Rany Boskie, Rany Boskie! Cuda się dzieją, panie kochany, przed Świętami, cuda nad cuda! Oto we „wstępniaku” dużej, ogólnopolskiej gazety zagościł Belloc. Redaktor naczelny rzeczonego czasopisma (kto chce, ten sobie sprawdzi, o kogo i jakie chodzi) uznał za stosowne zilustrować swoje przemyślenia tym, co pisze ten niesłusznie zapomniany autor w swojej najsłynniejszej książce, „Państwie niewolniczym”. Nie ukrywam, że jak zobaczyłem to nazwisko i odwołanie w tekście, to się ucieszyłem. Ucieszyłem się już jednak nie tak bardzo, gdy poczytałem, co rzeczony naczelny z tym Bellokiem robi. Dość powiedzieć, że gdyby ktoś nie miał na temat zielonego pojęcia, zakończyłby lekturę z przekonaniem, że „Państwo niewolnicze” jest głównie pamfletem antysocjalistycznym, jego autor zaś był wielkim krytykiem całej „moderny”, w tym i na przykład rewolucji francuskiej, która – wespół z reformacją – „obalając” wiarę katolicką wymięła człowieka egzystencjalnie i wytworzyła w nim „poczucie pustki” (czy jakoś tak). Nie muszę chyba mówić, że i jedno i drugie to kompletna bzdura. „Państwo niewolnicze” nie jest atakiem na socjalizm, ale na kapitalizm – i tych socjalistów, którzy dążąc do władzy za wszelką cenę rozmyślnie pozwolili kapitalistom zrobić z elementów doktryny socjalistycznej swego rodzaju „parawan” dla plutokracji. Ustrój „niewolniczy”, jak go Belloc rozumie, to właśnie efekt tego zgniłego kompromisu. Po drugie: każdy, kto zna nieco Belloca wie, że nie tylko nie był on przeciwnikiem Wielkiej Rewolucji Francuskiej, co raczej jej gorącym zwolennikiem, a jego podejście do tematu tym się między innymi charakteryzowało, że idąc za Tocquevillem nie uznawał jej za anty-religijną, spór republikanów z kościołem gallikańskim interpretował zaś jako element wewnątrzfrancuskiej walki o władzę. Napisał na ten temat całą książkę (dokładnie w 1911). No, ale żeby to wszystko wiedzieć, to by go trzeba chociaż trochę więcej poczytać.

Po co ja to piszę? Dlatego, że jestem z urodzenia złośliwy i lubię wytykać innym błędy, albo że „Państwo niewolnicze” przetłumaczyłem bodaj trzy lata temu z okładem i wtedy to wszyscy w d***ie mieli? Albo że nikt nie zwraca uwagi na „Rewolucję Francuską”, również mojego przekładu? Trochę też, ale nie do końca. Nikt nie ma obowiązku ani być nieomylnym, ani znać Belloca, ani tym bardziej znać go z moich tłumaczeń. Natomiast na pewno od każdego, przynajmniej od każdego, kto chce uchodzić za inteligenta, można wymagać przynajmniej dwóch rzeczy: aby umieć określić precyzyjnie to, co się wie – i przyznać, że się czegoś nie wie, jeśli się tego nie wie. Rzeczony redaktor naczelny nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Wbrew oczywistej literze i duchowi tekstu wyolbrzymił antysocjalistyczny aspekt Bellokowskiej krytyki, chowając pod dywan jej ogólnie (i „prymarnie”) antykapitalistyczny wydźwięk. I choć lektura „Państwa niewolniczego” nie pozwala na wyciąganie żadnych, ale to żadnych wniosków na temat stosunku jej autora do Wielkiej Rewolucji Francuskiej, pozwolił sobie w tej kwestii na daleko idące generalizacje. Tak się, mówiąc po prostu, nie robi.

Dlaczego więc jednak ktoś tak zrobił? O. I to jest bardzo ważne pytanie, dotykające tego specyficznego problemu inteligencji polskiej, na który chciałbym zwrócić tutaj uwagę. Bo inteligent polski ma to do siebie, że wie WSZYSTKO. Wiedząc zaś wszystko, niczego nie musi się do-wiadywać. Innymi słowy: jest fanatykiem. Żyje w swoim małym świecie, kompletnie ignorując wszelkie aspekty rzeczywistości, które mogłyby podważyć obowiązujące w nim zasady. Kiedy czegoś nie wie, dotwarza. Kiedy coś mu przeczy, udaje, że tego nie ma. I tak trwa, pisząc swoje artykuły, wydając swoje gazety, wygłaszając kazania, publikując monografie, i cokolwiek jeszcze, czego rezultat jest zawsze taki, aby było jeszcze więcej tego samego.

Jeśli ktoś zatem biadoli (jako i ja biadolę), że poziom debaty publicznej w Polsce jest niski, to ma powód, dla którego tak jest – i dla którego od wielu lat można było przewidywać, że stanie się to, co się stanie. A nie jest to bynajmniej obserwacja banalna. Zazwyczaj bowiem zwykło się uważać, że za niski poziom debaty odpowiada przede wszystkim „niskość” merytoryczna. A wcale nie. Ci ludzie, owi „oni”, którzy tworzą nasz „dyskurs” narodowy, wcale nie są merytorycznie słabi. Przeciwnie: to naprawdę ludzie na bardzo wysokim poziomie, oczytani, wykształceni, z uzasadnionymi poglądami. Ale tym gorzej dla nich i dla nas. Bo wobec takiego ogromu wiedzy i nieraz osiągnięć, pojawia się – arogancja. I to ona właśnie, a nie co innego, odpowiada za to, że zamiast rzetelnej dyskusji wewnątrzwspólnotowej, mamy permanentny wyścig o Nagrodę Złotej Maczugi. Jak zwykle zatem, manifestuje swoją niezależność i swoistość sfera moralna, sfera dobra i zła, które to kategorie obśmiewa się obecnie, mniej lub bardziej jawnie, po obu stronach politycznej barykady. I oczywiście. Bo zmierzyć się ich nie da. Skalkulować się ich nie da. Nawet zdefiniować za bardzo się nie da. No ale jednak bez nich – żyć się nie da. Przynajmniej nie za bardzo. I jakże czekam, aby pojawiło się w jakimkolwiek polskim felietonie nawet określenie tak bardzo redukcjonistyczne (jeśli rozumieć je dosłownie) jak „zmysł moralny”.

Czy tak czy inaczej, na pewno rzetelna lektura Hilaire’a Belloca i jego dobrego przyjaciela, Gilberta Keitha Chestertona, wiele pomoże w powrocie do pewnych do niedawna oczywistych prawd, które są niezbywalne dla normalnego życia społecznego, a także do pewnej intelektualnej i duchowej „szerokości”, która sprawia, że egzystencja ludzka nabiera smaku i wyrazu, staje się naprawdę fascynującą przygodą – a nie tylko konkursem na to, kto najlepiej wysłuży się jakiemuś starszemu panu (czy coraz częściej – starszej pani) w garniturze.

Maciej Sobiech