PRZEDMOWA G. K. CHESTERTONA

Jeśli dorzucam tu od siebie kilka słów, pobieżnych i niegodnych tak poważnego tematu, to jedynie w tym przeświadczeniu, że powinniśmy korzystać z każdej sposobności, by zaznaczyć swe stanowisko w spornej, a tak żywotnej sprawie przyszłości polskiego narodu. Jakkolwiek daleki jestem od głębokiej znajomości rzeczy, jaką wykazuje autor tej książki, a którą niewielu historyków może się poszczycić, to jednak czuję się uprawnionym do zabrania głosu, a to z tej przyczyny, że zawsze byłem stronnikiem polskiej idei, nawet wtedy, kiedy moje sympatie opierały się wyłącznie na instynkcie. Mój instynkt nie wynikał z uprzedzenia ani z „sentymentu”. Nie był również skażony stronniczością, choćby dlatego, że prawie wcale nie czerpałem informacji z polskich źródeł. Nie wyrobił się wreszcie pod wpływem przesadnych pochwał, gdyż, jak to prof. Sarolea wykazał, pochlebne sądy o Polsce są niezwykłą rzadkością w naszym kraju. Wprost odwrotnie. Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń, miotanych przeciwko niej; — i rzec mogę, — wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski. Nauczyłem się oceniać ją na podstawie tych nienawistnych sądów i metoda okazała się niezawodną.

Wszystkie fakty, jakie się nagromadziły od tej pory, potwierdzają słuszność moich spostrzeżeń. Każdy czyn, dokonany przez Polaków, przemawiał na ich korzyść i przyczyniał się do rozproszenia uprzedzeń, tak rozpowszechnionych, niestety, w prasie i opinii angielskiej. Międzynarodowi politycy oskarżali Polaków o „dzikie pretensje” w stosunku do Prus w sprawie śląskiej. Międzynarodowy trybunał, utworzony przez tych samych polityków i uznany przez nich za nieomylny, przyznał Polakom bezwzględną słuszność. Wykazywano nam, że Polacy są „histerycznymi dziećmi”, pozbawionymi dyscypliny i zmysłu praktycznego, niezdolnymi do wytworzenia żadnej formy bytu poza anarchią. „Histeryczne dzieci” odpowiedziały ważkim argumentem, zadając bolszewikom jedyny istotny cios, jaki ich dosięgnął, i krusząc ich potęgę na polach bitew, podczas gdy my poprzestawaliśmy na zwalczaniu bolszewizmu w artykułach dziennikarskich, pobłażając mu jednocześnie tam, gdzie chodziło o zapewnienie sobie rynków zbytu.

Najciekawszym tedy rozdziałem tej niezmiernie pouczającej książki jest List Drugi: „O sprzysiężeniu przeciwko Polsce”. W szeregach tych „sprzysiężonych” znajduje się, oczywiście, obok prawdziwych wrogów Polski, wielu łatwowiernych głupców. Ci stanowią nawet większość i podczas kiedy pierwsi działają pod wpływem nienawiści, drudzy grzeszą przez nieświadomość. Ktokolwiek zada sobie trud wejrzenia w tę ciemną robotę, dojdzie niezawodnie po nitce do kłębka. Z „kłębuszkiem” tym znamy się od dawna, a zowie się on „Kultur”.

Miano „Środkowej Europy” zapisało się smutnie w dziejach ludzkości i to pod niejednym względem. Środkowa Europa odgrywała rolę pośrednika. Odgrywała ją w utartym znaczeniu tego słowa, oszukując obydwie strony. Niemcy, według własnego określenia, pełnili rolę „łącznika” pomiędzy zachodnią Europą, t. j. Francją i Anglią, — a wschodnią, t. j. Rosją i Polską. Pośrednik bywa zazwyczaj tłumaczem, a w tym wypadku tłumacz był tęgim oszustem. Rosjanie nauczyli się patrzeć na zachodnią cywilizację przez pryzmat cywilizacji niemieckiej; — i na odwrót: w zachodniej Europie, dzięki niemieckiemu pośrednikowi, wytworzyło się przekonanie o „barbarzyństwie Wschodu”, — przekonanie tak uporczywe, że pojęcia „barbarzyństwa” i „wschodu” stały się nierozłączne dla przeciętnego Europejczyka. W tym można doszukać się przyczyny niezrozumiałego wprost uprzedzenia z jakim mieszkańcy zachodniej Europy odnoszą się do sprawy polskiej, nie domyślając się nawet istnienia starej cywilizacji na polskich ziemiach. A jest to jedno z tysiąca nieporozumień, jakie zawdzięczamy pośrednictwu „Mittel-Europy”. Nazywano niegdyś Petrograd, noszący do niedawna znamienne miano Petersburga, — oknem, wybitym na Zachód. Można by z równą słusznością powiedzieć, że Berlin był dotychczas jedynym oknem, patrzącym na Wschód. Innymi słowy, narody zachodnie, a szczególnie ludy, trudniące się handlem, jak Amerykanie i Anglicy, patrzyły dotychczas na wschodnią Europę poprzez okulary niemieckiego profesora. A te złośliwe szkiełka miały tę właściwość, że o ile niekiedy powiększały świadomie Rosję, o tyle Polskę ukazywały zawsze w dziwnie umniejszonej postaci.

Fałszywe pojęcia, wytwarzane przez Niemców, mają to do siebie, że nawet wtedy, gdy już są obalone, zamierają bardzo powoli. Przeciętny patriota angielski nie domyśla się zapewne, że trzy czwarte swych przesądów zawdzięcza niemieckiemu szpiegowi. W rzeczy samej, gdyby żądano od nas definicji przesądu, powiedzielibyśmy, że jest to opinia niewiadomego osobnika, który sam nie pamięta, na jakiej zasadzie ją powziął. Ktoś, kiedyś, powiedział Anglikowi, że Polacy są uosobieniem anarchii. Anglik uważa to po dziś dzień za pewnik niezachwiany, jakkolwiek zgoła już nie wie, kto mu to pojęcie przekazał, a tym bardziej, skąd ono się wzięło u osobnika, któremu je zawdzięcza. Otóż informatora nie potrzeba daleko szukać. Jest to ten sam nauczyciel, który tak skwapliwie tłumaczył angielskiemu uczniowi, że ekspansja Niemiec na koszt Belgii i Danii jest koniecznością dziejową, zgodną z przyrodzonym prawem niemieckiego narodu, a kuźnie emskie niewinną demonstracją, mającą na celu zabezpieczenie bogobojnych Prus przed zachłannym imperializmem Francji. Jest to ta sama zdradziecka potęga, która domagała się wolności mórz, a potem zamordowała kapitana Fryatt’a za akt samoobrony przeciwko piratom. Tą zaś potęgą, tym wiecznym i jedynym podżegaczem jest Niemiec, mający na swe usługi, — zwłaszcza gdy o polską sprawę chodzi, — niemieckiego żyda. Żyd miał w Polsce dawne porachunki z chłopem, a nawet ze szlachcicem. Z chwilą kiedy przedzierzgnął się w bolszewika, mógł wreszcie dać upust swojej nienawiści, wypowiadając żywiołowi polskiemu walkę otwartą, jak na bojownika narodowej sprawy przystało. Z tego punktu widzenia można zapatrywać się na przechodzenie żydów do bolszewickiego i syjonistycznego obozu za rzecz poniekąd korzystną. Bolszewik i syjonista atakują Europę z otwartą przyłbicą i kroczą odważnie po własnej drodze. Do chwili pojawienia się bolszewizmu niemiecki żyd czuł się może w gruncie rzeczy żydem, ale wysługiwał się idei niemieckiej. Tę ideę krzewił on w Polsce od samego początku, a u schyłku wojny i w Belgii. Chcąc deptać bezkarnie po relikwiach katolicyzmu i złamanej polskiej szabli, Herr Moses Mendoza przybierał na się postać jasnowłosego olbrzyma Północy…

Głównym jednak źródłem złego były zawsze Prusy i marny imperializm, który one zaszczepiły w Europie. Ale dzisiejszy świat, pomimo trawiącej go powojennej gorączki, nie podda się już zgubnemu zarazkowi. Cnoty, kiełkujące w Polsce, wybijają się powoli na powierzchnię życia, — cnoty polskiego chłopa i polskiego patrioty. Instynktem, wyrosłym na gruncie historycznego doświadczenia, przeczuwamy bliskość chwili, w której one wyzwolą się całkowicie. W kości starej Europy nowa wstępuje nadzieja. Polska posiadła wszystkie dane, aby osiągnąć wielkość tym żywotniejszą, że nie płynącą już z tragedii. Wierzymy, że oczy przyszłych jej pokoleń będą mogły oderwać się od złowrogich pól bitew, zasłanych zwłokami cesarskich sępów, co niegdyś rozrywały jej ciało, i śledzić spokojnie lot srebrnego Orła, wzbijającego się coraz wyżej w niebieskie przestworza.

Tłm. Jadwiga Sienkiewiczówna

Źródło: Karol Sarolea, Listy o Polsce (1921), ss. 11-18.