Pióro Chestertona kreśląc raz po raz kontur człowieczeństwa łączy w sobie, na pozór paradoksalnie, pierwiastek konserwatywny i rewolucyjny. Linie te konsumentom stereotypów i ornamentyki słownej nastręczają niemało problemów, o czym wielokrotnie pisał tu mój redakcyjny kolega. Ja chciałbym jednak spojrzeć na całe to zagadnienie w sposób nieco odmienny, a konkretnie posiłkując się realizmem perspektywy duchowej, znajdującej w dziełach Gilberta trwałe umocowanie.

Obierając duchowy azymut dostrzegamy, że rewolucja (nagły zryw, bunt wobec czegoś czy zerwanie z czymś) i konserwacja (możliwie najwierniejsze zachowanie czegoś) to również opisy typów relacji duszy wobec świata, które mają za cel wydobyć na wierzch jej prawdziwy obraz. To różne ujęcia braku zgody na bycie pominiętym w tym co najważniejsze, a niestety, tak często ledwie intuicyjnie wyczuwalne: obrazie samego Boga w człowieku. Problem w tym, że wielu słyszało, że takie podobieństwo istnieje, ale konkretnie w czym jesteśmy do Boga podobni i jak wygląda ta królewska godność, tego wielu nie doprecyzowuje.

Człowiek bowiem jest tak skonstruowany, że posiada obraz siebie, a obraz ów powstaje w wyniku relacji z rzeczywistością, a szczególnie w relacjach z innymi osobami. Jak celnie zauważa Tomasz Niemirowski w Zasadach i normach wspierania rozwoju człowieka – oko (podmiot poznający) samo z siebie nie może siebie poznać, potrzebuje ku temu lustra, a właściwości lustra (to, z czego jest zrobione, czy nie ma skaz itp.) będą rzutować na tak powstały obraz siebie. Wynika z tego zatem, że człowiek nie pozna siebie do końca, jeśli nie przejrzy się w lustrze doskonałym. Idąc konsekwentnie tym tropem, dążącym do samopoznania można dać prostą wskazówkę: to adoracja Chrystusa Sakramentalnego, lektura Słowa i przeglądanie się w Zwierciadle sprawiedliwości umożliwia poznacie siebie w pełni, a więc również i w tym, co najwznioślejsze.

Wróćmy teraz do Chestertona, którego wszelkie działania ukierunkowane na wydobycie tego majestatu Boga w człowieku (tj. ‘demofilię’ – Wacław Borowy), przysłaniają koniunkturalne nalepki (konserwatysta, jakobin itp). Gilbert poświęcił wiele stron maszynopisu, by opisać ramy, które mieszkańcom wspólnot – od rodzin aż po narody – pozwolą widzieć w ludziach ludzi i żyć jak na ludzi przystało, a Normalność w zarysie to szkice o tworzeniu takiego właśnie środowiska społecznego, które sprzyja prawdzie. Środowiska godnego konserwacji i godnego zrywów mających je człowiekowi przywrócić. Tutaj jednak myśl Gilberta się nie zatrzymuje, gdyż godziwe środowisko społeczno-polityczne znajduje odwzorowanie również wewnątrz człowieka i perspektywa duchowa jest równie częstym gościem Chestertonowskich stronic, co zagadnienia społeczno-polityczne.

Przyjmując analogicznie perspektywę duchową, możemy więc mówić o stanie sprzed grzechu pierworodnego, a po odkupieniu, o stanie bez grzechu. Mowa tu o darze, którego zdobycie warte jest wszelkich personalnych zrywów i rewolucji, a który raz zdobywszy winniśmy pielęgnować i utrzymać. Jest to dar łaski uświęcającej. Piotr Kaznowski podczas pierwszej konferencji o GKC w Polsce (2012) mówił o obecnym w dziełach Gilberta zamiłowaniu do baśni i doktryny warunkowego szczęścia, która bezpośrednio związana jest z tym darem. Można powiedzieć, że Chrystus-cieśla z drzewa poznania zbudował nam konfesjonał. Ostatecznie, front Golgoty biegnie wzdłuż ludzkich sumień. Chesterton zdaje się nieustannie widzieć tę zależność.

Człowiekowi przychodzi walczyć z oskarżycielem o najwyższe dobro, co wymaga nieraz działań rewolucyjnych, przede wszystkim radykalnego zerwania z grzechem, umartwienia i pokuty za siebie i za innych ludzi, czy to przez post (np. Ewagriusz z Pontu), samobiczowanie (np. ks. Ruotolo Dolindo), czy to przez zupełne już oddanie się w niewolę Niepokalanej (np. L. M. Grignion de Montfort, Maksymilian Kolbe, czy Jan Paweł II) Chesterton powie: “Zawsze pociągała mnie zarówno czerwona czapka, jak czerwony krzyż – Marsylianka jak i Magnificat. I nawet mimo że był przecież taki moment, w którym te dwie sprawy weszły ze sobą we wściekły i brutalny konflikt, moja sympatia ani do jednej ani do drugiej nigdy nie osłabła” (tłm. Maciej Wąs). Można przypuszczać, że gdyby Chesterton żył dziś to zweryfikowałby rewolucyjne ideały zastaną rzeczywistością i historią, której nie dożył (wszak “wściekły i brutalny konflikt” nie wygasł, a raczej przybrał na sile). Sądzę zatem, że idąc za przykładem Wyszyńskiego, Hlonda, czy Wojtyły, w swoich rozważaniach społecznych Chesterton jeszcze uważniej zerkałby dziś w Speculum iustitiae. Pewne napięcia jednak są nieuniknione, tym bardziej, że nieprzyjaciel wchodzi w ludzką pychę, a wówczas najszlachetniejsze idee szybkich zmian i reform zmieniają się w koszmar jak najbardziej namacalny. Z drugiej strony, ludzka pycha może wskazywać na ciepłe kapcie i cygara w momencie, gdy konieczne są czyny pełne poświęcenia. Po radykalnym zerwaniu z grzechem przychodzi czas konserwatorów, czas cichej współpracy z łaską Bożą i mozolnej restauracji obrazu swojego JA. Jest to czas ciągłego „treningu prawdy”, którym to terminem o. Augustyn Pelanowski określa regularne przystępowanie do sakramentu pokuty i pojednania. Mamy tu powrót sumień z pierwszej linii frontu do domu, mamy tu odnowę mieszkania i życia rodzinnego.

I taki właśnie jest Chesterton. To wojownik i domator. Idąc wbrew utartym stereotypom zawsze trzyma się pulsu życia, a na kartach niezliczonych książek i felietonów raz po raz ukazuje nam wspólny punkt ogniskowy wszelkich godziwych zrywów i działań zachowawczych – ukierunkowanie na świętość i godność ludzkiego życia. Zwłaszcza na godność maluczkich. Tak każe mu bowiem jego ogromna, niekiedy cicha, niekiedy porywcza, ale zawsze radosna pokora.

Zwierciadło sprawiedliwości – módl się za nami!