No i afera; kolejna zresztą z niezliczonego ciągu afer związanych z obecnym pontyfikatem. Wiem, że jeśli chce się komentować wydarzenia bieżące, to powinno się je komentować na bieżąco, niemniej nie zawsze znajduję czas. Tak więc może już nikt nie pamięta (to się tam wydarzyło z tydzień temu), ale papież rozpętał burzę bo powiedział do pewnej zakonnicy, żeby dała mu buziaka, ale go nie ugryzła. Nastąpiło wielkie wzburzenie i wszyscy zastanawiają się, o co chodziło. Cóż, moim zdaniem, ojciec święty po prostu sobie zażartował (inna sprawa, czy udanie) – i najwyraźniej taki jest też konsensus większości, bo tym razem nikt nie oskarża go o herezję, tylko nawet najwięksi konserwatyści ledwie zastanawiają się, czy tak papieżowi wypada. Czyli, innymi słowy, chodzi o kwestię smaku. A może (żeby jednak nie brnąc w te skojarzenia), kwestię stylu. Niby jest to kwestia nieważna – a jednak ważna, co postaram się przybliżyć.

Kwestia stylu katolickiego, stylu, powiedzmy, funkcjonowania tych, którzy katolicyzm wyznają, a przede wszystkim strzegącej go instytucji, to punkt piwotalny myśli katolickiej XX wieku. Nie jest wiedzą tajemną, że Sobór Watykański II nie podjął żadnych decyzji o charakterze doktrynalnym, tylko, jak to się mówi, „duszpasterskim” czy „pastoralnym”. Z tego też względu, wielu kwestionuje w ogóle zasadność jego zwołania, skądinąd moim zdaniem racjonalnie. Pisma soborowe znam, nie na poziomie eksperckim rzecz jasna, niemniej nieźle, i faktycznie zwłaszcza przy pierwszym starciu ma się podczas lektury wrażenie pewnej jałowości. No bo co się zmieniło? Nic się nie zmieniło. Kościół wierzy w to, co wierzył, jest zasadniczo taki, jaki był, religia katolicka jest prawdziwa, więc wieczna. Po co to zatem? Ano właśnie; oczywiście pomijamy tutaj kwestie prawne (o ile wiem, największe zmiany zaszły właśnie w kwestii organizacji struktur instytucjonalnych Kościoła) – na tym się w ogóle nie znam i nie zamierzam komentować. Niemniej idee, o czym miałem już tutaj okazję napomknąć, mają to do siebie, że same w sobie niewiele wyjaśniają; i w konkrecie życia dołącza się do nich cała masa innych problemów, zgoła nie ideowych. Tę samą ideę można głosić tak, a można ją głosić inaczej. Przykład: doktryna nierozerwalności małżeństwa. Co mówi, to chyba jasne. Niemniej tę samą treść można podawać innym na różne sposoby. Można robić to tocząc pianę z ust, oceniając, dysząc, wytykając palcem grzeszników i cudzołożników, dorzucając przy tym co-nieco na temat chorób wenerycznych i (w wypadku płaci pięknej, bo nie wiem czemu, ale tak to w naszej kulturze wygląda) prostytucji. A można skupiać się przede wszystkim na tym, jak piękna i kwintesencjalnie ludzka jest wierność drugiej osobie dla samej drugiej osoby – i że w tak wzniosłym pięknie moralnym musi być Bóg („Na górze Bóg się ukazuje”). W pierwszym i drugim wypadku co do meritum chodzi o to samo, ale jednak (jednak) coś się zmienia. Co? Ano właśnie: to, co się z grubsza w usus communis nazywa „stylem”, jakimś ogólnym sposobem obchodzenia się z rzeczami, sobą, innymi ludźmi. Czy to jest mała zmiana? Z teoretycznego punktu widzenia, tak. Z praktycznego: nie.

Rozumiemy przecież bowiem, że sposób mówienia innym o pewnych sprawach zasadniczo zmienia recepcję tych spraw w przestrzeni publicznej – ale i radykalnie zmienia nas. Aby mówić tak lub tak, trzeba być tak lub tak, bo z obfitości serca usta mówią. I czasami naprawdę można bronić słusznych poglądów błędnymi metodami, albo błędnych słusznymi. I tutaj właśnie pokazuje się cała istota, i cała istotność, Soboru Watykańskiego II. Kościół doszedł po prostu do wniosku, że w pewnym momencie, przy zachowaniu pełnej prawdziwości głoszonej doktryny, gdzieś popełniono błąd w kwestii ich wykładu. Że być może nie udało się ich pokazywać światu tak, by je zrozumiał i by do niego przemawiały. Stąd błyski burzy, które już wtedy zaczęły się pojawiać, i które zauważono. Być może dlatego, że katolicy, czy może „typ katolicki”, umysłowość i obycie przeciętnego katolika, a chyba zwłaszcza przeciętnego kapłana, był po prostu wadliwy. Te wady postanowiono skorygować, a najszlachetniejszym świadectwem tej próby pozostaje Gaudium et spes. Dlatego też prawdą jest to, co powiadają niektórzy, że Sobór zmienił naraz wszystko i nic. Nic nie zmienił w sprawie tego, co się głosi – a wszystko w tego, jak się głosi.

No i cóż? No i różnie to można oceniać. Ja oczywiście mam swoje zdanie, a że ciągnę ten wózek, to pozwolę je sobie wyrazić. Otóż moim zdaniem była to zmiana epokowa i bardzo potrzebna. Kościół w wieku XIX popełnił dużo błędów. Nie doktrynalnych, bo tutaj działy się cuda (choćby piękny i potrzebny dogmat o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny), ale właśnie w kwestiach bardziej przyziemnych i praktycznych. Oczywiście, nie były to same błędy. Udało się, na przykład, zdławić we Francji gallikanizm a w Austrii józefinizm. Potwierdzono i ugruntowano znaczenie prymatu Piotrowego. Niemniej skrajna, nieprzemyślana opozycja w stosunku na przykład do liberalizmu, potępienie wolności słowa, wolności druku, wolności politycznej i tak dalej, to znaczy tego wszystkiego, co dziś uchodzi za kwestie zdrowego rozsądku (czy uchodziło?; ale to inna kwestia) okazała się katastrofą. Głównie dlatego, że odcięła katolików od kontaktu ze zmieniającym się światem. Po prostu z większością najbardziej inteligentnych ludzi epoki, ludzi inaczej niż ich ojcowie rozumiejących np. właściwą rolę państwa w życiu społecznym, nie dało się rozmawiać bez podkopywania autorytetu hierarchii, czyli albo się właśnie nie rozmawiało i sprowadzało dobrowolnie do roli skansenu idei albo ładnych, ale zupełnie abstrakcyjnych, albo praktycznych ale przez to groźnych – albo rozmawiało się, ale sprawiając wrażenie, że katolicyzm trzeszczy w posadach, a jedność wiernych i duchowieństwa jest pisana palcem na wodzie (co implicite podważa jedno z ważniejszych przesłań Ewangelii). Pojawiły się zatem trzy typy społeczne katolików: albo sfanatyzowanych reakcjonistów (De Maistre) albo buntowników wyrzuconych poza nawias (Lammenais) albo takich, którzy spróbowawszy jakoś się w świecie odnaleźć, nie potrafili, więc przestawali cokolwiek pisać (Acton). Albo tu, albo tu. Albo Kościół – albo nowoczesny humanizm. Z samych przyczyn praktycznych, po to, najzwyczajniej w świecie, aby móc ludziom głosić, należało z tego wyjść. Acz oczywiście, dołącza się tutaj kwestia teoretyczna, tzn. fakt, że ani wolność prasy, ani wolność sumienia, nie sprzeciwia się w istocie katolicyzmowi. Proces ten rozpoczął się już za pontyfikatu Leona XIII, papieża istotnie wielkiego. Sobór Watykański II to ledwie logiczne tego procesu zwieńczenie. A więc ja przynajmniej cieszę się, że dostrzeżono problem i spróbowano go rozwiązać, dzięki czemu możemy działać i żyć w Kościele, w którym da się oddychać.

Niestety, nie jest to powszechnie rozumiane, ani po jednej (że tak powiem), ani po drugiej stronie. Zazwyczaj bowiem, tak lewa jak prawa strona Kościoła postrzega Sobór jako sprawę przede wszystkim doktrynalną, tak jak gdyby zmienił on samą istotę religii katolickiej. Niektórzy to popierają, inni potępiają, a jeszcze inni nie wiedzą co z tym zrobić. Stary tercet De Matsre’a-Lammenais’ego-Actona zastąpił zatem nowy tercet tych, którzy w imię utożsamienia się z nowoczesnością gotowi są zakwestionować wszystko, z doktryną zmartwychwstania ciała włącznie, albo takich, którzy w ogóle odrzucają całą tę zmianę, no bo niby właśnie do takiego kwestionowania prowadzi, albo takich, którzy nic nie robią (bo nie wiedzą co) i płyną z prądem.

Doskonale widać to na przykładzie naszego małego zaścianka. W Polsce, z katolicyzmem w kontekście społecznym, a więc w kontekście stylu, wygląda to tak. Albo mamy lewokatolicką inteligencję podważającą wszystko, byle tylko coś im puścili w mediach „Agory”; albo fanatyczną opozycję, która popadnie w największe absurdy, byle tylko skrytykować wszystko, co tylko napisano w mediach „Agory”; albo takich, którzy w sumie nic nie krytykują, ani niczego nie popierają, tylko trwają sobie tak, jak gdyby się nic nie działo i nie było w naszym kraju i Kościele żadnych problemów, a wiara stanowiła oczywistość. Wszystkie trzy postawy są, rzecz jasna, skrajnie błędne. Nie da się głosić wiary nie mając wiary. Wiara zaś, jest albo niczym, albo pewną jasno definiowalną treścią. Albo Chrystus powiedział coś i upewnił się, że to jest dobrze rozumiane – albo nie powiedział nic. Z drugiej strony: nie da się głosić wiary w kompletnym oderwaniu od warunków czasu i miejsca. Nie da się jej głosić stojąc bokiem do wszystkiego, co współczesne, tylko dlatego, że to jest współczesne; że po prostu ludzie zaczęli myśleć w nieco inny sposób i zwracać uwagę na inne problemy, niż to miało miejsce w latach 50. Nie da się również utrzymywać, że wiara to naprawdę sprawa Boża, nie wierząc jednocześnie, że jest ona w stanie ten nowy sposób bycia i myślenia objąć i przemienić. Z trzeciej: nie da się jej głosić w oderwaniu od życia. Nie da się jej głosić nie napomykając nawet o tym, co jest teraz dla ludzi ważne i nie zauważając różnych tendencji (na pierwszy ogień: rozwody), które się dokonują. Czy tak, czy tak, czy inaczej, donikąd się nie dojdzie i nie osiągnie się nic.

Tak też, na podstawie moich prywatnych obserwacji, wnioskuję, że to, co co chodziło, wciąż się nie dokonało. Ta konkretna zmiana, o którą chodziło na Soborze, nie zaszła. Pozostaje ona dla nas wciąż zadaniem wyznaczonym przez Kościół, które trzeba podjąć i trzeba zrealizować. To jest to pytanie: jak mieć mocną wiarę i głosić ją w świecie pozbawionym wiary, ale nie całkiem pozostającym w błędzie? Jak uznać to, co we współczesności cenne, nie poddając się jednocześnie jej wypaczeniom? Jak przekazać ludziom przyzwyczajonym do życia w warunkach bezustannej zmiany prawdy niezmienne tak, aby jednak dobre strony tej zmienności nie zostały stracone? Jakim to trzeba być obywatelem? Jakim człowiekiem? Jak, wreszcie, przyswoić sobie wyznawane prawdy tak, aby móc je głosić w sposób skuteczny i przestawać z niewierzącymi (których jest przecież w Polsce większość) bez wojny? A jeśli oni chcą wojny – jak reagować, tak aby nie wpadać dokładnie w te stereotypy, w których chcą nas mieć?

Jeśli zatem chcemy zastanowić się nad papieskim gestem w szerszym kontekście, to może być i równie dobrze ten kontekst, skądinąd ważny; nie tylko zresztą nad tym gestem, ale i nad wieloma innymi. Na mój gust bowiem, znaczna część działań obecnego Piotra to po prostu próba zmiany stylu: stylu bycia katolikiem – i bycia papieżem. I nic innego. Można z tym polemizować, można uważać, że idziemy nieco za daleko, ale nie warto robić afery z tego, czego nie ma. Warto za to posiłkować się źródłami, takimi jak choćby Chesterton i jego styl – bo w kwestii stylu właśnie, dostarcza on materiału przynajmniej równie ciekawego, jak w kwestiach ideowych, a w kontekście papieża-chestertonisty chyba jeszcze ciekawszego; i tak, być może, najlepsze właśnie przesłanie, którym można zamknąć moje rambling, to: więcej humoru. Po prostu. I pewnej pogodnej wyrozumiałości, szczególnie wobec człowieka, który pochodzi nie z Europy, a z Ameryki Południowej (która jest, jak nietrudno chyba zauważyć, kulturowo nieco inna). Jak zwykle, jest to duża szansa, aby poukładać nasze sprawy tutaj – i może jeszcze (choć wydaje mi się to mało realne) uniknąć losu, jaki spotkał Kościoły choćby w Hiszpanii czy Irlandii, do niedawna jeszcze ulubionym kraju Pana Boga. Przede wszystkim: nauczyć się, że nikogo, a papieża na pewno, nie wolno gryźć ani podgryzać.

P.S.

Nowe tłumaczenie rzecz jasna już niebawem.

Maciej Wąs