Wybory za pasem, więc wypadałoby jakoś się odnieść – coś napisać, wyrazić owo tak mitologizowane w naszej powierzchownej kulturze swoje zdanie, o którym tak wiele do powiedzenia mają dziś do powiedzenia zwłaszcza studenci, niezbyt pewni tego, że żyją, ale pewni tego, że mają na różne tematy bardzo twarde i głęboko przeżyte opinie. Tak też i dzisiaj, co piszę przy pełnej świadomości, że naginam znacząco rygory publikacyjne, które sam sobie tutaj określiłem, mniej więcej o tym, oczywiście, na ile to możliwe, w perspektywie Chestertonowskiej. Ale Chesterton nauczył mnie polityki – więc w sumie nie powinienem za bardzo obawiać się, że odejdę od wskazań mistrza.

Katolicka akcja polityczna. Ładnie. Co to znaczy? Znaczy to tyle: aktywna i twórcza obecność katolika w przestrzeni publicznej własnego państwa, społeczeństwa, czy w przestrzeni historycznej własnego narodu. Obecność korzystająca z narzędzi, jakie mu ta przestrzeń daje. Jaki świat jest, każdy widzi. Nie jest to, szczególnie z tego punktu widzenia, który najbardziej nas w tej chwili interesuje, sympatyczne miejsce do życia. Polityka jest zaś chyba jednym z najmniej sympatycznych jego aspektów. Dlatego też wielu mądrych ludzi negowało w ogóle potrzebę istnienia czegoś takiego, jak katolicka akcja polityczna. Peter Maurin, na przykład, którego bardzo cenię, optował za katolicką akcją społeczną, czyli ex definitione nie-polityczną – za działalnością oddolną, abstrahującą od porządku politycznego kraju, w którym przyszło nam żyć. Uważał, że zepsucie każdego systemu politycznego, ta gra interesów, w którą pozostaje on niezmiennie uwikłany, owo przedziwne „zawieszenie moralności”, jakie w nim następuje, nawet w wypadku jednostek najbardziej wybitnych, kłóci się z chrześcijaństwem w samej swojej istocie. Jest to postawa racjonalna i godna szacunku, niemniej – czy się chce, czy nie, polityka nas dotyczy. Człowiek jest, jak to słusznie zauważył już Arystoteles (choć nawet on nie zdołał jeszcze wyciągnąć z tej maksymy prawa naturalnego pełnych konsekwencji, godnych uniwersalności pojęcia człowieka – widzimy, jak potężna jest siła kulturowych uprzedzeń) zwierzęciem politycznym. Każdy akt zewnętrzny podlega rygorom sprawiedliwości. Sprawiedliwość jest cnotą społeczną. Społeczeństwo naturalnie wyłania z siebie pewien zespół instytucji, który nim kieruje – a więc tworzy politykę. Zawsze zatem, czy kupujemy jogurt w sklepie na osiedlu, czy udajemy się na samotną przechadzkę w parku, w ten czy inny sposób, pośrednio przynajmniej, angażujemy się w politykę. Ta perspektywa sprawy nie wyczerpuje – przeciwnie: stanowi ledwie składową pewnej większej całości, w ramach których funkcjonuje. Niemniej: zawsze pozostaje realna, zawsze pozostaje obecna. Katolicka akcja polityczna to zatem nie kwestia wyboru, ale kwestia samego istnienia katolicyzmu w ramach tego, co zwykło nazywać się organizmem państwowym. Będąc katolikami, musimy politykować; i musimy politykować po katolicku.

Cóż to jednak znaczy, z kolei, politykować po katolicku? Czym to się różni od „zwykłego” politykowania? Można by napisać (i zapewne wielu ludzi już to w dziejach zrobiło) obszerny traktat o tym, jak rozwijała się na przestrzeni wieków katolicka koncepcja polityki. Nie zamierzam tego tutaj robić. Szczególnie, że nie muszę. Mam bowiem takie przydatne narzędzie, które nazywa się Ewangelia, i które potrafi osądzić każdy przygodny porządek spraw z perspektywy absolutnie ponadczasowej. Nie jestem teologiem, niemniej umiem czytać; i rozumiem ogólny sens tego, co da się wyczytać, nawet ledwie w przekładzie, w Ewangelii. Nie da się cofnąć Wcielonego Słowa; nie da się zrelatywizować Wcielonego Słowa. To raczej Wcielone Słowo może cofnąć lub zrelatywizować nas, z całym naszym bagażem „uczonych” przedzałożeń i wkutym na blachę Monteskiuszem czy Maurrasem. Katolik patrzy na rzeczywistość w jasnym świetle Poranka, tak, jak gdyby dopiero się ona narodziła (bo i, jako wynikająca z wiecznego w swojej istocie aktu stworzenia, istotnie zawsze dopiero się ona rodzi). Dlatego też z zupełną pewnością możemy powiedzieć tyle, że polityka katolicka to po prostu wdrażanie Ewangelii w życiu publicznym – podobnie jak życie katolickie to po prostu wdrażanie Ewangelii w życiu prywatnym. Jest Ewangelia, jest polityka; jest zadanie: nieść Ewangelię w politykę. Proste? Na ten moment bardzo proste. Za chwilę jednak staje się trudne.

Bo, jak łatwo zauważyć, powstaje w tym momencie pytanie kolejne, to znaczy: co to znaczy „nieść” Ewangelię w życiu politycznym? Tutaj właśnie, obserwujemy punkt kluczowy – punkt, w którym odchodzą od siebie stara cywilizacja chrześcijańska, cywilizacja wielkich dzieł i wielkich świętych, która jednak bezpowrotnie poniosła porażkę, i nowa cywilizacja chrześcijańska, która jeszcze się nie narodziła. Jeśli popatrzymy do tekstu Nowego Testamentu, nieść komuś Ewangelię to znaczy po prostu: głosić. „Głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”, posyła nas Chrystus. Teraz, głosić coś komuś najprościej można – słowami. Chodzi o to, aby ten ktoś po prostu dobrze usłyszał, co ta Ewangelia mówi. Dlatego też, pouczali nas nasi ojcowie w wierze, w życiu politycznym również chodzi o to, aby słowa Ewangelii, jej maksymy, jej frazy, jej ogóle przesłanie, było w nim jak najbardziej obecne. Wzięło się stąd pojęcie państwa jako „wielkiego misjonarza”, „nawracającego” ludzi na właściwy sposób myślenia. Państwo nosiło, mówiąc Bellokiem (szczęśliwym i odważnym Bellokiem, nie węszącym jeszcze wszędzie spisków żydomasońskich) „katolickie szaty”. Posługiwało się językiem Kościoła. Często zastępowało swój głos głosem jego przedstawicieli. A że państwo, poniekąd z definicji, jako jedyne może w normalnych warunkach stosować we wspólnocie ludzkiej przemoc, to i po ten element zaczęto z czasem sięgać bez najmniejszych skrupułów. Każdy głosi tak, jak ma możliwości. Państwo ma takie możliwości. Czemu więc nie? Czemu nie zrobić z tego użytku? Z samą korzyścią dla życia publicznego, „czystego” przed Bogiem, a i dla tych biednych dusz, które na swoje nieszczęście zbłądziły. Państwo chrześcijańskie się nimi zajmie, zmusi do pokuty, do przemyślenia swojego stanowiska, a jeśli trzeba, to wyśle na Sąd Boga, aby przynajmniej nie obciążały się dodatkowo grzechami odciągania od Wiary swoich biednych bliźnich.

Nieraz rozmyślam nad tym problemem. Staram się go ująć z ludzkiej perspektywy. Myślała tak cała rzesza naprawdę świętych ludzi, takich jak choćby Robert Bellarmin. Dla nich naprawdę zupełnie oczywistym zadaniem wspólnoty państwowej była fizyczna obrona Kościoła przed herezjami i pogaństwem – co wynikało, pośrednio, dokładnie z przyjęcia takiej definicji „głoszenia”, jaką podałem wyżej. Oni tak żyli, w tej atmosferze wychowywali się i uczyli. Dochowywali jej wierności nawet w perspektywie totalnej katastrofy. Jest w tym coś heroicznego, nie da się ukryć, jakaś nadludzka niemal wierność sobie i wyznawanym ideałom. Tym bardziej wszakże zadziwia mnie ta sytuacja i skłania do smutnej refleksji nad ludzką historią – nie mogę bowiem oprzeć się wrażeniu, że cała ta wielkość i heroizm stanowiły, i wiem, że to niesłuszne, niemniej nie mogę w chwili obecnej znaleźć lepszego określenia, „wiele hałasu o nic”. Bo, po prostu, nie ma najzwyczajniej w świecie najmniejszych powodów, aby tak tę frazę wyłącznie rozumieć. I przecież sam Kościół tak tego nie rozumiał. Słowo-Boga roi się od sensów – i nigdy właściwie nie wolno zawężać jego rozumienia do jednego, najbardziej oczywistego aspektu. Tak też w nowennie do Ducha Świętego od wieków modlimy się: „ Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej”. A zatem: można głosić nie tylko słowami; ale również „uczynkami, przykładem i wszystkim innym”. I, jeśli się nad tym chwilę zastanowić, jest to zupełnie oczywiste. Znakomicie pisał o tym w jednym ze swoich esejów (na polskim gruncie wydanym w zbiorku „Kontemplacja w świecie” przez Wydawnictwo w Drodze, Poznań 2011, ss. 157-162) Jacques Maritain. Chrześcijanie, istotnie, są powołani do głoszenia Słowa, do przekazywania Prawdy, którą otrzymali, innym; ale aby to w ogóle było możliwe, Prawda najpierw musi zostać uwewnętrzniona – musi zostać przyjęta i zrozumiana w naszym własnym życiu, w naszej własnej egzystencji, według naszych własnych pojęć. To zupełna oczywistość – bo jak można, nie rozumiejąc czegoś, rzeczywiście przekazywać to innym? Tak pojęte „głoszenie” stałoby się parodią, jakimś mechanicznym powtarzaniem pewnych formuł, mającym na celu sprawić wyłącznie to, aby inni również zaczęli je, tak właśnie: mechanicznie i bez głębszego namysłu, powtarzać. A zatem: najpierw serce, potem język (bo „z obfitości serca usta mówią”). Tak zaś uwewnętrznione Słowo zaczyna się również jakoś uzewnętrzniać – jeszcze nie przez nasze, ludzkie słowa, ale, na początku – no, tak właśnie: „w uczynkach, w przykładzie i we wszystkim innym”. I to również jest „głoszenie” – oczywiste nie w sensie tak oczywistym i prostym, jak pierwsze, niemniej równie realnym. I, co więcej, w pewnym sensie bardziej fundamentalnym. Nie da się bowiem, jako się rzekło, prawdziwie mówić o Słowie nie żyjąc Słowem. Życie Słowem zatem, przychodzi najpierw. To jest właśnie pierwsze i podstawowe zadanie chrześcijanina: głosić tak; głosić sobą, często w ogóle nic nie mówiąc. Chrystus miał wielu uczniów i wiele uczennic, a jednak na misje (jak byśmy dziś powiedzieli) posyłał nielicznych. Co zatem miała robić ta cała reszta? Właśnie to: miała po prostu żyć „po Bożemu” – i „po Bożemu” organizować rzeczywistość, która ich otaczała.

I tak też właśnie, dokładnie identycznie, jest w życiu państwowym. Pierwszym i podstawowym zadaniem chrześcijanina jest taka organizacja życia swojego kraju, aby jak najpełniej odpowiadała wymaganiom Ewangelii. Nie, póki co nie, przynajmniej (a i jeśli kiedykolwiek, to w sposób dalece nieoczywisty – bo gdyby Bóg chciał ewangelizacji państwowej, to by nie założył Kościoła), aby Ewangelia była w nim obecna jako pewien „język”, którym się mówi – ale aby autentycznie żyło się w nim po chrześcijańsku, aby w jego prawach i obyczajach realnie i mocno zaznaczał się charakter tego, co nakazał Chrystus. A co nakazał Chrystus? Znów, pozwolę sobie ne tę impertynencję i sięgnę po prostu do Tekstu, który to wszystko określa: „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swoich, ze wszystkich sił swoich – a bliźniego swego jak siebie samego”. To jest właśnie zadanie, które stoi przed politykującym chrześcijaninem: maksymalna świadomość wspólnoty losu, głęboki solidaryzm, pełna symetria w relacjach międzyludzkich – istniejąca „pod” świadomością wyższych wartości, które ją warunkują; Boga, istotnie, ale nie tylko Boga jako objawiającego się, ale i Boga pojętego jako Prawda, Dobro i Piękno, ze wszystkimi ich analogicznymi „zawężeniami”, takimi jak (bagatelka) sprawiedliwość, roztropność, umiarkowanie i męstwo. Czyli, innymi słowy (i jak to wyraża katolicka teologia polityczna): przy pełnej świadomości dobra wspólnego, jakościowo przewyższającego nie tylko wszelkie możliwe do pomyślenia dobro indywidualne, ale i poniekąd wszelkie dobro ludzkie, „siłą rozpędu” jak gdyby otwierając człowieka na Transcendencję, choćby ledwie tą poznawalną przy pomocy czysto naturalnych zdolności umysłu. Kwestia tego, jak to dokładnie osiągnąć, jest niezmiernie złożona. Być może w naszej kondycji nigdy się to do końca nie uda. Niemniej, nie da się wierzyć na pół gwizdka – i nie da się wyciągać z wiary ledwie połowy konsekwencji, tylko w życiu indywidualnym, a nie społecznym. W świecie idealnym, w warunkach systemu partyjnego katolickie partie polityczne powinny proponować przemyślane i roztropne programy, dążące do maksymalnego urzeczywistnienia tego ideału w aktualnych okolicznościach. Jeśli zaś w świecie realnym przypadkowo ich nie ma, to trzeba wybierać to, co jest najbliżej, czasami zgrzytając przy tym zębami z ogólnego smutku. W wyborze tym, zawsze mamy natomiast pewien probierz najprostszy, czyli negatywny: czego nie wybierać. I jasno okazuje się, w świetle tego, co powiedziało się wyżej, że wszystkie ruchy społeczne, które negują albo wartości wyższe, obiektywne pojęcia Prawdy, Dobra i Piękna, przerastające świat ludzki, wszelkie systemy negujące otwartość człowieka na Transcendencję i chcące siłą sprowadzać go do roli trybiku w wielkiej machinie państwowej – albo, z drugiej strony, pojęcie solidaryzmu i współodpowiedzialności za siebie, obowiązek współczucia i pomocy, to wszystko, co instytucjonalizuje egoizm, zwalnia człowieka i państwo z wysiłku moralnego, z zadania walki z niesprawiedliwością i troski o najsłabszych, wszystkie te ruchy właśnie, powinny zostać odrzucone. I odwrotnie, wszystkie te, które tego nie robią, przynajmniej nie wprost, które zachowują cokolwiek z tego ducha, są do przyjęcia. Które przyjąć, a które odrzucić, to już sprawa indywidualnego osądu. Niemniej zasada ogólna pozostaje stała – i trudno mi wyobrazić sobie, choć historia nie jeden taki wypadek już widziała, za co zresztą Kościół ponosi konsekwencje do dzisiaj, żeby ktokolwiek mógł, traktując swoją wiarę na serio, myśleć inaczej.

Tyle w kwestii sytuacji w naszym kraju. „Resztę”, cytując klasyka, „sobie dośpiewajcie”. I zupełnie serio, bo ja tutaj bynajmniej nie zabieram głosu – tylko zupełnie chciałbym, aby każdy, jako naturaliter philosophus, poświęcił sprawie choćby pięć minut autentycznego „filozofowania w wierze”.

Jak zaś to się ma do Chestertona? Ano tak, że to przecież jest Chesterton, „Chesterton po prostu”, o ile mogę sobie pozwolić na taką dość banalną w sumie trawestację z Lewisa. W całej jego działalności publicznej, w całym G.K.’s Weekly, chodziło dokładnie o urzeczywistnienie wartości chrześcijańskich w życiu publicznym – o uczynienie go bardziej zgodnym z nakazami Ewangelii, o stworzenie takiego systemu, w którym o jedno by się troszczono, drugiego zaś nie zaniedbywano. Ale nie w sensie bezpośredniego, prosto pojętego „głoszenia”, nie przez nominalną obecność Ewangelii w życiu publicznym Anglii – bynajmniej; ale przez taką reformę jej praw i instytucji, przez taki sposób zarządzania społeczeństwem, które prowadziłyby do jak najpełniejszego „wcielenia” tych nakazów w życie, choćby i nikt jeszcze nie wiedział, jak dokładnie brzmią. Stąd też cały wielki i ultrakatolicki w swojej istocie program dystrubucjonizmu – zaczynano od podstaw, od tego, co w życiu najprostsze i najbardziej potrzebne; od jedzenia, ubrań, mieszkań, pracy. Ideą było stworzenie „bazy”, na której chrześcijaństwo będzie mogło budować. I na własne oczy widzimy przecież, jak w naszej Ojczyźnie silna i bezpieczna instytucja Kościoła, przez lata darzona ogromnym szacunkiem i zaufaniem społecznym, chwieje się w posadach, zaczyna kruszyć, traci autorytet, a zwłaszcza młode pokolenia: nie dlatego, że ktoś ją strasznie atakuje, bo te ataki są mikroskopijne, nie dlatego, że ma przeciw sobie aparat państwa, bo nie ma (a wręcz przeciwnie), nie dlatego, że nie może głosić Słowa Bożego, nawracać, wysyłać kapłanów na misje i rekolekcje, bo może i to też robi – ale dlatego, że świat ją otaczający, a także i nią samą, zżera od wewnątrz wirus hedonistycznego materializmu i społecznie usankcjonowanego egoizmu, wirus życia wyłącznie sobie i dla siebie, w którym Bóg, ani drugi człowiek, nie są już nikomu do niczego potrzebni.

Maciej Wąs