Owszem, bo pomyliłem się oto srodze i do dziś mnie to gryzie. Źle oceniłem człowieka i myślałem jako o przeciwniku o tym, w kim mógłby znaleźć intelektualnego sprzymierzeńca. Zmarnowałem przez to sporo czasu i na pewno wiele okazji, aby pewne rzeczy lepiej powiedzieć i sobie poukładać – dlatego też chciałbym tutaj, tytułem rozpaczliwej a beznadziejnej próby naprawienia tej pomyłki, dokonać małego samo-oczyszczenia. Mowa, rzecz jasna, o obecnie urzędującym ojcu świętym. Czytelnik wybaczy, jeżeli nudzę, niemniej dobrze jest nudzić w słusznej sprawie. Dlatego też ten wpis pozostanie jeszcze (prawdopodobnie jako ostatni, przynajmniej na dłuższy czas) w linii notatek „papieskich”, co jest tym bardziej sympatyczne, że nie tylko może pozwoli innym uchronić się przed moim błędem albo wyjść z niego szybciej, niż to miało miejsce w moim wypadku, ale również łączy się ładnie (jak się niechybnie okaże) z różnorakimi aspektami tematyki ogólnej, którą tutaj staram się podejmować: z kwestią tożsamości i nietożsamości, myślenia grupowego, „betonowania się” w stereotypach, a także i przede wszystkim ze sprawą „stylu Chestertonowskiego”, która jest dla nas tutaj najważniejsza.

Krótko mówiąc, z Franciszkiem to było tak. Jako niedoszły ale jednak prawie „trads”, „katolik ortodoksyjny”, zakochany w monumentalności i hieratycznym majestacie Kościoła w jego historii, a także człowiek („raczej…”) prawicy, na początku pontyfikatu byłem po prostu przerażony. Jest to tym bardziej wstydliwe, że wynika dokładnie z tego rodzaju krochmalu umysłowego, jaki zazwyczaj tutaj piętnuję. Nie miałem, z merytorycznego punktu widzenia, najmniejszych powodów, aby ustosunkowywać się do działań ojca świętego ani pozytywnie, ani negatywnie – z tego prostego powodu, że kompletnie nie wiedziałem, co on tak naprawdę robi i chce zrobić. Niemniej, jakoś to tak wyszło. Skoro wszyscy Mądrzy i Starsi Ode Mnie Ludzie, których słuchałem i czytałem byli przerażeni, to i ja byłem przerażony. Skoro wszystkie media, z których czerpałem informacje, co i rusz donosiły o jakowychś strasznych znakach na niebie i na ziemi, zwiastujących nieszczęścia i epokę antychrysta, to i ja czułem już pod skórą nadejście nieszczęść i epoki antychrysta. Oczyma wyobraźni widziałem już rozpad Kościoła, herezję na tronie Piotrowym, zanegowanie dogmatu Trójcy Przenajświętszej i takie tam. Nie znajdowałem co prawda żadnych przyczyn, dla których coś takiego miałoby się stać, niemniej miałem pewność, że w końcu się stanie. Innymi słowy, miałem przemożne poczucie, że coś jest źle, że się źle dzieje, oj-oj-oj-oj, jak się źle dzieje. Miałem je, powiadam, dlatego, że inni je mieli. Inni zaś mieli je również dlatego, że inni je mieli. Nikt nic nie wiedział i nikt nic nie rozumiał, niemniej wszyscy czuli bardzo, bardzo wyraźnie i nieodparcie, że dzieją się rzeczy straszne. No i tak staliśmy sobie, mała poczciwa trzódka, każdy we własnym porządku gdzie go Bóg postawił i beczeliśmy sobie to prawicowe „meeee-meeee-meeee”.

Jakiś czas później, przyszło mi się jednak od mojej trzódki odłączyć. Z powodów zgoła innych, niż religijne. Po prostu okazało się, że wszystkie jej różnorakie mądrości, którymi mnie karmiła, te napuszone i wyższościowe dywagacje o „logice”, „prawach gospodarki” i „nieomylności rynku”, raczej średnio sprawdzają się w praktyce. Na przykład, że „wolny rynek”, nie będąc wcale bynajmniej opracowanym przez Stwórcę systemem promocji najlepszych i najzdolniejszych, w większości wypadków winduje jak najwyżej miernoty i ludzi pozbawionych elementarnego poczucia honoru i przyzwoitości. Że „liberalna” konkurencja to nie jest owo „szlachetne współzawodnictwo”, o jakim pisał Arystoteles, w którym rywalizujący wzajemnie inspirują się do w wyścigu o wyższy poziom człowieczeństwa, ale walka na pięści, a czasami na noże, tylko że „przeniesiona” na poziom społeczeństwa nominalnie przynajmniej opartego na rozumie raczej, niż fizyczności, to znaczy: że zamiast pięści i noży w ruch idą złe słowa, obmowa, pogarda, marginalizacja i tak dalej. Natomiast co do istoty, absolutnie niczym się to nie różni. Że „kryterium monetarne” (Ruskin) nie zabezpiecza w żaden sposób bytu tych rzeczy, które są w życiu najważniejsze, takich drobiazgów jak dobra literatura czy ogólnie sztuka, pasja poznania rzeczywistości dla samego jej poznania, humanistyczna edukacja czy dobrze pojęta wolność myślenia. Że bywają takie sytuacje, z których nie da się wyjść nie depcząc buciorami własnego poczucia godności. Że zachodzą sploty okoliczności, w których porażki zwyczajnie nie da się uniknąć. I tak dalej, i tak dalej, słowem: przekonałem się na własnej skórze (a epokowe to odkrycie), że wielowiekowa mądrość ludzkości, przekazywana w najlepszej filozofii naszej kultury, w jej sztuce, wreszcie w Piśmie Świętym i nauce Kościoła, nie jest wyssana z palca, a życie jest życiem, a nie wyciągniętą z coachingu bajeczką, że „możesz być kim chcesz”. By ująć to jeszcze inaczej: okazało się, że możliwości manewru co do własnej egzystencji są bardzo ograniczone, a ich granica przebiega dokładnie tam, gdzie są inni, a ci inni bywają bardzo różni. Ujawniła mi się zatem, co jest ważnym krokiem na drodze do intelektualnej dojrzałości, waga politycznej strony życia – waga relacji społecznych, tej gęstej, oplatającej nas zewsząd sieci bycia zbiorowego, w której i poprzez którą, na dobre czy na złe, musimy realizować nasze indywidualne możliwości. Wszystko to doprowadziło mnie do konkluzji, że na napotykane w polityce problemy trzeba szukać odpowiedzi innej i nieco bardziej złożonej, niż te, które proponuje utylitarystyczny indywidualizm, kolportowany dziś z jakiegoś powodu pod nazwą „konserwatyzmu”. Założyłem buty, pożegnałem się ładnie i wyszedłem w noc.

Noc, bo istotnie, wyjścia nie było widać. Kręciłem się trochę tu i tam, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. W pewnym momencie, zaświtało mi, bardzo proste przecież i narzucające się, rozwiązanie. Tak jak prawdziwą metafizykę odkryto pod wpływem objawienia i słynnego Mojżeszowego „Jestem, który jestem”, tak też prawdziwą filozofię społeczną również będzie dało się wydedukować „ekstrahując” wątki filozoficzne (takie społeczne revelabile) z teologii moralnej. Jedyny standard, jaki sobie niniejszym wyznaczyłem, to żeby moja nowa filozofia polityczna, jakakolwiek by była, była również prawdziwie katolicka. Zainteresowałem się trochę monarchizmem, nieco bardziej Narodową Demokracją – wszystko okazało się ślepą uliczką, wszystko mnie na dłuższą metę drażniło, we wszystkim znajdowałem ostatecznie wkłady obce, przeczące pewnym elementom przesłania Ewangelii. To jednak opowieść na inną okazję. W tej chwili ważne jest to, że te poszukiwania na styku religii i polityki, filozofii społecznej, czy życia społecznego, naturalnie jakby nauczyły mnie zwracać uwagę na społeczny właśnie kontekst funkcjonowania Kościoła, to znaczy na Kościół jako na pewną grupę ujętą socjologiczne, z własną wewnętrzną kulturą, a nie tylko Mistyczne Ciało Chrystusa, przedmiot wiary – na Kościół w wymiarze ziemskim, ludzkim, Kościół jako zbiór osób, a nie mistyczna Osoba, stworzona i prowadzona w dziejach przez Ducha.

Teraz, nie bardzo wiem, na ile zachodzi tutaj związek, dlatego też pewnie do dziś kwestia ta stanowi dla mnie jedno z najbardziej fascynujących zagadnień. Wielokrotnie wspominałem tutaj o zjawisku „myślenia pakietowego”, kiedy dwie niezwiązane logicznie idee przyjmuje się jako jedną całość i wyznaje łącznie, rozumiejąc jedną przez drugą i w pewnym momencie dochodząc do wniosku, że jedna bez drugiej nie może się ostać. Nie wiem, zatem, na ile odejście od polskiego „konserwatyzmu”, na takiej właśnie „pakietowej” zasadzie związanego z integralizmem, pozwoliło mi zacząć zwracać uwagę na pewne fakty, które wcześniej wypierałem ze świadomości, a na ile była to kwestia poznawania nowych faktów, niemniej w toku moich poszukiwań przekonałem się, że w epoce wielkich przemian społecznych, jaką był wiek XIX wraz z początkiem XX i końcem XVIII, Kościół jako instytucja właśnie, jako pewna grupa czy struktura życia zbiorowego, zaangażowana w jego szerszy kontekst, po prostu zawiódł – popełnił wiele błędów, niekiedy niemal niewybaczalnych, częstokroć kierował się strachem czy pychą, lekceważył wiele problemów i skupiał się głównie na tym, aby wciąż wyglądać jak Kościół, to znaczy: tak, jak Kościół „naturalnie” wyglądał w przeświadczeniu większości ludzi (jak trafnie zauważa Edward Ingred Watkin, dziś kompletnie zapomniany autor angielski, w dziele The Catholic Centre, postawa ta, stawiająca na dominację sfery widzialno-zewnętrznej nad niewidzialno-duchową stanowi smutne dziedzictwo ferworu kontrreformacji). Dzięki temu, udało mi się nareszcie zrozumieć właściwe znaczenie Soboru Watykańskiego II, z którym miałem ogromny problem. Dostrzegłem bowiem, że był on właśnie w zamyśle wielką zmianą, wymierzoną właśnie w to, co można nazwać „stylem dziewiętnastowiecznym” w katolicyzmie.

Doszedłem jednak również do wniosku, że w ogromnej mierze tamta mentalność, pewne wytworzone w tamtej – trudnej, istotnie – epoce nawyki, do dziś istnieją i mają się znakomicie w wielu miejscach katolickiego świata, np. w Polsce. Zacząłem baczniej przyglądać się tej sytuacji. Tutaj również klapki mi się, jak to się mówi, otworzyły, wyszedłem z naturalnego, ale niezbyt roztropnego zachwytu neofity i z nagła zaczęło świtać mi, dlaczego właściwie wiara katolicka może do tak wielu Polaków współcześnie nie przemawiać. Prowadząc moje obserwacje, tropiąc bolączki katolickiej mentalności i trapiące nasze społeczeństwo problemy, opracowałem sobie, oczywiście przy całym dystansie do „mojej skromnej osoby”, prowizoryczny program naprawczy, pewien plan działań, które moim zdaniem Kościół, zwłaszcza w Polsce, powinien podjąć, aby uchronić się przed nadchodzącą katastrofą (o której wiedziałem, nawiasem, zanim ukazały się badania statystyczne świadczące o galopującej laicyzacji młodzieży, bo tylko ślepy chodzi uśmiechnięty). Zacząłem to sobie bardziej porządkować, część nawet opublikowałem, jeszcze w formie bardzo wstępnej, tutaj na blogu (long gone). Nie stało się nic. Zostałem zaatakowany. Znaczy: tak, jak to w tzw. internacie zazwyczaj bywa, niemniej wszystkie te głupie przepychanki utwierdziły mnie tylko w przeświadczeniu, że po prawej stronie nie ma wody na pustyni. Nie było jej jednak i po lewej stronie. Przyznaję, że to zadziwiające uczucie, bo wydawało się, że nie zgadza się ze mną nikt, a ja z nikim, jak Polska i świat długie i szerokie. I tak, gdy zacząłem nabierać przekonania, że jestem wyjątkowy i geniusz oryginalny mam na miarę Williama Blake’a, z przekory wobec zabetonowania dawnych wzorów i wychowawców zacząłem sięgać po dokumenty obecnego ojca świętego, żeby sprawdzić, ile ten szum wart. No i co się okazuje? Że oto w pocie czoła odkryłem i opracowałem na własną rękę wszystkie te prawdy, na które Franciszek zwrócił uwagę sporo wcześniej – o czym bym wiedział, gdybym tylko zechciał ruszyć głową, zamiast słuchać nakręconych wynurzeń ultrakapitalistów. Najpierw było mi miło (w sumie to zawsze krzepiące, że się wymyśliło coś, co powiedział wcześniej Ktoś Mądry). Potem zrobiło się pusto – potem dziwnie, a teraz jest głupio i nędznie jak cholera. Doskwiera mi wielki kac moralny, z którym nie wiem, co zrobić (jak to zresztą z kacami bywa – zrobić się nie da nic). Dlatego, jak powiedziałem, siedzę i ględzę.

Tutaj chciałbym poględzić pokrótce zwrócić o dwóch tekstach papieskich, które odświeżyłem sobie niedawno: adhortacjach Evangelii gaudium oraz Geudete et exultate. O Laudato si wspominaliśmy już wcześniej, zresztą encyklika ta nie jest tak ważna z mojej perspektywy. Wymienione adhortacje jednak, mówią wszystko, co się da powiedzieć – i co trzeba powiedzieć.

Najpierw, zatem, o Evangelii gaudium. Może trzy rzeczy, żeby nie przedłużać. Po pierwsze: zasadniczym moim spostrzeżeniem a propos katolicyzmu polskiego było to, że musi on jak najszybciej wyjść z tego, co nazwałem sobie „rytuałem bezinwazyjnym”. Ceremonią religijną odprawianą tak, aby nikomu nic w życiu nie zmieniła. Musi przestać być dodatkiem do życia, a zacząć to życie kształtować. Niewątpliwie, zaowocuje to większą niż dotychczas ilością konfliktów, jednak chrześcijaństwo, które boi się konfliktów nie jest chrześcijaństwem. Po prostu umiera. Wielu wydaje się może, że katolicki rytuał stanowi w polskim społeczeństwie oczywistość i będzie towarzyszył Polakom w ich życiu, a przynajmniej w tych momentach granicznych (narodziny-ślub-śmierć) na wieki wieków. Ale w oczywisty sposób to nieprawda. Świat się zmienia, rola form rytualnych w życiu ludzkości również (inna sprawa: po co komu katolicyzm zredukowany do czystego rytuału?). Ludzie muszą wiedzieć, po co i dlaczego odprawia się te ceremonie, co one znaczą, innymi słowy: wszystko w nich, w pewien sposób, i nie nachalnie, ale naturalnie, musi odsyłać do doktryny i doświadczenia wiary, z której wypływają. Co zaś czytamy w dziele papieża? Ano, na przykład coś takiego:

Marzę o wyborze misyjnym, zdolnym przemienić wszystko, aby zwyczaje, style, rozkład zajęć, język i wszystkie struktury kościelne stały się odpowiednim kanałem bardziej do ewangelizowania dzisiejszego świata niż do zachowania stanu rzeczy. Reformę struktur, wymagającą odnowy duszpasterskiej, można zrozumieć jedynie w tym sensie: należy sprawić, by stały się one wszystkie bardziej misyjne, by duszpasterstwo zwyczajne we wszystkich swych formach rozszerzało swój zasięg i było bardziej otwarte, by doprowadziło zaangażowanych w nie ludzi do przyjęcia stałej postawy «wyjścia» i w ten sposób sprzyjało udzieleniu pozytywnej odpowiedzi ze strony tych wszystkich, którym Jezus ofiaruje swoją przyjaźń. Jak mówił Jan Paweł II do biskupów Oceanii: «wszelka odnowa Kościoła musi mieć misję jako swój cel, by nie popaść w pewnego rodzaju kościelne zamknięcie się w sobie»”.

I taż odnowa misyjna, to właśnie centrum i źródło całej adhortacji. Wszystko z niej wypływa i do niej wraca.

Jedną z konsekwencji takiego postawienia sprawy jest to, co – znów – w nomenklaturze własnej nazwałem „zaangażowaniem społecznym” katolicyzmu polskiego, które – moim skromnym zdaniem – musi nastąpić, aby Słowo Boże znów było przekazywane w sposób skuteczny. To prosta rzecz. „Idźcie i nawracajcie wszystkie narody”. Jak widać, Pan Jezus dobrze rozumiał wagę tego wymiaru życia zbiorowego, o którym wspomniałem. Celem ewangelizacji jest nie tylko przekonanie jednostek, ale wytworzenie struktur i metod życia społecznego, tak aby cała kultura zaczęła, oczywiście w sposób niedoskonały, ale chodzi o uzyskanie maximum dostępnego w danych okolicznościach, odzwierciedlać ducha i przesłanie Ewangelii. Jeśli zaś ma to się stać, należy w procesie głoszenia (bądź jak rozumianym) w sposób twórczy i krytyczny odnosić do aktualnego kontekstu, wskazując na elementy niechrześcijańskie, jakie w nim istnieją, a którym na pewno jest fundamentalnie zdehumanizowany system gospodarczy, oparty na skrajnej nierówności, a w krajach trzeciego Świata nawet wprost na wyzysku, na duchu oligarchii, systemu, w którym jedni (jako klasa!) panują, a drudzy (również jako klasa) słuchają, przy czym podział ten oparty jest wyłącznie na pieniądzach.

Co zaś czytamy w tekście ojca świętego?

Przede wszystkim: „Ewangelizować to czynić obecnym Królestwo Boże w świecie. Jednak «żadna niepełna i niedoskonała definicja nie może zadośćuczynić bogatej, wielostronnej i dynamicznej rzeczywistości, jaką jest ewangelizacja, żeby nie zaistniało równocześnie niebezpieczeństwo osłabienia jej sensu lub nawet zniekształcenia». Obecnie chciałbym się podzielić swoją troską o społeczny wymiar ewangelizacji, ponieważ jeśli nie zostanie on odpowiednio ukazany, narazimy się na ryzyko zniekształcenia autentycznego i pełnego znaczenia misji ewangelizacyjnej. Kerygma posiada nieuchronnie treść społeczną: w samym sercu Ewangelii znajduje się życie wspólnotowe i zaangażowanie się na rzecz innych. Treść pierwszego przepowiadania ma natychmiastową reperkusję moralną, której centrum stanowi miłość”.

Jak to uczynić? Po pierwsze, przeciwstawić się „bałwochwalstwu pieniądza”, gospodarce niedbającej o osobę ludzką, „filozofii (by ująć to za Carlyle’em) zysków i strat”, gdzie wszystko, włącznie z wartościami niematerialnymi i bezwzględnymi, przeliczane jest na pieniądze. „Kryzys finansowy, jaki przeżywamy, prowadzi nas do zapomnienia, że u jego początków tkwi głęboki kryzys antropologiczny: negacja prymatu istoty ludzkiej! Stworzyliśmy nowych bożków. Kult starożytnego złotego cielca (por. Wj 32, 1-35) znalazł nową i okrutną wersję w bałwochwalstwie pieniądza i w dyktaturze ekonomii bez twarzy i bez naprawdę ludzkiego celu. Światowy kryzys, dotykający finanse i ekonomię, ujawnia własny brak równowagi, a przede wszystkim poważny brak ukierunkowania antropologicznego, sprowadzający człowieka do tylko jednej z jego potrzeb: do konsumpcji”. Inaczej mówiąc, chrześcijaństwo musi wystąpić jasno i dobitnie przeciw kapitalizmowi.

Po drugie, rozpocząć to, co papież nazywa procesem „włączenia społecznego ubogich”, który to proces musi być zakorzeniony w biblijnej doktrynie o równej godności wszystkich. „Każdy chrześcijanin oraz każda wspólnota powołani są, by być Bożymi narzędziami wyzwolenia i promocji ubogich w celu pełnej integracji społecznej; zakłada to, że jesteśmy uważni na krzyk ubogiego i gotowi go wesprzeć. Wystarczy przeglądnąć karty Pisma Świętego, aby odkryć, jak dobry Ojciec pragnie wsłuchiwać się w wołanie ubogich: «Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z rąk […]. Idź przeto teraz, posyłam cię» (Wj 3, 7-8. 10) i okazuje się zatroskany o ich potrzeby: «Wtedy Izraelici wołali do Pana i Pan wzbudził im wybawiciela» (Sdz 3, 15). Pozostawanie głuchymi na to wołanie, gdy jesteśmy narzędziami Bożymi, aby słuchać ubogiego, wyłącza nas z woli Ojca i Jego planu, ponieważ ten ubogi «będzie wzywał Pana przeciwko tobie, a ty obciążysz się grzechem» (Pwt 15, 9). Brak zaś solidarności w obliczu jego potrzeb wpływa bezpośrednio na nasze odniesienie do Boga: «Gdy bowiem przeklnie cię w goryczy duszy, Ten, co go stworzył, wysłucha jego życzenia» (Syr 4, 6). Powraca zawsze stare pytanie: «Jeśliby ktoś posiadał na świecie majątek, i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga?» (1 J 3, 17). Przypomnijmy również, z jak głębokim przekonaniem apostoł Jakub nawiązywał do obrazu krzyku uciskanych: «Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy z pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk żniwiarzy doszedł do uszu Pana Zastępów» (5, 4)”.

To zaś może stać się tylko na drodze odejścia od (nie)liberalnej doktryny o absolutnym prawie użycia i nadużycia i powrotu do rdzennie chrześcijańskiego pojęcia współodpowiedzialności wszystkich. Innymi słowy: relatywizacji znaczenia różnic majątkowych. „Solidarność jest spontaniczną reakcją człowieka uznającego społeczną funkcję własności i powszechne przeznaczenie dóbr jako rzeczywistości poprzedzających własność prywatną. Prywatne posiadanie dóbr usprawiedliwione jest przez ich strzeżenie i pomnażanie, tak by lepiej mogły służyć dobru wspólnemu, stąd solidarność należy przeżywać jako decyzję zwrócenia ubogiemu tego, co mu się należy. Przekonania te i rzeczywiste praktykowanie solidarności otwierają drogę do innych przemian strukturalnych i czynią je możliwymi. Zmiana w strukturach nie prowadząca do nowych przekonań i postaw sprawi, że te same struktury wcześniej czy później staną się skorumpowane, ociężałe i nieskuteczne”.

Jednocześnie, to, co należy zrobić, to zacząć rozmawiać z uboższymi warstwami społeczeństwa w sposób poważny i na serio: słuchać ich głosu i uczyć się od nich, pozwolić im kształtować swoje wspólnoty i wyrażać w nich swojego ducha. W terminologii bardziej profesjonalnej powiedzielibyśmy, że chodzi o przejście w rozmowie z klasami uboższymi od paternalizmu do fraternalizmu, od władzy pojmowanej na wzór opieki nad dziećmi, do relacji prawdziwie braterskich. „[P]ragnę Kościoła ubogiego dla ubogich. Oni mogą nas wiele nauczyć. Oprócz uczestnictwa w sensus fidei, dzięki własnym cierpieniom znają Chrystusa cierpiącego. Jest rzeczą konieczną, abyśmy wszyscy pozwolili się przez nich ewangelizować. Nowa ewangelizacja jest zaproszeniem do uznania zbawczej mocy ich egzystencji i do postawienia jej w centrum drogi Kościoła. Jesteśmy wezwani do odkrycia w nich Chrystusa, do użyczenia im naszego głosu w ich sprawach, ale także do bycia ich przyjaciółmi, słuchania ich, zrozumienia ich i przyjęcia tajemniczej mądrości, którą Bóg chce nam przekazać przez nich”.

By ująć to bardziej skrótowo: Kościół musi stać się bardziej demokratyczny – demokratyczny w integralnym tego słowa znaczeniu, musi zacząć traktować ludzi jako równych i uznać prawo każdego do samostanowienia, z którego to prawa wynika prawo do uczestnictwa w stanowieniu o życiu zbiorowym. Demokratyzm zaś, to antyoligarchizm.

Po trzecie, kwestia droga memu sercu, bo straszliwie (ach, ach) kontrowersyjna, mianowicie: kwestia obrony życia nienarodzonego. Od jakiegoś czasu utrzymuję, że nie jest to kwestia religijna, ale kwestia prawa naturalnego i w taki też sposób powinno się na jej temat argumentować: przede wszystkim z praw człowieka. Odniosłem wrażenie, że nie zostało to przyjęte przychylnie. Tak? Posłuchajmy papieża: „Pośród tych ubogich, o których Kościół chce troszczyć się z upodobaniem, są również dzieci mające się narodzić; są one najbardziej bezbronne i niewinne ze wszystkich, a dzisiaj chce się je pozbawić ludzkiej godności, aby robić z nimi to, co się chce, pozbawiając je życia i ustanawiając prawa, by nikt nie mógł temu przeszkodzić. Aby lekceważąco ośmieszyć podejmowaną przez Kościół obronę życia nienarodzonych, często przedstawia się jego postawę jako coś ideologicznego, obskuranckiego i konserwatywnego. A przecież obrona rodzącego się życia jest ściśle związana z obroną jakiegokolwiek prawa człowieka. Zakłada ona przekonanie, że każda ludzka istota jest zawsze święta i nienaruszalna w jakiejkolwiek sytuacji i w każdej fazie swego rozwoju. Jest celem samym w sobie, i nigdy nie jest środkiem do rozwiązania innych trudności. Jeśli obalimy to przekonanie, nie ma solidnych i trwałych fundamentów do obrony praw człowieka, które byłyby zawsze uzależnione od korzyści zmieniających się rządów. Sam rozum wystarczy, aby uznać nienaruszalną wartość każdego ludzkiego życia, ale jeśli spojrzymy na nie w świetle wiary, «wszelki gwałt zadany osobistej godności istoty ludzkiej wzywa o pomstę przed obliczem Bożym i jest Obrazą Stwórcy człowieka»”.

Jednocześnie zwracałem uwagę, że należy pamiętać, że aborcja to problem specyficznego kontekstu, w związku z czym wypadałoby zachować przy jego omawianiu wyjątkową delikatność. Czytamy dalej: „Właśnie dlatego, że kwestia ta powiązana jest z przesłaniem o wartości osoby ludzkiej, nie powinno się oczekiwać, że Kościół zmieni swoją postawę w tej kwestii. Chcę być całkowicie uczciwy w tym względzie. To nie jest problem poddany zamierzonym reformom lub «modernizacji». Nie jest żadnym postępem rozwiązywanie problemów przez eliminację ludzkiego życia. Jednak prawdą jest również, że uczyniliśmy niewiele, aby odpowiednio pomagać i towarzyszyć kobietom znajdującym się w bardzo ciężkiej sytuacji, w której aborcja jawi się im jako szybkie rozwiązanie w ich głębokiej udręce, szczególnie gdy rozwijające się w nich życie zaistniało w wyniku gwałtu lub w kontekście krańcowego ubóstwa. Któż może nie zrozumieć tak bolesnych sytuacji?”

Kwestia ta, pozwala nam przejść płynnie od Evangelii gaudium do Gaudete et exultate, którym to dokumentem zajmiemy się tutaj bardzo skrótowo (być może bardziej szczegółową recenzję sporządzę w swoim czasie). W nim również, kwestia obrony życia poczętego zostaje ujęta z perspektywy szerszego kontekstu, w który powinna być wpisana – co również swego czasu zasugerowałem, znowu nie uzyskując chyba zrozumienia. Jeśli chcemy bronić prawa do życia, argumentowałem, o ile mnie pamięć nie myli, to powinniśmy bronić go w sensie szerokim – powinniśmy protestować przeciwko wszelkim formom „zabójstwa”, tak fizycznego, jak duchowego i psychicznego, przeciwko wszystkim zjawiskom społecznym, które dławią potencjał osoby i nie pozwalają ludziom prowadzić życia prawdziwie ludzkiego. Inaczej nasze usiłowania będą pozbawione szerszej perspektywy i głębszego uzasadnienia, a nas samych łatwo będzie oskarżyć o hipokryzję. W tekście czytamy: „Jasna, stanowcza i żarliwa musi być na przykład obrona istoty niewinnej, jeszcze nie narodzonej, ponieważ stawką jest w tym wypadku godność życia ludzkiego, zawsze świętego, czego wymaga miłość do każdej osoby, niezależnie od etapu jej rozwoju. Ale równie święte jest życie ubogich, którzy już się urodzili i zmagają się z biedą, opuszczeniem, wykluczeniem, handlem ludźmi, ukrytą eutanazją chorych oraz osób starszych, pozbawionych opieki, w nowych formach niewolnictwa oraz wszelkich postaciach odrzucania. Nie możemy wyznaczać sobie ideału świętości, który pomijałby niesprawiedliwość tego świata, w którym niektórzy świętują, spędzając swoje życie wesoło i sprowadzając je do coraz to nowej konsumpcji, podczas gdy inni oglądają to jedynie z zewnątrz, a ich życie płynie i kończy się marnie”.

Widać zatem, że ojciec święty wraca, tym razem w nieco innym kontekście, do tematu aktywności społecznej, która raz jeszcze zostaje nazwana obowiązkiem katolika – i to w sposób szczególnie miły mojemu sercu: „Szkodliwy i zideologizowany jest również błąd tych, którzy są podejrzliwi wobec społecznego zaangażowania innych, uważając je za coś powierzchownego, doczesnego, zsekularyzowanego, immanentystycznego, komunistycznego, populistycznego”. Jako zajadły przeciwnik „węszycieli komunizmu” (świecki odpowiednik „węszycieli herezji”, to Turowicz) cieszę się, że współczesny Piotr ujmuje sprawę nawet podobnym językiem.

Nowe wątki, które się pojawiają w tym dokumencie w stosunku do Evangelii gaudium dotyczą jednak czegoś innego, mianowicie: metod tego, co nazywa się „oporem wobec świata”. Jest to szczególnie modne wśród różnych środowisk „tradycjonalistycznych”, które uczyniły sobie z tego sztandar. Zawsze utrzymywałem, że intuicja to dobra, ale wykonanie fatalne, bo zazwyczaj kończy potępieniem rzeczy w nim względnie znośnych albo wręcz przyjemnych, na przykład rządu reprezentatywnego, równości wobec prawa, idei praw człowieka, a nawet (sic!) wolności słowa, sumienia i wyznania, które dla każdego rozsądnego człowieka powinny być już, wydawałoby się, oczywistością (no, chyba że facebook blokuje prawicowe treści, wtedy wolność słowa wskakuje na sztandary – ale to osobna opowieść i jedna z wielu wad tego niedającego się z niczym pomylić sposobu myślenia i działania). Otóż zgadzam się, że w społeczeństwie współczesnym jest wiele zła, niemniej podsumować je można dwoma słowami: konsumpcjonizm i kompetytywizm. Urząd prezydenta nie jest z definicji bezbożny. Natomiast społeczeństwo, w którym wszystko (łącznie z kulturą!) sprowadza się do konsumpcji, a wszystkie relacje stanowią ledwie „maski” nieograniczonej żadnym wędzidłem moralnym rywalizacji, w którym pod płaszczykiem pozornego egalitaryzmu każdy wynosi się nad każdego i każdym pogardza, jest bezbożne. I wydaje mi się to dosyć jasne. Papieżowi zresztą chyba też. I tak, na przykład, w rozdziale III „W świetle Mistrza”, w którym świętość pokazana zostaje na przykładzie znaczenia Ośmiu Błogosławieństw, już na początku dowiadujemy się:

Chociaż słowa Jezusa mogą wydawać nam się poetyckie, to jednak są one przeciwstawne wobec tego, co czyni się zazwyczaj i co czyni się w społeczeństwie. I chociaż to orędzie Jezusa nas pociąga, to jednak świat prowadzi nas do innego stylu życia. Błogosławieństwa nie są bynajmniej czymś lekkim, ani powierzchownym. Wręcz przeciwnie, możemy nimi żyć tylko wtedy, gdy Duch Święty przenika nas całą Swoją mocą i uwalnia nas od słabości egoizmu, lenistwa czy pychy”.

Dalej, zaraz na początku analizy Błogosławieństwa drugiego („Cisi”): „Są to słowa mocne w tym świecie, który od początku jest miejscem wrogości, w którym wszędzie trwają spory, w którym zewsząd przychodzi nienawiść, w którym ciągle klasyfikujemy innych na podstawie ich poglądów, nawyków, a nawet ich sposobu mówienia lub ubierania się. Krótko mówiąc, jest to królestwo pychy i próżności, w którym każdy sądzi, że ma prawo, by wznieść się ponad innych”.

Kolejno, błogosławieństwo trzecie („Którzy się smucą”): „Świat proponuje coś przeciwnego: rozrywkę, przyjemność, rozproszenie i zabawę, i mówi nam, że to właśnie czyni życie dobrym. Świat ignoruje, spogląda w inną stronę, gdy pojawiają się problemy, jak choroba lub cierpienie w rodzinie lub w otoczeniu. Świat nie chce płakać: woli ignorować bolesne sytuacje, maskować je, ukrywać. Wiele wysiłku wkłada się w to, aby uciec od sytuacji, w których obecne jest cierpienie, sądząc, że można przysłonić rzeczywistość, w której przecież nigdy, przenigdy nie może zabraknąć krzyża”.

I tak dalej, i tak dalej. Taki duch sprzeciwu przenika całą papieską interpretację (bardzo prostą, ale bardzo inspirującą). Na koniec zaś, otrzymujemy przestrogę, że na drodze do świętości „Hedonistyczny konsumpcjonizm może nam wyrządzić niedźwiedzią przysługę, ponieważ, ogarnięci obsesją dobrej zabawy, w końcu nadmiernie koncentrujemy się na sobie, na naszych prawach i roszczeniach, by mieć czas wolny na korzystanie z życia. Trudno będzie nam zaangażować się i poświęcać energię na pomoc osobom, których sytuacja jest niedobra, jeśli nie będziemy pielęgnować w sobie pewnej wstrzemięźliwości, jeśli nie będziemy walczyli z tą gorączką, jaką narzuca nam społeczeństwo konsumpcyjne, by nam sprzedawać rzeczy, i która w końcu zamienia nas w biednych malkontentów, którzy chcą mieć wszystko i spróbować wszystkiego. Również konsumpcja informacji powierzchownych oraz form szybkiej i wirtualnej komunikacji może być czynnikiem oszałamiającym, który zabiera nam cały czas i odciąga nas od cierpiącego ciała braci. W tej współczesnej otchłani Ewangelia rozbrzmiewa na nowo, aby nam dać inne, zdrowsze i szczęśliwsze życie”.

I zupełnie na koniec, pozostaje jeszcze kwestia – ja wiem? – może i najbardziej istotna, mianowicie: jaki ma być święty? Pytanie niebagatelne, skoro każdy powinien przynajmniej dążyć do świętości. Katolik więc, musi wiedzieć, w jaki wzór ma patrzeć. Na swoje potrzeby ukułem sobie definicję genialną, bo nie mówiącą nic: święty ma być normalny. Ja to wnioskuję jak gdyby z natury całej sprawy. Skoro łaska działa wewnętrznie i świętość rezyduje przede wszystkim we wnętrzu, to logicznie nie manifestuje się w różnorakich zewnętrznych dziwactwach religijnych, takim stereotypowym „ooooooo” (czyli pospolicie mówiąc nawiedzeniu), które ludzie przypisują zazwyczaj osobom rzekomo religijnie wtajemniczonym. Ojciec święty, ujmuje sprawę bardzo podobnie: święty jest „bardziej żywy, bardziej ludzki”. Jest to jedno z tych zagadnień, które albo rozumie się bardzo łatwo albo wcale, więc nie będę się teraz rozwodził – poddaję pod namysł, po prostu, licząc na owoce.

I teraz, pointa, czyli to, co najważniejsze. Bo co ja tu właściwie robię? Chwalę się? Że taki mądry jestem? I że papieża poczytałem? Przecież wiadomo, że nie. Bo, po pierwsze, nie uważam, żeby moje obserwacje miały jakiś rewelacyjny charakter – przeciwnie. Dla mnie to kwestia zdrowego rozsądku, prostych obserwacji, takie truizmy, których – po przemyśleniu – trudno nie uznać i które stanowią ledwie wstęp do zagadnienia (trochę jak z niektórymi, mądrzejszymi aspektami myśli Rousseau). I takie jest też, uważam, właściwe znaczenie obecnego papieża: że przypomina o podstawach, o tym, o czym nigdy nie powinniśmy byli zapomnieć. Po drugie wszakże, i dużo, dużo istotniejsze: nic z tego, co w wymienionych wyżej kwestiach wymyśliłem, nie wymyśliłem sam – a właściwie nawet w sensie ścisłym nie wymyśliłem. Wszystko, cokolwiek mi się w głowie zalęgło, wziąłem bowiem, w tej lub innej formie, od jednego autora, którego nazwisko jest chyba dosyć oczywiste. Cały mój opisany wcześniej proces dojrzewania i przemiany, cały, powiadam, był z Chestertona. Politycznie, jak również w kwestii „stylu” Kościoła i wszystkich spraw pobocznych, nie ma u mnie niczego, przy czym nie towarzyszyłaby mi jakaś jego książka, czy nawet jakiś specyficzny cytat, który mną akurat wstrząsnął. Nie stanowiło to najłatwiejszej strony naszej znajomości, przeciwnie: wielokrotnie się z Gilbertem spierałem, porzucałem lekturę na całe miesiące, obrażałem się, unosiłem; no, ale jak to powiedział Dale Ahlquist: „Kłóciłem się z Chestertonem wiele razy i za każdym razem zostałem pokonany”. Słowo wpadło, urosło i wydało owoce. Takie właśnie – a nie inne. No i teraz – ja wiem? Może to wniosek zbyt daleko idący, ale nie jest tajemnicą, że Franciszek należy do miłośników Gilberta Chestertona i zna jego dorobek bardzo dobrze. No a skoro dwie osoby, z zupełnie innych krajów i pokoleń, czytają to samo, a potem „przypadkiem” dochodzą do podobnych konkluzji – no właśnie, to czy to może jeszcze być przypadek? A sprawa jest poważna z perspektywy ewentualnej beatyfikacji i kanonizacji naszego ulubionego pisarza, bo przecież gdyby to była prawda i gdyby naprawdę, tak jak u mnie, w wypadku Franciszka ten duch katolicki był po prostu „duchem Chestertonowskim”, gdyby Chesterton naprawdę stanowił jedno z głównych, formatywnych źródeł wpływu w jego życiu i umysłowości – to by mogło oznaczać bardzo, bardzo wiele. A co konkretnie, to jeszcze nie wiem (ha, ha); może ktoś pomoże mi przemyśleć tę kwestię dogłębniej. W każdym razie czytałem onegdaj u kogoś mądrego, że świętość to nie cuda, a wejście na „drogi Ducha”, że Duch tchnie przez człowieka. No to tutaj mielibyśmy takie tchnienie, że ho-ho. No bo choć rzeczywiście nie są to przemiany epokowe, to skoro już weszły do magisterium, nabierają właśnie nowego znaczenia – i może w dzisiejszych czasach Bóg chce, jak Żydom przez całą ich historię, przypomnieć nam raczej sprawy fundamentalne, nić cokolwiek innego. A więc jeśli, jeśli, jeśli i jeśli – to cóż? Aż strach myśleć, tak prawdę mówiąc.

I jeszcze jedno: oczywiście zachęcam do lektury odnośnych dzieł ojca świętego. Każdy może przekonać się na własne oczy, ile w tym naprawdę „komunizmu”, „progresywizmu” czy „relatywizmu”. Ale to już zagadnienie marginalne.

Maciej Wąs

Linki: