[Arthur J. Penty jak zwykle – zawsze warto go czytać; nie zawsze trzeba się z nim w stu procentach zgadzać. Na pewno jednak zadaje on znakomite pytania, na które każdy poważnie myślący dystrybucjonista musi sobie odpowiedzieć. Niewątpliwie, jego spojrzenie na problem wzbogaciłoby znacząco należyte zrozumienie scholastycznego rozróżnienia między facere i agere; niemniej nawet bez niego pozostaje on niewątpliwie najbardziej interesującym przedstawicielem „lewicy dystrybucjonistycznej” (bo, przypomnijmy, ostatecznie przyznał się on do przynależności do tego ruchu na niedługo przed śmiercią) – z którego to względu był zapewne tak bardzo ceniony przez GKC. I nam ta lewica jest potrzebna, jako odtrutka na lewicę post-marksistowską, ateistyczną i materialistyczną, która zawłaszcza tę przestrzeń dla siebie. – Tłumacz]

Z serii: „Poszukiwany: praktyczny plan działania”

G.K.’s Weekly, 22 maja 1926 roku

W ciągu ostatnich lat kilkakrotnie zdarzyło mi się określić siebie mianem dystrybucjonisty – i często zadawałem sobie pytanie, czy mam do tego jakiekolwiek prawo. Być może w moim wypadku najlepiej będzie zacząć od wyjaśnienia w jakim sensie jestem i nie jestem socjalistą, wywodzę się bowiem z socjalistycznej tradycji. Ruch ten pociągał mnie za młodu, ze względu na to, że potępiał indywidualizm ekonomiczny i postulował przebudowę obecnie istniejącego społeczeństwa kompetytywnego na zasadach braterstwa, samopomocy i kooperacji. Jeśli rozumieć socjalizm w ten sposób, to wciąż się do niego przyznaję. Wciąż wierzę, by tak rzec, w „nieformalną” stronę socjalistycznej filozofii – ideały braterstwa, samopomocy i kooperacji. W pewnym momencie życia doszedłem jednak do wniosku, że oficjalne teorie ekonomiczne, pod którymi socjaliści się podpisują, nie mają z tymi ideałami nic wspólnego, czy też, by ująć to inaczej, że doktryna ekonomiczna, w którą socjalizm się krystalizuje, jest radykalnie nieadekwatna w stosunku do impulsu moralnego, z którego się bierze. Stąd różnice – i stąd wysiłki, podejmowane przeze mnie właściwie od początku kariery pisarskiej, aby skłonić socjalistów i orędowników sprawy robotniczej do odrzucenia starych pryncypiów gospodarczych, ciążących im jak kamień młyński, i zastąpienia ich nowym rozwiązaniem, którego charakter pełniej odpowiadałby szlachetności pierwotnych aspiracji tych ludzi.

Zacząłem od krytyki biurokratycznego ideału teorii kolektywistycznej jako metody organizacji ekonomii, i promocji koncepcji zorganizowania jej w oparciu o zapożyczoną ze średniowiecza zasadę korporacjonistyczną. Koncepcja ta spotkała się wśród socjalistów z bardzo życzliwym przyjęciem, niemniej w ich rękach i ona rychło przemieniła się w następną wariację na temat kolektywizmu. Fakt, że okazała się tak zupełnym niewypałem utwierdził mnie w przeświadczeniu, że nie udało mi się dotrzeć do istoty rzeczy, czy też może: dość jasno wyartykułować, co tak naprawdę rozumiem pod pojęciem korporacji zawodowej. Musiał istnieć w tej sprawie jeszcze jakiś element bardziej fundamentalny, którego nie zdołałem uchwycić. Jaki?

Przeszedłszy tę długą już dość drogę, zacząłem interesować się dystrybucjonizmem. Według tej doktryny, istotę problemów ruchu socjalistycznego stanowi to, że źródła wszystkich nieszczęść współczesnego społeczeństwa upatruje on we własności prywatnej, domagając się zatem konsekwentnie jej zniesienia. Bez wątpienia jest to prawda (nawet jeżeli nie cała), bo to właśnie idea zniesienia własności prywatnej i tego, co z niej wynika – czyli prywatnego kierownictwa w gospodarce – wepchnęła socjalistów ostatecznie w łapy biurokratyzmu, a także: doprowadziła do przekształcenia korporacjonizmu socjalistycznego w doktrynę kolektywistyczną (bo korporacjoniści socjalistyczni bynajmniej się jej nie wyrzekli).

Że korporacjonizm socjalistyczny stanowi zaś istotnie formę kolektywizmu twierdzę dlatego, że w praktyce zaczął przejawiać dokładnie identyczne symptomy. Naczelnym problemem gildii budowlanych, na przykład, był rażący nadmiar komitetów i komitecików, w których, jako że przeciętny obywatel szybko gubił się w gąszczu przepisów regulujących ich funkcjonowanie, pełnię władzy błyskawicznie przejmowała de facto garstka urzędników. Tak też gildyzm, pierwotnie reakcja na nadmiar biurokracji, ostatecznie wydał z siebie skomplikowaną strukturę „biurokracji odwróconej”.

Na ile widzę, nie ma obecnie żadnego zgoła innego lekarstwa na tę wszechobecną tendencję do grząźnięcia w gąszczu komitetów i biur, niż uznać zasadność prywatnego kierownictwa w gospodarce, a co za tym idzie – także własności prywatnej. Do tego momentu, o ile tak można powiedzieć, jestem dystrybucjonistą.

Nie mam wszakże pewności, czy inni dystrybucjoniści będą chcieli pójść ze mną o krok dalej – w moim przekonaniu zaś, ten krok prędzej czy później wykonać będzie trzeba, uważam bowiem, że z przesadnej niechęci do socjalizmu częstokroć popadają oni w przeciwną skrajność i zaczynają uważać własność prywatną za cel sam w sobie; zupełnie jak gdyby fakt posiadania czegoś wiązał się z jakimś szczególnym błogosławieństwem z nieba. Purytanie, owszem, mieli w tej sprawie podobne zapatrywania, nie znajduję jednak dla nich żadnego uzasadnienia ani w prawdziwej doktrynie chrześcijańskiej, ani w historii. Ewangelia wielokrotnie przestrzega nas przed przez niebezpieczeństwem bogactw i to nie podlega dyskusji, jeśli zaś uznajemy jeszcze w jakiś sposób znaczenie tradycji, to przykład pierwszego Kościoła w Jerozolimie zdaje się sugerować, że pierwotnie chrześcijański ideał społeczny miał naturę komunistyczną.

Komunizm wszakże, jest wymagający. To prawdziwy ideał – ale ideał dobry tylko dla idealnych ludzi. Jego solą jest dyscyplina – a że większość ludzi niechętnie poddaje się dyscyplinie, w formie pierwotnej zachował się on tylko we wspólnotach monastycznych, dla zwykłego świata natomiast, tradycja Kościoła wykształciła z czasem jego pojęcie uproszczone i bardziej praktyczne, znane dziś jako ideał życia wspólnego względnie wspólnotowego. Ojcowie Kościoła bynajmniej nie idealizowali własności. Przeciwnie: twierdzili, że jest ona sprzeczna z naturą, ale konieczna ze względu na ludzką niedoskonałość. Stanowiła ona dla nich zatem konsekwencję grzechu pierworodnego.

Mnie to podejście wydaje się właściwe. Błędnie jest, w mojej opinii, idealizować własność prywatną jako cel sam w sobie, słusznie wszakże: widzieć w niej właśnie środek do celu, niezbędny ze względu na zepsucie ludzkiej natury. Program dystrybucjonistyczny uważam za słuszny na tyle, na ile głosi on konieczność redystrybucji majątku, niebezpieczny jednak pod tym względem, że wydaje się przypisywać tej procedurze zbyt wysokie znaczenie. Posiadanie bowiem, nie może mieć charakteru absolutnego. W średniowieczu, łączyło się ono zawsze, na przykład, z obowiązkami wobec społeczeństwa. Do takiej właśnie teorii własności pragnąłbym powrócić.

W tym punkcie zaś, dochodzimy do problemu tzw. „funkcji” – zasady spajającej społeczeństwo wieków średnich, do której również musimy czym prędzej powrócić. Według tej zasady, ludzkie działanie zyskuje sankcję wyłącznie, jeśli jest podporządkowane korzyści społecznej. Prawo własności również zostaje w ten sposób zrelatywizowane. Co w praktyce oznacza mniej więcej tyle, że ziemia jest po to, aby ją uprawiać, a nie po to, żeby nią spekulować. Z tego punktu widzenia, punktu widzenia gospodarki „funkcjonalnej”, redystrybucja własności to rzecz konieczna, bo bez niej pewnych funkcji społecznych zwyczajnie nie da się pełnić. [Mam wrażenie, że Panty tutaj trochę „skacze”, niemniej staram się dochować wierności tokowi oryginału. – Tłumacz]

Ale jak ową redystrybucję przeprowadzić? Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, z tego też względu często kusić nas może idea rewolucji, gdy środki konstytucyjnie dopuszczalne zawiodą nasze oczekiwania. Ale czy to naprawdę dobre rozwiązanie? W społeczeństwach agrarnych, w krajach, gdzie istnieje stan chłopski, a reforma własnościowa sprowadza się zasadniczo do pracelacji włości ziemiańskich, faktycznie może okazać się skuteczne. Nie bardzo rozumiem jednak, jakie zastosowanie miałoby ono znaleźć w tym kraju, w którym nie ma przecież warstwy chłopskiej, i w którym koncentracja majątków stanowi przede wszystkim kwestię manipulacji finansowych i monopolu na własność maszynerii fabrycznej. Owszem, można dać robotnikom udział we własności maszynerii fabrycznej – ale to nie to samo, nawet nie w połowie, co dać chłopu działkę ziemi.

Jasne jest zatem, że jeśli dystrybucjonizm ma kiedyś zamienić się w projekt praktyczny, faktycznie możliwy do urzeczywistnienia, dystrybucjoniści będą musieli zająć klarowne stanowisko w sprawie dwóch problemów, kluczowych dla zrozumienia cywilizacji współczesnej, mianowicie: maszynizmu i pieniądza. Fakt, że ludzie zaczynają o nich obecnie przynajmniej mówić, daje jednak pewną nadzieję na przyszłość.

(c.d.n.)

Tłm. Maciej Wąs