Gilbert Keith Chesterton

Nowe Jeruzalem (1920)

Słowo do wydania drugiego

Każdy kto ma swojego ulubionego pisarza, ma również jedno takie jego dzieło, które, choć obiektywnie nie najważniejsze, dla niego znaczy bezwzględnie najwięcej, zazwyczaj ze względu na przeżycia osobiste – w tym sensie, że przeczytał je w jakiejś ważnej dla siebie chwili, i odnalazł w nim treści, które poruszyły go, może nawet porwały, a może nawet w pewien sposób ukształtowały i pozwoliły mu stać się tym, kim jest. W moim przypadku taką książką jest właśnie Nowe Jeruzalem Gilberta Keitha Chestertona.

Rozprawiając o podobnie osobistych zjawiskach, w świecie współczesnym, świecie post-utylitarystycznym (czyli stanowiącym najdojrzalszy, zgniły owoc tego, co sam Gilbert nazywał „kompromisem wiktoriańskim”), traktowanych bardzo pogardliwie, zawsze mam wątpliwość, kto jest tutaj, jak to się mówi, „głupi”; i czy nasz młody poeta widzi więcej, czy właśnie mniej od reszty ludzkości. Choć przeczytałem o Chestertonie całe mnóstwo książek, artykułów i krótkich rozpraw (rzeczy tak efemerycznych jak komentarze internetowe, notatki na „facebooku”, podłym Lewiatanie, i tym podobnych nawet nie liczę), i niemal cały świat przemierzyłem wirtualnie w poszukiwaniu bratniej duszy, nigdzie nie znalazłem nikogo, kto w choćby minimalnym stopniu podzielałby mój entuzjazm co do tego dzieła; zazwyczaj się o nim raczej milczy; Dale Ahlquist poświęcił mu ledwie kilka zdań i nazwał „filozoficznym dziennikiem z podróży”; inni z kolei bardziej skupiają się na pamiętnikach żony Gilberta, Frances, która towarzyszyła mu w jego podróży po Ziemi Świętej i czyniła swoje spostrzeżenia, że tak powiem, „równolegle” (to ewidentny motyw feministyczny – zresztą potencjalnie zapalny, bo czytelnik tego w książce nie znajdzie; Frances nie życzyła sobie, by Gilbert wprowadzał ją w jakikolwiek sposób do swojej publicystyki – debata publiczna, wbrew pozorom, nie zmieniła się aż tak bardzo do naszych czasów, i na początku XX wieku zjawisko „hejtu” również się w Anglii zdarzało, czasami przybierając bardzo brutalne formy). Bardziej dogłębnej analizy, być może z wyjątkiem streszczenia zaproponowanego przez niezastąpionego księdza Kera, próżno szukać.

No i cóż rzec; moim zdaniem szkoda. Bo Nowe Jeruzalem naprawdę jest książką niezwykłą, i to w więcej niż jednym sensie. Niezwykła jest sama jej forma, bo właściwie trudno ją jasno sklasyfikować; i choć w teorii miała stanowić reportaż podróżniczy, Gilbert jak zwykle opowiada swoją historię raczej w kategoriach idei, niż wydarzeń, stosując jednocześnie środki pisarskie charakterystyczne dla ulubionego przezeń gatunku „próby”, względnie naprawdę bardzo swobodnego eseju, w którym myśli krążą bez żadnych przeszkód, zdania ciągną się w nieskończoność, a każdy wywód okraszony zostaje mnóstwem dygresji, celowo spowolniony, i celowo – jeśli mogę tak powiedzieć – „stępiony”, tak by niczego właściwie nie komunikował wprost, i stanowił – zasadniczo – jak najgrubszy węzeł aluzji (rzadko zresztą mógł sobie pozwolić Gilbert na podobną zabawę). Nie oznacza to, rzecz jasna, że to jest pisanie chaotyczne; Chesterton był mistrzem, i dowodzi tego również (a może i przede wszystkim) w takich wypadkach, w wypadkach, w których nie musiał się dostosowywać i miał zupełnie wolną rękę (w życiu kochał przede wszystkim niezależność). Natomiast niewątpliwie ma to swój specyficzny koloryt i atmosferę, do której niektórzy być może będą musieli się dopiero przyzwyczaić. Jeśli tak, gorąco do tego zachęcam – warto przemóc pierwszą niechęć i poświęcić chwilę czasu na zapoznanie się z tym niezwykłym człowiekiem („styl to sam człowiek”), bo zestaw tematyczny przygotowany przez Gilberta w związku z jego wędrówką jest przynajmniej równie, o ile nie bardziej, fascynujący i niecodzienny; trudno ująć to tak krótko, jak by tutaj trzeba. O wymiarze politycznym, czy ściślej biorąc: nacjonalistycznym, tej pięknej książki wspomniałem już w słowie do wydania pierwszego, więc nie ma sensu tego powtarzać; jest to nacjonalizm lekki, otwarty, nieco jak na swoje czasy archaiczny (co wcale, dodajmy, nie stanowi wady), żywy tradycją Rewolucji Francuskiej, wojen napoleońskich, Wiosny Ludów, poczuciem braterstwa wolnych i równych narodów świata – lecz również niezłomnie realistyczny, i unikający wygodnych uproszczeń pospolitego kosmopolityzmu; czy naprawdę trzeba nazywać go nacjonalizmem, czy lepiej pozostać przy „bezpiecznym” patriotyzmie – absolutnie mnie nie obchodzi, bo nie lubię wojenek o słowa (choć, przyznaję, zawsze uważałem, że lepiej używać pojęć konkretniejszych i bardziej komunikatywnych, szczególnie jeśli można przy tym iść pod prąd stereotypów i „wiedzy popularnej”). Natomiast na tym nie koniec, i istotnie, niekiedy przechodzi Gilbert do zagadnień pozornie bardzo niepolitycznych, jak kwestie tzw. „zjawisk paranormalnych”, historia biblijna i antyczna, stosunek religii i nauki, a wreszcie wprost apologetyka, której mistrzowski popis stanowi rozdział IX, słynna „Bitwa ze smokiem”, która wywarła tak wielkie wrażenie na Wacławie Borowym. Nigdy wszakże nie są to przejścia przypadkowe; i – by skrócić ten wywód tak, jak tylko się da – przy uważniejszej lekturze okazuje się Nowe Jeruzalem lekkim, ale zaskakująco spójnym i szczegółowym traktatem cywilizacyjnym, propozycją tego, co Europa, w dobie swego największego kryzysu od czasów reformacji, powinna uczynić, aby zachować spoistość i tożsamość, co wybrać, co odrzucić, co łączyć, co pamiętać – a o czym zapomnieć, i w jaki sposób przygotować życie przyszłym pokoleniom, aby wielki eksperyment europejski, eksperyment wolności społecznej, mógł nadal trwać.

Trudno nie odnieść wrażenia, że choć warunki bardzo się przecież zmieniły, nie tylko na lepsze, i pewne rzeczy mówi się dzisiaj i rozumie trudniej, niż wtedy, dzieło to może okazać się dla współczesnego czytelnika niezmiernie pożyteczne. Ja tak w każdym razie uważam.

Co do kwestii samej translacji powiem zaś tylko tyle, że podczas mojej drugiej wędrówki przez Palestynę z miłym zaskoczeniem mogłem stwierdzić, iż wersja pierwotna stanowiła całkiem dobrą robotę, szczególnie w wypadkach tych fragmentów, które szczególnie mnie porwały, i z którymi zmagałem się w momentach żywszej motywacji (ewidentnie niezadowolony byłem tylko z rozdziału X, przy którym się nie popisałem). Nie oznacza to jednak, że była pozbawiona wad; człowiek się rozwija, szczególnie człowiek raczej młody i zostawiony w spokoju przez Wielkich Literatów ze starszych pokoleń, tak też poza usunięciem niedopatrzeń czysto technicznych (bo jeśli można zrobić jakąś literówkę, w dziewięciu na dziesięć przypadków na pewno ją zrobię) pozwoliłem sobie ingerować w strukturę tekstu jako takiego, przekształcając ją przy wykorzystaniu nowszych narzędzi warsztatowych, które wypracowałem sobie w toku moich skromnych wysiłków i dzięki naturalnej owocności doświadczenia (skądinąd łagodząc sporo „fanatyzm” pierwszej wersji przekładu); mam nadzieję, że będzie to zmiana na lepsze. I że pozwoli czytelnikowi na tym owocniejsze obcowanie z Chestertonowskim pisarstwem, tym skuteczniej odsłoni prawdziwą wielkości tego twórcy, i że projekt Chesterton Polska będzie działał dalej, zdobywając coraz to nowych sympatyków – bo, krótko mówiąc, uważam, że ta myśl, to pióro i wielka tradycja, którą reprezentują, są Polsce współczesnej bardzo potrzebne.

 

Maciej Wąs,

Sosnowiec, 18 II 2018,

Św. Bernadety Soubirous

 

Książkę można pobrać w Bibliotece: http://chestertonpolska.org/biblioteka/