Jest wiele zjawisk w polskiej polityce, szczególnie w tej, która interesuje nas tutaj najbardziej, mianowicie: w tych kręgach, które przyznają się jeszcze do jakichś związków z chrześcijaństwem i pragną budować, w formie tej lub innej (przynajmniej według własnych deklaracji), chrześcijańskie państwo. I jakże pała we mnie serce, by wszystkie je objąć i opisać! Niestety, ponieważ taki los człowieka, że myślenie przychodzi nam ciężko i jedyne, co pozostaje, to wlec się mozolnie od przedmiotu do przedmiotu, i tak nigdy nie oddając mu pełnej sprawiedliwości, należy zająć się nimi powoli i po kolei. Dziś zatem, chciałem poświęcić kilka słów zjawisku, które szczególnie mnie irytuje i którego, przyznam szczerze, od początku mojego zainteresowania sprawami politycznymi nie rozumiem, mianowicie: tzw. cynizmowi polskiej frakcji nurtu „konserwatywnego” (w szerokim sensie tego słowa).

Jeśli ktoś zapyta mnie, gdzie znajdzie się ów cynizm, o którym mówię, to odpowiem tylko tyle: a gdzie się on nie znajdzie? Zawsze mam wątpliwości, czy wierzyć w takich wypadkach w człowieka, czy nie. Mógłbym zrobić tutaj katalog najróżniejszych cytatów z najróżniejszych prawicowych publicystów długi na pięć, dziesięć, piętnaście stron standaryzowanego maszynopisu i każdy z osobna omówić – niemniej nieprzekonanych i tak bym nie przekonał. Dlatego też, po prostu ze względów praktycznych, spróbuję odwołać się tutaj do zdrowego rozsądku czytelnika. Pojrzyj wokół siebie, ludu, i zważ, co ci mówią mędrcy twojej ojczyzny – poczytaj, zastanów się. Zobaczysz, że cynizm zawsze się tam jakoś znajdzie: jeśli nie wprost to w sposób bardziej zamaskowany, jeśli nie w kontekście ściśle społecznym, to na pewno politycznym, jeśli nie politycznym, to przynajmniej gospodarczym. Zawsze będzie się dało gdzieś wysłyszeć ów drwiący i pewny ton, który jest znakiem prawdziwego cynika. W Polsce (bo to już chyba ten etap) o polityce myśli się cynizmem. Szczególnie, i to jest zastanawiające, po prawej stronie.

Oczywiście, nikt się do tego wprost nie przyzna. „Cynizm” to nieładne słowo, przynoszące nieładne skojarzenia. Z tych samych względów, żaden polityczny cynik nie używa określenia, które również nadawałoby się do opisu tej postawy (akcentującego bardziej jej aspekt teoretyczny, nie praktyczny), mianowicie: „makiawelizm”. Zazwyczaj stosuje się w praktyce pisarskiej różnorakie zamienniki, z których rolę wiodącą grają, rzecz jasna, „pragmatyzm” i „realizm”. Tylko że, trafem, te pojęcia nic nie znaczą; czy może, na zdrowy rozsądek (i na ile podpowiadają nam coś tutaj obowiązujące słowniki), jeśli mają znaczyć w kontekście polityki cokolwiek, to znaczą, będąc określeniami tej samej rzeczy z dwóch różnych punktów widzenia, że polityk powinien działać skutecznie („pragmatyzm”), do czego wymagana jest wyważona i spokojna ocena realiów („realizm”). Otóż, każdy, powiadam, każdy, kto pisze o polityce i nie popadł w pewnym momencie życia w całkowite szaleństwo, wyznaje tę zasadę przynajmniej implicite. Nie ma takiego człowieka, który głosiłby jakiś program polityczny nie wierząc, że wynika on z rzetelnej oceny realiów i gwarantuje możliwość skutecznego działania. Inaczej by go nie głosił. Jeśli zatem mówimy o sobie, że jesteśmy politycznymi „pragmatystami” czy „realistami”, mówimy tyle, że jesteśmy politycznymi. Nie ma to więc najmniejszej wagi w klasyfikowaniu różnorakich prądów ideowych, które się w polityce zaznaczają. Tym, co ma wagę, to jak wypełniamy tę formułę treścią, to znaczy jak rozumiemy używane tutaj terminy i w jakich wypadkach „aplikujemy” ją do rzeczywistości w sądach. I tutaj już można o różnych poglądów politycznych powiedzieć bardzo dużo – o tym, którym się tutaj zajmujemy na przykład choćby to, że zasadniczo opiera się on na utożsamieniu słowa „skuteczny” ze słowem „amoralny”. „A-moralny” właśnie, a nie „niemoralny”. Sprawowanie władzy i kierowanie życiem zbiorowym jego podmiotów zostaje po prostu uznane za kwestię czysto techniczną, kwestię porządku, jak powiedzielibyśmy w terminologii scholastycznej, wykonania, a nie działania, to znaczy: w separacji od kwestii celu ostatecznego człowieka. By ująć to jeszcze inaczej, w sposób najprostszy już z możliwych, z punktu widzenia modusu osiągnięcia tego celu w egzystencji ludzkiej: cokolwiek człowiek robi w polityce, nie ma najmniejszego związku z jego zbawieniem – ani do niego nie przybliża, ani od niego nie oddala. Dlatego też nie podlega regulacjom, nakładanym na ludzkie postępowanie przez warunki jego osiągnięcia. Nieomylny tego znak stanowi swoisty renesans zainteresowania wczesną myślą Romana Dmowskiego, z jego koncepcją „etyki narodowej”, innej, w swojej istocie, od etyki indywidualnej, czy Charlesa Maurrasa, ze sformułowaną przezeń wizją „polityki jako nauki pozytywnej”, które to koncepcje czerpią dokładnie z tego źródła, jakim jest wyabstrahowanie polityki z kontekstu wyznaczanego przez ostateczny cel ludzkiego istnienia. Jedynym zaś sensownym określeniem dla takiej postawy, jest właśnie makiawelizm czy, z innego punktu widzenia, cynizm polityczny; QED.

No i cóż? No i, moim zdaniem, sytuacja ta to kompletna katastrofa – nie dla prawicy, ale raczej dla czegoś bardziej realnego, co mnie akurat bardzo interesuje, mianowicie dla sprawy budowy nowej cywilizacji chrześcijańskiej, wielkiego zadania Kościoła trzeciego tysiąclecia. A to z tego prostego powodu, że makiawelizm, cynizm polityczny, pozostaje z chrześcijaństwem w absolutnym konflikcie. Oczywiście, znamy tę argumentację: że cynizm to jeszcze nie demonizm; że samo przyzwolenie na dopuszczanie się czynów niegodziwych nie oznacza, że powinno się ich dopuszczać zawsze i wszędzie. Przeciwnie: co bardziej kulturalni spośród politycznych cyników zawsze chętnie przyznają, że najlepiej byłoby, gdyby w ogóle nie trzeba było się ich dopuszczać, bo „dobre” uczynki Princepsa lepiej służą budowie pokoju społecznego, niż złe. Niestety, sam fakt takiego postawienia sprawy świadczy, jak bardzo mentalność współczesna straciła związek ze swoim chrześcijańskim pra-źródłem – nawet dobro postrzegając w kategoriach wyłącznie utylitarnych. W perspektywie zdrowej nauki, nauki opartej w całości na pojęciu stworzenia, koncepcja aktu istoty stworzonej, który przynajmniej pośrednio nie odnosiłby się do celu ostatecznego, czyli Stwórcy, jest całkowitym absurdem – kompletnym nonsensem, a właściwie pustą fikcją językową, której nie można nawet pomyśleć. To tak, jak gdyby powiedzieć „czworokątny trójkąt”, „dolina bez góry” czy „naraz istnieje i nie istnieje”. Wszystko zatem, cokolwiek człowiek czyni, podporządkowane jest rygorom moralnym, wyznaczanym przez cel ostateczny. W tym również polityka – i to nawet (o czym w tej chwili nie dyskutujemy) jeśli faktycznie postrzegać ją z punktu widzenia jej przynależności do porządku wykonania: bo każdy akt wykonania jest także, pod innym względem, pewnym działaniem i przez to nabiera charakteru moralnego. Makiawelizm zaś, jak widzieliśmy, stanowi tej koncepcji proste zaprzeczenie. Nie ma zatem, i nie może być, czegoś takiego, jak „makiawelizm chrześcijański” czy „chrystianizacja cynizmu”. Jest albo cynizm – albo chrześcijaństwo, albo jedna cywilizacja albo druga cywilizacja, bez jakichkolwiek rozwiązań pośrednich. I sam fakt pojawienia się w Europie pierwszej jasno skonceptualizowanej formy cynizmu politycznego (Książę) stanowi znak rozpoznawczy momentu, że tak powiem, „zmiany substancjalnej”, gdy cywilizacja chrześcijańska ustąpiła miejsca cywilizacji naturalistycznej, pomimo iż, jak to często bywa w strukturach do tego stopnia złożonych, pewne jej „przypadłości” trwały nadal, coraz radykalniej się zresztą degenerując – cywilizacji, w której Bóg coraz bardziej odgrywał rolę swego rodzaju „intelektualnej ozdoby”, niż intelektualnego punktu wyjścia (teologia) i dojścia (filozofia), i którą to odgrywa w znacznej mierze nadal, niestety, jako się rzekło, także i wśród tych, których deklaracje brzmią nieraz diametralnie przeciwnie.

Ano tak – właśnie tak: bo nie da się budować cywilizacji chrześcijańskiej niechrześcijańskimi środkami, podobnie jak nie da się zapalić ognia wodą. Tę zdroworozsądkową obserwację, która znalazła w myśli scholastycznej nazwę „proporcjonalności celu i środków”, podziela zaś każdy, komu nie zmąciła jeszcze osądu jałowa i oderwana od istnienia spekulacja. To kwestia prawa naturalnego, intuicyjnego jak samo istnienie. Prawa naturalnego, któremu cynizm absolutnie przeczy – i to jest jego pierwsza, najważniejsza i fundamentalna wada, której wszystkie inne są ledwie konsekwencjami, czy wręcz „zawężeniami” do problemów bardziej konkretnych, z których z kolei pierwsza i naczelna jest taka, że cynizm jest… po prostu nieskuteczny. Przynajmniej nie na dłuższą metę – nie w dłuższej perspektywie i nie, jeśli weźmie się pod uwagę wszystko, co składa się na uniwersum ludzkie. Standardową zagrywką makiawelistów jest powtarzanie, że „no przecież wiadomo, że miłe to nie jest, ale (tutaj westchnienie, kręcenie głową i uśmiech, czasem przejmująco smutny) takie jest życie”, jak gdyby obserwacja ta była szczytem naturalnej mądrości. I rzeczywiście, tak to, jak się wydaje, jest w tych kręgach naprawdę postrzegane. Jeśli zadać takiemu człowiekowi pytanie, dlaczego, w takim razie, skoro to wszystko jest aż do tego stopnia oczywiste, makiawelizm nie pojawił się wcześniej, tylko dopiero w wieku XVI, zazwyczaj usłyszy się w odpowiedzi, że ludzie są głupi i nie potrafili pogodzić się z tym, jaki świat rzeczywiście jest. Na co odpowiadam po prostu, że to nieprawda – i życie wcale nie jest tak cyniczne, a ludzie tak prymitywni i mechanicznie „sterowalni”, jak niektórzy by tego chcieli. I wielkie systemy etyczne od Sokratesa do św. Tomasza z Akwinu stanowią po prostu dowód, że tak się sprawy mają. Jeśli zaś tak, to bez brania pod uwagę moralnej strony życia zbiorowego po prostu nie da się nim skutecznie kierować – i nieprzypadkowo papieże na przełomie wieków XIX i XX uczulali swój Kościół, że prawdziwa odnowa społeczna nie przyjdzie bez odnowy moralnej (np. Quadragesimo anno, II, 98). I stanowi to znacznie więcej, niż tylko wyraz praktycznej mądrości – bo także wezwanie, czy może raczej ledwie „znak” tego wezwania, które samo w sobie ma konsekwencje o zasięgu niemalże egzystencjalnym, do przeformułowania myślenia politycznego według nowych kategorii – do powrotu do źródła i oparcia, wbrew światu, ale nie z nienawiści do świata, tylko właśnie z miłości do niego, refleksji nad życiem wspólnym na zdrowych, realistycznych (tym razem w bardziej sensownym tego słowa znaczeniu) kategoriach moralnych, język, w którym są wyrażone, Kościół również w tamtym właśnie okresie przyjął za swój. Ponieważ, pomimo pewnych prób, wezwanie to nie zostało zrealizowane – to czeka na nas i na naszą reakcję (i mnie przynajmniej nigdy nie przestaną zadziwiać drogi, jakimi Opatrzność prowadzi swój lud). Pierwszym zaś warunkiem zrealizowania go z powodzeniem jest bez wątpienia odrzucenie – i nie chodzi tutaj o jakieś apele do przywódców, „liderów”, publicystów, czy kogokolwiek innego, bo to nie moja rola, a ledwie o wolność rzucania pewnych uwag choćby i na wiatr – wszelkich form cynizmu/makiawelizmu i odwaga, aby w polityce, jak i w życiu całym, umieć niekiedy uczynić po prostu to, co słuszne. Lub, by ująć to w języku może nieco mniej (niby to) banalnym: moralna racjonalizacja polityki, którą opisał w swoim Człowieku i państwie Jacques Maritain. I nikt się nie wykręci, bo dzieło jest dostępne (choć trudno) po polsku. W każdym razie: jeśli się tego nie zrobi, to nic z tego nie będzie – a raczej będzie diametralnie przeciwnie. Bo „chrześcijaństwo dekoratywne”, chrześcijaństwo bez substancji chrześcijańskiej nauki o człowieku i wynikających z niej konsekwencji, jest dla chrześcijaństwa nie-dekoratywnego zagrożeniem większym, niż najwścieklejsze nawet ofensywy „osobistych nieprzyjaciół Pana Boga”. I wszystko zależy od tego, czy jednak uda się wyartykułować w przestrzeni publicznej postawę alternatywną.

Jeśli zaś na drodze do tej artykulacji łaknęłyby nasze dusze pokarmu nieco mniej wysublimowanego i bliższego prostym gustom prostego chrześcijanina, to zawsze można sięgnąć do takiego pana, który w swoim dziele na temat relacji angielsko-irlandzkich wydanym w roku 1919 (kto to może być), pisał: „wciąż jest szansa na porozumienie, musimy jednak zrobić jedno: radykalnie wykluczyć wszelkie oszustwo”. Co nie jest, bynajmniej, jak to zwykle w jego wypadku, znakiem jakiejś-tam źle pojętej „niewinności”, „naiwności”, czy jak to tam zwać, ale właśnie głębokiej i źródłowo chrześcijańskiej mądrości – której głębia ujawnia się najpełniej chyba dokładnie w nędzy języka, na jaką pozostajemy skazani, próbując ją opisać.

Maciej Wąs