Wydaje mi się to raczej odpowiednie. Znaczy, z jednej strony jest coś nadętego w przygotowywaniu specjalnych refleksji na najważniejsze dni kalendarza liturgicznego. Z drugiej strony, przecież ten kalendarz to własność wspólna wszystkich katolików (po co inaczej byłby publiczny?), więc każdy sobie może publikować z okazji przypadających w nim okazji co się mu podoba. Tak i ja publikuję.

Szczególnie, że czuję wyjątkowy przymus moralny. Bo, owszem, byłem dzisiaj w kościele. Wziąłem udział w jednym z tych wydarzających się kilka razy w roku paroksyzmów hipokryzji, które pozwala bardziej naiwnej (i niepomiernie liczniejszej) części Kościoła wciąż żyć w złudzeniu o „katolickim narodzie polskim”. Patrzyłem sobie na to, jak to wszystko wygląda. I nie mam dobrych wniosków. Trudno znaleźć mi w tej chwili odpowiednie narzędzia terminologiczne (praca trwa), niemniej gdybym chciał opisać tę rzecz jak najprościej, powiedziałbym, że bywają w życiu takie dziwne sytuacje, w których w danej jego dziedzinie dochodzi się do takiego stopnia skomplikowania i zapętlenia jak gdyby pewnych rzeczy, że wydaje się, jak gdyby, choć nie da się wskazać konkretnie w czym leży problem, wszystko było źle i wymagało poprawki. Spoglądając dzisiaj na ten tłumek zgromadzony w pół-pustej (no na pewno nie pełnej) zazwyczaj świątyni miałem wrażenie dokładnie czegoś takiego. Znudzenie. Skostnienie. Wypalenie. Ogólny bezwład i beznadzieja. I nie trzeba nawet koniecznie sięgać do Junga i tłumaczyć bardziej systematycznie dlaczego lekceważenie podobnych przeczuć jest, szczególnie z perspektywy człowieka religijnego, który przecież w nich pływa, średnio rozsądne – przecież naprawdę właśnie wystarczy na to chwilę na serio popatrzeć, żeby wiedzieć niezbicie, że coś jest tutaj nie tak. Bardzo i głęboko nie tak.

Czemu? Oto jest pytanie, które zadaję sobie nieprzerwanie od kilkunastu lat. Dlaczego, po tylu wiekach niekwestionowanej supremacji Kościoła Katolickiego w Polsce, religijność Polaków jest tak nieprawdopodobnie płytka, zewnętrzna, właściwie tylko rytualna? Niewątpliwie można tutaj odpowiadać a odpowiadać. Przyczyn jest wiele i ogólnie stan rzeczy jest bardzo złożony, dlatego i bardzo otwarty na różne uczone wyjaśnienia. A jednak, wydaje mi się, że – przy całym szacunku do uczoności i uczonych wywodów – przyczyna zasadnicza jest całkiem prosta, a leży, od strony podmiotu, w prawach ludzkiej psychiki, od strony przedmiotu zaś – w samym katolicyzmie, czy może raczej w sposobie, w jaki katolicyzm funkcjonuje i jest nam przekazywany. Mówiąc najjaśniej jak się da: katolikiem jest być ciężko. A może raczej: zwyczajnie nieprzyjemnie. Po ludzku, to męczy, czasami jak cholera. I to nie dlatego, że świętość i cnota są męczące, tylko z powodów zgoła odmiennych i bardziej przyziemnych. Nie negując istnienia antykatolickiej „czarnej legendy”, w absurdalny sposób odmawiającej instytucji Kościoła Rzymskiego owych gigantycznych zasług, jakie miała ona w rozwoju europejskiej kultury (tych nie da się jej odmówić, spotkałem zresztą nawet ludzi marksizujących, którzy otwarcie to przyznawali, teraz bodaj robi to nawet Żiżek), trzeba przyznać, że jest to wspólnota na tle innych, szczególnie od czasu jej zasadniczej centralizacji (czyli mniej więcej od kontrreformacji) dziwaczna, rządzona bardzo brutalnie, wymagająca niespotykanego chyba nigdzie indziej poziomu dyscypliny i posłuchu w stosunku do sprawujących w niej władzę oraz regulująca życie swoich członków, skądinąd kompletnie antyewangelicznie, a na pewno antypawłowo, w najmniejszych i najbardziej intymnych nawet szczegółach. Dodatkowo – istotnie, mająca ogromnie smutną historię krwawej częstokroć nietolerancji względem inaczej myślących. Innymi słowy: katolicyzm wyróżnia się na tle innych idei swoją negatywnością, skupieniem się nie na jednoczeniu ludzi ku urzeczywistnianiu pewnych wspólnych dla nich wartości i ideałów, czyli tego, co być powinno, ale raczej na wykrywaniu i usuwaniu tego, czego być nie powinno: grzechu, herezji, błędu, nieposłuszeństwa. Nieprzypadkowo przecież do roli najważniejszego bodaj narzędzia wewnątrzkościelnej dyskusji urosła anatema. I tak sobie funkcjonuje ten nasz Kościół, od wielu setek już lat.

No i, krótko mówiąc, wobec podobnej obsesji oceniania i potępiania, ludzki umysł w naturalny sposób się przed tym broni. Jeśli jakaś doktryna jest zbyt uciążliwa i „agresywna” (w sensie duchowym), aby dało się ją przyjąć, na ogół zostaje wyparta, to zaś, co pozostaje, to właśnie rytuał, jako niezbędnie konieczny człowiekowi do „bezpiecznego” przeżywania swoich archetypów. Trudno kogokolwiek za to nawet winić, o ile rzecz jasna nie robi z siebie jakiegoś wielkiego wyznawcy. Ludzie mają prawo żyć na ludzki sposób.

Skąd się to wzięło? Jaka jest przyczyna tego akurat, a nie innego kierunku działania kościelnych instytucji? Odpowiedź na to pytanie lezy w zrozumieniu sporu między pluralizmem a integralizmem, stanowiącym klucz do rozwiązania wszystkich bodaj trapiących nas do dziś problemów. W sensie właściwym terminów tych używa się w odniesieniu do czasów po Rewolucji Francuskiej. Integralizm to postawa wobec osiągnięć rewolucyjnych całkowitej negacji, pluralizm –bardziej otwarta, od akceptacji do afirmacji. Jednakże ich znaczenie można rozszerzyć i odnieść do tego, jak obchodzimy się ze swoim katolicyzmem w ogóle. Pluralizm zatem to pogląd, według którego katolicyzm stanowi zaledwie jeden z wielu elementów ludzkiego światopoglądu, jeden inter plures. Jako taki potrzebuje zatem uzupełnienia ze strony naturalnej działalności rozumu, skombinowania z różnymi poglądami na różne aspekty rzeczywistości, od metafizyki przez filozofię przyrody po filozofię społeczną, no i sprawy bardziej praktyczne. Integralizm natomiast, to przekonanie, że katolicyzm to nie ledwie element ludzkiego światopoglądu, choćby i najważniejszy, ale właśnie światopogląd jako taki – idea bezpośrednio regulująca wszystkie dziedziny życia, nie tylko religijną, obejmująca swoim zasięgiem także filozofię, politykę, sztukę i naukę. Jest to taki katolicyzm „imperialny”, totalny – czy właśnie, integralny, katolicyzm jako samowystarczalny monolit, duchowe perpetuum mobile, samo dostarczające sobie niewyczerpanej inspiracji duchowej i intelektualnej.

Oczywiście, żaden integralista tego w ten sposób nigdy nie definiował, to moja definicja, niemniej krótkie spojrzenie na fakty wystarczy, aby przekonać się, że trafna – przecież nawet w sporach politycznych zastrzeżenia kierowane przez integralistów w stosunku do idei wyznawanych przez ich przeciwników nie opierają się na tym, że idee te są nieprawdziwe, ale zawsze, że „niekatolickie”. Określone poglądy polityczne zatem, ewidentnie wchodzą w skład integralnego światopoglądu katolickiego. Podobnie, niedawno pewien profesor, wielki integralista, raczył był wygłosić światły sąd, że kto nie jest tomistą, ten jest poza Kościołem. Co do meritum odjazd totalny, niemniej dobrze pokazujący, co mamy na myśli. Jest to jeden z tych nielicznych wypadków, gdy freudyzm naprawdę może powiedzieć nam coś ciekawego.

Wizja Kościoła, jaka wyłania jest z obydwu tych postaw, jest oczywiście diametralnie inna. Pluralizm, nie będąc bynajmniej modernizmem, nie relatywizując wszystkiego ad absurdum, żyje ideałem Kościoła jako wspólnoty względnie przynajmniej policentrycznej i „wielogłosowej”. Jeśli nauka katolicka naturalnie wymaga uzupełnienia ze strony czegoś, co katolicyzmem nie jest, szczegółowe propozycje podobnych uzupełnień mogą być bardzo różne, pod warunkiem, rzecz jasna, że nie pozostają z tą nauką w jednoznacznej sprzeczności. Mogą istnieć na tym świecie, na przykład, tak katoliccy platonicy, jak arystotelicy – tak ewolucjoniści, jak nieewolucjoniści, mogą być katoliccy demokraci i arystokraci („arystokratyści”?). Jeśli tylko potrafią pogodzić wyznawane przez siebie poglądy z tym zasadniczym „rdzeniem dogmatycznym”, który nas łączy, nie ma w tym problemu i większości z tych sporów w ogóle nie trzeba odgórnie rozstrzygać. Pewne podziały są w życiu naturalne, a przy odpowiednim ich wykorzystaniu – nawet korzystne. Nie trudno dostrzec, że w wypadku katolicyzmu integralnego nie ma na coś podobnego miejsca. Jeśli katolicyzm ma „pokrywać” w życiu wszystko, to wszystko – jest JEDNA katolicka filozofia, jedna katolicka polityka, jedna katolicka nauka nawet (o czym absurdalne uzasadnienie wyroku na Galileusza świadczy aż nadto dobitnie), słowem: jeden, ortodoksyjny, katolicki obraz świata, polemika z którymkolwiek z jego elementów oznacza nieodmiennie herezję i usunięcie ze wspólnoty. Oczywiście, bezustanna konieczność rozstrzygania co jest katolickie, a co nie, wymaga osobnej do tego instytucji. I tak rośnie nieproporcjonalnie rola hierarchii i oficjalnych urzędów.

Analogiczna różnica zaznacza się w relacjach ze światem zewnętrznym. Pluralizm to postawa otwarcia i poszukiwania, bo prawda jest tam gdzie jest i można ją znaleźć wszędzie, także w wytworach kultur niekatolickich (co daje oczywistą nadzieję, a wręcz pewność zbawienia tych ludzi Bożego upodobania, którzy nie są katolikami, bo Duch tchnie kędy chce). Integralizm skutkuje hermetyzmem, izolacją i prymitywnym dualizmem, w którym wszystko, co niekatolickie, z istoty swojej należy do królestwa diabła. Jest to ten rodzaj katolickiego nastawienia, który najbardziej atakują (jako – bardzo niesprawiedliwie – powszechną i naturalną mentalność Kościoła) najżarliwsi jego krytycy pokroju Jerzego Prokopiuka, który słusznie widział w demonizacji całego niekatolickiego świata projekcję (mówiąc Jungiem) katolickiego „cienia”, z tym że właśnie o to chodzi, że ów cień nie jest katolicki, a integralistyczny.

Jak dowodzi tego historia naszej wspólnoty, od stuleci nieodmiennie króluje w niej integralizm, który największe tryumfy święci bodaj od kontrreformacji (o Galileuszu już wspomnieliśmy) i pontyfikatu Piusa IX (choć inni papieże nie byli wiele lepsi). Jego supremacja jest tak gigantyczna, że wsiąknął we wszystkie niemal elementy katolickiego życia – od myślenia do mówienia i działania, od sfery intelektu do sfery zachowania i obyczajów. Oczywiście, rzadko kiedy w formie czystej i uświadomionej. Te postawy w ogóle rzadko występują w formie czystej. Nie da się jednak ukryć, że swego rodzaju integralistyczny „styl”, czy kryptointegralizm, stanowi niemalże „krew” płynącą w żyłach wspólnoty Kościoła. Oczywiście nie mamy tutaj czasu ani miejsca przywoływać wszystkich owych niezliczonych dowodów, jakie świadczą o tym stanie rzeczy, ale wystarczy sięgnąć po prostu do doświadczenia. Weźmy może jedną rzecz: niedawno, na przykład, obecny ojciec święty wypowiedział takie zdanie, że „kto krytykuje Sobór Watykański II jest poza Kościołem”. Oto właśnie modelowy przykład integralizmu w wersji nieświadomej, wersji „-krypto”. Jedna wiara, a więc i jedna opinia na wszystkie tematy, jak gdyby w teologii nie było miejsca na jakąkolwiek dyskusję. I coś takiego w wypadku człowieka, który istotnie robi wiele, aby z integralizmem w Kościele skończyć! Pokazuje to z mocą, jak głęboko osadzony jest ten sposób myślenia i bycia w psychice katolików. I nawet owo walne zwycięstwo pluralizmu, jakim Sobór Watykański II faktycznie był, mimo iż zmieniło wiele, w tej materii nie przyniosło jeszcze niemal żadnych owoców, co i widać na załączonym obrazku.

I, by wrócić tutaj to punktu, z którego wyszliśmy, nie trudno również zorientować się, że to właśnie integralizm jest odpowiedzialny za ową psychologiczną „dysfunkcjonalność” katolicyzmu. Bo podobna mania „poprawności”, niemożliwe dążenie do tego, aby w każdym możliwym elemencie zachować całkowitą i zupełną jedność z hierarchią kościelną, w naturalny sposób musi do, nie bójmy się tego stwierdzić, po prostu zaburzeń, obsesji na punkcie zła i błędów, mentalności „zakazowej”. To ona właśnie generuje (mówiąc Turowiczem) owych „węszycieli herezji”, z którymi tak trudno wytrzymać normalnemu człowiekowi, nie wspominając nawet o inflacji „nieomylnych” orzeczeń papiestwa, z którymi wytrzymać chyba jeszcze trudniej. I to ona, krótko mówiąc, wypycha, a właściwie w sensie faktycznym wypchnęła już z Kościoła całą ową masę wiernych, która przychodzi na Mszę świętą od wielkiego dzwonu i tak kompletnie, całkowicie i widzialnie nie ma pojęcia, gdzie jest, co robi i o co właściwie w tym wszystkim chodzi.

No i już zupełnie na koniec naczelnym zadaniem, jakie stoi dzisiaj przed Kościołem, jest jego dalsza pluralizacja – nie jeśli chodzi o dokumenty, prawa i werbalne deklaracje, ale realną mentalność i codzienne bycie. Do tego trzeba dążyć, to pokazywać. Może jeszcze uda się nieco ograniczyć zasięg katastrofy, która czeka nas za kilka lat. Osobiście, trudno mi sobie wyobrazić lepsze zadanie na Wielki Post, a więc i tego życzę: aby był on przeżywany pluralistycznie, a nie integralistycznie, na wszystkich możliwych poziomach (i to wcale nie jest żart – „mądrej głowie dość dwie słowie”). Post od integralizmu. Ależ to byłby wielki post. Naprawdę gigantyczny. A jakby ktoś chciał sobie coś mądrego poczytać, no to wiadomo, co będę polecał. Gilbert był pluralistą tak ogromnym, że sam nie wiedział, jak bardzo. Czasem jest to irytujące, ale z drugiej strony krzepiące, bo pokazuje tylko, że ostatecznie nie oszuka człowiek swojej prawdziwej natury. A skoro człowiek, to i ludzkie wspólnoty. Co nie pozostaje bez znaczenia dla naszych tutaj rozważań, bo – tak rzucę już zupełnie skrótowo – integralizm w wypadku instytucji, która przejęła większość swojej świętej księgi od starożytnych Żydów, architekturę i prawo od pogańskich Rzymian, filozofię i teologię od pogańskich Greków, a obyczaje i obrzędy od (w Polsce) pogańskich Słowian, jest – no nawet nie błędem, tylko totalnym wariactwem.

Maciej Sobiech