Wiele się ostatnio wydarzyło. Tak wiele, że nie nadążyłem z pisaniem. Miały miejsce na przykład jakieś wypadki związane z reformacją, nie wiem, czy z samą reformacją, czy z urodzinami Lutra. Chciałem napisać tekst, nie dałem rady. Szkoda, bo akurat z chestertonologicznego punktu widzenia temat jest perełką. Integralistyczni zwolennicy Gilberta wprost uwielbiają „maczugować” naszych braci odłączonych tą masą cierpkich słów, które autor Ortodoksji napisał pod adresem protestantyzmu i samego Lutra personalnie. Jeden facet nawet całą książkę na ten temat wymodził. Nie dziwię się, bo to to jest bardzo łatwe. Łatwo jest pokazywać cytat za cytatem i mówić: „Bo Chesterton napisał to, Chesterton napisał tamto”. Nieco trudniej przywoływać fakty i kontekst. A fakty są takie, że choć Chesterton istotnie zawsze miał negatywne zdanie co do historycznego procesu reformacji i protestantyzmu w wersji niemieckiej czy purytańskiej, to jednak do 1922 roku był anglikaninem (i paradoksalnie najlepszą część swojej krytyki sformułował właśnie jako członek Kościoła Anglikańskiego), do końca życia utrzymywał przyjazne relacje z wieloma innymi anglikanami (na przykład „czerwonym księdzem” Conradem Noelem, tutaj się w ogóle herezja dubluje) i posługiwał się przekładem Pisma Świętego znanym jako Biblia króla Jakuba (taki anglikański „Wujek”). Cokolwiek zatem można o Chestertonowskiej krytyce protestantyzmu powiedzieć, to pewne pozostaje, że nie ma ona wiele wspólnego z tym, co można by nazwać „przedsoborowym” podejściem do sprawy, z jego całkowitą izolacją, wrogością, zabetonowaniem drzwi, aż do wezwania, by – jak czytamy w słynnym Katechizmie kardynała Gasparrego – kacerskie przekłady Biblii palić w obecności księdza proboszcza.

Z wydarzeniem dzisiejszym, Dniem Judaizmu, czy Dniem Dialogu z Judaizmem, jest podobnie. Tutaj również można by cytować Chestertona wręcz seryjnie, przypominając wszystkie te kąśliwe uwagi, które sformułował pod adresem diaspory żydowskiej i za które (niesłusznie) posądza się go dzisiaj o antysemityzm. Jednak i tutaj pozór upadłby rychło pod naporem faktów. Znów bowiem przypomnielibyśmy sobie natychmiast, że Chesterton miał wśród Żydów, praktykujących judaizm i niepraktykujących go, wielu przyjaciół, że zachwycał się Starym Testamentem i bronił w swej apologetyce nawet co bardziej niesympatycznych jego elementów z Księgą Jozuego włącznie i że – a to u katolickiego publicysty tamtego czasu rzecz zupełnie nadzwyczajna – nigdy, przenigdy nie zajmował się tematem, że „Żydzi zabili Chrystusa” i „Krew jego na nas i na dzieci nasze”. I że, co więcej, miał świadomość pewnej osobliwej osobności tego przedziwnego ludu że, jak pisał w Nowym Jeruzalem, czy nosi w sobie boleść Kaina, czy boleść Chrystusa (sic!), Żyd jest inny, ponieważ należy do Boga.

Czemu to jest ważne? Ponieważ integralizm, czy „tradycjonalizm” (bardzo błędne wykorzystanie tego słowa) katolicki, bazuje na pewnym micie – i to, jak traktuje się w tym środowisku Gilberta bardzo dobrze ten mit obnaża. Integraliści tworzą wizję „Kościoła przedsoborowego” jako doskonałej, samowystarczalnej twierdzy – instytucji monolitycznej, zwartej, walecznej, mówiącej zawsze jednym głosem. Tylko że oczywiście rzeczywistość jest zawsze bardziej złożona niż podobne schematyzacje i to jest po prostu nieprawda. Kościół, jeżeli już jakikolwiek na pewno jest, to jest ogromny. I jako instytucja podobnie ogromnych rozmiarów, w sposób konieczny wykazuje spory poziom wewnętrznego zróżnicowania. Zawsze, przed Soborem Watykańskim II i po Soborze Watykańskim II, a nawet przez Soborem Laterańskim V i po Soborze Laterańskim V, istniał i istnieje w nim wielogłos, różnica zdań, różne, „konkurencyjne” wrażliwości i pomysły na radzenie sobie z tak zwanym „światem” – i po ludzku mówiąc nieładnie rościć sobie prawo do decydowania o tym, co z tego całego bałaganu jest „autentycznie katolickie”, a co nie. Jeśli ktoś mógłby rościć sobie takie prawo, to papieże. Ale papieże, jak widzimy, również mówią wieloma głosami. Nie bardzo więc rozumiem, skąd bierze się powietrze na ten wielki balon i to święte namaszczenie, wynikające z przekonania, że ma się absolutną słuszność.

Natomiast oprócz kwestii metodologicznych są jeszcze merytoryczne. I tutaj, jak zwykle, również trudno się z integralistami zgodzić. Oprócz bowiem wizji Kościoła Monolitycznego, tworzą oni jeszcze inny mit – Kościoła Doskonałego. Jest to jakaś wariacja na temat nieomylności. Ale wszyscy rozumiemy chyba, że nieomylność Kościoła to nie jest jakiś dziwaczny, duchowy tryumfalizm, ale raczej pewne pocieszenie na drodze życia – że Kościół właśnie, ze wszystkimi swoimi wadami, grzechami, błędami i głupotą, w tych najważniejszych i kluczowych dla chrześcijanina sprawach jest jednak nieomylny. To jest doktryna mistyczna. I przecież nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie uważałby, że Kościół jest nieomylny w sensie zupełnie dosłownym. I akurat stosunek katolików do judaizmu bardzo wyraźnie to pokazuje. Dostałem dziś na telefon interesujące zdjęcie. Jest to fragment z barokowej wersji „Tańca śmierci” z następującym podpisem: „Sprośni turcy (sic), brzydcy Żydzi/ Iak się wami śmierć nie brzydzi/ Na żydowskie niedba smrody/ z dzikiemi skacze narody”. To jest obrazek dydaktyczny z katolickiej świątyni. Jest się czym szczycić? I naprawdę, naprawdę nikt nie widzi tutaj żadnego problemu? I czy NAPRAWDĘ możemy, na przykład, czytać katolicką publicystykę międzywojenną w Polsce bez żadnego poczucia winy w tym kontekście?

I czy to oznacza, że naród żydowski nie odrzucił Mesjasza? Nie. Czy to oznacza, że judaizm jest równie prawdziwy, co chrześcijaństwo? Nie. Czy to oznacza, że – nie wiem – powinniśmy bić się cały czas w piersi, bez ustanku przepraszać, a wręcz dokonać ekspiacyjnie aktu samolikwidacji? Nie. To oznacza po prostu, że nie tylko idee mają konsekwencje, ale również to, w jaki sposób się o nich mówi. Jest taki sposób omawiania pewnych spraw, który bazuje na wyłapywaniu różnic. Jest to chyba najłatwiejszy sposób opisywania rzeczywistości. Takie mędrkowanie. Siedzi mędrek, który pewnie nie zna ani jednego Żyda i nie wie, co dzieje się w relacjach Synagoga-Kościół, i mędrkuje: „Zachodzą przecież nieusuwalne różnice teologiczne, Żydzi odnoszą się do chrześcijan w sposób wrogi, Żydzi uznają (poczytajcie Talmud!) etykę sytuacyjną, obcą europejskiej kulturze” i tak dalej, i tak dalej. Wszystko to prawda, niemniej zaledwie pół-prawda. I to pół-prawda bardzo niebezpieczna, ponieważ bez zrównoważenia bardziej pozytywnym i pojednawczym stosunkiem, bardzo łatwo (jak doświadczenie pokazuje) degenerująca się na poziomie potocznym (z gnostycka powiedzielibyśmy „hylicznym”) w otwartą wrogość, stygmatyzację i stereotypy. Jak zwykle zatem, dochodzimy tutaj do subtelnej różnicy między wyniosłą abstrakcją a realną pracą. I to, co dzieje się w Kościele po Soborze Watykańskim II, pomimo wszystkich swoich wad, formalizmu, akademizmu, pompy, przesady, ma wiele znamion świadczących o tym, że jednak się nad czymś realnie pracuje. I z tego tylko powodu powinno być jakoś docenione, a nie wykpiwane abstrakcyjnymi mądrościami formułowanymi zza ekranu laptopa, że „modlitwy za Żydów, tradycja, Msza przedsoborowa, tu nigdy nie będzie zgody”, bo to po prostu głupie. Nie ma niczego złego w przyznaniu się do błędów, odpokutowaniu win, prośbie o przebaczenie. Trzeba się cieszyć, a nie smucić, że Kościół jest zdolny do podobnych czynów i nie uważa, żeby zmniejszały one jego autorytet. Powoli, ale skutecznie, zmierzamy, jak wiele razy w przeszłości, ku przemianie i oczyszczeniu. I sądzę, to już tak na końcową nutę, że to, co tutaj napisałem, jest dużo bardziej zgodne z Chestertonowskim duchem niż mechaniczne powtarzanie utartych sloganów, całkowicie oderwanych od życia i jego warunków.

Maciej Sobiech