Dowiedziałem się dziś na Mszy Świętej, że oto za tydzień, 18 stycznia, rozpoczyna się tydzień modlitw o jedność chrześcijan (znaczy, rozpoczyna się on jak co roku, tylko że jak coś mi się nie podoba, to o tym zapominam – to freudeowskie – a akurat ten czas jest jednym z moich najnieulubieńszych w całym roku liturgicznym, a czemu to wyjaśnię za chwilę). W związku z tym, awansem sporządzam krótką listę jedynie słusznych wskazówek jak go przeżywać tak, aby to miało sens (ja pewne rzeczy po prostu wiem).

A zatem, takie wydarzenie, w którym modlimy się razem z braćmi odłączonymi, w nieunikniony sposób nakazuje nam pochylić się nad różnorakimi zarzutami, które kierowali u swego zarania przeciw Kościołowi Katolickiemu, i nadal kierują, różnej maści schizmatycy i heretycy (nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu). I trzeba przyznać, że w większości wypadków, możemy się z nich wiele nauczyć. No bo na przykład:

1. Zarzut luterański głosi, że katolicy en bloc nie czytają Pisma Świętego i nie pogłębiają swojej wiary. Jest to prawda.

2. Zarzut pentekostalny głosi, że katolicy są zbyt racjonalistyczni i mało otwarci na natchnienia z Nieba. To również jest prawda.

3. Zarzut prawosławny z kolei, opiera się (w skrócie, i to grubym, bo w takiej formie tego nie słyszałem) na przeświadczeniu, że katolicy stali się w przeżywaniu wiary drobnomieszczańscy. Prawda.

4. Zarzut kalwiński (ale i luterański trochę), że mają tendencję do lekceważenia roli łaski i „kupują” sobie niebo dobrymi uczynkami. Prawda? Prawda (a nie?).

5. Wreszcie, zarzut kwakierski i całej masy podobnych „wspólnot przyjaciół” (np. Braci plymuckich) jak historia długa i szeroka, że katolicyzm za bardzo się zinstytucjonalizował i zrytualizował, że za dużo w nim przywiązania do znaków zewnętrznych, hierarchii i litery prawa, a za mało braterstwa, ciepła i chrześcijańskiej równości. To już po trzykroć prawda.

ALE, zapytajmy z kolei, czy fakt, że wszystkie te zarzuty, te intuicje, z których wzięły się, czy biorą, różne herezje świata, są prawdziwe, oznacza:

1. Że katolicyzm jest religią nieprawdziwą? Nie.

2. Że istnieje więcej, niż jeden prawdziwy Kościół? Nie.

3. Że istnieje wiele równoprawnych perspektyw tłumaczenia spraw Boskich? Nie.

4. Że Kościół sam nie próbował na te bolączki odpowiedzieć? Nie.

5. I wreszcie, że wszyscy katolicy popełniają te błędy? Nie, nie i po trzykroć nie.

Jest to jedna z tych spraw, które mnie akurat zawsze wydawały się oczywiste i nie bardzo rozumiem, skąd mogą się tutaj brać wątpliwości (być może dlatego, że jestem debilny). Albo Chrystus, gdy przyszedł na świat, osobiście, przed swym odejściem, „zabezpieczył” swoją naukę stworzeniem trwałej i jasno zorganizowanej instytucji, która by ją przekazywała, z (przynajmniej „zarodkowymi”) hierarchią godności, zasadami funkcjonowania i następcą, albo to się wszystko kupy-dupy (za przeproszeniem szanownych dam) nie trzyma i można sobie dać spokój z religią wyczytującą coraz to nowe prawdy z wątpliwych fragmentów starodawnych pism, które można interpretować (jak w sensie „fizycznym”, a nie merytorycznym, każdy tekst) na wszystkie sposoby. Istnieje jeden prawdziwy Kościół, zbudowany na skale czy górze, a właściwie „Skałasie” bądź „Górzasie” (tak chyba można by z grubsza przetłumaczyć imię Kefas), prowadzony przez Ducha Świętego w jedności z tym fundamentalnym autorytetem. Kościół poraniony, w sprawach codziennych do bólu omylny, co do swego „personelu” skrajnie niedoskonały i być może faktycznie, jak każda duża instytucja, mało odporny wobec „prawa pożądliwości”, woli władzy i mocy, niemniej niepodzielny i realny, głoszący prawdziwą naukę. Wniosek: wyjściem jest w nim zostać i próbować go naprawiać od wewnątrz. Odłączanie się, szczególnie w imię własnych, opartych wyłącznie na własnym ego, pomysłów teologicznych, nie tylko że jest błędem, to jeszcze zazwyczaj potęguje, mocą reakcji, te nadużycia, przeciw którym się kieruje. Stanowi zatem grzech podwójny – i straszny; „Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie”.

Ten fakt nie oznacza jednak bynajmniej wcale, że z ludźmi należącymi do innych Kościołów nie da się żyć. Historia potoczyła się jak się potoczyła i nic się nie poradzi. Inne wyznania chrześcijańskie, niepozostające w komunii z Piotrem, zapuściły korzenie w różnych częściach Europy, trwale wrastając w tkankę ich kultury. Przeważająca większość z tych, którzy do nich należą, to po prostu ludzie urodzeni w nich i wychowani, nieprzejawiający żadnej złej woli w stosunku do Rzymu (dlatego mówi się na nich nie „heretycy”, a raczej dysydenci). Chociaż się z nimi nie zgadzamy, nie musimy się zabijać. Ba! – możemy się nawet przyjaźnić, nie myśląc po prostu w pewnych sytuacjach o różnicach teologicznych, podejmować wspólne inicjatywy, współpracować, pozostawać we wzajemnym szacunku do siebie. A najważniejsze: wygaszać istniejące konflikty. Bo to tutaj właśnie tkwi źródło całego ruchu ekumenicznego. W Polsce mało się to rozumie, bo nie mieliśmy w naszych dziejach żadnej wojny religijnej. Natomiast na zachodzie, tam, gdzie wciąż tli się, i to mimo całej sekularyzacji, ogień wojny trzydziestoletniej i innych podobnych konfliktów, wygląda to zupełnie inaczej. Osobiście prawdziwy sens zdania „Kochajmy protestantów” pojąłem dopiero w Irlandii Północnej, która do dziś pozostaje beczką prochu, a dzieci z protestanckich i katolickich szkół wciąż rzucają w siebie kamieniami. Za dużo krwi przelano w imię debaty o sensie doktryny predestynacji. Nie służy to nikomu ani niczemu, na pewno zaś nie religii. Wypadałoby więc zakończyć to szaleństwo czym prędzej i zacząć współistnieć w innej atmosferze, raczej otwartości i sympatii, niż wrogości i nieufności, ze świeckim, w zdrowym tego słowa znaczeniu, państwem jako gwarantem pluralizmu i tolerancji dla nas wszystkich. Kościół to dostrzegł i korzystając z doświadczeń wielu ludzi wielu wieków wcześniej, ogłosił na Soborze Watykańskim II deklaracje „Nostra aetate” i „Dignitas humanae”. Ot i cała historia.

Niestety, i tutaj dochodzimy do przyczyn mojej wspomnianej wcześniej niechęci, w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. I konflikty religijne zachodu (czego wspomniana Irlandia dowodem) trwają jak trwały, wspólnych inicjatyw zaangażowanych społecznie chrześcijan w coraz bardziej sekularyzującym się świecie jest jak na lekarstwo, wierni świeccy nie znaleźli ani nic z nowego języka porozumiewania się ze sobą, nowego „stylu” współbycia intra-kulturowego, to zaś, co kwitnie i rozrasta się, to konferencje, wspólne nabożeństwa, spotkania hierarchów i uroczyste deklaracje, jednym słowem: porozumienie „góry”, duchowieństwa, przywódców i uniwersyteckich teologów. Nie wiem, może to znów moje wrodzone prostactwo, niemniej mnie wydaje się to postawieniem sprawy na głowie. Nie robi się nic tam, gdzie się coś zrobić da, za to wszystko tam, gdzie to ledwie „słowa-słowa-słowa”, i gdzie te słowa często faktycznie są tylko „wydychanym powietrzem, dziwnymi gwizdami” (żeby jeszcze zostać przy Wilusiu). Bo można, nawet nie zgadzając się na różne tematy, wspólnie wynieść kogoś z pożaru albo ten pożar ugasić. Albo i, skoro już o tym mowa, zaangażować się w wytłumaczenie ludziom, dlaczego człowiek ma prawa od poczęcia, a nie od urodzenia. Nie można jednak naraz wierzyć i nie wierzyć w wewnętrzne działania łaski. Albo łaska jest stałą doskonałością, wszczepioną w samą istotę duszy i nadającą nawet naszym uczynkom moc zasługującą – albo ledwie „płaszczem” przykrywającym naszą szpetotę przed oczyma Bożymi. Tertium non datur. I skądinąd wątpliwe wydaje mi się, aby jakakolwiek, najbardziej subtelna (czyli nudna i oparta na wątpliwych grach słownych dziś nagminnie mylonych z argumentacją logiczną) nawet deklaracja teologiczna mogła tu cokolwiek zmienić, poza tym, że wytwarza wrażenie, że teologia nic nie znaczy (skoro A znaczy w niej B i odwrotnie) i wszystko jest kwestią dowolną, w związku z czym to, co trzeba zrobić, to zbudować sobie nowy pan-chrześcijański „kościół” i nie przejmować się tymi pierdołami.

Nigdy nie zapomnę, jak wielkie wrażenie wywarło na mnie, gdy mój mistrz, Jacques Maritain, jeden z pionierów ruchu ekumenicznego (o czym się teraz nie pamięta, w Polsce zresztą o niczym się zresztą w sprawie Maritaina nie pamięta, no bo kimże, a raczej czymże, jest Maritain wobec o. prof. Mieczysława Krąpca?) w swojej ostatniej (1973) książce Kościół Chrystusa napisał te pamiętne słowa, że ekumenizm poszedł w kierunku dokładnie przeciwnym, niż miał pójść. Że chodziło o przyjaźń i ludzką otwartość, o codzienny wysiłek i braterskie współistnienie (czy wręcz współ-istnienie), a skończyło się na dokumentach, deklaracjach i popisach jurysprudencji w gronie specjalistów. Za antidotum proponował organizację spotkań pokonferencyjnych, gdzie wszystkie te mądre głowy zamiast omawiać pisma Orygenesa wypiłyby ze sobą kieliszek wina i wypaliły papierosa (sic! MON DIEU!); może wtedy wyszłoby z tego coś sensownego. Bo póki co, to nie ma sensu za grosz. I tak też do dziś nie ma.

Jeśli zaś ktoś chciałby praktycznego przykładu tego, że dobrze pojęty ekumenizm, czy „dialog międzyreligijny” jest możliwy bez rozmywania treści doktrynalnej i że można zmieniać Kościół od środka nie wychodząc z niego, a raczej do niego wchodząc, to niech sobie poczyta Gilberta Keitha Chestertona. Wiem, że zazwyczaj tak się go nie przedstawia. Przeciwnie: przecież to „młot na heretyków” i „obrońca ortodoksji”! A jednak, nawet tę „ortodoksję” sam zdefiniował przecież (o czym – ciekawe, prawda? – jakoś rzadko się wspomina) jako wierność Apostolskiemu Wyznaniu Wiary, a nie katolicyzm. Samo to już zatem otwiera jakąś możliwość rozmowy z tymi, którzy również to credo uznają. Miał mnóstwo przyjaciół wszystkich wiar i poglądów, z którymi się spierał, ale tak, że nadal pozostawali jego przyjaciółmi. I nie był wcale, ale to wcale, znów: wbrew temu, co się gada, typowym głosem katolickim swojego czasu. Raczej wręcz przeciwnie. I naprawdę musiał mierzyć się ze sporą niechęcią i opozycją. Nieskromnie powiem, że poświęciłem sporo czasu, aby coś z tego wykazać. Tego czasu tutaj i teraz nie mamy. Jeśli ktoś jednak koniecznie chciałby otrzymać jakieś wsparcie, to służę, bo można zacząć choćby od tego: http://chestertonpolska.org/chesterton-o-tolerancji-wzgledem-innych-religii/ . A materiału znajdzie się naprawdę sporo, no tylko że warunkiem jest czytać, a nie się tożsamościowo wzmagać, niemniej to również temat na nieco inną „dyskusję”…

Maciej Wąs