Nie wiem; mam wrażenie, że kwestia jest kompletnie z głupia frant. Łączy się z nią wiele emocji i wiele różnorakich problemów, z którymi ani nie mogę tutaj (biorąc pod uwagę ograniczenia wybranej formy) ani nie chcę się mierzyć. Dlatego czuję się nieco zażenowany z samego faktu pisania. Z drugiej strony: sprawa jest ważna, ponieważ stanowi po prostu wariację na niekończący się chyba temat – i kolejny przykład nieodrobionej pracy domowej, jak to można nazwać, z czym to Kościół ma problem co najmniej od wieku XVIII. Dlatego ostatecznie uznałem, że może i warto dorzucić swoje trzy grosze, zwłaszcza że przecież śpiewam tutaj raczej sam sobie.

Chodzi, rzecz jasna, o to, co nazywa się obecnie „Franciszkową rewolucją” w katolicyzmie.

Najciekawszą cechą owej rewolucji jest to, że jej nie ma; to znaczy: że wszyscy o niej mówią, a jednak nic się nie dzieje. W każdym razie nic sensu stricto rewolucyjnego. Przekonałem się o tym w najprostszy możliwy sposób. Ponieważ wyrastam z pewnego sposobu myślenia (generowanego przez pewne określone środowisko, z którego jednak nie wyrastam), to również szedłem jak w dym w całą tę gadaninę, że oto heretyk zasiadł na tronie Piotrowym. Potem zaś przyszły pewne doświadczenia, pewne obserwacje, które zaczęły zmieniać mi perspektywę, przede wszystkim zaś: zacząłem nareszcie kształtować opinię u źródła, czyli po prostu czytać, co ojciec święty faktycznie ma do powiedzenia. Generalnie to ciekawy eksperyment, który każdemu polecam. I pewien jestem, że dla każdego człowieka, zachowującego minimum obiektywizmu, papieski program reformy przy bliższym poznaniu nie okaże się, wbrew temu, co twierdzi o nim większość jego krytyków, jakimś abstrakcjonistycznym „progresywizmem” i „kompromisem z duchem świata”, ale racjonalną odpowiedzią na różnorakie problemy, z którymi Kościół się dzisiaj boryka, która może inspirować nas intelektualnie i moralnie nawet jeżeli nie zgadzamy się z nią we wszystkich szczegółach (zwłaszcza wykonania); i zignorowanie której byłoby dużym błędem, szczególnie biorąc pod uwagę doświadczenia historyczne. Było już bowiem, wbrew temu, co się utrzymuje, wiele podobnych wypadków i w „złotym wieku” Kościoła Rzymskokatolickiego, z których każdy miał konsekwencje prawdziwie tragiczne. Doskonale widać to na przykładzie jednej zasadniczej kwestii, do której się tutaj ograniczymy, mianowicie: tzw. „zielonej” korekty w katolickiej nauce społecznej, zapoczątkowanej przez „Laudato Si’”.

Otóż gdyby istotnie brać na serio to, co pisze się o sprawie w bardziej konserwatywnych mediach, należałoby schować się pod łóżko i płakać, że wszystko stracone. Jak powszechnie wiadomo, papież wraca do pogaństwa, do „kultu Matki Ziemi”, neguje różnicę między człowiekiem a zwierzęciem, jest „antypolski” (krytyka szerokiego wykorzystywania energii węglowej), czy coś w tym rodzaju, a nawet jeszcze gorzej (jak stwierdził jakiś czas temu jeden z najpoważniejszych jednoosobowych ośrodków wpływu po tej stronie barykady, „czytając ‘Laudato Si’ odnosi się wrażenie, że z samym istnieniem człowieka jest coś nie tak”). Otóż, można reagować na dwa sposoby. Po pierwsze: przejąć się, że tak powiedział Ktoś Ważny i odmawiać różaniec za ocalenie upadającej Matki Kościoła (co jest chwalebne, ale może nie w tym kontekście). Po drugie jednak: na przykład tę encyklikę przeczytać i przekonać się samemu. Ja ją przeczytałem. Jest długa i nudna, jak wszystkie dokumenty Franciszka (I), niemniej nie niesie w sobie moim zdaniem żadnych treści, które uprawniałyby podobnie radykalne oceny – a raczej dużo takich, z którymi trudno się nie zgodzić. Papież nie mówi, że z istnieniem człowieka jest coś nie tak, czy że człowiek to zwierzę, ale zwraca po prostu uwagę na przykład na to, że nie powinno być katolikowi obojętne, jeśli wielkie koncerny amerykańskie zasypują oceany plastikiem, który potem pływa w charakterze śmiertelnej pułapki na ryby i likwiduje naturalne łowiska, zapewniające wyżywienie lokalnym społecznościom Ameryki Południowej, co z kolei powoduje migracje i kryzysy humanitarne w państwach tego kontynentu; albo jeśli inne wielkie firmy zaczynają prywatyzować w Afryce źródła wody. Albo jakiekolwiek z tego typu zjawisk, które mają obecnie miejsce w całym tzw. „Trzecim Świecie”. To są sprawy odrażające i wymagające reakcji. Jedyne, do czego nas „Laudato Si’” wzywa, to żeby zastanowić się nad nimi w katolicki sposób i znaleźć katolicką odpowiedź. To nie jest żadna „rewolucja”; nic się tutaj nie skreśla, ani niczego nie wywraca do góry nogami. Nikt nie twierdzi, że cała dotychczasowa KNS była błędna i burżuazyjna. Po prostu: pojawiły się nowe problemy, które nie były omawiane na początku XX wieku, ani nawet w jego połowie, i należy je teraz omówić. Zapewne: w zgodzie z pewnymi ogólnymi prawidłami myślenia społecznego, które Kościół już wypracował. Innymi słowy: katolicka nauka społeczna ma być żywą refleksją, odpowiadającą na realnie istniejące trudności, a nie muzeum zmurszałych cytatów z Bardzo Mądrych Ludzi (co nie oznacza, rzecz jasna, umniejszania wartości Bardzo Mądrych Ludzi ani ich cytatów). Skandal? Modernizm? Kościół w rozsypce? Nie; w każdym razie mnie się nie wydaje. Zamiast tego: zdrowy rozsądek i chrześcijańska wrażliwość, nawet jeśli wyrażona cokolwiek topornie.

Warto zastanowić się nad tym, szczególnie, że był już w dziejach Kościoła taki wypadek, gdy Stolica Piotrowa wypowiadała słowa prorockie, które jednak nie znalazły echa w sercach większości ludzi Kościoła. Mam na myśli, rzecz jasna, smutną historię encykliki społecznej Leona XIII Rerum novarum, od której datuje się w ogóle „instytucjonalizację” KNS. Obecnie, tak na marginesie, niektórzy używają jej do dźgania Franciszka (I) w oczy (że niby „komunizuje”, a Leon XIII nie komunizował). Mało kto jednak wie, że ogromnie mądre diagnozy Leona XIII zostały niemal powszechnie zignorowane przez świat katolicki, w tym zwłaszcza przez hierarchię, która dopatrzyła się w nich przesadnej wywrotowości (przykładem emblematycznym jest tutaj chyba episkopat Hiszpanii). Efekt? Ano taki, że już za Piusa XI, czyli podczas następnego pontyfikatu, tworzenie katolickich związków zawodowych, o których Leon XIII marzył, okazało się niemożliwe. Jedyną alternatywą pozostawały związki chrześcijańskie, „ekumeniczne”, a i to nie za bardzo, bo całą tę przestrzeń niemal zmonopolizowali socjaliści. Nie wspominając o bardziej drastycznych konsekwencjach, takich jak wojna domowa w ojczyźnie Cervantesa (przypadek, istotnie, że się powtórzę, bardzo emblematyczny…). Krótko: Kościół miał pewną szansę (przypomnijmy, że był pierwsza instytucją „starego ładu”, która uznała prawo robotników do samoorganizacji), ale jej nie wykorzystał, za co zapłacił i płaci to dziś – dokładnie dlatego, że wielu co bardziej zatroskanym o „nienaruszalność depozytu wiary” ojciec święty wydał się krypto-komunistą. Jest to dokładna analogia, wynikająca zresztą z tej samej przyczyny, jaką jest betonowy opór wobec wszystkiego, co powie przeciwnik. Najzwyklejsze przyjęcie do wiadomości, że pewne problemy istnieją, jako takie stanowi akt kapitulacji, przyznanie racji drugiej stronie. Biorąc jednak pod uwagę opisane wyżej fakty, zachęcam, aby tak nie robić i nie popadać w podobną histerię, tylko zacząć jednak nad poruszanymi przez ojca świętego problemami na serio myśleć.

Zwłaszcza że akurat dbałość o środowisko naturalne wydaje mi się naturalnie (nomen omen) wynikać z katolickiej „opowieści” o świecie i jego… naturze. Obecnie, wszystko sprowadza się do debaty o efekcie cieplarnianym. Jest efekt cieplarniany, to trzeba dbać o środowisko. Nie ma, to nie trzeba. W ogóle tego nie rozumiem. Problem wydaje mi się znacznie prostszy i bliższy doświadczeniu. Efekt cieplarniany to kwestia wieku, dwóch; efektów bardzo długofalowych. Ale dewastacja środowiska daje również efekty krótkofalowe. Coś, co każdy może zobaczyć i zrozumieć. Przypuśćmy, że mam za domem jeziorko, w którym woda jest tak czysta, że można z niego pić i można się w nim kąpać. Potem zaś wstawiam do niego rurę ze ściekami z kuchni (bo tak), dosypuję jeszcze trochę „kreta” – i spuszczam. Efekt? Oczywiście: tej wody już ani pić nie można, ani kąpać się w niej nie można. I teraz można strawić całe godziny na debatach na temat tego, jaki wpływ mój czyn będzie miał w perspektywie tysiąca lat na zmiany klimatyczne na ziemi, niemniej podstawowy fakt pozostaje dokładnie taki sam i tak samo namacalny niezależnie od ich wyniku: miałem czystą wodę, a teraz mam brudną wodę. I tak, per analogiam, w każdym wypadku. Nieważne, czy ocieplenie to efekt działalności człowieka, czy nie. Ważne, aby mieć czystą wodę, czystą i żyzną ziemię, zdrowe lasy, zdrowe powietrze – a w perspektywie zdrowe płuca i (na przykład) żywność, która zawsze bierze się z ziemi i będzie brać się z ziemi. To kwestia nie tylko dobrze pojętego własnego interesu, ale także odpowiedzialności za los przyszłych pokoleń, którym ten świat zostawiamy. A także, na marginesie, szacunku dla Dzieła Bożego, który stanowi dla chrześcijanina prosty obowiązek, o czym świadczy cała długa tradycja duchowości franciszkańskiej. Wynika zatem w jasny sposób z teologii stworzenia, według której cały świat materialny pozostaje, jako stworzony, w niezliczonej ilości różnopoziomowych relacji ze sobą, a en bloc ze Stwórcą, z których to relacji wynikają, w wypadku istot rozumnych, pewne zobowiązania moralne. I przyznanie tego nie stanowi ustępstwa na rzecz „ekologizmu” czy zrównywania statusu człowieka i małpy, ale po prostu pewną społeczną (czy jak to tam zwać) konsekwencję wiary i wynikającej z niej moralności, która akurat ujawniła się z pełną mocą (in actu a nie tylko in virtu) wobec problemów, na które jako pierwszy zwrócił uwagę ktoś inny, być może nie-chrześcijanin. Kluczem jest znaleźć takie metody egzekwowania tej konsekwencji, które również by się z tą wiarą i z tą moralnością zgadzały. Ale nie znajdzie się jej, negując wszystko w nieuzasadnionym poczuciu wyższości i drżąc przed popadnięciem w „herezję” przy omawianiu wszystkich nowych problemów tylko dlatego, że są nowe (czyli nie omówili ich teologowie scholastyczni).

Szczególnie że ludzie bardziej zainteresowani ruchem dystrybucjonistycznym dysponują dobrym przykładem, jak to powinno wyglądać. Jak również – i jak nie powinno. To dystrybucjoniści bowiem, jako jedni z nielicznych, odpowiedzieli na wezwanie Leona XIII i, zachowując głęboki tradycjonalizm, spróbowali znaleźć chrześcijańską receptę ne problemy społeczne swojego czasu. Fakt, że niektórzy z nich (na czele, niestety, z Bellokiem) nie poszli w tej inicjatywie dostatecznie daleko, bojąc się, wbrew nauczaniu Stolicy Piotrowej, współczesnych rozwiązań ustrojowych, stanowi jednocześnie naczelną przyczynę, dla której ostatecznie ruch ten okazał się fiaskiem (dość wymienić tu choćby dwóch uczniów pana B.: Douglasa Jerrolda, który deklarował się jako „dystrybucjonista i faszysta” i z chłodem powitał Piusa XI „Mit brennderer sorge”, oraz Arnolda Lunna, który mówił w sprawie ekscesów wojsk frankistowskich: „Tak, jak trzeba być gotowym umrzeć za wiarę, tak trzeba być gotowym i za nią zabijać”). W dłuższej perspektywie widzimy zatem, co może dać pewna zdrowa lojalność wobec św. Piotra – jak i brak tej lojalności, wynikający z czynienia samego siebie obrońcą tej jednej prawdziwej formy katolickiego sposobu bycia. Na szczęście, dystrybucjonista (obecnie) naczelny, Gilbert Keith Chesterton, nigdy w podobną przesadę nie wpadł, dochowując wierności pierwotnej inspiracji ruchu, i starając się nie tyle pogodzić tradycyjną naukę chrześcijańską z nowoczesnym liberalizmem (w takim prawdziwym znaczeniu), co raczej ów nowoczesny liberalizm schrystianizować – stworzyć fuzję obydwu (oczywiście zachowując właściwą hierarchię ważności), która mogłaby naraz i ocalić nienaruszalność prawdziwej wiary i przekazać ją światu w sposób odpowiadający jego problemom i potrzebom. Jeszcze raz okazuje się zatem prorokiem dla naszej epoki. Szczególnie że, a ciekawy to zbieg okoliczności, choć nie pisał za dużo o „ekologii” jak ją dzisiaj rozumiemy, to jednak jako wierny uczeń i miłośnik św. Franciszka coś o niej pisał, i to w sposób, który może sporo wyjaśnić, czego jego liczne diagnozy, że Franciszek schrystianizował podejście do Natury, widząc w niej siostrę, a nie matkę, stanowią wymowny dowód. Czytajmy go więc i wyciągajmy wnioski, bo naprawdę może się on stać (i mówię to zupełnie serio) ogromną inspiracją w naszych współczesnej sytuacji, w której trzeba nam odkryć tradycję (jak powiedział to ojciec święty w świątecznym kazaniu do kolegium kardynalskiego) nie jako hamulec zmiany, ale właśnie motor zmiany: jako źródło wody żywej, do którego można wiecznie wracać, niezależnie od tego, jak długą przebyło się drogę. Chcecie kanonizacji – to macie powód do kanonizacji; nie jest zresztą przypadkiem, że Franciszek (papież, aczkolwiek czy ten drugi – kto wie?…) należy do argentyńskiego Towarzystwa Chestertonowskiego.

Innymi słowy: w jedności z Piotrem (taki apel bez sensu); tylko i wyłącznie. Oczywiście nie jedności ślepej i mechanicznej, bezkrytycznego uwielbienia dla guru (bo to radykalnie niekatolickie), ale jednak jedności – realnej i lojalnej. Kościół nie jest instytucją jak każda inna i Opatrzność naprawdę ma wobec niej swoje plany, nawet jeśli realizuje je przez człowieka, z którym nie zawsze można się zgodzić (i który czasem pisze w drętwy sposób). Jeśli zaś zaczyna wciągać w to wszystko także i mojego ulubionego pisarza, to się cieszę, nawet mimo że to póki co działalność zakulisowa. Szczególnie, że Gilbert miał dużo ciekawego do powiedzenia także w kwestii różnych innych zmian, których Kościół potrzebuje, a które ojciec święty zdaje się dostrzegać, więc być może kiedyś charakter tej obecności się zmieni. Jest to wszystko dość niesamowite, przyznaję; tym bardziej warto by się tym tutaj kiedyś bardziej szczegółowo podzielić.

Maciej Wąs