instytucji z datków dobrowolnych – i że im się udało. Jeśli przy okazji doświadczenie mówiło mu, że w społeczeństwach kontynentu podobne przedsięwzięcia udawały się wyłącznie dzięki pomocy państwa, to znalazł przesądzający dowód na to, że da się je realizować bez pomocy państwa. I gdyby ktokolwiek powiedział w jego obecności: „Szpitali nie da się budować w ramach inicjatywy społecznej”, jedyne, co Francuz ten musiałby zrobić, to przypomnieć sobie po prostu, że sam widział, że jeden taki przynajmniej już kiedyś zbudowano. I nie oznacza to wcale, że musieli od razu zbudować go aniołowie czy ludzie w stanie doskonałości, czy ktokolwiek w tym guście – ale tyle tylko, że ktoś go zbudował; i nie da się przykryć tego faktu czczą gadaniną.

Otóż to, co powiedzieliśmy tutaj na temat wiktoriańskiego szpitala równie dobrze powiedzieć moglibyśmy na temat innego jeszcze budynku, zwanego salą cechową, a właściwie (skoro już o tym mowa) także o zjawisku cechu jako takim. Ludzie, nawet ludzie wykształceni, bez trudu dostrzegą zaraz wszystkie wady tej starej instytucji. Ale wcale nie chodzi mi o to, żeby ich nie dostrzegali, czy żeby dostrzegali także jej zalety. Póki co, chcę od nich tylko tyle, by zaczęli dostrzegać – ją; po prostu. Pragnę, aby zobaczyli ją dokładnie tak, jak podróżujący po Anglii Francuz zobaczył wybudowany w inicjatywie społecznej szpital. Pragnę, by byli nareszcie w stanie dostrzec ogromny fakt społeczny, który mają przed oczami – podobnie jak nasz podróżny potrafił dostrzec ogromny budynek, który miał przed oczami; by potrafili popatrzeć na ten fakt jak na coś niezwykłego i nowego, coś, co burzy ich dotychczasowe wyobrażenia o świecie. Nie chcę przy tym, by system cechowy jawił im się jako perspektywa perfekcyjna – czy choćby przyjemna. Ale ledwie jako pewna realna możliwość, którą wielu już ogłosiło niemożliwością. Tak, by jeśli ktokolwiek w ich obecności powie: „Handel może opierać się wyłącznie na współczesnej zasadzie nieograniczonej konkurencji”, mogli odpowiedzieć: „Nieprawda, może opierać się na czymś diametralnie innym – niezależnie od tego, czy powinien, czy nie powinien”. Jeśli zaś: „Rozwój gospodarczy z konieczności prowadzi do takiego stanu społecznego, jaki nazywamy kapitalizmem”, po prostu: „Nie”. Ten czy inny gryzipiórek mógł udowodnić na papierze, że kupcy nigdy nie zdecydują się ograniczyć wzajemnej rywalizacji; podobnie jak w pierwszym wypadku – że bogaci nigdy nie odstąpią nikomu takiej części swojej fortuny, by dało się za to zbudować szpital; ale jak widziało się pewne rzeczy, to po prostu wie się lepiej. Oto właśnie co w racjonalnym sensie może oznaczać „być wykształconym”; podróżować po różnych epokach, niczym badacz średniowiecza – czy po różnych krajach, jak Francuz z naszej opowieści. Odkrycie istnienia pewnych instytucji, funkcjonujących na zupełnie innych zasadach, niż wydawało się nam, że powinny funkcjonować, ta moc obserwacji procesu działania czegoś, co w naszym dotychczasowym mniemaniu nie mogło działać – to właśnie to, czego nieodmiennie brakuje wszystkim tym, którzy wyśmiewają się z korporacjonistów jako z romantycznych pomyleńców. To w najściślejszym sensie tego słowa oświecenie – to poszerzenie horyzontów.

Tłm. Maciej Wąs