Poprzednio powiedzieliśmy sobie nieco o dobru wspólnym; który to temat otwiera pole do świetnej refleksji nad wieloma problemami. Plan generalnie mam taki, żeby prowadzi ten blog w formie „łańcuszkowej”, to znaczy iść od pojęcia do pojęcia, i tak też wpis niniejszy chciałem poświęcić (co mówię, bo może ktoś bardziej zainteresowany przemyśli to sobie we własnym zakresie) wynikającemu z kwestii dobra wspólnego problemu tzw. „woli generalnej (powszechnej)”, czyli co to jest, co nie jest, jakich nastręcza trudności i jak ewentualnie można by zintegrować tę koncepcję ze zdrową, realistyczną filozofią. Niemniej, ponieważ jednak duch tchnie kędy chce, to i teraz coś natchnęło, postanowiłem więc podążyć póki co inną drogą, krótko: wola powszechna na później, dziś zaś coś, co pozostaje chyba jedną z najbardziej nierozumianych chyba kwestii politycznych w ogóle, a jednocześnie tym jest nam tu milsze, że stanowi wątek wybitnie Chestertonowski.

Mianowicie: egalitaryzm.

Co to jest egalitaryzm? Oczywiście: teoria wedle której wszyscy ludzie są równi. Zazwyczaj na tzw. „prawicy polskiej” zbywa się ją kpinami. A że katolicyzm znajduje jakieś narzędzie ekspresji politycznej (co, rzecz jasna, rozumiemy właściwie) właśnie na „prawicy polskiej”, to i przedostaje się to do naszej „struktury myślowej”. Katolik, z reguły, egalitarystą nie jest. No i, nadmieniam nieśmiało, po prostu fatalnie: przynajmniej na tyle, na ile te prawicowe kpiny są oparte na błędzie myślowym. Wszystkie one bowiem, zawsze, i nietrudno się o tym przekonać w żywiole empirii, wynikają z założenia, że egalitaryzm rozumieć należy w sensie absolutnym, to znaczy że wedle teorii egalitarystycznej wszyscy ludzie są tak samo wysocy, tak samo silni, tak samo szybcy, w takim samym wieku i tak dalej. Sprowadzając sobie argumenty przeciwnika ad absurdum istotnie bardzo łatwo dyskutować, niemniej niewiele z takiej dyskusji może wyniknąć. I tak też, w naszych warunkach nie wynika absolutnie nic. Chciałem zatem niniejszym naszkicować tutaj kilka filozoficznych rozróżnień, które, być może, sprawią, że komuś wyniknie coś.

A zatem, aby o egalitaryzmie mówić sensownie, należy przede wszystkim zauważyć, że to pojęcie, samo w sobie, właściwie nic nie mówi. Albo: mówi (potencjalnie) tak wiele, że nie wiadomo co. Słyszymy: „Wszyscy ludzie są równi” – i pierwsza nasza reakcja brzmi: „Ale co to znaczy?” I to zdrowa reakcja, świadcząca o żywości percepcji. Tezę o implikacjach podobnie gigantycznych należy zawsze dookreślić – i tak też się zawsze ją dookreśla, tak też dookreślali ją wszyscy egalitaryści świata: i od tego dookreślenia wszystko dokładnie zależy. Pierwsze zatem dookreślenie można zarysować tak, że może być egalitaryzm absolutny (po prostu) i względny (to znaczy, że ludzie są równi nie we wszystkim, ale właśnie w kwestii pewnych określonych swojego bytu). Pierwszego, na ile wiem, nie głosił nigdy nikt; wszyscy zatem głosili egalitaryzm względny, „zawężając” swoją definicję równości do pewnego partykularnego porządku. Tutaj zaś nasuwają się kolejne rozróżnienia, w sposób najbardziej oczywisty: na egalitaryzm naturalny (tzn. że ludzie są równi ze względu na pewne aspekty swojej natury) i polityczny, tzn. że są równi jako uczestnicy struktury społecznej. Te dwa, rozpadają się z kolei dalej, egalitaryzm naturalny: na egalitaryzm, na przykład, „spirytualistyczny” (źródłem równości jest dusza) i „materialistyczny” (źródłem równości jest ciało), egalitaryzm polityczny zaś – no, nie wiem, na przykład na egalitaryzm serwilistyczny (równość w poddaństwie; Hobbes) i obywatelski (równość we władzy; Rousseau). Co więcej: można je łączyć, a można je rozdzielać. No a potem te podziały idą dalej i dalej, można je sobie mnożyć; i ja celowo stosuję tutaj terminologię autorską i nie trzymam się za bardzo ścisłości wywodu: dokładnie po to, aby pokazać, że istnieje tutaj właściwie nieskończona liczba możliwości, w jakie to można „mutować” i za tym klasyfikować. Historia filozofii, w ogóle idei, to nie jest łatwa robota. Bo myślenie to nie jest łatwa robota. Jest konceptualizacja i jest intuicja, są wkłady ściśle racjonalne, nadracjonalne i podracjonalne, jest wierność prawom przedmiotu i odejście od praw przedmiotu, jest dobra wola i zła wola, pycha intelektualna i bujność zmysłów, świadoma i nieświadoma niekonsekwencja, i tak dalej – i to wszystko odgrywa jakąś rolę w budowie światopoglądu. Łatwo filozofować ograniczając się wyłącznie do Tatarkiewicza – no i trzeba czytać Tatarkiewicza, bo to fantastyczny podręcznik, ale z definicji ledwie wstęp do pewnych zagadnień. Jeśli zacząć zgłębiać je na własną rękę, wszystko to rozpada się na miriady galaktyk, niepoliczalny ogrom osobnych światów, z których każdy rządzi się własnymi prawami. I tutaj zaczyna się Myślenie, takie właśnie przez duże M. Jeśli zatem chcemy rozmawiać o egalitaryzmie owocnie, to nauczmy się przynajmniej pewnej pokory wobec przedmiotu, z którym mamy zamiar obcować.

Szczególnie że, i tutaj przychodzi nam z pomocą zdrowy rozsądek, ludzie równi – i nikt właściwie nigdy nie twierdził inaczej, może poza kompletnymi szaleńcami, którzy jednak i tak ostatecznie dochodzi do negacji jedności naszego gatunku. Bo jesteśmy równi chociażby ze względu na to, że mamy taką samą naturę – że jesteśmy tym właśnie dziwacznym „zawężeniem” bytu, któremu można nadać wspólną nazwę, no i ta nazwa akurat brzmi „człowiek”. Że jesteśmy tak samo, w sensie ontologicznym, „zbudowani”, a więc że dzielimy pewien zespół podstawowych doświadczeń i przeżyć, te same wymagania wobec losu, te same obowiązki, tę samą, ogólnie mówiąc, drogę pod niebem. To zupełna oczywistość i, powiadam, nikt przy zdrowych zmysłach jej nigdy nie przeczył – nawet jeśli twierdził, że ludzie „nie są równi”, bo wtedy po prostu inaczej rozumiał słowo „równi”. Najprostsze, najbardziej intuicyjne rozumienie tego słowa jest zaś właśnie takie. Być może, że „lewicowe” egalitaryzmy, na przykład taki pana Russa, ten sens bardziej zaciemniają, niż rozjaśnią; możliwe, że odgrywają rolę pasożytniczą, wynaturzając zdrową naukę, której sedno zawarte jest wyłącznie w Ewangelii (i może u św. Tomasza z Akwinu). Może; wszystko być może; ale na pewno nie wytłumaczy się tego nikomu, negując po prostu „na pałę” to podstawowe twierdzenie, nie dociekłszy pierwej, co tak naprawdę znaczy i co adwersarz pod nim rozumie.

Ale czemu to jest w ogóle ważne? Ano dla-tego, że bez tego, realizacja pewnych ważnych dla prawicy polskiej postulatów, które akurat mnie również są bliskie (bo się od prawicy często odżegnuję, ale jako od pewnego środowiska – ale rozumnie się chyba samo przez się, że potępienie ideowe w czambuł pozostawałoby w prostej sprzeczności z moim poglądem na… poglądy), czego najlepszym dowodem jest chyba ten właśnie mi naj-bliższy, czyli ogólnie ujęte pragnienie wielkości. Każdy człowiek, jak twierdzę, powinien pragnąć wielkości; powinien szukać wielkości; powinien dla wielkości wiele poświęcać, a czasem i ginąc z mieczem w dłoni (per analogiam mówię) próbując ją osiągnąć. To jest zdrowe; to jest to powołanie, które zostało dla nas przygotowane. Być zawsze „więcej”, zawsze lepiej – zawsze szlachetniej, piękniej, zmieniać, walczyć, bronić dobrej sprawy; jak rycerz Okrągłego Stołu (bo faktycznie, sprowadza się to wszystko w jakimś sensie, choć to temat na inny artykulik, ale może zasygnalizuję chociaż, do właściwego rozumienia ideału rycerskiego, obecnie odsądzanego od czci i wiary: bo istnieje chrześcijańska wojna, choćby tylko obronna, istnieje chrześcijańska przemoc, czy po prostu siła, choćby mimo woli, istnieje zło i konieczność przeciwstawiania się złu – w imię Ewangelii, a nie wbrew Ewangelii). Ale, i to może pewien paradoks, najdoskonalej urzeczywistnia się to wezwanie właśnie w atmosferze równości i braterstwa. I tutaj przychodzi nam z pomocą nie kto inny, jak właśnie Gilbert, który genialnie zauważał w swoim Dickensie, że „demokracja rodzi olbrzymów”. Nieprzypadkowo przecież stół króla Artura, porządkującego świat „pod świętym znakiem Berła i Krzyża” (Tennyson) był okrągły. Trudno mi to w tej chwili wytłumaczyć, niemniej naprawdę tak jest: czując tę równość, czując ten nadzwyczajny związek, jaki zachodzi między nami – jako ludźmi – niezależnie od wszelkich przypadkowych a posteriori kultur, epok i ras, znajdujemy ścieżkę wielkości i męstwa, odwagę i moc, aby dokonać rzeczy niezwykłych. Bez niej, tryumfują okrutnicy, małoduszni, źli, podli, podstępni – pomiot diabła, dzieci ciemności, roztropniejsze w kontaktach ze sobą, niż dzieci światła. Nie mam na swoją obronę nic, jak tylko pewną garść doświadczeń, pewną garść refleksji, pewne życie, zapewne nie lepsze od wielu, a od wielu gorsze i nędzniejsze. Ale zajrzyj, że tak to ujmę, w siebie, Czytelniku, a zobaczysz; bo jest – i między innymi o to chodzi – coś takiego, jak „światło natury”, zdrowy rozsądek, przyrodzona miłość prawdy, która ożywia nas wszystkich, choćby i oddalonych o eony czasu i myśli.

No i tutaj, krótko mówiąc, nie znajdzie się lepszy nauczyciel, niż właśnie GKC. Spójrzmy do jego Dickensa właśnie, do Williama Cobbetta, do Ortodoksji, do Człowieka… czy gdziekolwiek indziej. Nie znajdzie się nigdy lepszy nauczyciel właściwego rozumienia prawdziwej wielkości; czyli równości; czyli wolności, równości i braterstwa; czyli berła i Krzyża, które sprawiają, że życie nareszcie staje się znośne, a człowiek może faktycznie chodzić swoimi drogami przed Panem.

(Jest to rzecz jasna nawiązanie do metafory nogi; jaka jest rola nogi w antropologii poetyckiej Gilberta Keitha Chestertona?)

Maciej Wąs