Kapitan Herbert William Shove

Wzrost i upadek industrializmu


Podczas I Wojny Światowej Herbert Shove był w Królewskiej Marynarce Wojennej kapitanem łodzi podwodnych o numerach: C-2 (1915-1916) oraz E-29 (1915-1922); podczas II Wojny Światowej został powtórnie powołany do służby. Odznaczono go zarówno Distinguished Service Order, jak i Orderem Imperium Brytyjskiego. W okresie międzywojennym, żył na farmie Halletta w Ditchling, gdzie pracował wspólnie z innymi członkami wspólnoty i był szczególnie znany z… pędzenia bimbru! Stanowiąc poniekąd ideał dystrybucjonisty, Shove uważany był za autorytet w kwestiach takich, jak złotnictwo, bartnictwo, rolnictwo i produkcja alkoholu. Wiele swojej intelektualnej energii poświęcał teorii ekonomii. Jego poglądy ekonomiczne znalazły najlepszy wyraz w książce The Fairy Ring of Commerce, opublikowanej w 1930 roku przez filię Ligi Dystrybucjonistów w Birmingham. Piastował funkcję przewodniczącego południowego okręgu Katolickiego Stowarzyszenia Agrarnego. Ojciec Brocard Sewell powiedział kiedyś, że – ze względu na swoją bujną brodę – Shove przypominał bardzo Williama Morrisa.


Mylenie industrializmu z nowoczesną technologią naukową to często spotykany błąd. Mniema się, że chęć likwidacji systemu przemysłowego w sposób konieczny związana jest z pragnieniem odrzucenia wszystkich wytworzonych przez człowieka w ciągu dwóch ostatnich wieków, dodatkowych środków panowania nad siłami przyrody. Mówi się nam, zupełnie zresztą słusznie, że, z logicznego punktu widzenia, nieuniknioną konsekwencję podobnych propozycji stanowi powrót do stanu prymitywnego niewolnictwa. W dzisiejszych czasach, wielu ludzi, którzy zdają sobie sprawę z konieczności powrotu do życia z ziemi, wzbrania się przed udzieleniem poparcia pionierom Ruchu Agrarnego, ponieważ ma nas za irracjonalnych fanatyków, potępiających, choćby, wynalazek pługu ciągnikowego. Lub też ponieważ kluczowym punktem naszego projektu jest to, by nowi osadnicy produkowali jak najwięcej bezpośrednio na własny użytek raczej, niż na sprzedaż. Podobne nieporozumienia biorą się z niemożności uświadomienia sobie faktu, że industrializm to nie ledwie niedoskonały system, który trzeba naprawić, a nawet nie zły system, który trzeba zlikwidować, ale system nietrwały, który, z samej swojej natury, w relatywnie krótkim czasie musi odejść w niebyt.

Industrializm to nie przede wszystkim kwestia technologii. To system, w którym dominuje nad społeczeństwem pojęcie przynoszącej zyski wymiany handlowej. Suwerenami są w nim pośrednicy, oceniający wszystko według kryterium: „czy się to opłaca?”; to znaczy: „czy zwiększy to naszą zdolność do przyszłych wymian handlowych?” Wymiana handlowa może mieć zaś inne cele. „Wymiana dóbr może być dwojaka”, pisze św. Tomasz z Akwinu, „po pierwsze: naturalna niejako i konieczna, w której jeden towar wymienia się na inny albo płaci się zań jakąś sumę pieniędzy w celu zaspokojenia potrzeb życiowych. Tego rodzaju handlem, ściśle rzecz ujmując, nie zajmują się pośrednicy, ale raczej gospodarze czy urzędnicy państwowi, których zadaniem jest zapewnić gospodarstwu lub państwu to, co niezbędne do życia. Drugi rodzaj stanowi wymiana pieniędzy na pieniądze lub też pieniędzy na towary, przeprowadzona nie w celu zaspokojenia potrzeb życiowych, ale dla zysku – i takim rodzajem wymiany, ściśle biorąc, zajmuje się pośrednik. Pierwszy rodzaj wymiany jest godny pochwały, ponieważ zaspokaja naturalne potrzeby. Drugi słusznie należy potępić, ponieważ, wzięty sam w sobie, zaspokaja żądzę zysku, która nie zna granic i dąży do nieskończoności. Stąd też handel, wzięty sam w sobie, cechuje się pewną nikczemnością – na tyle, na ile, z samej swojej natury, nie zakłada żadnego cnotliwego lub koniecznego celu”.

Trzeba zauważyć – istotnie, sam św. Tomasz mówi to w dalszej części swojego wywodu – że z przywołanego wyżej fragmentu nie wynika bynajmniej, że być pośrednikiem albo handlować dla zysku to zajęcia grzeszne. Wynika jednak zeń to, że taki sposób życia, sam w sobie, nie zasługuje na najwyższy możliwy szacunek. Musi podlegać kontroli – po pierwsze: sumienia samego kupca, który powinien zdać sobie sprawę, że para się zajęciem bardzo niebezpiecznym, które może łatwo stać się anty-społeczne, a zatem grzeszne, po drugie zaś: czujności polityków, którzy sami nie są tak bardzo wystawieni na jego pokusy i, w związku z tym, potrafią zająć co do niego bezstronne stanowisko.

Polityk zaś, jest nikim bez możliwości egzekwowania swoich decyzji. Sprawiedliwość pozbawiona miecza staje się dla kryminalisty zwykłym pośmiewiskiem. Zanikowi moralnych ograniczeń, nakładanych na merkantylną umysłowość przez wiarę, towarzyszyła bardzo często, szczególnie w krajach, w których najpełniej odrzucono autorytet Kościoła, tendencja do negowania również autorytetu „księcia” (w średniowiecznym tego słowa znaczeniu). Angielska historia to w znacznej mierze zapis podejmowanych przez królów, mniej lub bardziej udanych, prób ograniczenia potęgi niepohamowanych w swej ambicji arystokratów. Po pojawieniu się ziemiaństwa, w którego stronę równowaga sił przechyliła się dzięki zniszczeniu Kościoła, to właśnie ta klasa stała się głównym przeciwnikiem Korony. I osiągnęła w swych działaniach całkowity sukces.

Feudalna teoria posiadania ziemi stanowiła wielopoziomowy porządek osobistej odpowiedzialności za zarządzanie, na którego szczycie znajdował się król, będący, jako „Najwyższy Suweren”, powiernikiem – wobec Boga – dziedzictwa narodowego. Niezależnie od tego, jak bardzo praktyka różniłaby się od owego ideału, zawsze go uznawano i często oficjalnie domagano się jego realizacji. Wynosił on wielką własność ziemską na inny – i wyższy – poziom, niż komercjalizm. Został zniszczony wraz ze wzrostem potęgi ziemiaństwa i ostatnie jego ślady – nie licząc żargonu aktów prawnych – zmiotło z powierzchni ziemi Prawo o Lennach1 – wprowadzone za czasów Cromwella i przywrócone za restauracji – mocą którego ziemia stała się, praktycznie rzecz biorąc, towarem i przedmiotem własności ściśle indywidualnej.

Po tym zabiegu nie pozostało właściwie nic, co pozwalałoby posiadaczowi ziemskiemu uważać się za kogoś ważniejszego od handlowca. Pomimo to, prestiż społeczny związany z posiadaniem ziemi przetrwał aż do dziś dnia, nieustannie się jednak zmniejszając. A zatem, wielką niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że wszyscy ziemianie zapomnieli zupełnie o obowiązkach, wynikających z faktu, że ich majątki powierzono im dla dobra wspólnego. Większość z nas mogłaby przecież wymienić przynajmniej kilku żyjących jeszcze reprezentantów prawdziwej tradycji feudalnej. Choć można obawiać się, że w większej części wypadków jedyny motyw „utrzymania” majątku stanowi duma rodowa; lub też, w najlepszym razie, „miłosierdzie” względem „gorszych”, którzy nie potrafią zatroszczyć się o własne sprawy. Ta koncepcja biedy jako koniecznego skutku niższości naturalnej stanowi dziedzictwo teorii „ekonomii politycznej”, stworzonej celem uspokojenia sumień bogaczy w czasie budowania systemu opartego na dominacji handlu.

Zobaczyliśmy już, w jaki sposób majątek ziemski stał się czymś równym majątkowi kupca. Lecz przez całą historię, członkowie ziemiaństwa rekrutowali się przede wszystkim spośród klas kupieckich, których bogactwo brało się w głównej mierze z eksploatacji męstwa i umiejętności angielskich żeglarzy. Na początku, w czasach elżbietańskich, owi poszukiwacze przygód nie różnili się prawie niczym od zwykłych piratów. Jeden z najsławniejszych z nich dał początek wielce lukratywnej profesji handlarza niewolników. Następnie, zaczął się handel z Indiami, którego pionierzy, Portugalczycy, szybko zorientowali się, że jedyne, co udało im się tak naprawdę osiągnąć, to ledwie przetrzeć szlaki dla swoich rywali z Francji, Holandii i Anglii. Lewant, a nawet Moskwa, również domagały się zainteresowania. We wszystkich tych trzech wypadkach, chodziło jednak przede wszystkim o handel towarami luksusowymi. Nie importowano właściwie niczego, co można było wyprodukować w kraju; produkowano zaś w nim wszystko, co było niezbędne dla życia i kultury narodu. Lecz w takiej mierze, w jakiej handel ów różnił się od zwyczajnego piractwa, trzeba było zacząć coś w zamian eksportować.

Przez kilka wieków kwestia owego eksportu miała wielką wagę. Anglia to kraj dobrze przystosowany do produkcji ogromnych ilości dobrej jakościowo wełny. Pokusa właścicieli ziemskich, by zmienić sposób użytkowania gruntów z rolnictwa na wypas owiec, dla wielu z nich okazała się zbyt silna już w XIV wieku. Niemniej, tak długo, jak obowiązywała średniowieczna koncepcja odpowiedzialności, podejmowano próby – mniej lub bardziej udane – kontrolowania tych zapędów w imię interesów ludności wiejskiej oraz samowystarczalności narodu.

W cechowej organizacji przemysłu, zniechęcano także do korzystania z nowych wynalazków, których użycie prowadziłoby do zwiększenia bezrobocia lub pozbawiało wykwalifikowanego pracownika tego atutu, jaki stanowiła biegłość w zawodzie. Średniowieczne autorytety, polityczne czy gospodarcze, miały pełną świadomość tego, jak wielką niesprawiedliwością jest niszczyć owo bogactwo klas biedniejszych, które posiadają one właśnie w niematerialnej formie osobistych umiejętności, i nieraz interweniowały celem ograniczenia użycia maszyn takich, jak choćby draparka bębnowa czy folusz.

Pan R.H. Tawney2 w swojej wspaniałej książce Religia a powstanie kapitalizmu, dużo miejsca poświęcił analizie wpływu, jaki ciężka teologia kalwińskich purytanów wywarła na mentalność kupiecką. Wiele różnych czynników przyczyniło się do tego, że w wieku siedemnastym Anglia stała się przesiąknięta tym właśnie duchem. Dotknęliśmy już tutaj problemu rozwoju handlu zamorskiego, w który przekształciło się szesnastowieczne korsarstwo. Równolegle do tego, idee kalwinizmu przenikały do Anglii ze Szkocji, Holandii, a później także, po odwołaniu Edyktu Nantejskiego, z francuskiej wspólnoty hugenotów. Wpływy te przyczyniały się do wzmożenia rodzimego rozwoju ducha merkantylizmu i ekonomicznej eksploatacji krajów zamorskich.

Kiedy tylko duch ten przejmie w jakimś społeczeństwie kontrolę nad mieczem sprawiedliwości, koniec włościaństwa – a także „arystokracji ziemi” – jest przypieczętowany. Tak samo, co mamy nadzieję pokazać w pozostałej części tego krótkiego szkicu, jak trwałej wielkości narodu. Bierze się to z interakcji dwóch naturalnych czynników ekonomicznych, zapomnienie o których doprowadziło wielu współczesnych ludzi do błędów i fałszywych teorii. Po pierwsze, z różnicy w tym, co musimy nazwać „brakiem elastyczności czynnika czasowego” w rolnictwie i produkcji przemysłowej. Po drugie, z różnicy w znaczeniu, jakie mają dla ludzkiego bytu substancje organiczne i nieorganiczne; rzeczy, które rosną i rzeczy „wytwarzane” z materiałów, które nie rosną. Ściśle łączy się z tym kwestia rozróżnienia pomiędzy produktami, które konsumuje się przy użytkowaniu (fungibile) i tymi, których się nie konsumuje (non-fungibile). Na początek rozważymy udział czynnika czasowego w umożliwieniu niekontrolowanemu komercjalizmowi zniszczenia narodowego rolnictwa.

Wskazaliśmy już  trudność, z którą zaczyna mierzyć się poszukiwacz przygód w momencie, w którym przestaje być zwykłym piratem, a staje się kupcem. Za import można zapłacić wyłącznie eksportem.

Oczywiście, nie jest czymś wyjątkowym sytuacja, że z początku cenne towary importuje się za cenę praktycznie bezwartościowego eksportu. Niemniej, faza ta nie trwa długo. W Indiach oraz innych krajach, w których Anglia zbudowała większą część swojej handlowej wielkości, miejscowa ludność, nawet na początku, nie była zbiorem nieokrzesanych dzikusów. Niezależnie od tego, jak wielkie zyski osiągano w podobnym handlu, w każdym wypadku wiązał się on z koniecznością uiszczenia sowitej zapłaty. System trybutów, na którym opierało się, na przykład, hiszpańskie imperium kolonialne, zależy od wstępnego podporządkowania sobie eksploatowanego terytorium w sposób militarny. Poza nielicznymi i niekonsekwentnymi przypadkami z późniejszego czasu, nie była to nigdy angielska metoda postępowania. Rzecz jasna, nie dało się płacić w pieniądzu kruszcowym, jako iż metale szlachetne nie należą do gamy produktów angielskich, ale raczej pozostałych stron transakcji. Na tradycyjnie angielską wełnę i zboże zaś, eksportowane we wcześniejszym okresie, nie było zapotrzebowania.

Na potrzeby eksportu należało zatem wejść w posiadanie dóbr manufakturowych. Istnieją dwie metody osiągnięcia tego celu. Pierwsza, która stała się udziałem miast Hanzy, Wenecji oraz rywalizujących z nią miast włoskich, nad którymi ostatecznie zatryumfowała, to metoda tak zwanego „emporium”, zasadzająca się na różnicy między cenami kupna i sprzedaży określonych produktów na dwóch niezależnych od siebie obszarach, połączonych przez zorganizowany transport morski, lecz pozostających poza kontrolą państwa. Stała się ona, z samej natury rzeczy, ulubioną metodą Holendrów i bardzo rozwinęła się w Londynie. Wszakże wyspiarskie położenie tego miasta sprawia, że w porównaniu do portów Holandii wypada ono niekorzystnie. W związku z tym, angielscy kupcy szukali możliwości produkcji dóbr eksportowych we własnym kraju.

Ten właśnie stan rzeczy doprowadził do rewolucji przemysłowej i uczynił Anglię jej centrum. Potężna już wtedy finansowo – i teraz, ze względu na zmianę w okolicznościach prowadzenia wojny, także militarnie – klasa kupiecka, „lordowie wymiany”, zaczęli samemu urządzać i kontrolować produkcję, bez żadnego odniesienia do potrzeb lokalnych czy nawet narodowych, ale wyłącznie pod kątem „wartości wymiennej”. Stali się kapitalistycznymi „fabrykantami”.

Że rewolucja przemysłowa dysponowała surowym zasobem ludzkim wynikało w znacznej mierze z faktu, że ziemiaństwo było w całości przesiąknięte ideami merkantylizmu i właściciele ziemscy z całych sił próbowali konkurować z rosnącym bogactwem kupców. Powodem, dla którego w ogóle podjęli oni taką próbę, była ich ignorancja dotycząca różnicy zachodzącej między czynnikami czasowymi, regulującymi produkcję rolną i handel. Jako iż szybkość obrotów zainwestowanego w rolnictwo kapitału wynika niezmiennie z rytmu pór roku. W handlu, ograniczenie to nie istnieje. Zyski można czerpać z każdej zakończonej transakcji, im zaś lepiej zorganizowany handel – ze względu choćby na różnorodne formy kredytu, szybki transport itd. – tym częściej da się takich transakcji dokonywać. Dlatego też można powiedzieć, że podczas gdy producent rolny może bogacić się wyłącznie dzięki „odsetkom prostym”, kupiec – kiedy tylko organizacja handlu osiągnie określony poziom rozwoju – może bogacić się dzięki „odsetkom łącznym”. Nie ma więc sensu, by pierwszy stawał z drugim do wyścigu o bogactwo.

Mimo to, żądni pieniędzy ziemianie właśnie to uczynili. Wprowadzili oni w życie projekty „modernizacji rolnictwa”, przygotowane po to, aby umożliwić podwyżkę czynszów. Taki był właśnie prawdziwy zamysł dotyczący wszystkich wynalazków typu tzw. „grodzenia”, które wiązało się z rugowaniem starego, drobnorolnego gospodarza i wspieraniem późniejszej instytucji wielkiego farmera-dzierżawcy. Niektóre z nowych metod uprawy naprawdę, z punktu widzenia produkcji najważniejszych artykułów żywnościowych, stanowiły postęp – a nawet czasem, choć rzadziej, także z perspektywy wzrostu zatrudnienia. Niemniej – nie taki był tutaj cel. Nie mamy miejsca, aby zagłębiać się w szczegóły. Niemniej powszechnie wiadomym faktem jest to, że ostatecznie, na skutek polityki rolnej właścicieli ziemskich wieku osiemnastego, całe tłumy ludności wiejskiej, dotychczas cieszące się umiarkowaną niezależnością, musiały zasilić szeregi pracowników dziennych, którzy, o ile dalej żyli na wsi, zarabiali psie pieniądze, czasami niewystarczające nawet na zaspokojenie podstawowych potrzeb; o ile zaś – by użyć tutaj słów jednego bezdusznego ziemianina – „raczyli się wynieść”, to tylko po to, aby tworzyć nieszczęsny proletariat miast przemysłowych.

Piętrzenie się tych gnijących z przeludnienia miast przez głupszych – „postępowych” – ziemian, witane było z otwartymi ramionami. Nie tylko zapewniały one wentyl dla wysiedlonych pracowników wiejskich, lecz także ich populacja zwiększała się zawrotnie ze względu na działanie innego jeszcze czynnika, całkowicie przeczącego obowiązującym wtedy teoriom. Sformułowane niedawno „Prawo Doubleday’a”, mówiące, że ludzka płodność jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu komfortu fizycznego, hulało po pierwszych slumsach bez najmniejszych ograniczeń. W związku z tym, zapotrzebowanie na żywność wymusiło wzrost cen produktów rolnych i pozwoliło właścicielom ziemskim na kolejną podwyżkę czynszów.

Wytworzenie się przemysłowych mrówczych kopców wiązało się z tym, że przemysłowi handlowcy zdali sobie sprawę, jaką wartość stanowi dla nich tak zwana „oszczędność czasu”, czyli zwiększenie szybkości obrotów. Nawet w systemie rękodzielniczym lub przy wykorzystywaniu niedużych narzędzi przez pracujących w domu rzemieślników – jak w wypadku „undertaker system”3 angielskiego przemysłu tekstylnego – czas traci się już na wstępie, przy dystrybucji surowców, a także później, przy zbieraniu wyprodukowanych dóbr. Tylko tak długo, jak surowiec również produkuje się lokalnie, podobne przedsiębiorstwa mogą opierać się koncentracji, wiążącej się ze skomercjalizowaną produkcją na odległe rynki.

W Anglii, awangardę industrialnego szturmu na pozycje starego porządku stanowił, niestety, jeden konkretny materiał – bawełna. Nie tylko znajdował on łatwy zbyt w krajach, w których można było ubić na nim najbardziej lukratywny interes, lecz także jego produkcja w stanie surowym odbywała się w nader sprzyjających okolicznościach; uprawiali ją niewolnicy, należący do brytyjskich panów, w kraju, którego klimat umożliwiał obniżenie standardu bytu materialnego pracowników do bardzo niskiego poziomu. Kiedy, z angielskiej strony, dołączył się do tego fakt dysponowania portem takim, jak Liverpool, w okręgu, którego klimat jest niemal idealny dla procesu przetwórstwa, rozwój skoncentrowanej produkcji fabrycznej w wypadku tego towaru był, biorąc pod uwagę warunki ekonomiczne epoki, praktycznie nieunikniony. To z Lancashire przemysłowy rak zaczął rozrastać się i truć angielskie życie.

Pierwotny powód szaleńczego przyśpieszenia współczesnego przemysłu również wynika z konkretnych uwarunkowań produkcji wyrobów włókienniczych. Gdy celem jest szybkość produkcji, zachodzi nieunikniony konflikt między dwoma zajęciami: przędzalnictwem i tkactwem. W starych warunkach czystego rękodzielnictwa, tkanie to proces od przędzenia znacznie szybszy, choć bardziej dokuczliwy i wymagający większych umiejętności. Dlatego też, przędzenie generalnie uważało się za zajęcie domowe, przeznaczone dla kobiet, podczas gdy tkanie było normalną, wymagającą specjalizacji pracą zawodową dla mężczyzn. Wynalazek pierwszego, znacznie zwiększającego szybkość produkcji przyrządu – „machiny latającej” Johna Keya4 – podkreślił tylko dobitniej tę różnicę i dał początek serii wynalazków przędzarskich, które, w ciągu całego wieku osiemnastego, odwróciły stary porządek w taki sposób, że problemem stało się wytworzenie możliwości tkania w tempie tak szybkim, by wrzeciona zawsze pozostawały w ruchu. Skutkiem tego wszystkiego, jak dobrze wiemy, jest nowoczesne krosno mechaniczne i zagadnienie, ile tych maszyn będzie musiał obsługiwać naraz jeden pracownik.

Choć system fabryczny, zwłaszcza w Lancashire, został stworzony przed wprowadzeniem jej do technologii produkcji, wykorzystanie pary w przemyśle dopomogło do jego scalenia i upowszechnienia. Rozwinięte miasto przemysłowe w istocie rzeczy nie było niczym innym, niż małą grupą silników parowych, wokół których musieli tłoczyć się ci, których utrzymanie zależało od obsługi tych maszyn. Powszechnie obowiązujący sposób patrzenia na początek wykorzystywania w przemyśle maszyny napędzanej energią parową stanowi pogląd, że pomnaża ona produktywność pracownika. Pomijając kwestię wpływu moralnego, jaki nań wywiera – problem, którym zajmie się inny z uczestników tej konferencji – należy stwierdzić, że to pogląd bardzo wybiórczy. Po pierwsze, nie zwiększa ona ilości surowca, w związku z czym nie może wyprodukować więcej, niż mogłoby to uczynić wystarczająco wielu rzemieślników w tym samym czasie, lub też mniejsza liczba rzemieślników w dłuższym czasie. Po drugie, wpływ, jaki wywiera ona na jakość produktów, jest, delikatnie rzecz ujmując, zgubny. Prawdziwy skutek ekonomiczny używania jej w przemyśle, stanowi zwiększenie szybkości obrotów i – za tym – zmniejszenie kosztów produkcji przez zaoszczędzenie na bycie materialnym dodatkowych lub, – jeżeli popyt nie zwiększa się proporcjonalnie do zwiększonego tempa podaży, – zwolnionych pracowników.

Kiedy przeciętnego pracownika zredukuje się już do stanu przypominającego w przybliżeniu minimum egzystencji, istotność tego faktu dla fabrykanta staje się pierwszorzędna. Redukcja „funduszu płac” stosownie do cen sprzedaży produkowanych towarów to prosta droga do fortuny. A jednak, jako iż minimalne zapotrzebowanie na jedzenie, paliwo, ubrania i schronienie w danym klimacie to rzecz pozbawiona elastyczności, a szybkość zaopatrywania się w żywność ogranicza czynnik czasowy związany ze zmianą pór roku, udoskonalone metody uprawy zaś mogą je zwiększać wyłącznie w – stale zmniejszającym się – tempie arytmetycznym, ceny artykułów żywnościowych, w stosunku do dóbr wprowadzanych na rynek w tempie geometrycznym – ze względu na skrócenie cyklu produkcji fabrycznej – nieustannie muszą wzrastać. W związku z tym, fundusz płac w naturalny sposób dąży do wzrostu, co tym bardziej sprzyja mechanizacji. O ile nie da się utrzymać ciągłego rozwoju rynku – co, rzecz jasna, staje się coraz trudniejsze w miarę upływu czasu – sytuacja taka musi oznaczać bezrobocie i, w konsekwencji, nędzę, której zaradzić można wyłącznie tworząc nowe gałęzie przemysłu, zdolne wchłonąć zwolnionych robotników.

To oklepane rozwiązanie klasycznych ekonomistów opiera się na założeniu, że pracownik potrafi przekwalifikowywać się z elastycznością, możliwą wyłącznie w sytuacji, w której praktyczna biegłość nie miałaby żadnego znaczenia, a praca zostałaby zredukowana do martwego poziomu niewymagającej żadnych umiejętności obsługi maszyn. Naturalną konsekwencję tego stanu rzeczy musi stanowić tendencja do wyrównywania pensji do najniższego możliwego poziomu. W późniejszych fazach rozwoju, takich, jakie widzimy choćby i dzisiaj, biegłość techniczna zaczyna sprowadzać się zaledwie do umiejętności projektowania i obsługi maszyn – stających się coraz bardziej „niezawodnymi” – i nawet to traci na wartości na skutek spadku popytu, w miarę, jak produkcja maszyn sama staje się coraz bardziej maszynowa. Współczesny industrializm szuka swoich „kokosów” w „działach sprzedaży” i reklamie raczej, niż w technicznych działach produkcji. Sytuacja, w której jakiś „rekin biznesu” rzeczywiście kieruje pracą w jednej ze swoich fabryk, należy do dosyć rzadkich wyjątków.

Wszystko to uderza w ludzi żyjących z ziemi; nawet w bogatego ziemianina. Skutki tego stanu rzeczy, z przyczyn, o których zdążyliśmy już tutaj wspomnieć, z początku przesłonięte są przez pozorny bodziec gospodarczy w postaci wzrostu popytu na produkty rolne, potrzebne do wyżywienia miast przemysłowych. Pozwala on właścicielowi ziemskiemu osiągać większe wpływy z czynszu i – do pewnego stopnia – osiągnąć większe zyski dzierżawiącemu ziemię farmerowi. W takiej społeczności jednak, jaka wytworzyła się w Anglii na skutek ustalania czynszów za dzierżawę według zasady konkurencji rynkowej, pierwszy pożera drugiego w bardzo krótkim czasie; system ów stanowi naturalny owoc komercjalizacji własności ziemi.

Podobnie zdziercze oczynszowanie znajduje dodatkowe wsparcie w koncepcji „inwestycji”. System pracy na pożyczonym kapitale, mający swoje źródło w handlowych wynalazkach zwiększających szybkość obrotów, w trakcie rozwoju industrializmu osiąga swój ostateczny kształt. Jemu właśnie zawdzięczamy nowoczesne „firmy”, początkowo jeden z wielu typów spółek akcyjnych, obecnie jednak, po wynalezieniu „ograniczonej odpowiedzialności”, stanowiące instytucje, których racją istnienia jest pożyczanie pieniędzy na procent – stały lub zmienny – a czasami zwykły hazard. Stąd zaś bierze się koncepcja, że „pieniądz rodzi pieniądz”; wobec której stare rozróżnienie pomiędzy inwestycją w coś owocnego, na przykład ziemię lub pracę wykwalifikowanego pracownika, dającą prawo do uczestnictwa w zyskach, a zwykłą, nieproduktywną pożyczką, w wypadku której nie ma żadnych zysków, w których można by uczestniczyć, przestaje obowiązywać. Ekonomiści, piszący w czasach gwałtownej ekspansji przemysłu i wzrostu możliwości produktywnego inwestowania, opracowali z czasem koncepcję „zysków z kapitału”, standardowy poziom procentu, wrodzony inwestycji jako takiej. Żądny pieniądza właściciel ziemski, zdeterminowany utrzymać swoją pozycję w rywalizacji z przemysłowcem, zaczął patrzeć na swoją ziemię jako na podlegającą takim samym regułom, a zatem: sprawiedliwie przynoszącą mu „zyski z kapitału”, równe tym, które wiążą się z innymi inwestycjami.

Ten właśnie punkt widzenia staje się dla posiadaczy ziemskich przyczyną ich ostatecznej porażki. Uzależniony od pór roku „prosty” procent zysków z ziemi musi, w miarę, jak proces przyśpieszania wchodzi w coraz dalsze fazy, wlec się coraz bardziej w tyle za „składanym” procentem cyklicznych zysków z handlu lub produkcji fabrycznej. W angielskim systemie, dzierżawca, na równi z ziemianinem, musi być traktowany jak „inwestor”.

Istotnie, obydwaj, ziemianin i dłużnik hipoteczny – dzierżawca (jako ten, który pożyczył kapitał) – bardzo często spłacają odsetki według miar wziętych z handlu. Wszystkie konieczne koszta,  podatki itp., skorelowane z zajęciem tak jednego, jak i drugiego, ustala się na podobnych zasadach. To zatem, co w społeczności industrialnej zawsze stanowiło „nieadekwatny” zysk z inwestycji, w bardzo łatwy sposób zamienia się w zwykłą stratę. Nie dość, że właściciel ziemski zaczyna funkcjonować w świadomości społecznej jako ździerca, bardzo często osiąga on także mniejsze zyski ze swojej ziemi, a nawet z modernizacji, które na niej przeprowadził, niż miałoby to miejsce w wypadku, gdyby zainwestował w obligacje rządowe, o akcjach jakiejś dobrze prosperującej fabryki nawet nie wspominając. Z drugiej strony, przemysłowcy coraz głośniej protestują przeciwko cenie, jaką trzeba płacić za artykuły spożywcze, jeżeli dzierżawca ma w ogóle zarobić na życie. Bo jeśli płace mają być podnoszone pari-passu ze wzrostem cen żywności, cały zysk przynoszony cyklicznie przez „procent składany” zaczyna czerpać rolnictwo i industrializm przestaje się opłacać.

Miejski arystokrata, pobierający od fabryk regularne myto, w znacznej mierze był dzięki temu w stanie przełożyć przynoszone przez nie zyski do własnej kieszeni. Podjęta przez arystokratów wiejskich próba zrobienia tego samego w krótkim czasie doprowadziła do agitacji przeciwko ustawom zbożowym. Ostatecznie, wespół z całą teorią „wolnego handlu”, opracowaną celem urządzenia świata w taki sposób, aby „zbiry mogły na nim wygodnie żyć”, odniosła ona sukces ze względu na przyznanie praw politycznych „przedsiębiorczej” klasie średniej oraz zagrożenie ze strony oszukanego ludu, doprowadzonego do rozpaczy przez głód i nędzę wywołaną przez rewolucję przemysłową i domagającego się zmian, którego roszczenia zostały jednak w krótkim czasie z wielką biegłością naprowadzone na zły trop. Warto zauważyć, że wszyscy ideologowie wolnego handlu, Cobden5[5], Bright6, Peel7 i tak dalej, byli magnatami przemysłu bawełny.

Koncepcja Anglii jako „warsztatu całego świata” z konieczności zawiera w sobie koncepcję zrujnowania rodzimego rolnictwa. Bo ostatecznie, koncepcja ta sprowadza się do zarabiania na eksporcie wyrobów fabrycznych i odbieraniu zapłaty w surowcach i żywności. Słyszy się czasem polityków, którzy wypowiadają się w taki sposób, jakby dało się żyć z eksportu, ograniczając import wyłącznie do surowców albo, w każdym razie, importując, w stanie wykończonym, jedynie te produkty, których nie da się wytworzyć w kraju. To zwykły błąd. Oczywiste jest, że nie da się czerpać zysków z eksportu, powiedzmy, wyrobów bawełnianych, wobec cen, które płaci się za bawełnę w stanie surowym. Jeżeli ktoś spróbuje to zrobić, nie będzie miał za co żyć. Jeżeli czerpie się dochód ze sprzedaży rzeczy, których nie da się wyprodukować w kraju, z konieczności muszą one stanowić produkty drugiej potrzeby – towary luksusowe. Prawdą jest, że wiele z podobnych towarów, jak herbata, kawa, kakao, pomarańcze, rodzynki, pieprz, tytoń itd., stały się do teraz niemalże produktami pierwszej potrzeby. Będziemy musieli zająć się później niektórymi aspektami owego „wzrostu stopy życiowej”. W tym momencie chodzi tylko o to, że te niekonieczne do życia „fungibile”, podobnie jak inne artykuły bardziej luksusowego charakteru, jak choćby wina, jedwabie i egzotyczne przyprawy, nie mogą, na dłuższą metę, stanowić podstawy dochodowego importu, jeżeli wziąć po uwagę zapłatę za surowce. Jako iż „koszta utrzymania”, determinujące minimalną wysokość funduszu płacowego, z konieczności muszą zależeć głównie od podstawowych dla lokalnej ludności artykułów żywnościowych, które stały się takie dokładnie z tego względu, że produkuje się je lokalnie.

Z początku, swobodny import żywności nie zrujnował angielskich rolników. Stało się to ze względu na dwa czynniki, wpływowi których przemysłowcy nieustannie próbują przeciwdziałać; dystansu oraz niewielkiej liczby ludności odległych, „nierozwiniętych” krajów. Zwiększenie tempa obrotów dzięki przyśpieszeniu transportu i komunikacji – na przykład przez wykorzystanie telegrafu, radia itp. – to rzecz dla ambitnego handlowca w oczywisty sposób kluczowa. Zależy zaś ona od nieustannej ekspansji rynku, która musi się dokonywać, jeśli handlowiec ów ma czerpać ze swojej stale zwiększającej się produkcji w ogóle jakikolwiek zysk. Bez ekspansji rynku, rozwój „machinofaktur” nieuchronnie wywoła przesyt. Wynika stąd nieustanne dążenie do wychodzenia poza granice „machinofakturowego” centrum – pierwotnie mieszczącego się w Anglii – ku krajom dotychczas czysto „wiejskim” (samowystarczalnym), przez otwieranie nowych szlaków handlowych, a także ku żyznej dziczy, na której osiedla się „nadwyżkę” populacji, eksmitowaną z (lub hodowaną w) tłoku przemysłowych regionów kraju. Od pewnego momentu, niskie koszta produkcji artykułów żywnościowych na tych dziewiczych ziemiach więcej niż równoważą nieustannie zmniejszające się koszta transportu i „stary kraj” nie jest już w stanie z nimi konkurować; ponieważ ziemię uprawia się zgodnie z podstawowym prawem gospodarki rolnej, mówiącym, że żywiec – ludzi nie wyłączając – musi zwrócić ziemi to, co zabrał z niej w formie plonów, w nawozie. Dokłada się do tego jeszcze, oczywiście, angielski system czynszowy, w którym występują dwie klasy kapitalistów, posiadacz ziemski i dzierżawca, a także klasa proletariackich robotników, próbujących utrzymać się ze sprzedaży towarów rolnych. Podczas gdy zamieszkujący dziewiczą puszczę lub prerię osadnik zazwyczaj „sam jest sobie panem”.

Czynnik odległości pozwolił jednak brytyjskiemu rolnictwu zachować coś w rodzaju jego przeszłego znaczenia przez całe pokolenie po uchyleniu ustaw zbożowych. Ostatecznie upadło ono „w latach osiemdziesiątych”, po tym, jak otwarto w Ameryce wielkie, transkontynentalne trasy kolejowe. Od tego momentu niszczało już ono – wyjąwszy przejściowe ożywienie w czasie wojny – praktycznie bez przerwy. Po roku 1900, głównie w związku z, niezupełną wtedy jeszcze, mechanizacją rolnictwa na preriach, pojawiło się coś w rodzaju nowej energii. Wysokie pensje – które, ze względu na niewielką liczbę ludności, trzeba było płacić – nie pozwalały Amerykanom zmniejszyć kosztów żniw. „Samotny” farmer „złotego zachodu” – jak zwykło się wtedy nazywać tę krainę – był w stanie zasiać znacznie więcej, niż potem mógł zebrać, nawet z pomocą swojej rodziny lub opłacanych pracowników. W miarę upływu czasu, skutki tego stanu rzeczy równoważono zastępując ludzi maszynami – tak w rolnictwie, jak w produkcji fabrycznej. Jedyną funkcją mechanizacji rolnictwa, z jego wiążącymi się rytmem pór roku, ograniczeniami czasowymi, stanowi likwidacja konieczności zatrudniania nowych pracowników. Lub też – tam, gdzie podaż pracowników utrzymuje się na dostosowanym do potrzeb poziomie – starych pracowników. Od czasu, gdy rozwinęła się ona na prerii, w desperackiej próbie sprawienia, by prowadzenie małego, rodzinnego gospodarstwa zaczęło się opłacać, przeprowadzono ją siłą także na wyludnionej już przecież do tego czasu angielskiej wsi. W efekcie, większa niż kiedykolwiek wcześniej liczba naszych rodaków, musiała migrować do miast.

Żyzność prerii i innych ziem dziewiczych nie jest wiecznotrwała. Prędzej czy później, odpowiednia rotacja i zwracanie owej żyzności w nawozie staje się koniecznością. Tak długo, jak istnieje dostęp do ziem dziewiczych, stare, zużyte, ziemie, traktuje się podobnie, jak wyczerpane kopalnie. Po prostu się je opuszcza. Ogromne połacie gruntów środkowego wschodu Ameryki – o zrujnowanym rolnictwie Nowej Anglii nawet nie wspominając – zostały potraktowane dokładnie tak samo brutalnie, jak grunta brytyjskie. Ostatecznym skutkiem industrializmu jest zatem narastająca dewastacja urodzajnej ziemi. To system oparty na życiu z kapitału, próba żęcia tam, gdzie się nie siało, mająca zaspokoić „żądzę zysku, które nie zna granic i dąży do nieskończoności”. Jako taka, musi ona ponieść klęskę w każdym miejscu świata. W tym momencie koniecznie jednak należy podkreślić, że nie stanowi ona owocu badań naukowych, lub dodatkowych środków panowania nad przyrodą, ale ducha chciwości, który kierował zastosowaniem wyżej wymienionych w porządku społecznym, w którym przyszło nam żyć. Nie niszczą ludzi maszyny, ale nikczemna głupota tych, którzy wypaczyli użycie maszyn i zamienili je w narzędzia zniszczenia.

Ciągle jednak jesteśmy dosyć daleko od tego powszechnego upadku. Obecna depresja światowa w wyjęty z oper Gilberta i Sullivana sposób nawołuje do powszechnej klęski głodu, bo „nie opłaca się” uprawiać pszenicy – lub innych roślin jadalnych. To stanowisko ogólnego przesytu wynika z innego jeszcze aspektu nieograniczonej żądzy zysku. Próbowało ono, przez ostatnich kilka lat, zasiać we współczesnym umyśle zamęt co do tego, jak naprawdę działa industrializm. Jego przyczynę stanowi, rzecz jasna, piętrzenie długów na procent. Na temat szczegółów tego procesu, związanych głównie z szaleńczą ideą, że można „mieć ciastko i zjeść ciastko”, jeśli tylko zapłaci się za marnotrawstwo surowców w wielkich wojnach o wyjście z długów, i że na skutek tak wielkiego zniszczenia nikt nie stanie się w ostatecznym rachunku uboższy, nie ma miejsca, by tutaj mówić. Lecz nawet gdyby rzeczywiście zacząć wszystko od nowa – co też stopniowo się teraz zresztą dokonuje – nie rozwiąże to i tak problemu industrializmu. Pozostanie kwestia wyposażenia technicznego oraz błędnie ukierunkowanej organizacji produkcyjnej współczesnego świata. Zmieni się tyle, że kontrola nad tymi rzeczami w znacznej mierze przejdzie w inne – choć wcale nie mądrzejsze – ręce.

Niemniej, system oparty na próbie uczynienia własnego kraju „warsztatem całego świata” i zbyt głębokim „terytorialnym podziale pracy”, spowodowanym przez komercjalistyczne ideały życia z wymiany i zwiększania ilości wymian przez ogólny proces przyspieszania, logicznie prowadzi sam siebie do upadku zanim cały świat padnie ofiarą wyzysku. Bierze się to z interakcji faktów relatywnego znaczenia produktów organicznych i nieorganicznych dla ludzkiego bytu materialnego oraz lichwiarskich profitów, osiąganych przy próbie życia „z kapitału”.

Powszechnym prawem natury jest, że królestwo zwierząt żywi się warzywami – albo bezpośrednio, albo, w wypadku zwierząt drapieżnych, pośrednio. Fakt ten oznacza, że zasoby pokarmu dla zwierząt – a zatem, co oczywiste, także dla człowieka – zależą od wegetacji, a w związku z tym: od rytmu pór roku. Jeżeli od jedzenia, czystego fungibila, przejdziemy do kolejnych niezbędnych rzeczy: ubrań i paliwa, zorientujemy się, że to również produkty praktycznie czysto organiczne. Co więcej, ubranie, które nie jest czystym fungibilem, wymaga bardziej skomplikowanego przygotowania zarówno niż jedzenie, jak i paliwo, i ma ograniczoną trwałość, podczas gdy budynki, dostarczające czwartej rzeczy niezbędnej: schronienia, wymagają jeszcze bardziej skomplikowanego przygotowania i trwają proporcjonalnie dłużej. Istotnie, w stopniu, w jakim buduje się je – co jest trudniejsze – z nieorganicznego kamienia lub cegły, stają się one, w porównaniu z tymi, budowanymi z łatwiejszego w obróbce, organicznego sitowia, drewna itd., czymś praktycznie niezniszczalnym.

Ta ogólna reguła postępującej niezbędności i „fungibilnego” charakteru dóbr w ludzkim życiu, zwiększających się w miarę, jak przechodzimy od produktów nieorganicznych do organicznych, i postępującego skomplikowania oraz trwałości, zwiększających się w miarę, jak przechodzimy z powrotem od istotniejszych i bardziej „fungibilnych” produktów organicznych do mniej istotnych i nieorganicznych non-fungibilów, wydaje się przenikać całe życie człowieka. Nie ma tu miejsca, by się nad nią rozwodzić. Niemniej, czytelnik z łatwością może przeanalizować ją samemu i rozpoznać jej prawdziwość – pod warunkiem, że będzie pamiętał o kluczowym rozróżnieniu pomiędzy użytkowaniem a konsumpcją oraz o tym, że pierwsza z tych rzeczy w sposób bezwzględny podporządkowana jest drugiej. Pewien krytyk zaprzeczył kiedyś, by podstawową potrzebę człowieka na bezludnej wyspie stanowiło jedzenie. Utrzymywał, że w pierwszej kolejności chciałby mieć nóż, aby mógł je pokroić! Wynikało to dokładnie z faktu, że nie potrafił on zdać sobie sprawy z tego rozróżnienia. Jako iż użytkowanie noża podporządkowane jest konsumpcji jedzenia i nie dysponując nim, umierający z głodu człowiek generalnie znalazłby sposób, aby poradzić sobie w swojej sytuacji. Gdyby stało się inaczej, i tak umarłby on z głodu, a nie pragnienia posiadania noża.

Ten sposób myślenia o względnie zbędnym produkcie, który się użytkuje, jako równie ważnym, co niezbędny produkt, który się konsumuje, sam w sobie stanowi owoc komercjalistyczno-industrialnego świata, w którym ów krytyk żył. Dominuje on nad dużą częścią tego, co pisało się na temat ekonomii w wieku dziewiętnastym i być może większą jeszcze częścią tego, co pisze się na temat ekonomii dzisiaj. Słyszy się o „przemyśle rolniczym”, jak gdyby rolnictwo miało dokładnie takie samo znaczenie dla ludzkiego dobrobytu, jak „przemysł gramofonowy”. Kiedy ów stan umysłu trwa, w konieczny sposób prowadzi on do rozbudowywania mniej istotnych gałęzi przemysłu kosztem bardziej istotnych, na przykład: produkcja odbiorników radiowych zaczyna zastępować tkactwo, na podobnej zasadzie, na jakiej samo tkactwo rozwinęło się kosztem rolnictwa.

W miarę, jak różne gałęzie przemysłu wytwarzają rzeczy coraz bardziej zbędne, surowiec przemysłu w coraz mniejszym stopniu stanowią produkty zbożowe, zależne od sztywnego czynnika czasowego pór roku. W związku z tym, produkty stają się coraz bardziej podatne na przyśpieszanie, któremu towarzyszy eksploatacja i marnotrawstwo nieodnawialnych surowców naturalnych, minerałów i tym podobnych, zamiast ciągle, lecz w zależności od następstwa pór roku, odnawianej urodzajności prawidłowo uprawianej ziemi. Dlatego też owe sektory przemysłu, tak szybko, jak uda się wytworzyć zapotrzebowanie na ich produkty, generalnie przynoszą większe zyski, niż starsze, podstawowe gałęzie gospodarki. W krótkim czasie wywołają one na rynku przesyt, o ile nieorganiczne non-fungibile nie upodobnią się w jakimś stopniu do organicznych fungibili. Stąd właśnie bierze się tendencja, by upowszechnianiu rzeczy takich, jak rowery czy samochody, towarzyszył także niekończący się proces zmian mody – modele na „nowy sezon” stanowią nieodłączny element wszystkich targów motoryzacyjnych itp. – wespół z tanią produkcją towarów zaprojektowanych w taki sposób, aby szybko się zużywały, dostosowując się w ten sposób do ciągłego zapotrzebowania na odnowę. Nie produkuje się dzisiaj żadnego modelu auta, które mogłoby służyć tak, jak stary pięciokonny De Dion8. Cała polityka zasadza się na marnotrawstwie, mającym sprawić, mocą produkcji, stawiającej coraz bardziej na ilość kosztem jakości, by „biznes się kręcił”.

Owo tanie, tandetne wytwórstwo rzeczy zbędnych, które nie tylko upodabnia się tak bardzo, jak to tylko możliwe, do artykułów pierwszej potrzeby – przy pomocy reklamy i organizacji życia w taki sposób, który zmusza do ich użytkowania – ale w coraz większym stopniu stanowiących zwykłe fungibile, to system krwionośny późnego industrializmu, jaki widzimy dzisiaj. Naturalnie zmierza on coraz bardziej zdecydowanie do obniżania osobistych umiejętności pracowników, zastępując trwałe wyroby mistrzów rzemiosła produkowanym masowo śmieciem. W ten sposób, nieuchronnie wiedzie on „warsztat całego świata” do bankructwa, zrównując nieokrzesanego, japońskiego robola z brytyjskim robotnikiem, tak, że „konkurencja zagraniczna”, kiedyś możliwa do zahamowania dzięki mniej lub bardziej zasłużonej opinii o jakości brytyjskich produktów, staje się niepowstrzymana.

Konkurencja zagraniczna w naturalny sposób zwiększa się przy mniejszej odległości od zagranicznego rynku, w związku z czym dystans zawsze w ostatecznym rozrachunku jej sprzyja. Po drugie, nowsze obszary przemysłowe w naturalny sposób zaczynają produkować lokalne artykuły pierwszej potrzeby raczej niż drugiej, do czego też są znacznie lepiej przygotowane pod względem dostępności surowca. Po trzecie, są one w stanie czerpać korzyści z doświadczeń zdobytych w starych fabrykach i zacząć działać bez balastu przestarzałych instalacji i dawno zaciągniętych długów, blokujących konta bankowe i naliczających procenty. Po czwarte, dysponują pracownikami, których stopa życiowa nie wzrosła na skutek wcześniejszego zalewu śmiecia.

Pod rządami „lordów wymiany” nawet rynek krajowy nie będzie mógł nigdy rozwinąć realnej produkcji. Bierze się to z faktu, że zagranicznego konkurenta napędza w znacznej mierze nadwyżka kapitału, inwestowana przez obywateli wcześniej uprzemysłowionych krajów. Owa nadwyżka kapitału w istocie oznacza papierowe poświadczenie pożyczki prawdziwego kapitału – ziemi, roślin, umiejętności i „dobrej woli” – jaką reszta społeczeństwa zaciągnęła u swych handlowych nadzorców; finansistów i rentierów. Pożyczkę ową spłacają produkcyjne sektory przemysłu, wytwarzające rzeczy takie jak koleje, maszyny itp. – stając się w efekcie „fabrykami narzędzi” – przygotowując w ten sposób wszystko, co niezbędne do eksportu, bez żadnej prawdziwej zapłaty, finansiści zaś liczą na zysk z późniejszego importu dóbr wyprodukowanych przy użyciu eksportowanych narzędzi bez żadnego odpowiadającego mu eksportu, w formie „dywidend” z inwestycji. W taki sposób dochodzimy do sytuacji „ujemnego bilansu handlowego”, co do którego starzy, klasyczni ekonomiści z taką lubością zapewniali nas, że stanowi on tak naprawdę znak wzrastającego dobrobytu.

Za bilans ten trzeba płacić głównie w fungibilach – zwłaszcza jedzeniu – ponieważ one właśnie stanowią naturalne wyroby krajów przedtem nierozwiniętych, a także (i głównie z tego powodu), ponieważ jedynie non-fungibile, takie jak kolej, maszyny itp., mogą zapewnić trwałe „bezpieczeństwo” inwestycjom w krajach zagranicznych. (Na tej samej zasadzie, na jakiej właściciel lombardu nie może pożyczyć pieniędzy pod zastaw znajdującej się w misce owsianki, może jednak zrobić to pod zastaw samej miski). W związku z tym, współcześnie żaden angielski rząd, tak długo, jak utrzyma się obowiązujący obecnie system władzy sprawowanej przez i w interesie żądnych zysku kupców, nie ośmieli się nigdy zrobić niczego poza gadaniem w kwestii prawdziwej ochrony podstawowych produktów krajowych. Podczas gdy, z drugiej strony, wiele zrobiono już do tej pory, i więcej jeszcze można się spodziewać, w kwestii rozbudowy drugorzędnych gałęzi przemysłu marnujących na ogół surowce naturalne, produkujących rzeczy takie, jak gramofony, odbiorniki radiowe i tysiące podobnych „gadżetów”, które zawalają współczesne domy i dają fałszywe poczucie „wysokiej stopy życiowej” ludziom, którzy nie wiedzą nawet jak smakuje dobre jedzenie lub jak powinny wyglądać dobre ubrania.

Tak też, na późniejszych etapach, które ten kraj właśnie osiągnął, produkcja przemysłowa zmierza wyłącznie do wytwarzania w coraz większym i większym stopniu tandetnych dodatków do życia. W momencie, w którym jakiś człowiek zaczyna polegać gospodarczo na wymienianiu ich z obcymi krajami na produkty zaspokajające jego najważniejsze potrzeby życiowe, tym samym  pozbawia się coraz bardziej i bardziej jakiegokolwiek realnego znaczenia w gospodarce światowej. W każdej z następujących po sobie światowych depresji, taki ktoś zazwyczaj jako pierwszy zaczyna ponosić straty – jako iż dobra, które produkuje, są pierwszymi, na których zbiedniali ludzie zaczynają oszczędzać, oraz jako ostatni się z niej podnosi – ponieważ dobra te są ostatnimi, które bogate społeczeństwa dodają do zestawu swoich życiowych wygód.

Prawdą jest to, że „nieokrzesany dzikus” bardzo często kupuje sobie Forda zanim sprawi sobie jakiś komplet ubrań. Ale zarówno Ford, jak i ubrania, to dla niego towary luksusowe. Kiedy nauczy się już go traktować ubranie jako produkt niezbędny – co zazwyczaj stanowi pierwszy krok w procesie „cywilizowania go” – zaczyna mieć takie samo pojęcie o ich roli w większym planie świata, jak jego nauczyciel. „Podniosła się” jego „stopa życiowa” i mocą tego właśnie procesu zrobiono zeń potencjalnego nabywcę nowych gadżetów, które kupi, gdy będzie go na nie stać – ale i potencjalnego i potężnego konkurenta w sferze produktów pierwszej potrzeby, co do których czuje teraz, że musi je mieć i uczy się, w związku z tym, samemu je wytwarzać. W miarę, jak „wzrost stopy życiowej” – który, w sensie materialnym, oznacza zazwyczaj mierzenie jej według miary komercjalistów – rozszerza się po świecie, automatycznie obwieszcza to zagładę „warsztatu całego świata”.

Coraz więcej krajów świata zaczyna zdawać sobie, mniej lub bardziej jasno, sprawę z zagrożeń, jakie niesienie ze sobą międzynarodowa dominacja finansistów, wiążąca się z nieumiarkowanym komercjalizmem. Od początku obecnego wieku, podjęto także konkretne kroki zmierzające do decentralizacji europejskich rządów zgodnie z prawdziwymi wymaganiami narodowości i kultury narodowej, przeciwstawiając się w ten sposób starszemu imperializmowi i zasadzie podboju niższych ras. W Anglii nie rozpoznano wagi tej tendencji. Fakt, że stanowi ona ruch ku decentralizacji, został skrzętnie ukryty pod jałowym, papierowym internacjonalizmem instytucji podobnych dogorywającej Lidze Narodów, niekończącym się ciągiem różnych „Konferencji” itp., nieodmiennie bezowocnych, oraz chorobliwym beczeniem nieskutecznych, sentymentalnych pacyfistów, przy czym wszystkie te rzeczy wpisane są, bez własnej świadomości, w plany międzynarodowej finansjery. Ale jedno spojrzenie na mapę Europy z roku 1900 i z dnia dzisiejszego wystarczy, by dowieść, że ten ruch naprawdę się dokonuje. Przed Wojną, w Europie było czterech władców, przyznających sobie tytuł „cesarza”. Dzisiaj – jest jeden, nasz własny król, który przyjmuje ów tytuł od jednego z naszych azjatyckich dominiów. Nominalnie decentralizacja została przeprowadzona nawet w Związku Radzieckim, nie wspominając już o tych wszystkich nowych krajach, które powstały z kawałków starego Cesarstwa Rosyjskiego. W rzeczywistości, rzecz jasna, jedność Związku Radzieckiego utrzymuje wysoce scentralizowany rząd moskiewski, dzierżący oręż niepowstrzymanej siły militarnej. Niemniej, trzydzieści czy czterdzieści wchodzących w skład Związku republik naprawdę zostało już zorganizowanych na papierze i nieunikniony koniec, który nastanie gdy beznadziejna gospodarka oraz – dla katolika jeszcze bardziej oczywiste – zepsucie moralne komunizmu przyniosą wreszcie owoce, będzie musiał stanowić katastrofę, która pozwoli im osiągnąć prawdziwą niepodległość.

Inna wielka siła polityczna naszych czasów, faszyzm, stanowi już ruch o otwarcie nacjonalistycznym nastawieniu. Fakt, że domaga się on narodowej solidarności, w Niemczech zaś: fuzji różnorodnych i do tej pory częściowo autonomicznych krajów, również zakrywa obecną w nim, zasadniczo decentralistyczną tendencję. Niemniej – tendencja ta naprawdę działa w świecie, wróżąc koniec ery komercjalistycznej i wytwarzając we wszystkich krajach konieczność powrotu do zasady organizowania produkcji podstawowych towarów tam, gdzie ma ona właściwe sobie miejsce w organizmie społecznym.

Dla Anglii takiej, jaką jest dzisiaj, to straszna perspektywa. Dlatego, że, abstrahując zupełnie od faktu, że w kwestii artykułów podstawowych zależy ona całkowicie od handlu zagranicznego, to zaś, co zwykła eksportować, gwałtownie traci na znaczeniu, cała angielska metoda produkcji stanowi owoc fałszywego ideału komercjalizmu – ideału przyśpieszania i mechanizacji jako celów samych w sobie oraz ideału ograniczania zatrudnienia wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Tak, że nawet nad ruchem „powrotu do życia z ziemi” ciąży niebezpieczeństwo przekształcenia się w zwykłą próbę zwiększenia domowej produkcji artykułów spożywczych dzięki zastosowaniu „nowoczesnych”, maszynowych metod uprawy. Metody te, doprowadziłyby do zatrudnienia mniejszej, a nie większej ilości naszej siły roboczej w produkcji artykułów pierwszej potrzeby.

Jeżeli je zastosujemy, nie zaczniemy nawet tak naprawdę rozwiązywać problemu. Bo nawet, jeśli założymy, że nasza obecna populacja wiejska – stanowiąca, powiedzmy, biorąc pod uwagę wszelkie dodatkowe zajęcia, jakieś dziesięć procent całości – byłaby w stanie, dzięki mechanizacji pracy, wykarmić resztę, i tak nie zdołałaby zapewnić owej reszcie wystarczająco rozbudowanego rynku zbytu dla produkowanych przez nią artykułów drugiej potrzeby, o ile nie dysponowałaby nieproporcjonalnie wielką częścią narodowej siły nabywczej. Jako iż, na dłuższą metę, „dochód narodowy”, z którego wszyscy muszą się utrzymać, to wpływy zbożowe, ograniczone przez czynnik czasowy rytmu pór roku.

O tą właśnie skałę propozycje różnych „nowych” szkół ekonomicznych – projekty „państwa dobrobytu” – zmierzające do zwiększenia narodowej siły nabywczej dzięki systemowi „dywidend narodowych”, powszechnego wzrostu płac i tak dalej, ostatecznie się rozbijają. Nie mamy miejsca, aby je tutaj rozważyć, warto jednak zauważyć, że ta spośród nich, która – jak się zdaje – najbliższa jest prawdy, to również ta, która cieszy się najmniejszym społecznym zainteresowaniem. Mówię o koncepcjach, które opracował profesor Soddy9. Gdyby jednak rolnictwo miało stać się tak lukratywne, jak stałoby się przy jakimkolwiek samowystarczalnym systemie zmechanizowanego świata, musiałby zaraz pojawić się inny problem, dokładna antyteza tego, o czym do tej pory mówiliśmy. Problem wiejskiego wyzysku miast, sukcesu próby, która nie powiodła się w wieku dziewiętnastym: sprawienia, aby producenci, zarabiający dzięki „odsetkom prostym” zbierali owoce pracy producentów zarabiających dzięki „odsetkom łącznym”.

To się nie stanie; jako iż bezrobocie i nędza, jakie musiałyby się pojawić w miastach wskutek działań prowadzących do podobnej sytuacji, z konieczności musiałyby także skończyć się rewolucją polityczną i chaosem, który prawdopodobnie doprowadziłby całą naszą cywilizację do upadku. To, co bezwzględnie należy zrobić, to znaleźć równowagę między tą częścią populacji, która utrzymuje się z produkcji artykułów pierwszej potrzeby, przynoszącej „prosty” procent zysków, klasami zajmującymi się produkcją drugorzędną, przynoszącą „złożony” procent zysków, a trzecią klasą „twórców kultury”, którzy materialnie w ogóle nic nie produkują. Ta trzecia klasa ostatnimi laty została skomercjalizowana w sposób tak radykalny, że jej istnienie jako realnego czynnika ekonomicznego zazwyczaj się dziś ignoruje.

Jakie powinny być prawidłowe proporcje tych klas w społeczeństwie na określonym poziomie rozwoju naukowego, nie może stać się przedmiotem sztywnej definicji. Jeżeli przyswoi się zasady, praktyka sama się ułoży. Niemniej, należy pamiętać, że właśnie tych trzech klas dotyczyć musi każda debata i legislacja, i że to właśnie je należy chronić, i że to każdej z nich z osobna należy uniemożliwić zniszczenie równowagi ekonomicznej, którego może dokonać dominując nad dwiema pozostałymi.

Dokładnie dlatego, że w dobie obecnego kryzysu niezwykle istotną rzeczą jest zwiększyć nie tylko zdolność produkcyjną, ale przede wszystkim – tak bardzo, jak to tylko możliwe – liczbę angielskich producentów artykułów pierwszej potrzeby, opowiadamy się przeciw wizji wielkiej, zmechanizowanej farmy. Nie będę się tutaj wypowiadał na temat zastosowania podobnych wynalazków w fabryce. W przemyśle – gdzie produkcja przynosi „łączny” procent zysków – problem ten jest bardziej skomplikowany i, pod wieloma względami, mniej pilny. W wypadku rolnictwa wszakże, dosyć oczywisty wydaje się fakt, że musimy jak najprędzej wykreować trend nie tylko „powrotu do życia z ziemi”, ale i „z pracy własnych rąk”. W jaki sposób odnajdzie się tutaj równowagę, to nie kwestia dogmatów. W oczywisty sposób nie powrócimy do poziomu prymitywnego jaskiniowca, drapiącego ziemię zaostrzonym kijkiem. Taki model nigdy nie byłby w stanie stanowić fundamentu prawdziwej kultury. Podobnie jak w równie oczywisty sposób nie da się zapewnić dużej społeczności trwałej wolności i szczęścia, jeżeli uzależni się zaspokajanie jej najbardziej podstawowych potrzeb od sześciu ludzi, którzy, ze względu na to, że posiadaliby sześć maszyn, rwących na sztuki wyludnione obszary wiejskie, byliby w stanie kontrolować każde jej działanie dysponując argumentem możliwości wywołania klęski głodowej. Taki jest właśnie jednak stan rzeczy, do którego zmierza współczesna mechanizacja. Przy czym ludzie ci niekoniecznie wcale muszą okazać się w przyszłości „farmerami” – mogą być także „kapitalistami” lub przedstawicielami „służby publicznej”.

Równowaga to sekret ludzkiej organizacji. Jest ona jednak zawsze niestabilna i zadanie publicysty stanowi zmiana rozłożenia ciężarów w taki sposób, by dało się ją utrzymać. Dominacja idei komercjalistycznych ją zniszczyła. My, członkowie Ruchu Agrarnego, zrozumieliśmy, że kluczową rzecz, którą należy uczynić dla jej przywrócenia, stanowi przesunięcie większej liczby ludzi na obszary wiejskie i dopilnowanie, aby nie zostali oni „pożarci” przez maszyny na tej samej zasadzie, na jakiej ich poprzednicy, według słów błogosławionego Tomasza Morusa, zostali onegdaj „pożarci” przez owce.

 Tłm. Maciej Wąs

Esej pochodzi z książki pt. Flee to the Fields: The Faith and Works of the Catholic Land Movement(Norfolk: IHS Press, 2003). Zachęcamy do lektury!

(Tekst pierwotnie pojawił się na stronie www.dystrybucjonizm.pl)

1 Oryg. Statute of Tenures – właściwie The Tenures Abolition Act, uchwalony przez angielski parlament w 1660 (przypis tłumacza).

2 Richard Henry Tawney (1880-1962) – jeden z najbardziej uznanych brytyjskich historyków ekonomii. Studiował na Baliol College w Oksfordzie, gdzie został członkiem Chrześcijańskiego Związku Społecznego. W 1912 roku podjął pracę w Szkole Ekonomicznej w Londynie jako profesor historii ekonomii; spędził w niej całe życie zawodowe, nie licząc krótkiego okresu, w którym prowadził wykłady na Uniwersytecie w Glasgow (1908-14). Z poglądów był chrześcijańskim socjalistą. W 1905 roku zaangażował się w działalność Stowarzyszenia na Rzecz Edukacji Robotników, w którym w latach 1928-44 pełnił funkcję przewodniczącego. Pisał na ogromną liczbę tematów społecznych, a jego krytyka zawsze cechowała się nadzwyczajną wnikliwością, co zapewniło mu powszechne uznanie w środowisku pracowników naukowych. Do jego najważniejszych dzieł należą: The Argarian Problem in Sixteenth Century (1912), The Acquisitive Society (1926), Religia a powstanie kapitalizmu (1926) oraz Equality (1931).

3 System polegający na tym, że przedsiębiorca dostarczał współpracującym z nim rękodzielnikom surowca, który przetwarzali go własną pracą i narzędziami, przez pośrednika nazywanego „undertaker”. Brak polskiego odpowiednika i tej rzeczywistości – i tego terminu (przypis tłumacza).

4 Przyrząd przędzarski, wynaleziony przez Johna Keya (1704-64) w 1733 roku. Przed jego wynalezieniem, maksymalna szerokość na jaką dało się prząść jeden kawałek materiału, równała się szerokości ciała człowieka (przy rozłożonych ramionach), jako iż prządka musiała mieć możliwość przekładać czółenko z jednej ręki do drugiej. Czółenko zaprojektowane przez Kaya poruszało się na kółkach i kierowało się nim przy użyciu kijka, dzięki czemu umożliwiało ono przędzenie znacznie większych kawałków materiału w znacznie krótszym czasie.

5 Richard Cobden (1804-89) – angielski reformator, kapitalista i ideolog wolnego handlu, którego udana krucjata na rzecz uchylenia protekcjonistycznych ustaw zbożowych zapewniła mu miano obrońcy liberalnego pojęcia nieograniczonego handlu i interesów jako klucza do narodowego i międzynarodowego dobrobytu. Jego poglądy były bardzo podobne do tych, które głosił na kontynencie Frederic Bastiat. Wspólnie z Archibaldem Prenticem założył w Manchesterze, w 1838 roku, Ligę Na rzecz Zniesienia Ustaw Zbożowych, następczynię podobnej organizacji, założonej przez Josepha Hume’a, Francisa Place’a i Johna Roebucka w październiku 1837 roku w Londynie. Przemysłowcy i kupcy największych miast Anglii oraz Irlandii Północnej w pełni poparli Cobdenowskie inicjatywy, skierowane przeciwko protekcjonistycznym przepisom, faworyzującym arystokratycznych posiadaczy ziemskich kosztem klasy kupieckiej. Zapoczątkowany przez Cobdena ruch intelektualny stał się fundamentem liberalnych poglądów ekonomicznych szkoły z Manchesteru.

6 John Bright (1811-89) – syn producenta wyrobów bawełnianych, Jacoba Brighta, kwakier, oddany sprawie równości politycznej i religijnej. Wsparł Cobdenowskie starania o uchylenie ustaw zbożowych i objeżdżał Anglię w celu przekonania do nich ludności. Okazał się sprawnym mówcą i jego wystąpienia przyciągały tłumy. Dostał się do parlamentu w 1843 roku jako „radykał” z Partii Liberalnej i forsował projekt uchylenia ustaw zbożowych, wprowadzony w życie ostatecznie w 1846 roku. Obrońca koncepcji reformy parlamentu, powszechnych praw politycznych i delegalizacji niewolnictwa. W roku 1868 objął funkcję ministra handlu w rządzie premiera Gladstone’a.

7 Robert Peel (1788-1850) – syn producenta wyrobów bawełnianych, sir Roberta Peela, który w 1809 dostał się do parlamentu jako kandydat stronnictwa torysów i okazał się nader przekonującym mówcą. W latach 1812-14 pełnił funkcję Pierwszego Sekretarza Irlandii i zdecydowanie sprzeciwiał się projektom emancypacji katolików. W 1822 roku objął w rządzie Lorda Liverpoola funkcję ministra spraw wewnętrznych i przeprowadził reformę systemu prawnego. W 1829 wykonał volte-face i zaproponował emancypację katolików, aby zapobiec irlandzkiemu powstaniu narodowemu. Odpowiadał za utworzenie londyńskiej służby policyjnej, znanej jako „peelers” lub „bobbies”. W latach 1834-35 pełnił funkcje premiera.

8 Aluzja do samochodu marki De Dion-Bouton, zaprojektowanego przez Alberta hrabiego de Dion (1856-1946) i Georges’a Boutona (1847-1938). Model ten wygrał pierwszy Światowy Wyścig Samochodowy w 1888 roku, przemierzając trasę z Paryża do Wersalu z przeciętną szybkością 21 km/h. W 1895 roku, De Dion zaprojektował nowy model cylindra, trzy razy szybszy o jakiegokolwiek innego z ówczesnych silników. W 1923 dostał się do francuskiego senatu.

9 Profesor Frederick Soddy (1877-1956) – światowej sławy badacz struktury chemicznej metali radioaktywnych. Autor naukowego terminu „izotop”. W 1922 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii, całe życie wszakże niepokoił się, czy jego wynalazki nie zostaną wykorzystane w złym celu przez nikczemnych ludzi. Po tym, jak zainteresował się ekonomią, poświęcił swój naukowy umysł i metody badaniu oddziaływań ekonomicznych, co zaowocowało napisaniem w 1926 roku wysoce oryginalnej książki Wealth, Virtual Wealth and Debt. Wywołała one negatywne reakcje nie tylko ortodoksyjnych ekonomistów pokroju Johna Keynesa, ale również majora C.H. Douglasa z ruchu na rzecz kredytu społecznego. Soddy ogłosił: „Grożąca nam zagłada cywilizacji Zachodu nie ma nic wspólnego z politycznymi sporami kapitalizmu i komunizmu, ale stanowi konsekwencję fałszywego systemu monetarnego”.