To znaczy nim nie zostałem. Ale po kolei.

Generalnie, sytuacja jest dość trudna dla mnie, bo zgodnie z postanowieniem nie bloguję i blogować nie będę (dla higieny psychicznej absolutnie ożywcze), a na formy bardziej poważne nie mam czasu ze względu na inne obowiązki, potencjalnie nieco bardziej owocne (oczywiście w naszym pięknym kraju jak się nie ma pleców owocne nie jest prawie nic, no ale jakoś sobie dni wypełnić trzeba). Zostawia mnie to w tym nieprzyjemnym położeniu, że nie mam jak za bardzo tutaj czegokolwiek napisać, bo wszystko wydaje się jakieś z głupia frant – niemniej, czasami chciałoby się też coś powiedzieć, bo człowieka jakoś tak w środku mnie. Więc jako obywatel i człowiek, wobec zbliżających się ważkich a uroczystych wydarzeń politycznych w Ojczyźnie, coś jednak powiem – akurat o tym, czym się ostatnio zajmuję. A czy to coś komuś wniesie, czy nie, to opowieść późniejsza pokaże.

Mianowicie: od pewnego czasu zastanawia mnie fakt, skąd się to bierze, że Chestertona czyta się głównie na tzw. prawicy. Termin jak termin; może coś znaczy, może nie. Przyjmijmy jednak, że robi to chociaż, że na coś wskazuje (tzw. „definicja indykatywna”). Owóż na co wskazuje, każdy widzi. Jest w Polsce pewna grupa osób, wyznająca pewne poglądy, i ją też umownie nazywa się prawicą. Oni Chestertona głównie czytają – nie tylko w Polsce zresztą, bo i w Stanach Zjednoczonych, na przykład (co ciekawe, Wielka Brytania to już inna sprawa). Nie, żebym nie był wdzięczny – od nich się o Chestertonie w ogóle dowiedziałem i dzięki nim pierwszy raz po niego sięgnąłem (od nich też zresztą nauczyłem się polityki, a przynajmniej tego, jak jej nie robić – co jest czymś innym i o tym może za chwilę). Niemniej, amicus Plato i fa-ra-ra-ra-ra (takim-to uczony): jeżeli spojrzeć na tę rzecz zupełnie obiektywnie, nie ma to najmniejszego sensu. To coś takiego, jak gdyby nagle neomarksiści amerykańscy, skądinąd niekiedy bardzo rozsądni ludzie (przynajmniej w pewnych sprawach) zaczęli masowo czytać, no: nie wiem, Friedmana i obwołali go za swego. Skąd to połączenie w ogóle wzięło – nie wiem (… „ale się domyślam”). Nie wiedzą tego również różni inni ludzie, nieco mądrzejsi ode mnie. Już pan Andrew Greely, jak wznowiono w USA „paradygmatycznego” Gilberta… pani Masie Ward pisał, że na ile mu wiadomo, na tamtą chwilę (rok 2005) jest to wydarzenie ważne przede wszystkim dla tzw. „tradycjonalistycznych katolików”; i że choć nic do nich osobiście nie ma i w sumie nie powinna go ta sprawa zbyt wiele obchodzić, ale skąd pomysł, żeby robić z Chestertona piusowca – trudno zgadnąć; i że eksperyment ten skończy się prawdopodobnie tak szybko, jak się zaczął. I czuć w jego tekście nutkę lekkiego rozbawienia i zdziwienia, podobnych do mojego – takiego dziwnego uczucia, jakie towarzyszy nam na widok nieszkodliwej, ale głupiej jednak w istocie osobliwości. Bo to naprawdę nie ma najmniejszego sensu.

Co to bowiem jest „prawica”? Oczywiście, różnie to można definiować. Największy problem z tą definicją jest taki, że jest ściśle nominalna, uwarunkowana historycznie – i do tego jako taka uwikłana w debatę ideologiczną; to znaczy: samo określenie sensu słów „prawica” i „lewica” stanowi element politycznej wojny. Oczywiście: tak się właśnie robić nie powinno, bo to również nie ma sensu (a co ja się tak uczepiłem, zresztą? – a co ma sens na tym durnym świecie?), niemniej tak się też często robi. Zrobił to na przykład prof. Marek Jan Chodakiewicz w dziele spiżowym O prawicy i lewicy, pisząc, że znaczenie zawarte jest w samych asocjacjach tych słów: że prawica to „prawda, sprawiedliwość, prawo”, a „lewica” – „lewizna”, czyli: „nieudolność [sic], nieuczciwość” i tak dalej. O; proszę. Oto właśnie przykład, jak nie pisać książek (znaczy, no, na miły Bóg: asocjowanie w pracy politologicznej – serio?!). Ale to ledwie na marginesie. Na szczęście, Bogu dzięki, bywają jeszcze próby bardziej sensowne i obiektywne, a jedną z nich znaleźć możemy w słynnym Liście o niepodległości Jacques’a Maritaina (1935), przy czym jej szczególna wartość leży w dostrzeżeniu, że „prawica” i „lewica” to nie tylko kwestia poglądów politycznych, ale też usposobienia, czy, że tak powiem, „konstytucji emocjonalno-moralnej”. Człowiekiem lewicy i prawicy jest się z nerwów – i pewnej wrażliwości, czy ogólnych ideałów. A może raczej: z obecności bądź nieobecności pewnej wrażliwości i ideałów. Lewicowiec bowiem, ideały i wrażliwość ma; prawicowiec ich nie ma, kierując się raczej rozsądkiem i interesem. Tak to można przedstawić w największym możliwym skrócie.

Dodajmy, że nie jest to bynajmniej (wbrew temu, co się może jakiemuś ideologowi wydawać) jakaś jednoznaczna ocena moralna. To nie jest tak, że idealizm jest zawsze dobry, a pragmatyzm zawsze zły. Maritain zdawał sobie sprawę, że nadmiar idealizmu, nadmiar pędu do zmiany, chęć poprawiania wszystkiego na wszelkie sposoby, prowadzić może do ogromnych szkód, naiwności, chaosu działania. Rozsądek zaś i pewna emocjonalna „twardość” bywają niezbędne, by dobrze orientować się w życiu. Jest to po prostu pewien opis rzeczywistości. Który, zresztą, można łatwo zweryfikować – i to właśnie stanowi o jego sile. Każdy, kto interesuje się polityką rzeczywiście na poważnie, a nie tylko „internetowo”, czy choćby naprawdę akademicko, pojmuje bezbłędnie, że tożsamość polityczna faktycznie jest tyleż kwestią idei, co pewnego typu ludzkiego; że niezależnie od wszelkich różnic w detalach, i tu i tu nieomylnie da się rozpoznać pewną swoistą wrażliwość, którą naprawdę łatwo wyczuć; i że, ogółem, fakt, że jedni ludzie grupują się „na prawicy”, a inni „na lewicy” niejednokrotnie bierze się stąd, że ciągnie swój do swego. To się przejawia potem w sposobie artykulacji idei. I jest, jeśli się dobrze zastanowić, w całej sprawie nieco istotniejsze. Konkretne rozwiązania polityczne to bowiem ledwie pewne środki, pewne narzędzia urządzania życia – jako narzędzia z samych praw rzeczywistości podporządkowane celowi. I w sferze instrumentaliów różne rzeczy mogą nabierać zupełnie różnego charakteru w zależności od tego, po co się je robi. Na przykład: czym innym jest (taki przykład z głupia frant) czystość zachowywana dla Królestwa Bożego, a czym innym – dla robienia za „porządnego człowieka”. Może ktoś powiedzieć, że w sensie praktycznym nic to nie zmienia. Zmienia – tylko na dłuższą metę. W ostatecznym rozrachunku takie dwa postanowienia życiowe będą mieć zupełnie inne skutki i zupełnie inne oddziaływanie. Trzeba tylko trochę poczekać. Z poglądami politycznymi jest podobnie. A zatem, reasumując: lewica i prawica jako przede wszystkim kwestia (też można tak powiedzieć) „psychologiczna”, mentalnościowa, moralna.

No i jeśli popatrzymy na poglądy Chestertona z tej właśnie perspektywy: co się okaże? No, dokładnie to, co powiedziałem; bo typowej „mentalności prawicowej”, tego charakteru osobowościowego, który o prawicowości stanowi, po prostu się u niego nie znajdzie. Jest to kwestia pewnego czucia – ale także i pewnych interesujących fragmentów, jak tego o „cynicznym, starym łajdaku” z „Jak rozmawiać (i nie rozmawiać) z komunistą” czy wyjątkowo jak na Gilberta złośliwego obrazu bogatego starszego pana, który wobec problemów społecznych okresu pierwszej wojny światowej chodzi na meetingi, „sapiąc w podnieceniu znad kieliszka porto najgorsze bzdury reakcji” (Irlandzkie impresje). Chesterton nie cierpiał filistrów.

Oczywiście, zostaje problem natury bardziej ideowej; bo istotnie, nie da się ukryć, że Chesterton zazwyczaj popierał rozwiązania polityczne charakterystyczne raczej dla prawicy. Nikt tego nie neguje, ba – chętnie to sam przyznam. Chesterton bywał, jeśli chodzi o pewne projekty ustrojowe, bardziej konserwatywny od konserwatystów i bardziej liberalny od liberałów. Sprzeciwiał się niemal każdej interwencji państwa, poza taką, która nie miałaby charakteru systematycznego, a to i tak w drodze wyjątku. Był tradycjonalistą – a właściwie tzw. „mediewistą”; pełnymi garściami czerpał z dorobku średniowiecza i pragnął zachować lub wskrzesić pewne elementy tamtej epoki także we współczesności. Krytykował ustrój parlamentarny – nigdy bezwzględnie, ale zawsze bardzo gorąco. Wreszcie: opierał się na pewnym zbiorze „tradycyjnych” wartości, takich jak rodzina, własność, prawo. Wszystko to prawda. Niemniej, a kto ma uszy do słuchania niechybnie przekona się o tym, czynił to zawsze wyłącznie z pobudek lewicowych. To jest zresztą właśnie jeden z najbardziej interesujących elementów jego myśli politycznej, na zawsze przesądzający o jej oryginalnym charakterze i jakości. Nie mam czasu (ani ochoty, szczerze mówiąc, bo wiele bym zrobił, ino ze mi się nie chce) na sporządzanie bardziej szczegółowej analizy, która niewątpliwie byłaby potrzebna aby wyjaśnić rzecz bardziej całościowo, dlatego proponuję po prostu, aby czytelnik zastanowił się we własnym zakresie nad trzema najbardziej moim zdaniem charakterystycznymi czy „paradygmatycznymi” punktami Chestertonowskiej refleksji politycznej. A zatem:

1. Z Ortodoksji. Tradycja zostaje tam ujęta jako „demokracja umarłych”.

2. Z Zabobonu rozwodu. Rodzina zostaje tam ujęta jako podstawowy gwarant wolności i narzędzie wywierania oddolnego nacisku na państwo.

3. Wreszcie (i rzecz jasna) z Outline of Sanity, tudzież innych dzieł o charakterze dystrybucjonistycznym. Zwróćmy uwagę: własność prywatna zawsze przedstawiania jest, odwrotnie niż u fetyszyzujących ją kapitalistów, jako narzędzie przede wszystkim nie indywidualnego zysku, ale współpracy społecznej. Jako środek nie urynkawiający, a zapobiegający urynkowieniu. Jako rzecz, która nie oddziela, a łączy – jako centrum i „wehikuł” budowania relacji społecznych i jedności międzyludzkiej.

Jest to tak proste, jak 2+2, więc nie będę się wywnętrzał. Schemat jest zawsze taki sam: stereotypowo „prawicowe” rozwiązania w każdym wypadku są akceptowane dlatego, że służą wartościom powszechnie uznawanym za domenę lewicy: demokracji, wolności, wyzwoleniu społecznemu, solidaryzmowi. Jest to zresztą przyczyna, dla której zawsze lepiej dogadywał się z socjalistami, niż kapitalistami. Z pierwszymi bowiem, łączył go cel i wrażliwość – z drugimi czysto powierzchowne (i bardzo pozorne zresztą) podobieństwa konkretnych rozwiązań. Może się to komuś podobać, może nie podobać, niemniej pozostaje faktem – i kluczem, dodam, hermeneutycznym do jego twórczości. Spróbujmy czytać Gilberta pod tym kątem, a gwarantuję: wrota się przed nami otworzą. Inaczej można sobie podarować.

No i cóż? No i na na tę chwilę tyle, że mnie przynajmniej bardzo się to podoba. Bo ja też, tak już mam, jestem z usposobienia człowiekiem lewicy, a z poglądów bardziej mi na prawo. I cieszę się po prostu, że aby dochowywać wierności “tradycyjnym wartościom” nie trzeba wcale być filistrem, ani wyznawać zasad społecznego ludożerstwa, które obecnie wciska się ludziom pod kryptonimem „liberalizmu”, idei społeczeństwa, w którym rynek zapośrednicza wszystko, wszystko jest na sprzedaż (czy raczej zasadą wszystkiego są prawa kupna-sprzedaży[1]), a rządzą najbogatsi (bo “tak to Pan Bóg ułożył”). Po prostu. I mamy tego dowód empiryczny. Zapewne można się o tym zorientować bez Gilberta, niemniej zwłaszcza dla ludzi młodych takie wsparcie bywa potrzebne – no więc dlatego cieszę się, że jest i robię co mogę, aby Chestertona czytano i to ze zrozumieniem. Ufam bowiem, że znajdzie się nas więcej – i że nasz mały narodek zasługuje na swoje miejsce w sferze politycznej i swoją własną ekspresję, której (i to niech będzie wniosek bardziej obiektywny) w polskiej polityce nie ma. Aby jednak można ją było sobie wywalczyć, trzeba w pierwszym rzędzie strząsnąć z siebie wpływ różnorakich sztuczek sofistycznych, którymi się nas bombarduje – i nie przejmować się, że się wyjdzie w pewnych kręgach (czy nawet w oczach swojego politycznego „superego”) na „socjalistę”. Po pierwsze: bo to nie jest socjalizm. Po drugie: bo nawet jeśli, to co? A więc i ja mogę zostać „socjalistą”, skoro inaczej się nie da. Wszelka tożsamość nieprzemyślana, zbiorowa, przyjmowana bez wewnętrznej swobody, jest niebezpieczna. Ja taką formę przynależności odrzucam i zachęcam, by ją odrzucać. Nawet Dale Ahlquist, a więc człowiek, którego trudno posądzać o skłonności lewicujące, stwierdził (bodaj w The Complete Thinker), że socjaliści mają przynajmniej tę zaletę, że da się z nimi rozmawiać. Umiejętność rozmowy o polityce i pewien pluralizm to zaś rzeczy, które ja na pewno potrafię docenić. Dla dystrybucjonizmu, gospodarki zdrowej, normalnej i dobrej dla człowieka, można zrobić sporo – na pewno przynajmniej próbując; jak nie tu, to tam.

Ale, i tutaj kropka, wbrew popularnym przekonaniom: nie z ludożercami.

Maciej Wąs

  1. Jest to zresztą mały przyczynek do dyskusji, której nie chcę tutaj rozwijać, ale zastanówmy się prosto: otóż zarzuca się dzisiaj lewicy post-’68, że np. (a mówię z doświadczenia) życie intelektualne uniwersytetów czy ogólnie debatę publiczną sprowadza, odzierając ją z pojęcia prawdy i personalistycznego pojęcia prawa każdej osoby do osobistego poszukiwania prawdy, tudzież uznawania za prawdziwe tych lub innych poglądów w zgodzie z własnym rozumem, do poziomu “rynku idei”, poziomu transakcji, w której pewne poglądy się “oferuje”, a odbiorca może je “kupić”, dzięki czemu w ostateczności wygrywają te najbardziej konkurencyjne. No, zapewne pewni przedstawiciele współczesnej lewicy materialistycznej (bo chyba tak to trzeba nazywać) tak właśnie uważają, o czym mogłem się nie raz i nie dwa przekonać. Tylko – czy to faktycznie lewica uznawała i uznaje rynek, czyli właśnie przestrzeń kupna i sprzedaży, za zasadę życia społecznego? Podobne przepychanki trwają od zarania ludzkości i często trudno jest ustalić, kto i co właściwie zrobił, niemniej pewne sprawy pozostają jasne i po prostu bądźmy czujni, bo akurat mechanizm przerzucania winy na przeciwnika jest do rozczytania dość prosty. I istotnie, przykre to, gdy katolik przekonuje się, że mniej ma na niwie społecznej wspólnego z Friedmanem czy Novakiem, niż np. z panią Ellen Meiksins Woods, której Origins of Capitalism właśnie czytam, z sercem rosnącem, bo, po pierwsze: przekonuję się, że z “marksizmem” jak z chrześcijaństwem, to znaczy różnice “międzywyznaniowe” potrafią być cokolwiek interesująco znaczne, a po drugie: bo w sumie nie ma tam niczego, czego nie powiedzieliby, oczywiście nie zawsze w formie równie systematycznej i naukowej, Chesterton, Belloc (zanim mu prawicowo nie odbiło – a smutna to historia) i, zwłaszcza, Penty. “Oto i doświadczenie, które jest końcem młodości”, pisał Gilbert w Cobbecie…