Gilbert Keith Chesterton

Charles Dickens (1906)

Rozdział XI

O stwierdzonym optymizmie Dickensa

 

W pewnej dramatycznej sztuce z epoki dekadentyzmu występuje intelektualista, który wypowiada powszechne wyobrażenie owej epoki o Dickensie, nazywając go „pospolitym optymistą”. W jednym z poprzednich rozdziałów zwróciłem już uwagę na dziwaczność podobnego poglądu. Nazwanie optymizmu „pospolitym” zdumiewa, a nawet wzbudza podziw. W świecie, gdzie nieszczęścia fizyczne są udziałem ogółu, uskarżamy się że szczęście jest zbyt pospolite. W świecie, gdzie większość ludzi cierpi nędzę fizyczną, narzekamy na nieustanne pochwały; nudzi nas nadmiar uznania dla życia. Skoro zastanowimy się nad istotnymi warunkami bytowania pospólstwa, trudno wyobrazić sobie dziwniejszy i wspanialszy hołd złożony ludzkości, niż frazes o „pospolitym optymizmie”. To coś jakby się mówiło o „pospolitym męczeństwie” lub o „zwyczajnym ukrzyżowaniu”.

Przede wszystkim jednak należy stwierdzić otwarcie, że istnieje rzeczywiście pewna podstawa do zarzucania Dickensowi pospolitego optymizmu. To powiedzenie nie stosuje się, rzecz prosta, do wiary Dickensa w wartość istnienia i w ostateczne zwycięstwo cnoty; gdyż to nie jest optymizmem lecz religią. Nie odnosi się również do zwyczaju przedstawiania jasnych wydarzeń w jasnym świetle, a szczęśliwych opowieści w szczęśliwej atmosferze, gdyż to nie jest optymizmem lecz literaturą. Nie odnosi się to nawet do jego genialnego daru jowialnej przesady, gdyż to nie jest optymizmem a po prostu samym Dickensem. O tych wszystkich wznioślejszych odmianach optymizmu mówiłem już gdzieindziej. Lecz obok tego istnieje rzeczywiście pewien kierunek, którym Dickens naraził się na słuszny poniekąd zarzut pospolitego optymizmu. Chodzi mi o jasne stwierdzenie tego faktu, zanim rozpocznę dyskusję. Dickens naprawdę dążył do uszczęśliwiania swych bohaterów za wszelką cenę, a raczej mówiąc ściśle, chciał urządzać im życie w sposób wygodny raczej niż szczęśliwy. Był gościnny dla swych bohaterów, podejmował ich jak miłych gości. Od gospodarza zawsze się wymaga (i dopóki ludzka cywilizacja jest zdrową, trzeba zawsze wymagać), ściśle materialnej uczynności, możemy nawet to nazwać pospolitą uczynnością. Jedzenie, ognisko i inne rzeczy w tym rodzaju powinny być zawsze symbolami gościnności, ponieważ są to bezsprzecznie rzeczy wspólne wszystkim ludziom. Lecz wymagania nasze względem człowieka, którego fantazja wymyśla i tworzy ludzi są inne. Czego innego żądamy od artysty, od człowieka, który nie podejmuje ludzi u siebie, ale raczej wysyła ich w świat.

Zaznaczę za chwilę, kiedy mówić będę o łotrach Dickensa, że jest nieprawdą aby Dickens wszystkich gościnnie przyjmował. Lecz ugaszczał wiele nieciekawych osobistości; przyjmował gościnnie wszystkich, którzy byli kiedykolwiek nieszczęśliwi. Rozumiał jak wiele znaczy dla takich ludzi każda drobna przyjemność i to było szlachetną przyczyną jego postępowania. Wiedział dobrze że największe szczęście, którego ludzie zaznali od czasu Edenu, to szczęście nieszczęśliwych. I w tym jest godny podziwu. Stoi u szczytu, kiedy opisuje zachwyt biedaków graniczący z jednej strony z bólem, a z drugiej z radością. Żaden opis ludzkich rozkoszy, żaden raj ziemski, żadna utopia, nie stoi tak blisko istoty szczęścia, jak jego opisy rzadkich ekstrawagancji biedaków; jak na przykład wspaniały opis Kita Nubblesa, który zabiera swą rodzinę do teatru. Dickens uchwycił prawdziwe źródło przyjemności — Boży strach. Kit każe kelnerowi przynieść piwa, a kelner zamiast odpowiedzieć: „Jak pan śmie zwracać się do mnie w ten sposób?” powiada: „Kufel piwa? słucham pana”. Owa wewnętrzna drżąca pokora Kita jest jedynym sposobem używania życia lub biesiady; a strach przed służącym jest początkiem rozkoszowania się ucztą.

Ludzie z takim usposobieniem „używają przyjemności w sposób melancholijny”, co jest jedynym sposobem używania przyjemności w ogóle.

Charles Dickens, fot. Wikipedia

Do tej chwili Dickens jest w porządku. Dopóki zajmuje się takim ubóstwem i takimi uroczystościami, dotknięcie jego jest prawie zawsze pewne. Lecz skoro natrafia na sprawy więcej zawiłe, na ludzi, którzy z tego lub innego powodu nie mogą być uleczeni dobrym obiadem, wykazuje rzeczywiście ujemną stronę swej twórczości—ów szczerze pospolity optymizm, o którym właśnie mówię. Ten optymizm można łatwo rozpoznać, ponieważ Dickens obsypuje wtedy swych bohaterów wygodami, które nie mają z nimi nic wspólnego; rzuca im wygodę jak jałmużnę. Bywają wypadki gdzie dobroć jego dla bohaterów staje się przy końcu powieści dobrocią niedbałą i bezczelną. Zatraca prawdziwe miłosierdzie i przejmuje się miłosierdziem stowarzyszeń dobroczynnych; miłosierdziem, w którym nie ma dobroci, miłosierdziem nadętym, które zachowuje się nieodpowiednio. Przy końcu niektórych powieści, Dickens podaje swym bohaterom jałmużnę jakby przez drzwi.

Przytoczę dwa przykłady. Całą oś charakteru pana Micawbera stanowi pojęcie, że człowiek może być zawsze prawie bogatym, jeśli wciąż na bogactwa oczekuje. Nauka prawdziwie ważna dla naszej pretensjonalnej współczesnej socjologii. Mówi się o kimś, że miał w życiu niepowodzenia; lecz w życiu Micawbera nie było nigdy niepowodzeń, gdyż Mioawber przeżywał nieustanny kryzys. Myślimy wciąż o człowieku, który — gdyby się obejrzał — zobaczyłby, że jego życie było nieszczęśliwe, lecz Micawber nigdy się nie ogląda, patrzy zawsze naprzód, ponieważ jutro ma przyjść komornik. Nie można o nim powiedzieć, że jest zwyciężony, gdyż jego bezsensowna walka nigdy się nie kończy; nie może o życiu zwątpić, gdyż jest nim za bardzo zajęty. Wszystko to są rzeczy niezmiernie ważne i pomocne dla zrozumienia biedaków; są ważniejsze od całej psychologii wszystkich groszowych powieściopisarzy, którzy urągają demokracji. Lecz jakżeż mogło się stać, że człowiek, który stworzył Micawbera, dał mu przy końcu powieści emeryturę i zrobił go szczęśliwym burmistrzem w koloniach. Micawber nigdy w swym życiu nie miał pomyślnych wydarzeń i nigdy ich mieć nie powinien; królestwo jego nie jest z tego świata. Mamy tu doskonały przykład jak Dickens starał się uszczęśliwiać swych bohaterów w sposób pospolity i nieodpowiedni. W tej samej książce, znajdziemy także drugi przykład. Dora, pierwsza żona Dawida Copperfielda, jest bardzo prawdziwą i zabawną postacią; z pewnością ma więcej siły charakteru niż Agnieszka; uosabia bezmierną i boską nielogiczność ludzkiego serca. Co mogło skłonić Dickensa do zrobienia przy końcu z Dory zarozumiałej pozerki, która umie na łożu śmierci polecić swemu mężowi aby ożenił się z inną? Łatwo by nam przyszło szanować męża, który po pewnym czasie i w odpowiednich okolicznościach ożenił się tak jak się Dawid Copperfield ożenił, lecz nie moglibyśmy szanować żony, która by takie pragnienie wyraziła. Uznalibyśmy, że wszystko jest w porządku, gdyby Dora umierała nienawidząc Agnieszki i wierzylibyśmy że Bóg znajdzie sposób pogodzenia niepogodzonych. Kiedy Dora umiera, polecając Agnieszkę Dawidowi, mamy poczucie że wszystko na złe się obraca; o ile uznajemy że hipokryzja, i sztuczność, i moralna gruboskórność są złem. Tu znowu Dickens ulega prostej chęci otoczenia swej bohaterki wygodą. Pragnie ułożyć Dorę na poduszkach a dusi ją tymi poduszkami jak Otello.

W tym właśnie przejawia się pospolity optymizm Dickensa, który rzeczywiście istnieje; podkreślam go rozmyślnie na samym początku. Przyznajemy że Dickens miał umysł o wiele zanadto wypełniony obrazami zadowolenia, zaciszności, i wypoczynku; przyznajemy że myślał głównie o przyjemnościach klas uciśnionych; przyznajemy że nie doznawał żadnego wyrzutu natury artystycznej kiedy obdarzał ludzi dużo większą ilością szczęścia niż go mają w rzeczywistości. Po uznaniu tego wszystkiego, pozostanie jednak ciekawy fakt.

Rochester Dickensian Festival 2016. Fot. Gino & Sharon Photography, zakup licencji

Ów Dickens zbyt łatwo zadowolony, ów człowiek, który obkładał się poduszkami, i który — tak się czasem wydaje — miewał watę w uszach, ów szczęśliwy marzyciel, ów pospolity optymista, on to właśnie — jedyny z pośród współczesnych pisarzy — zniszczył niektóre krzywdzące prawa, których nienawidził i wprowadził reformy, których pragnął. Dickens przyczynił się do zburzenia więzienia za długi; a jeśli był zbyt wielkim optymistą, był zupełnie odpowiednim burzycielem. Dickens wypędził Squeersa z jego siedziby w Yorkshire; a jeśli Dickens był zbytnio zadowolony, nie można tego zastosować do Squeersa. Dickens wywarł trwały wpływ na instytucje parafialne i pielęgniarskie, na pogrzeby, na publiczne egzekucje, na domy zarobkowe, na sąd najwyższy. We wszystkich tych instytucjach zostały zaprowadzone zmiany. Być może że reformy, które wówczas zaprowadzono nie były odpowiednie, lecz to jest inna sprawa. Socjologowie jutrzejsi mogą uważać że dawne radykalne reformy są ciasne i że brak im systematyczności. Lecz reformy, których dokonano, zostały przeprowadzone przez dawnych radykałów, a obecni socjologowie nie potrafią nic przeprowadzić. W praktycznym wykonaniu reform Dickens odegrał rolę i poważną i zupełnie oczywistą i to jest sprawa która nas tutaj obchodzi. Jeśli Dickens był optymistą, był niezwykle czynnym i pożytecznym gatunkiem optymisty. Jeśli Dickens był sentymentalny, był bardzo praktycznie sentymentalny.

A źródło tego leży głęboko w reformach społecznych Dickensa, i jak każda inna istotna i upragniona sprawa pociąga za sobą coś w rodzaju mistycznej sprzeczności. Jeśli chcemy pomagać uciśnionym, musimy jednocześnie odczuwać dwa na pozór sprzeczne uczucia. Musimy uważać, że człowiek uciśniony jest niewymownie nieszczęśliwy, a zarazem że jest nieskończenie zajmującą i ważną osobistością. Musimy kłaść gwałtowny nacisk na jego poniżenie; a także gwałtowny nacisk na jego godność. Gdyż jeśli zmniejszymy jedno twierdzenie o cal, ludzie powiedzą że ów człowiek nie potrzebuje ratunku, a jeśli o cal zmniejszymy drugie twierdzenie, powiedzą że nie wart ratunku. Optymiści będą utrzymywać że reforma jest zbyteczna, pesymiści zaczną twierdzić że jest beznadziejna. Musimy więc obydwa twierdzenia stosować równocześnie do tego samego biedaka, musimy mówić że jest robakiem i bogiem zarazem i narażać się tym sposobem na zarzut (lub pochwałę), transcendentalizmu. To jest rzeczywisty i najsilniejszy argument na korzyść religijnej koncepcji życiowej. Jeśli będziemy uważać godność człowieka za godność pochodzenia ziemskiego, może nam przyjść pokusa aby zaprzeczyć możliwości ziemskiego upadku człowieka. Jeśli zaś ludzka godność pochodzi z nieba, możemy przyznawać możliwość ziemskiego upadku z całą prostotą Zoli. Jeżeli jesteśmy idealistami w rzeczach dotyczących tamtego świata, możemy pozwolić sobie na realizm w rzeczach dotyczących tego świata. Lecz nie o to nam chodzi. Jest rzeczą jasną że jeśli uzasadnioną pochwałę biedaka posuniemy zbyt daleko, lub przejaskrawimy uzasadnione biadania nad jego nieszczęściami, każde z owych wykroczeń może sprowadzić przesunięcie centralnego punktu reformy. Biedak, który będzie zanadto godny podziwu, przestanie być przedmiotem litości, a jeśli będzie zanadto godny litości stanie się godnym pogardy. Szkoła przesadnych optymistów zaprzeczy temu, że jest człowiekiem biednym. Szkoła teoretyków pesymizmu zaprzeczy temu, że jest w ogóle człowiekiem.

Z owej bezprzestannej sprzeczności wynika że zawsze istnieją dwa typy reformatorów. Dla uproszczenia możemy jednego nazwać pesymistą, a drugiego optymistą. Jeden zastanawia się nad faktem, że bywają dusze potępione, drugi zastanawia się nad faktem, że istnieją dusze warte zbawienia. Obydwaj mają słuszność, lecz oczywiście dążą do celu różnymi metodami, a czasem nawet miewają różne zapatrywania. Pesymistyczny reformator kładzie nacisk na dodatnie elementy, które ucisk zniszczył; optymistyczny reformator z zapalczywą radością wskazuje na dodatnie elementy, których ucisk nie zniszczył. Pierwszy jest zdania, że niewola zrobiła z ludzi niewolników. Drugi utrzymuje, że niewola nie zrobiła z ludzi niewolników.

Pierwszy opisuje złe warunki, w jakich znajdują się źli ludzie. Drugi opisuje złe warunki, w jakich znajdują się dobrzy ludzie. Do pierwszej kategorii pisarzy należy na przykład Gorki. Do drugiej kategorii pisarzy należy Dickens.

Musimy tu stwierdzić prawdziwy i nieco zadziwiający fakt. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, można uważać za pewnik że optymistyczny reformator doprowadza do reform bardziej zasadniczych niż reformator pesymistyczny. Właśnie ludzie zadowoleni, a nawet ludzie zanadto zadowoleni wprowadzają gwałtowne zmiany. Człowiek, który powiedział że „rewolucje nie powstają z wody różanej”, był widocznie praktycznie źle obeznany ze sprawami społecznymi. Ludzie tacy jak Rousseau i Shelley robią rewolucje, i właśnie robią je z różanej wody; to znaczy ze zbyt różowego i sentymentalnego poglądu na ludzką dobroć. Zwiastuni, którzy wywołują wstrząśnienia i zmiany, (jak na przykład główna postać z Nowego Testamentu), zdają się zawsze kroczyć w atmosferze nadnaturalnej słodyczy i ciszy. Obdarzają nas ostatecznie pokojem poprzez krew, walki i kłótnie i „nie tak nas obdarzają jak świat nas obdarza”.

Nietrudno też zauważyć prawdziwą przyczynę zwycięstw zbyt optymistycznego reformatora. Zwycięża, gdyż utrzymuje w ludzkiej duszy niezwalczone przekonanie, że gra warta świeczki, że wojnę warto wygrać, że lud zasługuje na wolność. William Archer ogłosił niedawno w jednej ze swych ciekawych serii wywiadów, wywiad z Tomaszem Hardym. Ten potężny pisarz powiedział podobno w toku rozmowy, że nie zamierza w danej chwili określić swego zapatrywania na ostateczne zagadnienie, czy życie warte jest istnienia. Jest na świecie, jak powiedział, setki złych rzeczy, którym można zaradzić. Skoro im zaradzimy — tego argumentu użył— będzie dość czasu na zapytanie, czy samo istnienie, w możliwie najlepszych warunkach, jest cenne albo pożądane. Mamy tu jasny przykład przyczyny dlaczego się pesymiście nie powodzi w roli reformatora; a w tym wypadku przyczyna zawiera domieszkę bezwiednego humoru. Hardy proponuje nam, nie powiem — kupienie kota w worku; proponuje kupienie worka, z małym prawdopodobieństwem, że w nim znajdziemy kota. Kiedy przez kilka pracowitych wieków będziemy się zamęczać dla zbawienia ludzkości, wówczas — jak uważa — będzie „dość czasu” aby się zastanowić czy ludzkość może być zbawioną. Jeśli na przykład, zwalczając śmiertelność wśród dzieci, wyczerpiemy swe siły w nadludzkich wysiłkach, których wymaga utrzymanie przy życiu każdego poszczególnego dziecka, będzie „dość czasu” na zastanawianie się, czy nie byłoby lepiej dla owych dzieci gdyby im pozwolono umrzeć. Mamy przenosić góry, mamy dożyć tego aby zapanowało millenium, bo wówczas uzyskamy chwilę spokoju i zaczniemy dyskusje nad tym, czy owe millenium warte jest zachodu. W tym tkwi bezsilność smutnego reformatora i paradoksalna przyczyna zwycięstwa reformatora zbytnio z życia zadowolonego. Zwycięstwo optymisty jest zwycięstwem religijnym, opiera się na ciągłym twierdzeniu, że dusza ludzka i codzienne życie ludzkie są dużo warte. Opiera się na optymistycznym twierdzeniu, że życie ludzkie jest radosne, bo jest ludzkie. I nigdy nie przyzna ów reformator, jak tylu współczujących pesymistów, że życie ludzkie może kiedykolwiek przestać być ludzkim. Nie tylko lituje się nad podłością ludzką, lecz ją odczuwa jako zniewagę przeciwko udoskonaleniu człowieka. Ślepa litość powinna się odnosić tylko do zwierząt. Znęcanie się nad zwierzętami jest okrucieństwem i podłością; lecz znęcanie się nad ludźmi, to nie okrucieństwo — to zdrada. Tyrania względem człowieka, to nie tyrania — to bunt, gdyż człowiek jest królem. Słabą stroną litości, którą stosuje obecnie szeroki ogół względem ubogich i uciemiężonych, jest brak pierwiastka szacunku; owa litość jest jedynie litościwą.

Ludziom wydaje się, że okrucieństwo względem biednych jest to coś w rodzaju okrucieństwa względem zwierząt. Nie zdają sobie sprawy, że wszelkie nadużycia są niesprawiedliwością względem istot im równych, że są nawet zdradą względem kolegów. Owa ponura naukowa litość, owa brutalna litość ma swoistą żywiołową szczerość, lecz jest zupełnie bezużyteczna, jeśli chodzi o wszelkie społeczne reformy. Demokracja przeorała Europę mieczem, dopóki opierała się na prawach człowieka. Od czasu jak zaczęła opierać się na krzywdach człowieka, nie dokonała literalnie niczego. Mówiąc zupełnie ściśle, przyczyna ostatnich niepowodzeń demokracji leży w tym, że demokracja nie uznaje żadnych praw i krzywd, a nawet nie uznaje ludzkości. Ewolucja, (złowrogi wróg rewolucji), nie zaprzecza specjalnie istnieniu Boga; zaprzecza istnieniu człowieka. I cała rozpacz nad losem biedaków, cała zimna i wstrętna litość dla nich, została w znacznej mierze spowodowana niejasnym poczuciem, że biedacy powrócili dosłownie do rzędu niższych zwierząt.

Gorki, pisarz, który dostatecznie charakteryzuje obecne rewolucjonistyczne dążenia, nadał jednej ze swych książek lekki i efektowny tytuł „Byli ludzie”. Ów tytuł tłumaczy bankructwo rosyjskiej rewolucji. Zaś przyczyną tego, że angielscy pisarze w rodzaju Dickensa zdołali, mimo swych licznych braków, przeprowadzić tak wiele doniosłych zmian, które przeprowadzić zamierzali, jest okoliczność iż nie potrafiliby nadać podobnego tytułu książce o ludziach. Dickens dopomógł istotnie nieszczęśliwym w rzeczach, w których im pomóc zamierzał, a dopomógł im dlatego, że wszystkim jego książkom i szkicom o ubogich i nieszczęśliwych można by nadać wspólny tytuł „Istoty, które nie przestały być ludźmi”.

A więc ów nieprawdopodobny optymistyczny reformator istnieje, jest to człowiek, którego dzieło zaczyna się od pochwały, a ostatecznie wywołuje gwałtowne przewroty. Celem Jezusa Chrystusa było założyć religię, która by zubożała bogatych a wzbogacała biednych, lecz gdy chciał biednych obdarować bogactwem, wygłosił słowa: „Błogosławieni uboczy”. Gissingowie i Gorkijowie przyjęli za ogólne literackie motto słowa: „Przeklęci ubodzy”. Dickens zajmuje osobne miejsce wśród owego miliona uczniów, którzy lękliwie podążyli za boską sprzecznością Chrystusa. We wszystkich swych reformatorskich oświadczeniach mówił: „Leczcie biedę”, lecz we wszystkich swych opisach życia rzeczywistego mówił: „Błogosławieni ubodzy”. Opisywał ich szczęście, a ludzie śpieszyli usuwać ich smutki. Opisywał ich ludzkie cechy, a ludzie oburzali się na zniewagi wyrządzane temu, co było w nich ludzkie. Nietrudno spostrzec w czym leży przyczyna — na którą zresztą zwracałem już uwagę na początku tej książki, — że oskarżenia Dickensa były o tyle skuteczniejsze niż oskarżenia człowieka w rodzaju Gissinga. Obaj znajdowali, że dusze biedaków są jakby uwięzione. Lecz Gissing twierdził, że więzienie owe zapełniają dusze martwe, Dickens zaś uważał, że to więzienie pełne jest dusz żywych. A wtedy ci co chcieli biedakom przyjść z pomocą, poczuli że nie przychodzą za późno.

Nie myślę, aby moja charakterystyka sposobu w jaki Dickens opisywał ubóstwo, wywołała poważniejsze sprzeciwy. Można by jedynie zaprzeczać prawdziwości jego opisów. Oczywiście, tam gdzie Gissing powiedziałby: „Patrzcie jak bieda przygnębia Smithów lub Brownów”, Dickens mówi: „Patrzcie jak mało jednak bieda przygnębia Cratchitsów”. Poza tym Dickens uwydatniał bezsprzecznie u biedaków pewne znamienne cechy. Nieco dalej będziemy roztrząsać prawdziwość jego opisów. Tu wystarczy jeśli stwierdzimy na zakończenie naszej analizy reformatora optymisty, że Dickens z pewnością był optymistą i stawiał sobie za zadanie kłaść nacisk na szczęście, jakie może istnieć w życiu ubogich. Jego biedak jest zawsze Markiem Tapleyem, człowiekiem, którego uparty duchowy optymizm raczej wzrasta w miarę pesymistycznych wydarzeń. Można także stwierdzić jako równie niezbity pewnik, że ten sam optymistyczny Dickens przeprowadził wielkie reformy.

Reformy, do których Dickens służył za narzędzie, były z punktu widzenia naszych szerokich społecznych panaceów, specjalne i ograniczone. Lecz może właśnie dlatego dają ścisły i konkretny przykład psychologicznego paradoksu, o którym mowa. Dickens prawdziwie i ostatecznie zburzył pewne instytucje — lub dopomógł do ich zburzenia; zniszczył te instytucje po prostu je opisując. Lecz najosobliwszą oś kwestii stanowi to że doprawdy (w pewnym znaczeniu) jego opisy były zbyt optymistyczne. Odmalował Dotheboys Hall, w barwach jaśniejszych od rzeczywistości. Zrobił dom zarobkowy milszym niż nim będzie kiedykolwiek. Gdyż największą chwałą Dickensa jest jego umiejętność opisywania tych instytucji w sposób zajmujący, a hańbą Anglii jest to, że te instytucje są nudne. Geniusz Dickensa nigdy nie potrafił odtwarzać dobrze rzeczy nudnych. Jego żywotność była tak gwałtowna, że nie mógł nawet na chwilę wprowadzić do swoich książek istotnie monotonnego wrażenia. Jeśli w powieści zapanuje chwilowo cisza, słyszymy tym wyraźniej szept bohatera do bohaterki, ostrzenie sztyletu łotra, lub skrzyp maszyny, z której ma wyskoczyć bóstwo. Umiał świetnie opisywać miejscowości posępne, lecz nie potrafił opisywać miejscowości nudnych. Umiał opisywać nieszczęśliwe małżeństwa, lecz nie potrafił opisywać małżeństw monotonnych. Małżeństwo z panem Quilpem musiało być rzeczą bardzo zajmującą. W każdej cząstce opowieści, w każdym zakątku ponurego krajobrazu czai się nieustanne podniecenie. Dickens wyobraża sobie pustkowie jako miejsce, gdzie wszystko się może wydarzyć; nie potrafi sobie wyobrazić pustkowia, gdzie się nic nie może wydarzyć. Dla jego duszy jest to bardzo szczęśliwie, gdyż miejscowość gdzie nic się nie może wydarzyć — to piekło. Jednakże umysły współczesne mogą z całą słusznością zarzucać Dickensowi, że jego nieumiejętność opisywania nudów, jego tępość w stosunku do nudów, krępuje go w opisywaniu nieszczęść i smutków ludzkich. Gdyż z pewnością najgorszą cząstką losu nieszczęśliwych ludzi są te długie chwile, podczas których rozpamiętują beznadziejność swego losu. Najgorsze dni człowieka uciemiężonego to nie te rzadkie dni kiedy przychodzą niepowodzenia, ale te liczne dni, w których nie ma nieszczęśliwych wydarzeń. Owego wrażenia nudy i jednostajności Dickens nie umiał, albo nie chciał dawać. Kiedy czytamy takie opisy jak świetny — w szczegółach — opis Dotheboys Hall, odczuwamy że podczas gdy wszystko musi być zgodne z prawdą, autor, według świetnych słów kapitana Naresa z „Rozbitka” Stevensona: „odtwarza posępność w sposób zbyt łagodny”. Chłopcy w Dotheboys Hall byli może mniej udręczeni, ale z pewnością byli bardziej zanudzeni. Co prawda jakżeż można się było nudzić w towarzystwie istoty tak wspanialej jak pan Squeers? Któż by się nie zgodził na kilka niezasłużonych chłost, gdyby za tę cenę mógł rozmawiać z człowiekiem, który potrafił takie zdania wygłaszać: „A to śmieszny stwór ta przyroda… łatwiej przyrodę stworzyć niż ją opisać”.

To samo można powiedzieć o domu zarobkowym w „Oliverze Twistcie”. Mamy niejasne wrażenie, że ani 0liver, ani nikt inny nie mógł być całkowicie nieszczęśliwym, obcując z jaskrawą postacią pana Bumble. Jedyna rzecz, której Dickens nie odmalował w swych wycieczkach satyrycznych, to niszcząca potęga rutyny. Zła szkoła, zły system parafialny, złe więzienie za długi stały się w jego opisach instytucjami o wiele weselszymi i bardziej zajmującymi niż w rzeczywistości; a więc właściwie Dickens im pochlebił, lecz zniszczył je tym pochlebstwem. Przez to, że zrobił panią Gamp rozkoszną, uczynił ją niemożliwą. Zainteresował wszystkich istnieniem pana Bumble, a tym sposobem wszyscy zostali zainteresowani tym aby go zniszczyć. Trudno o potężniejszy przykład jak dalece pożyteczną i skuteczną jest metoda, którą dla ułatwienia argumentacji nazwaliśmy metodą reformatora optymisty. Dopóki niższe szkoły w Yorkshire były szare i posępne, istniały — nieznośne dla swych ofiar — lecz spokojnie znoszone przez ogół. Dopóki Squeers był nudny i okrutny —istniał; chwila w której stal się zabawny i okrutny przyniosła mu zniszczenie. Dopóki Bumble był tylko nieludzki — istniał. Skoro nabrał cech ludzkich, ludzkość starła go w proch. Dla dokonania wielkich aktów sprawiedliwości należy zawsze uprzytomnić sobie nie tylko ludzkie cechy uciemiężonego lecz także ludzkie cechy ciemiężcy. Satyryk musi w swym umyśle niejako stworzyć obrazy, zanim je zniszczy jak ikonoklasta. Dickens musiał powołać Squeersa do życia na to, aby go móc zabić.

W związku z zarzutem pospolitego optymizmu, który sobie obrałem za treść tego rozdziału, należy zwrócić uwagę na inną dziwaczną rzecz. Nikt na świecie nie był mniejszym optymistą od Dickensa w sposobie traktowania zła i złych ludzi. W tej chwili mam na myśli optymizm współczesny, który stara się zło pomniejszyć. Nikt mniej od Dickensa nie starał się zła wybielić. Żaden czarny charakter nie był straszniejszy niż czarne charaktery Dickensa. Odmalowywał swych łotrów i straceńców w barwach czarniejszych niż rzeczywistość. Zapełniał swe powieści gatunkiem łotra rzadkim w powie- ściach współczesnych—łotrem bez żadnej „zbawczej cechy”. Nie ma zbawczej cechy u Squeersa, ani u Ralfa Nickleby ani u Monksa, ani u Billa Sikesa, ani u Quilpa, ani u Brass, ani u Chestera, ani u Pecksniffa, ani u Jonasza Chuzzlewita, ani u Carkera, ani u Uriah Heepa, ani u Blandois, ani u setki innych. Jeśli chodzi o równowagę między złem a dobrem w ludzkim charakterze, z pewnością nie można by nazwać Dickensa pospolitym optymistą. Uwydatniał zło w sposób melodramatyczny. Można by go raczej nazwać pospolitym pesymistą.

Niektórzy uważają prawdopodobnie ową jaskrawość podłości za szczegół sztucznego romantyzmu Dickensa. Zdania tego nie podzielam. Niewątpliwie przejął ów czarny charakter razem z wieloma innymi rekwizytami z tradycji literatury europejskiej. Lecz ożywił łotrów osobliwym i mocnym, swoistym życiem. Nie wykazywał żadnej tendencji do złagodzenia ich podłości w miarę wzrostu umiarkowania w swej epoce. Nie pragnął aby jego łotrzy stali się mniej podłymi. Nie chciał naśladować analizy George Eliot, lub szacowanego sceptycyzmu Thackeraya. Wszystkie dzieła Dickensa mają, jak myślę, podtrzymywać rzecz w nim istotną — a mianowicie jego pragnienie aby się przeciwstawić krzykliwemu i nieobliczalnemu wrogowi. Pragnął podtrzymywać ideę walki, która z konieczności musi być walką przeciw indywidualnej i żywej jednostce. Nie wiem czy wśród dobrotliwego racjonalizmu swej epoki, zachował wiarę w indywidualnego szatana swej teologii, ale faktem jest, że w każdej ze swoich książek stwarzał indywidualnego szatana.

Dobre uzasadnienie dla mego twierdzenia można znaleźć na przykład w postaci Quilpa. Dickens miał może początkowo niejasny zamiar przedstawienia Quilpa jako zgorzkniałego nieszczęśliwego kalekę, którego fizyczne kalectwo wpłynęło na okaleczenie umysłu. Lecz jeśli żywił taki zamiar, porzucił go prędko. Quilp wcale nie jest nieszczęśliwy. Cała jego malowniczość polega na pewnego rodzaju piekielnej radości, na straszliwej wesołości, która sprawia że wyskakuje na wszystkie strony jak gumowa piłka. Quilp wcale nie jest zgorzkniały, jest szczerze wesoły i ekspansywny. Pragnie ludziom szkodzić w taki sam serdeczny sposób, w jaki człowiek dobry pragnie im przyjść z pomocą. Lubi ludziom zatruwać życie w taki sam hałaśliwie koleżeński sposób, w jaki uczciwy człowiek lubi wypić z kolegami. Quilp wcale nie jest okaleczały, ani umysłowo, ani fizycznie; to znaczy, że ciało jego może podołać wszystkiemu czego Quilp od niego wymaga. Jego mały wzrost nadaje mu raczej szybkość lotu ptaka lub prędkość kuli. Jednym słowem Quilp jest ściśle średniowiecznym diabłem; należy do tej zdumiewająco zdrowej epoki, gdzie nawet upadłe duchy bywały zabawne.

Warto zwrócić uwagę na tężyznę i na żywe usposobienie łotrów Dickensa, ponieważ są to cechy ściśle związane z własnym usposobieniem autora. Jest to prawda, którą mało kto w naszych czasach rozumie, a która jednak jest podstawowa. Jeśli optymizm ma oznaczać zadowolenie ze wszystkiego, to na pewno im większym się jest optymistą, tym większym się jest melancholikiem. Jeśli kto wszystko chwali, pochwały jego staną się wkrótce zastraszająco podobne do uprzejmej nudy. Jeśli powie, że bagno jest równie miłe jak ogród, pomyśli że ogród jest równie posępny jak bagno. Potrafi może zmusić się do powiedzenia, że pustka jest dobra, lecz w głębi duszy będzie mieć wątpliwości co do pożytku owej dobroci. Taki optymizm istnieje, lecz jest to optymizm gorszy od pesymizmu, jest to optymizm piekielnych otchłani. Na tę smutną i próżną bezradosną pochwałę mamy jedno jedyne antidotum — raptowną i wojowniczą wiarę w istotne zło. Możemy światu przywrócić jego piękno, jeśli spojrzymy na niego jak na pole walki. Kiedy oświetlimy i określimy rzecz złą, przywrócimy wszystkim innym rzeczom właściwe zabarwienie. Kiedy rzeczy złe staną się złymi, dobre rzeczy w ognistej apoteozie staną się dobrymi. Niektórzy ludzie są posępni bo nie wierzą w Boga; lecz jest wielu ludzi, którzy są posępni, bo nie wierzą w diabła. Kiedy uwierzymy w diabła, trawa przybierze znów zieloną barwę a róże barwę czerwoną.

Żaden człowiek nie odczuwał silniej niż Dickens znaczenia owej wojowniczej podstawy wszelkiego radosnego usposobienia. Znał doskonale zasadniczą prawdę, że szczery optymista może pozostać optymistą tylko dopóki jest niezadowolony. Gdyż pełną wartość życia osiąga się jedynie przez walkę; niecierpliwi osiągają ją przez burzę. A jeśli wszystko przyjmiemy — ominie nas jedna rzecz — wojna. Nasze życie może być rozkoszną walką, lub bardzo nudnym rozejmem. Dziwi mnie, że tak niewielu krytyków zarówno Dickensa jak i innych romantycznych pisarzy, zauważyło filozoficzne znaczenie doskonałego łotra. Łotr w powieści nie jest postacią zwykłą, jest on wprowadzony, aby stać się niebezpieczeństwem — nieustanną, bezlitośną, nieustępliwą groźbą, jak niebezpieczeństwo grożące ze strony dzikich zwierząt, lub morza. Dla nasycenia potrzeby walki, która zawsze i wszędzie wymaga poczucia równości, należy wyobrazić zło w postaci człowieka; lecz niekoniecznie trzeba zło uosobić w postaci człowieka połowicznego i prawdopodobnego; artystyczność kreacji nic na tym nie zyska. W każdej opowieści o nastroju nieco symbolicznym taki człowiek może zupełnie legalnie uosabiać pierwotną siłę piekielną. Powinien być tylko na tyle człowiekiem żeby jego inteligencja i wola były dostosowane do woli i inteligencji człowieka, który z nim walczy. Zło może być nieludzkie, lecz nie może być bezosobiste. Jest to prawie dokładnie stanowisko zajmowane przez szatana w teorii teologicznej.

Lecz wszelkie roztrząsania doprowadzają nas znów do stwierdzenia, że głównym źródłem tego co nazwałem radosnym usposobieniem, a co inni wolą zwać optymizmem Dickensa, jest coś głębszego niż filozofia gołosłowna. Jest to niezrównane pożądanie i ukochanie żywotności, różnorodności, i niezgłębionej ekscentryczności istnienia. Słowo „ekscentryczność” przenosi nas bliżej istoty sprawy niż każde inne. Najwyraźniejszym może znakiem boskości człowieka jest to, że się o tym świecie mówi jako o „dziwnym świecie”, pomimo że się innego nie zna. Czujemy, że wszystko jest ekscentryczne, mimo że nie wiemy co stanowi centrum. Poczucie groteskowości wszechświata przepływało przez mózg i ciało Dickensa, niby szalona krew elfów. Widział wszystkie ulice w fantastycznym oświetleniu; wyobrażał sobie, że domki podmiejskie uginają się pod ciężarem zbyt wielkich dachów; wyobrażał sobie że nos u każdego człowieka dwa razy jest większy niż w rzeczywistości, że oczy są rozmiaru spodków. I to było podstawą jego wesołości; jest to zresztą jedyna rzeczywista podstawa każdej filozoficznej wesołości. Nie należy szukać usprawiedliwienia dla świata jak to robią machinalni optymiści, nie należy go uważać za najlepszy ze wszystkich światów. Nie to stanowi jego zaletę, że jest systematyczny i możliwy do wytłumaczenia, jego zaletę stanowi to że jest szalony i najzupełniej niezrozumiały. Jego zaletą jest właśnie to, że nikt z nas nie mógłby sobie czegoś podobnego wyobrazić, że odrzucilibyśmy sam pomysł takiego świata jako niemożliwy i bezrozumny. Ten świat jest najlepszym ze wszystkich niemożliwych światów.

Tłm. Maria Godlewska

(pisownię uwspółcześniono)