Dużo się o tym pisało swego czasu, ale temat jest ważny, więc postanowiłem, że do niego wrócę. Znaczy, w sumie nic to nie zmienia, czy temat jest ważny. W grząskim gruncie rzeczy nie ma żadnego powodu, aby pisać tutaj o jednym, a nie o drugim czy trzecim, czy aby pisać tutaj cokolwiek w ogóle. Skoro jednak czasami mi się to zdarza, to chciałbym tym, co mnie czytają (o ile ktokolwiek czyta te moje wypociny) przekazać coś potencjalnie przynajmniej istotnego. Temat relacji prawicy i lewicy natomiast, jest istotny – sposób zaś, w jaki się nim gra, nie pozostaje bez wpływu na polskie życie publiczne.

Plus: bo dystrybucjonizm, przypadkowo, również cierpiał sporo z powodu różnorakich związanych z tą kwestią nieporozumień. Tym się szczegółowo nie zajmiemy (może kiedy indziej), ale fakt ten wskazuje na ugruntowanie tego tekstu w kontekście, który nas tutaj interesuje.

Zacznijmy od tego, że – żeby było śmieszniej – generalnie rzecz ujmując w pojęciach prawicy i lewicy nie ma niczego szkodliwego. Przeciwnie: bywają nawet pożyteczne. Rzeczywistość nie jest chaosem bez formy i treści i człowiek może się w niej orientować. Orientuje się zaś, tworząc pojęcia i oznaczając je określonymi dźwiękami/kompilacjami dźwięków, tak żeby inni wiedzieli, co ma na myśli, kiedy o czymś mówi i vice versa. Z polityką nie jest inaczej. Zawsze istnieje jakieś status quo, w warunkach którego działają różni polityczni myśliciele czy „czynownicy”. Z konieczności, zawsze się jakoś do niego ustosunkowują. Teraz, na logikę ustosunkowanie to może iść w dwóch kierunkach: zachowania lub zmiany. Niektórzy uważają, że jest dobrze, a więc jeśli będzie jeszcze bardziej tak samo, to tym lepiej. Inni: że jest źle, więc im bardziej będzie inaczej, tym lepiej. Jeszcze inni: że generalnie nie jest tak źle, jak się mówi, ani tak dobrze, jak się mówi, że trochę trzeba poprawić, ale nie za dużo i ogółem expressis verbis acz implicite (rozumiecie Państwo) w taki sposób, żeby nikt tego specjalnie nie zauważył. I jakoś trzeba sobie to wszystko ponazywać. Ze względu na różne wydarzenia historyczne dwóch wieków wstecz, przyjęło się, że pierwsi to prawica, drudzy lewica, a trzeci centrum. Ot, tyle: praktyczne narzędzie, mające służyć określonym celom. Trochę jak młotek albo szlifierka kątowa.

Natomiast, zwróćmy uwagę, tym, co stanowi fundament tego rozróżnienia jest – względność. Bo lewicą, prawicą i centrum bywa się wyłącznie, jak widzieliśmy, w odniesieniu do status quo, a więc ze względu na ten status quo. Innymi słowy: lewice, prawice i centra różnych miejsc i epok są bardzo różne, w zależności od tego, co próbują obalić albo ocalić. Konsekwencja: nie da się na ich bazie stworzyć żadnej (ja przepraszam, dreszcz mnie przechodzi, że muszę korzystać z tej poststrukturalistycznej nowomowy, ale nie mam w tej chwili lepszego terminu) „metanarracji”, jakieś absolutnej perspektywy historycznej, z której można potem dedukować sobie wnioski. Są to pojęcia wtórne, opisowe – a nie pierwotne i transcendentalne. Trudny wniosek (człowiek lubi dedukować, a nie męczyć ze źródłami), ale jeśli się o nim pamięta naprawdę nie ma tu nic strasznego.

Dlaczego, w takim razie, uważam, że są to pojęcia niebezpieczne i raczej powinno się ich nie używać, niż używać?

No, z prostego powodu, że – czemu, tego nie wiem, ale tak jest – jakoś nikt o nim pamiętać nie chce. Na zdrowy rozsądek, wyrabianie sobie poglądów politycznych powinno iść tak. Po pierwsze, należy zrozumieć, czym jest polityka. Nie jest to sprawa dla gówniarza (gówniarz, zaznaczam, nie stanowi kategorii wiekowej, a umysłową). Wymaga bowiem uchwycenia owej subtelnej granicy przebiegającej między tym, co wspólne, a tym, co prywatne, tym, co dotyczy wszystkich, a tym, co nie-wszystkich (w najróżniejszych tego partykularyzmu odmianach). Kolejno – uświadomienia sobie wagi tego, co wspólne. Tego, jak ogromną rolę grają w życiu jednostki urządzenia społeczne, różnorakie instytucje i formy życia zbiorowego; jak wiele od tego zależy i jak wiele można stracić. Aby to zrobić, trzeba mieć jednak pewien standard oceny (co zależy?; co można stracić?; co w ogóle stanowi w tym wypadku stratę, a co zysk?), którym jest natura ludzka. Niektórzy wyrabiają sobie pojęcie na ten temat wcześniej, inni później. Tak czy inaczej, aby miało to wszystko choć jakiś pozór sensu (czyli aby każdy wiedział, o czym mówi), wyrobić go sobie trzeba. Następnie: przystąpić do aplikacji, to znaczy opracować sobie ogólny pogląd, jak życie wspólne mniej-więcej powinno wyglądać, aby było, zgodnie z przyjętym standardem, raczej dobrze aniżeli źle. Czyli: wytworzyć sobie własną wizję tzw. dobra wspólnego, dobra wszystkich, celu polityki. Zwróćmy uwagę, że cały ten „proces” (wiadomo, że to jest tylko pewna schematyzacja rzeczywistości, której złożoność zawsze nam się wymyka – z psychologicznego punktu widzenia te etapy mogą zachodzić w zupełnie innej kolejności, albo nawet w żadnej, bo wszystkie naraz itd.) nie ma nic wspólnego z lewicowością, ani z prawicowością. Czerpiąc, jak wszystkie operacje ludzkiego umysłu, pobudkę z doświadczanej rzeczywistości, wychodzi poza nią, starając się znaleźć dla niej jakiś ponad-doświadczalny model. Oczywiście, po drodze można się pomylić, opinie mogą się różnić, ludzie bywają mądrzejsi i głupsi i tak dalej: nie ma to w tej chwili znaczenia. Nie mówimy teraz o poznaniu prawdy, ale o to, że aby myśleć z sensem, każdy powinien wykazywać przynajmniej intencję jej poszukiwania.

Nim przejdziemy dalej: krótka dygresja na temat pojęć źródłowych. Wiadomo, zaraz podniosą się krzyki, że przecież nie każdy w ogóle uznaje istnienie czegoś takiego, jak dobro wspólne czy natura ludzka. To typowy „babelizm” współczesnego świata. Manewr sprytny, ale łatwy do dekompozycji, jak każdy tego typu sceptycyzm. Otóż, czy się chce, czy nie, debaty o różnych kwestiach zawsze prowadzi się w języku, tzn. za pomocą pojęć. Teraz: albo się rozumiemy, albo się nie rozumiemy. Jeżeli się rozumiemy, to dlatego, że istnieją pewne pojęcia pierwotne, do których – przy wszystkich naszych różnicach – ostatecznie możemy wrócić. A jeśli się nie rozumiemy, to nie ma sensu nic mówić. Czy raczej: mówienie i nie-mówienie waży dokładnie tyle samo, czyli nic. Ostatecznie zatem, każdy, kto jednak decyduje się coś powiedzieć i kogoś do czegoś przekonać, ipso facto opowiada się za rozwiązaniem pierwszym, a nie drugim. I powinien uznać pewne wynikające stąd konsekwencje, a nie bawić się wygadywaniem głupot. Takich pojęć pierwotnych, źródłowych, fundamentalnych jest kilka. W metafizyce, na przykład, to „byt”, a polityce właśnie – „dobro wspólne”. I nie chodzi tutaj bynajmniej o dźwięki, ale o znaczenie logiczne. Nie chodzi o to, że każdy nazywa je tak samo: ale że każdy, w ostatecznym rozrachunku, posługuje się nimi w praktyce myślenia, świadomie bądź nie. Jacques Maritain dowodził tego w pięknym zbiorze wykładów Scholasticisme et politique (niestety, po polsku nie ma). Jest wielu ludzi, którzy deklaratywnie negują kategorię bytu. „Nie ma ‘bytu’”, mówią, „jest proces” (na przykład) albo „energia” albo „stawanie się”. Ale jeśli przyjrzeć się sensowi ich wypowiedzi dokładniej, za każdym razem okazuje się, że to, o czym mówią naprawdę, ten całych ich „proces”, „stawanie się” czy cokolwiek innego, to rzeczywistość ujęta taką, jaką jest, wraz z prawami, które nią rządzą. Czyli „byt” właśnie, niezależnie od tego, jak definiowany. Z polityką jest podobnie. Choćby i ludzie przysięgali na grób ojca i matki, toczyli pianę z ust, wrzeszczeli wniebogłosy i pisali całe elaboraty na temat, zawsze, ostatecznie, wracają do pojęcia dobra wspólnego, a że pojęcie dobra wspólnego suponuje pojęcie natury człowieka, to i do niego również. Jak wspomniałem, pozostaje kwestia definicji, co do których spory trwają i będą trwać. Można jednak zastanawiać się, czy przypadkiem nie byłyby mniejsze i bardziej konstruktywne, gdyby tak wielu ludzi nie próbowało z sobie znanych przyczyn przeczyć najoczywistszym faktom. Tyle dygresji.

Wracając: mamy standard. Co teraz robimy? Oczywiście: staramy się użyć go w praktyce. Innymi słowy: lokalizujemy nasze status quo i określamy, co jest w jego przypadku, według naszego pojęcia dobra wspólnego, zaletą, a co problemem. Zabieg ten, jest jednocześnie sprawdzianem naszych pomysłów. Jeśli obserwacje nie idą, więdną, albo trzeba je „upychać nogą”, to wracamy do etapu pierwszego. Jeśli nie, można iść dalej. Zlokalizowawszy zalety i wady otaczającego nas świata, możemy zacząć zastanawiać się, w jaki sposób można by zachować to, co w nim dobre i zmienić to, co złe. Jeśli więcej chcemy zmieniać, niż zachować, to znaczy, że jesteśmy umownie na lewicy. Jeśli więcej zachować, niż zmieniać – na prawicy. Tutaj. Dopiero w tym momencie, na tym etapie, niemal na końcu drogi, którą przeszliśmy. A przecież, i to jest ważny punkt, samo stwierdzenie tego faktu nie wnosi jeszcze niczego w kwestii naszego stosunku z lewicą czy prawicą jako pewnymi grupami społecznymi. Można uważać, że status quo należy zmienić, ale nie zgadzać się np. jak należy go zmienić. Można zgadzać się co do „że” i „jak”, ale już nie ze proponowanymi metodami przeprowadzenia tej zmiany. Można zgadzać się ze wszystkim, ale np. nie lubić po prostu środowiska, które to głosi. I tak dalej, i tak dalej.

Najprościej można by to streścić tak, że proces myślenia jest zawsze indywidualny. Nie „izolacjonistyczny”. Nie chodzi o to, że nikt nie ma na mnie wpływu czy że nie muszę posiłkować się źródłami. Owszem, muszę. Potrzebuję (jak to się dzisiaj modnie i nie do wytrzymania sentymentalizuje) „Dialogu i Otwartości na Spotkanie z Drugim”. Niemniej: tak to już jest, że jeśli moje myślenie ma naprawdę być myśleniem, to wszystkie te źródła tudzież Inne Ważne Treści Wyniesione z Dialogicznego Spotkania z Drugim w Naszym „My”, muszę „przepuścić” ostatecznie przez własny osąd. I samemu uznać, czy one do mnie przemawiają i dlaczego. To się właśnie nazywa „uwewnętrznienie”. Niektórzy twierdzą, że takie podejście to totalitaryzm. Jak dla mnie, bardziej totalizujące jest przesuwanie podmiotu myślenia z „ja” do „my”. Ale to znów dygresja, może niepotrzebna. Każdy rozumie, że to ja myślę za pomocą moich władz. Jeśli nie odmawiam tego innym, ani nie jestem niewdzięczny, a przecież na logikę nie powinienem, nie ma tu żadnych zagrożeń. Opisujemy po prostu pewien proces – tak, jak zachodzi. Polityka to nie jest żaden wyjątek. Tutaj również to ja powinienem pewne sprawy przemyśleć i ja powinienem wyrobić sobie zdanie, oczywiście pamiętając, że mogę popełniać błędy, a więc zachowując rozsądną otwartość na konfrontację i korektę.

No a jak to wygląda obecnie w Polsce? Otóż, już naprawdę krótko, zupełnie na odwrót. Młodzieży nie uczy się myślenia, więc nie myśli. Siedzi sobie przed komputerami i robi to, czym się niemyślący młodzi ludzie zazwyczaj zajmują, czyli szuka przynależności, akceptacji, uznania, jakiejś gwarancji, że inni go nie zjedzą. Kieruje się więc emocjami. Może zaczyna się w pewnym momencie „interesować polityką”. Przegląda te wszystkie idiotyczne „debaty” w internecie, słucha tego, co różni ludzie mówią i odkrywa, że oto dobrze mu jest z jednymi, a źle z innymi. Natychmiast się utożsamia. A utożsamiając się tak mocno (bo na poziomie przed-racjonalnym) zaczyna swoje środowisko absolutyzować. Szuka go w dziejach, na całym świecie, więcej: w samym sercu rzeczywistości. Wszędzie byliśmy, wszędzie jesteśmy, wszędzie będziemy. I tu nas da się poznać – i tam się będzie dało. Michał Archanioł, strącając w czeluści piekielne Szatana i jego legiony, był pierwszym prawicowcem. Chrystus królujący nad przemienioną ziemią będzie ostatnim. Cała historia to ledwie różne odsłony meta-historycznych zmagań Chrystusa z Antychrystem, Boga z diabłem. A więc wszyscy, którzy „bronią porządku” – to nasi. Ci, co go obalają – nie nasi. Jakiś kontekst, przyczyny, racja dostateczna, poprawka na różnice w źródłach? Gdzie tam. No i tak dalej, wydaje mi się, że nie piszę z kosmosu. Czemu zaś tak robi? To proste: bo może. Bo tak się u nas, ogólnie mówiąc, „prowadzi debatę”. Ja nie dociekam, jaki to jej uczestnik i kreator robi to z pobudek cynicznych, a jaki z autentycznego przekonania, że idzie pod sztandarami Mesjasza, ale – i to to mi chodzi – en bloc nie ma tu żadnej alternatywy.

Innymi słowy: poglądy polityczne wynikają z przynależności grupowej, a nie na odwrót. Wszystko jest postawione na głowie. A czemu to jest złe? No, naprawdę ktoś będzie o to pytał?

Dlatego też właśnie mam postulat praktyczny: aby w miarę możliwości odchodzić w dyskusji na temat sporów politycznych od pojęć „prawica” i „lewica”, a zacząć raczej myśleć problemami i różnymi sposobami ich rozwiązania. Będzie to dobry wstęp, być może, do powrotu do normalności. Oczywiście, samo to nie wystarczy, chyba każdy to rozumie. Tutaj potrzebne są rozwiązania systemowe, bardzo daleko idące. Przede wszystkim, należy zacząć od gruntownej reformy systemu oświaty. Zrobić w nim miejsce na realne studium myśli politycznej, co z kolei zakłada studium myśli w ogóle, czyli filozofię. Aby to jednak było możliwe, należy odzyskać rozumienie edukacji ogólnej – a przede wszystkim roli, jaką odgrywa w niej humanistyka. Potrzebne są kadry, które by miały to rozumienie. Nietrudno chyba dostrzec, że jesteśmy od tego wszystkiego bardzo, bardzo daleko. Być może zabrnęliśmy już tam, skąd nie ma powrotu. Jeśli tak, to trzeba pogodzić się z katastrofą. Bo sam Chesterton, z którego przecież wszystkie te swoje przemyślenia pośrednio zaczerpnąłem (doskonały przykład myślenia politycznego w praktyce) nie wystarczy. O, i ciekaw jestem (to tak zupełnie na koniec), co potem powiedzą nam ci wszyscy, którzy od 1991 roku wmawiali nam, że nauka musi się zwrócić, że trzeba ją łączyć z pracą, że najważniejsze jest to, co „praktyczne”, a teoria to puste spekulacje, że właściwie nie ma miejsca na humanistykę we współczesnym świecie – do tego nazywając się często „konserwatystami” (co zresztą pokazuje, już zupełnie nawiasem, jak względne to pojęcie; w ten sposób myśl nasza zatoczyła koło, co stanowi przyjemną metodę kończenia esejów).

Maciej Wąs