Czytam sobie właśnie taką jedną książkę, to się podzielę wrażeniami.

Książka nosi tytuł „Can Saul Alinsky Be Saved?”. Napisana przez Richarda Williama Bledsoe, pastora prezbiteriańskiego, stanowi kwintesencjalnie amerykańską dyskusję nad amerykańską tożsamością, dynamicznie dzisiaj ewoluującą w kierunku europejskiego sekularyzmu. Niemniej jednak nim przechodzimy do dyskusji bardziej współczesnych, następuje krótkie wprowadzenie historyczno-filozoficzne, trzeba przyznać, że całkiem zręczne (lubię, jak o filozofii pisze się prosto, co nie jest łatwe, bo filozofowie naturalnie mają skłonność, aby się i swoje przemyślenia „pompować”) – do momentu, w którym na scenę wchodzi mój ulubiony filozof, Jan Jakub Rousseau. Wtedy zaczyna być dziwnie. A najdziwniejsze są fragmenty takie jak ten (oczywiście tłumaczę JA):

W przypadku Rousseau, nie mamy do czynienia z ‘zapaszkiem’ akademii czy z pewnością nie z precyzyjną i logiczna argumentacją. Jest jednak w jego pismach pewna logika: przyczynowo-skutkowa logika uczuć. Co dziwne, skutkiem ostatecznym jest tutaj samoafirmacja przez samounicestwienie. […] Poczucie godności [człowieka demokratycznego] to po prostu próba niepopadnięcia [??] w obrzydzenie do samego siebie, to samo obrzydzenie, które czuł kiedyś do niego człowiek arystokratyczny. Ale, paradoksalnie, ‘czuć’ własne istnienie możemy wyłącznie za pośrednictwem samo-pogardy, z którą radzimy sobie przenosząc ją na innych ludzi. Kimże jest ów kochający i u-kochany we wnętrzu Jana Jakuba Rousseau? Czy to ktoś, kto kocha siebie, przeczuwając uprzednią wobec owej miłości egzystencję, czy przeciwnie, mamy tu do czynienia z auto-kreacją? Czy Rousseau istniał zanim zaczął kochać, czy to jego miłość do siebie jest zarazem przyczyną jego istnienia? Mamy tu do czynienia z oczywistą sprzecznością. Rousseau dużo mówi o ‘cnotliwości’ ludzkiego ‘ja’. Ale tym, na czym mu głównie zależy, to zabezpieczenie niezależności własnego istnienia. ‘Ja’ Rousseau jest cnotliwe, bo Rousseau kocha swoje ‘ja’”. (s.15)

No i tak dalej i tak dalej, znajdzie się tego jeszcze troszkę. Co można powiedzieć o podobnych dywagacjach? To już nawet trudno zacząć choćby omawiać wszystkie zawarte tutaj błędy. Po pierwsze, Rousseau nigdy nie napisał, że człowiek jest z natury cnotliwy. Człowiek jest z natury dobry, a cnotliwy staje się w społeczeństwie (dlatego też tworząc społeczeństwo coś tracimy ale i coś zyskujemy i należy tak społeczeństwo zorganizować, aby stracić jak najmniej i zyskać jak najwięcej – i to jest istota russoizmu, a nie jakieś mityczne „powroty do Natury” rozumiane ściśle dosłownie). Po drugie, oczywiście, że człowiek kocha siebie dlatego, że uprzednio istnieje, nie ma w ogóle w żadnym traktacie Rousseau ani jednej wzmianki sugerującej, że istnienie jest jak gdyby „skutkiem” miłości siebie, przecież to jest jakiś kompletny absurd. Po trzecie, była mowa o logice i argumentacji. „Logika uczuć” – cóż to? Komentarz – czy auto-komentarz? Po czwarte – miłość siebie (zjawisko zdrowe, przeciwieństwo egoistycznej i mającej swe źródło w społeczeństwie kompetytywnym, jak byśmy dziś powiedzieli, miłości własnej) jest według Rousseau możliwa i właśnie skreśla wszelkie projektowanie własnych fobii i kompleksów na innych. Autor popełnia jeszcze masę innych błędów, na przykład metodologicznych, posługując się właściwie wyłącznie „Wyznaniami”, a nie sięgając w ogóle choćby do dzieł politycznych wielkiego Szwajcara. Nic dziwnego, że wobec takiej intelektualnej „obróbki” wychodzi kompletny bigos. W ostatecznym rozrachunku zatem, podejście Bledsoe’a stanowi ledwie pewną modyfikację przepisu przygotowanego przez pana Irvinga Babbitta (skończył Harvard!), nad którym popastwiłem się w zamierzchłym wpisie „Ja i faszysta”.

Dlaczego to jest moim zdaniem ważne? Ponieważ, jak ostatnio obserwuję, mimo iż to podejście jest mizerne i nieoparte na niczym, to stanowi ono dominujący w kulturze pogląd na Rousseau i romantyzm, czyli epokę, którą zapoczątkował. Gdyby posłuchać dokładnie tego, co mówią obecnie o romantyzmie znawcy polityki i filozofowie kultury, wychodzi z tego obraz tak wykoślawiony, że duma człowiek, jak to możliwe, aby podobne idiotyzmy w ogóle kiedykolwiek pojawiły się w druku, bo każdy szanujący się wydawca powinien był to zawczasu skutecznie utrącić. Filozofów i artystów romantycznych, z biednym Janem Jakubem na czele, przedstawia się jako bandę oszalałych głupców wygadujących najoczywiściej sprzeczne i pozbawione wszelkich podstaw bzdury, tworzących marną sztukę (oczywiście na absyntowym i erotycznym „haju”) i przygotowujących drogę pod wszystkie katastrofy poprzedniego wieku – zarówno nazizm, jak i komunizm, jak i zapewne wyzysk kolonialny, kapitalizm i, cytując klasyka, „w ogóle, w ogóle wszystko”.

Tak na zdrowy rozsądek, dobrze to wygląda? Przekonujący to obraz historii kultury? I jakże to ironiczne, że tak często „pompują” go ludzie protestujący namiętnie przeciwko „wycinaniu” z dziejów całej epoki średniowiecza!

Prawda jest, oczywiście, zupełnie inna – i najzupełniej prosta. Jak pisał Arthur Melzer, autor jednej z najlepszych bodaj monografii o russowskiej koncepcji przyrodzonej dobroci człowieka, nie ma na świecie obecnie russoistów. Ale to tylko dlatego, że każdy jest w jakimś sensie russoistą. Myśl Rousseau to nie tyle jakiś osobny „system”, jakiś „projekt” rzeczywistości zaczynający od arbitralnie przyjętej przesłanki i „nabudowujący” na niej dedukcyjnie (w terminologii Maritaina to jest właśnie dokładnie to, co nazywa „ideozofią”), ale zbiór bardzo rozsądnych obserwacji opartych na pewnych źródłowych doświadczeniach, do których każdy ma dostęp. Każdy rozumie na przykład, że w głębokim sensie człowiek najzupełniej sam sobie wystarcza i jeśli tylko ma odpowiednie narzędzia zabezpieczenia i kultywacji swojego „pola bycia” inni nie są mu do niczego „potrzebni”, a relacjonuje się do nich wyłącznie przypadłościowo, po to, aby się z nimi wzajemnie ubogacać. Że dobrze jest się zakochać. Że poezja jest po to, aby nas wzruszać, w zupełnie dobrym i logicznym tego słowa znaczeniu. Czy, skoro już o tym mówimy, że władza pochodzi z konsensusu, a więc w pewnym sensie należy się wszystkim. Każdy, powiadam, to rozumie, tylko jeden lub drugi udaje, że nie i z czasem się wynaturza. I jeśli poczytamy Rousseau i romantyków zupełnie bezstronnie, nie znajdziemy w tych książkach nic ponad właśnie tego typu proste prawdy i masę zdrowego rozsądku. Zdrowego rozsądku wyrażonego, prawda, czasami w skrajnie nierozsądnych formach. Ale to zupełnie spójne. Jak głosi pewne mądre powiedzenie, największą głupotą jest nigdy nie zrobić w życiu nic głupiego.

Innymi słowy: walka z romantyzmem nie ma sensu. Co się stało, to się nie od-stanie. Co się zobaczyło, tego się nie od-zobaczy. Umysł ludzki poczynił pewien krok na drodze i nie da się tego cofnąć. Zadaniem jest zatem nie walczyć z faktami (niemalże jak jakiś oszalały romantyk), tylko się z nimi pogodzić i zrobić coś sensownego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może twierdzić, że romantyzm miał same zalety. Ale tylko, że zaradzenie pewnym jego wadom i naprawienie błędów możliwe jest wyłącznie, jeśli uzna się w nim to, co obiektywnie dla człowieka dobre. I tutaj pomoże nam oczywiście nasz ulubiony pisarz, Gilbert Keith Chesterton, który za romantyzmem bardzo przepadał. „Czerwona czapka i czerwona kamizelka” – pisał w eseju „O młodych i romantyzmie” – „obydwa te ideały są mi bardzo bliskie”. Niemniej „obydwa odejdą szybko do lamusa” (a właściwie jeden już odszedł, a drugi zaraz to uczyni) jeśli nie znajdą syntezy z czymś więcej, co autor określa jako „sekret wiecznej świeżości róż św. Katarzyny krzyża św. Jerzego”. W oczywisty taka synteza nie jest łatwa i wymagałaby gigantycznej pracy, po obu zresztą stronach (ciekawe, że nikt nie zwraca uwagi właśnie na gigantycznie wprost rewolucyjny wydźwięk tej frazy – także, a może przede wszystkim, jeśli chodzi o tożsamość Kościoła katolickiego, ale to inna sprawa). Czy ktoś ją przeprowadził – można wątpić. Chesterton wszakże zbliżył się bardzo do ideału. Czy tak jednak, czy inaczej, przeprowadzić ją trzeba, bo alternatywą jest wyłącznie amnezja społeczna.

Próbami przeprowadzenia takiej amnezji w wieku XX były totalitaryzmy. Próbą współczesną jest konsumpcjonistyczny kapitalizm.

Ostatecznie zatem spór o romantyzm, jak wszystko inne, okazuje się sporem politycznym. Ale to inny temat, na inną rozprawkę.

Maciej Sobiech