Nie tak dawno rzuciłem w jednym z wpisów taką uwagę w przelocie, w której nazwałem Irvinga Babbitta „proto-faszystą”. Dziś chciałbym wytłumaczyć się z tego, nie da się ukryć, sporego kalibru oskarżenia i pokazać, że wbrew wszystkim znakom zewnętrznym nie zwariowałem, ale mam rzeczowe powody, aby je sformułować. Zamierzam zaś to zrobić kreśląc tutaj krótką recenzję książki, którą wymieniłem w tytule, zapomnianego już być może dzisiaj (acz niesłusznie) traktatu na temat wpływów filozofii Jana Jakuba na ruch romantyczny.

Irving Babbitt (1865-1933), amerykański filolog, filozof i krytyk literacki, nauczyciel T.S. Eliota i twórca szkoły krytycznej zwanej „nowym humanizmem” nie jest dziś postacią w Polsce przesadnie znaną. Większość jego dorobku zresztą, nie jest znana i poza Polską. Szczególnie chodzi tutaj o same dzieła krytyczne, których pisaniem zajmował się przede wszystkim. Nie zmienia to jednak faktu, że jego popularność, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych Ameryki, nie zmniejsza się, a raczej zwiększa, głównie za sprawą napisanego w 1924 roku dzieła Democracy and Leadership, do dziś uznawanego w wielu konserwatywnych kręgach za oceanem za pozycję klasyczną, stawiającą autora w jednym rzędzie z Burke’iem. Ponieważ zaś wobec zamętu dnia bieżącego tudzież z przyczyn mnogich i złożonych pewne środowiska w Polsce wprost kleją się do burke’izmu i za wszelką cenę pragną przeszczepić na nasz grunt model myślenia o polityce i świecie konkurencyjny wobec tradycji związanych z Rewolucją Francuską, to i nazwisko Babbitta również zaczyna się tu i tam pojawiać. To, co tutaj robię, to w znacznej mierze reakcja na tę tendencję, wpisująca się zresztą w moją ogólną linię polemiki z różnorakimi przesądami tzw. prawicy polskiej – przesądy mają bowiem do siebie tę nieprzyjemną cechę, że często prowadzą do błędów. I akurat „Rousseau and Romanticism” pokazuje bardzo dobrze, jak katastrofalnie błędnie może zakończyć się przesadna niechęć do osiemnasto- i dziewiętnastowiecznego rewolucjonizmu, romantyzmu, Rousseau i kilku innych rzeczy, które przyjęło się w naszym pięknym zaścianku wrzucać do jednego worka, upychać nogą i zbywać dźwięcznie brzmiącą inwektywą „lewactwa”.

Książka (A.D. 1919) to, w założeniach, oczywiście druzgocząca krytyka Rousseau i ruchu romantycznego, którego nasz nieszczęśliwy filozof był bezdyskusyjnie naczelnym prekursorem. W założeniach, bo gdy przejdziemy do faktów, to krytyka ta wcale tak druzgocząca nie jest. Przede wszystkim, co uderza, to to, że Babbitt pisząc o Russie ani razu (literalnie) nie odwołuje się do jego myśli politycznej. Ani nawet sensu stricto filozoficznej. W ustalaniu wad i niedających się odkupić win „smutnego systemu” szwajcarskiego myśliciela towarzyszą nam niemal wyłącznie Wyznania. Aluzja do Umowy społecznej pojawia się raz, do Emila – również (acz jest bardziej rozbudowana). Do dwóch Dyskursów: ani razu (bo to bąknięcie półgębkiem trudno uznać za faktyczne odniesienie się do czegokolwiek). Żadna z idei zawartych w tych dziełach nie jest w sposób względnie chociaż wyczerpujący streszczona, a bardziej szczegółowej analizie nie wspominając. Innymi słowy: w Babbittowej rekonstrukcji obrazu Rousseau zieje dziura, którą nie tak łatwo przeskoczyć. Wobec braku drugiej strony tej istotnie niezmiernie trudnej do odtworzenia (acz w istocie bardzo prostej) filozofii, elementy istotnie uchwycone przez amerykańskiego krytyka w naturalny sposób ogromnieją i tracą właściwe kształty. Efektem jest tendencyjność przekazu, której Babbitt zresztą ani trochę nie ukrywa, co chwila pozwalając sobie na kpiny i złośliwości. Od początku zatem, dostrzegamy jasną motywację pragmatyczną. Rousseau and Romanticism to nie monografia mająca pozwolić nam zrozumieć opisywany przedmiot – ale polemika, mająca wywołać w odbiorcy określone skutki, prowadzona do tego z tak rażącym naruszeniem obiektywizmu, że trudno nazwać ją jakkolwiek inaczej, niż „ideologią”. To jest wada pierwsza.

Z niej wynikają logicznie inne, nie mniej drażniące. A zatem, na przykład, Babbitt, jak każdy ideolog, stosuje podwójną miarę. Z jednej strony: jego opinie na temat Rousseau i romantyków pełne są ocen moralnych, niekiedy bardzo ostrych, a nawet pogardliwych – natomiast społeczeństwo, przeciw któremu protestowali i które pragnęli zmienić, już takiej ocenie nie podlega. By ująć rzecz najprościej: jeśli Rousseau oddaje dzieci do przytułku (nawet biorąc pod uwagę poważne zaburzenia neurologiczne, które wtedy przechodził, ale – co ciekawe – wzmianki o tym nie ma) to zasługuje to na najwyższe potępienie. Jeśli Baudelaire się źle prowadzi – jest lubieżnikiem i zżera go „moralna gangrena”. Gdy Chateaubriand wygłupia się w lasach Ameryki Północnej i robi sobie żarty ze swojego przewodnika, manifestuje po prostu typowo romantyczny egoizm i lekceważenie dla innych, chęć redukcji całego świata do elementów sennych urojeń niedojrzałego umysłu. Jeśli jednak społeczeństwo takiego Rousseau, Baudelaire’a, Chateaubrianda czy innego de Musseta odrzuca, zawsze, niezależnie od kontekstu i tego, co się wydarzyło, należy przyznać mu słuszność. Z tego prostego powodu, że „życie jest jakie jest” (sic!) i obowiązkiem dojrzałego człowieka jest się do niego dostosować. Innymi słowy: jednostki mogą grzeszyć albo nie grzeszyć, ale grupa, społeczność, grzeszyć nie może i w sferze jej poczynań króluje zasada faktów dokonanych. Czemu? Odpowiedź wydaje się prosta: ponieważ jednostka jest słaba, a grupa silna. Cała niechęć Babbitta do romantycznych wariatów, „ludzi nieprzystosowanych” (jak ich uroczo określa), zasadza się na wstręcie do porażek i podziwie dla zwycięstw, bez brania pod uwagę oceny moralnej procesów, które do nich doprowadziły. Niepostrzeżenie zatem, i kompletnie wbrew formułowanym co chwila zapewnieniom, Babbitt prowadzi nas na grunt myślenia niemalże nietzscheańskiego – tym fatalniej, że ukrywając je do tego za parawanem płaskiego faryzeizmu, który nazywa się w jego systemie „etyką”.

Niewątpliwie zatem to właśnie sprawia, że amerykański krytyk wikła się w jeszcze większe sprzeczności, gdy chodzi już nie o krytykę romantyzmu, ale o przedstawienie własnego programu, na podstawie którego tę krytykę formułuje. Dowiadujemy się zatem, że choć romantyzm to nic innego, jak ledwie zasadniczo urojenia chorych, nieprzystosowanych, niedojrzałych, zniewieściałych (itd. itp.) umysłów, to jednak (mirabilis) nie jest to tak, że nie ma w tych pogardy godnych majakach ani ziarenka prawdy. Przeciwnie, słyszymy, choć romantycy to szaleńcy, to jednak pragnienie nieskończoności, wielkości, ideału i radości z życia, które rozrosły się w ich wypadku do rozmiarów potwornych, naprawdę są ludzkie i „prawdziwy klasycyzm”, inny od „pseudoklasycyzmu” wieku osiemnastego, przeciw któremu w pierwszym rzędzie romantyczna rebelia była wymierzona, jak najbardziej rozumie ich wagę i przyznaje im należne im miejsce – pod warunkiem, że realizują się one w sztuce, która byłaby „ethically elevating”. Przy tym wszystkim, nie pada ani jeden przykład, ani jedno wyjaśnienie, ani jedna aluzja nawet, która pozwoliłaby nam zrozumieć, kiedy i jaka sztuka człowieka etycznie uwzniośla ani czym miałoby się charakteryzować poetyckie pragnienie nieskończoności, któremu w porę nałożono społeczne wędzidło (nazywane przez Babbitta decorum). I trudno się dziwić – zobaczyliśmy bowiem, że w praktyce horyzont rzeczywiście etyczny, konsekwentnie obejmujący wszystkie akty ludzkie, dla Babbitta nie istnieje.

Dlatego też, kolejna prosta konsekwencja, wbrew deklaracjom wymarzona sztuka „nowych klasycystów” niepostrzeżenie zamienia się po prostu w sztukę dla filistrów, co zresztą chyba sam Babbitt w pewien sposób czuje, wielokrotnie wyśmiewający rzekomy „bezsens” tego określenia. Najbardziej znamiennym dowodem jest tutaj jego stosunek do sztuki Cyrano. Babbitt otwarcie stwierdza, że główny bohater jest istotnie jednostką szlachetną, która na skutek swego stalowego idealizmu ostatecznie przegrywa w życiu z „bandą bezwzględnych miernot”, ale (i tutaj jest klucz do rzeczy) – sam jest sobie, jako istota nieprzystosowana, winien. Bezwzględna miernota, alias filister, znak własny kapitalistycznej Europy wieku dziewiętnastego, okazuje się zatem „przystosowany”. A że przystosowany znaczy: uczestniczący w sile grupy przeciw słabości jednostek, to i on właśnie zajmuje ostatecznie miejsce „ideału” kultury, wokół którego krąży myśl krytyczna Irvinga Babbitta.

Tłumaczy to, nawiasem mówiąc, różne inne elementy wspomnianego dzieła, na przykład to, co Babbitt wypisuje o religii. Jedyną religią bowiem, dla której może zrobić miejsce, jest właśnie miękki protestantyzm filistra. Mistycyzm katolicki, ideał ascezy i wyrzeczenia, zostają w niej przedstawione tak karykaturalnie, jak gdyby podręcznikiem takiego życia był nadal Żywot św. Aleksego. Św. Franciszek z Asyżu i św. Tomasz z Akwinu nie znajdują nawet względnie adekwatnej wzmianki. Z drugiej strony: buddyzm potraktowany zostaje z niebywałą estymą. Wszystko to zazębia się w klasyczny obrazek, w którym mistycyzm, pragnienie świętości (obojętnie jak rozumianej) owszem, znajdują miejsce – ale jako ideał „dzikich” ludów wschodu, dalekich i nierozumianych, czyli byle jak najdalej od tego, co rzeczywiście się „w życiu” dzieje.

Innymi słowy: Babbitt dozwala na chrześcijaństwo, ale jako dodatek do obowiązującego ustroju, czyli kapitalizmu. Bo jacy filistrzy najbardziej go interesują? Niewątpliwie tacy, którzy dają innym pracę – czyli którzy mają kapitał. Dźwięczy to doskonale w faryzejskich potępieniach wszelkich planów reformy, wszelkiego zrozumienia dla losów klasy pracującej, wszelkiego „socjalizmu”, obojętnie co ten termin by oznaczał, o ile oznacza jakikolwiek ruch dążący do zmiany kapitalistycznego status quo, w którym bogaci wykładają pieniądze i dyktują warunki, a reszta może u nich robić na kontrakcie albo zginąć z głodu, a swoje osobiste szczęście ma sobie schować w buty, o ile zamierza zasłużyć (nareszcie) na tytuł ludzi godnych szacunku. Towarzyszy temu także mnóstwo innych niekonsekwencji na poziomie czysto intelektualnym, na przykład: Babbitt nieustannie utrzymuje, że to romantyzm zrodził realizm, mechanicyzm i darwinizm, które są ledwie jego dialektyczną odbitką „na czterech łapach”. Czemu potem sam przeczy w rozdziale poświęconym naturze, w którym stwierdza, że w romantyzmie natura jest żywym organizmem, analogicznym do ludzkiej psychiki, a w „światopoglądzie naukowym” bezdusznym, samonakręcającym się zegarkiem. Nie uważa jednak za stosowne poświęcić ani słowa na wyjaśnienie tej aporii. Ujawnia się tutaj zatem z całą mocą ideologiczny charakter tej książki: chodzi o to, żeby coś obrzydzić, a nie o logiczną polemikę.

Wszystko to jednak blednie w porównaniu do stricte politycznego przesłania Rousseau and Romanticism, z którego wziął się w ogóle cały ten wpis. Uświadommy sobie to bowiem: otóż Irving Babbitt nieustannie występuje w charakterze obrońcy „normalności”, średniego ludzkiego doświadczenia, przeciętnego poziomu odczuwania itd. wbrew romantycznym nadużyciom. By zaraz na początku swojego traktatu stwierdzić, że „znaczna większość mężczyzn i na pewno niemal wszystkie kobiety są i będą romantykami”. Skoro tak, zachodzi pytanie: bo skoro to nie większość ludzka z jej tradycjami i przekonaniami stanowi tutaj miernik normalności i przeciętności, to co go stanowi? Odpowiedź: najprawdopodobniej takie Irvingi Babbitty, biali, bogaci mężczyźni wykształceni na Harvardzie. Wąska, dobrze sytuowana elita, która weźmie całą resztę za mordę i powie jej, co jest normalne, a co nienormalne. Dlatego też nazwałem Babbitta proto-faszystą, albo wprost faszystą. Bo jak to nie jest faszyzm, to nie wiem, co nim jest. Oczywiście, faszyzm to obecnie pojęcie wieloznaczne – i na pewno nie chodzi o sensu stricto faszyzm włoski. Można zastosować inną definicję, na przykład tę z Humanizmu integralnego: że faszyzm to en bloc to wszelkie ruchy „dążące do utrzymania rozwoju historii w wewnątrz ram cywilizacji kapitalistycznej, które swój dynamizm moralny i uczuciowy karmią jedynie retrospekcją historyczną pewnych idealnych form przeszłości” – w tym „bałwochwalczego Cezara”. Tutaj Cezar przyjmuje formę zbiorową, ale poza tym wszystko się zgadza. Chodzi o to, aby był ktoś, kto jednoznacznie i na mocy prawa zdecyduje o tym, co jest słuszne, a co nie, co jest dobre, a co nie jest dobre, co jest „ethically elevating” a co człowieka ciągnie w dół. Reszta ma się zamknąć i słuchać. Jeśli komuś się ten termin nie podoba (bo pfe-fe-fe-fe-fe-fe-fe), to może sobie dobrać inny, na przykład: dzierżymordstwo. Tak więc Babbitt promuje takie dzierżymordstwo zupełnie otwarcie, uważając go za najdojrzalszy owoc cywilizacji. Mnie ta wizja przeraża i zawsze będzie przerażać. Bogaty „panie” – trzymaj się jak najdalej od mojego gustu i mojego smaku, bo sam wiem najlepiej, jak mnie ukształtowały moje doświadczenia – nie lepsze, ani nie gorsze, od twoich. Ostatecznie, każdy to sobie może przemyśleć we własnym zakresie i zastanowić się, czy naprawdę to jest ten kształt kultury, który najbardziej by mu/jej odpowiadał.

No i to jest to pytanie, które moim zdaniem powinien zadać sobie każdy bardziej zaangażowany w walkę z obecną rewolucją kulturową: czy to jest naprawdę to? Czy to jest właśnie ten kierunek, który powinniśmy przyjąć?

Mnie się to wydaje zupełnie samobójcze i kompromitujące dla sprawy, niemal tak samo, jak pompowanie jako „herosów chrześcijaństwa” pospolitych, oportunistycznych zbrodniarzy w rodzaju Franco i Pinocheta. Bogu dzięki, mamy nieco inne możliwości i inne przykłady, z których jeden (acz prominentny) znajdziemy nawet i na tej tu stronie. Wystarczy bowiem przeczytać sobie choćby esej Chestertona „O młodych i romantyzmie” albo pierwszy rozdział z jego Epoki wiktoriańskiej w literaturze, aby zobaczyć, że naprawdę: zachowując wszystkie tradycyjne elementy kultury chrześcijańskiej (własność, rodzinę, tradycję, religię) można mówić o nich w zupełnie inny sposób, bardziej, jak mniemam, odpowiedni dla współczesnych czasów i ludzi szukających przede wszystkim wolności. Bo perswadować im, że te wszystkie sprawy to istotnie, zaprzeczenie wolności, ale dobre zaprzeczenie wolności, bo wolność w gruncie rzeczy nic nie znaczy, to nawet z pragmatycznego punktu widzenia zupełny nonsens, bo nikt tego nie posłucha – i z czasem podzielimy los (jak nieraz zdarzyło mi się tutaj nadmienić) Irlandii i Hiszpanii, stając się cmentarzem upadłych autorytetów. Za którymi, nadmienię, trudno nawet płakać, bo niestety w tym rozdaniu kart niezmiernie trudno jest zawyrokować kto się myli, a kto akurat ma rację (choć i nie tak bardzo trudno znowu).

Jednym słowem: pycha absolutna psuje człowieka, a Babbitt psuje go absolutnie. Ludzie kochani, czytajcie Chestertona, a nie Babbitta. No, może nie czytajcie. Słuchajcie. Bo czytać można wszystko, a wręcz wskazane jest. Osobiście bowiem, nie znajduję dziełka, niż Rousseau and Romanticism, które bardziej wymownie obudziłoby we mnie wrodzoną sympatię dla ruchu romantycznego, którą też każdemu polecam. Dlatego też link do niego zamieszczam tu: http://www.gutenberg.org/files/50235/50235-h/50235-h.htm

Maciej Wąs