Gilbert Keith Chesterton

Za i przeciw (1935)

Rozdział I – W sprawie potworów i logiki

Fot. Jesse Orrico, stocksnap.io

Kiedy piszę te słowa, w prasie wszystko wprost kotłuje się i kipi w związku z niespodzianym wynurzeniem się i pojawieniem, względnie też zanurzeniem się i zniknięciem, tajemniczego Potwora, który – jak plotka głosi – z sobie tylko znanych przyczyn żyje na dnie jeziora Loch Ness. Nie muszę chyba mówić, że taki Potwór, niezależnie od tego, czy rzeczywiście zamieszkuje w jeziorze Loch Ness, od dawna jest bardzo popularnym mieszkańcem Fleet Street. Bez wątpienia to potwór bardzo dobroczynny; który pomógł wielu ubogim dziennikarzom opublikować jakiś akapit w tym lub innym miejscu. W porywającej wizji z Księgi Hioba, czyni on głębię morza wrzącą jak garniec; i w wielu wypadkach służył też jako znakomity pretekst do podgrzewania atmosfery. Wszystko to jednak, to ledwie regularny i fortunny nawet zbieg okoliczności, bez większego wpływu na istotę rzeczy. Tym, co mnie tutaj interesuje, jest sam spór – jako spór; którego koleje pokrywają się zresztą niemal dokładnie ze starożytnymi, zygzakowatymi śladami wielkiego Węża Morskiego. Niespecjalnie podnieca mnie temat tych rzekomo istniejących zwierząt; i nie rozumiem, jak ktokolwiek miałby się nimi tak osobliwie podniecać. Nie wiem, i średnio mnie to obchodzi, czy w jeziorach mieszkają potwory, a w morzu jakieś węże. Bardzo wszakże interesuje mnie inny zgoła potwór; potwór znacznie bardziej potworny; potwór tak fantastyczny, że rzeczywiście może być czystą fantazją. Potwór ów nazywa się „Człowiek”; i zamiast łusek, rogów i wijącego się ogona, nosi na sobie nienormalną narośl zwaną „Głową”. W niej zaś, jak się przypuszcza, zamieszkuje jakaś tajemnicza zasada, zwana Umysłem; niestety wszakże, zasada ta ostatnio stała się równie nieuchwytna i nieznana, co Potwór z Loch Ness.

Jako iż sposób, w jaki większość krytyków – zwłaszcza krytyków sceptycznych – pisze dziś o rzeczach takich, jak choćby potwory, bardzo przypomina sposób, w jaki pisali oni niegdyś na temat węża morskiego. To znaczy – jest to sposób naraz tajemniczy, mistyczny i irracjonalny. Po pierwsze, zaraz na początku przyjmują oni, komplikując radykalnie całą kwestię, stanowiące dokładną odwrotność prawdy, mętne założenie, wedle którego przedmiot ten to jakaś sprawa quasi-mistyczna. Jeden artykuł, autorstwa bardzo biegłego dziennikarza, naprawdę zaczynał się słowami: „Zajmując się podobnymi opowieściami o duchach i potworach”. Za chińskiego króla nie potrafię zrozumieć, dlaczego właściwie wąż morski miałby być czymś bardziej mistycznym od morskiego ślimaka. W jednym sensie, wszystkie stworzenia są mistyczne – ponieważ tajemnica Stwórcy obecna jest we wszystkich Jego dziełach; lecz tego rodzaju tajemnica to przymiot najmniejszej krewetki, zjadanej przez rozdającego hojne napiwki bogacza w Margate1. Niemniej, największy wąż morski nie jest w żadnym stopniu bardziej nadprzyrodzony, niż najmniejszy wąż morski. Jak wielkie rozmiary mogą osiągać podobne stworzenia w morskich głębinach, to już być może kwestia do naukowej dyskusji; dyskusja ta powinna być jednak właśnie – naukowa. Nie ma nic szczególnie transcendentalnego w utrzymywaniu, że w morzu się większe ryby, niż kiedykolwiek z niego wyszły. Podobnie jak nie ma ani krzty „celtyckiego półmroku”, ani odrobiny czaru gaelickiego czarnoksięstwa i gaelickich wizji w twierdzeniu, że jakieś bardzo duże zwierzę, jeżeli w ogóle takie duże zwierzę istnieje, żyje sobie akurat na dnie szkockiego jeziora, czy gdziekolwiek indziej. Czy tak jest, czy nie, to po prostu kwestia ludzkiego świadectwa; i nawet wątpiący muszą przyznać, że w tym wypadku świadectwo to jest dosyć mocne.

I tak doszliśmy do miejsca, w którym chciałbym powiedzieć parę słów na temat owej cudacznej cechy ludzkiego umysłu, której nabrał on mniej więcej od czasu, w którym zaczęto nazywać go „Umysłem Współczesnym”. Nie mówię tego pogardliwie; bo w tym wypadku chodzi mi także o te z umysłów współczesnych, które naprawdę są umysłami, i to jednymi z najwspanialszych umysłów naszej epoki. Prawda, jak sądzę, jest taka: że od czasu tryumfu tego, co zwykło nazywać się u nas racjonalizmem, z sukcesami rozwijaliśmy wszystkie ludzkie zdolności – z wyjątkiem rozumu. Wiele współczesnych umysłów, nie tylko wyjątkowych, ale i normalnych współczesnych umysłów, znakomicie wykształcono w umiejętności wirtuozowskiej oceny muzyki czy krajobrazu; i potrafią one odkryć i opisać w tych rzeczach największe nawet subtelności, które prawdopodobnie umknęłyby zupełnie ludziom pokroju Arystotelesa czy doktora Johnsona. Gdyby jednak przyszło do kwestii argumentów, kwestii jasnej i spójnej argumentacji, zarówno Arystoteles, jak i doktor Johnson, bez cienia wątpliwości pomyśleliby, że trafili do przedszkola. Lub, jak pewnie powiedziałby doktor Johnson, do szkoły specjalnej. Ja wszakże tego nie mówię; nie mając żadnego tytułu do rywalizowania z doktorem Johnsonem w kwestii jego cnót i talentów, nie muszę niepotrzebnie rywalizować z nim w kwestii jego wad i wyolbrzymień. Ludzie z tego typu dysproporcjami mentalnymi nie są upośledzeni; wielu z nich to doskonali i subtelni pisarze, osiągający literackie szczyty, na które nigdy nie uda mi się za nimi podążyć. Niemniej, wydaje się, że zapomnieli oni jak właściwie zabrać się do ukucia rozumnej konkluzji na jakikolwiek temat. Osiągnęli mistrzostwo w sztuce oceniania, opisywania i analizowania impresji; wydaje się wszakże, że nie wiedzą dosłownie nic o sztuce dedukowania. Na podobnej zasadzie, na jakiej impresjonistyczny artysta mógłby namalować doskonałą impresję Loch Ness, tak też impresjonistyczny krytyk może utrwalić na piśmie doskonałą impresję Potwora z Loch Ness. Kiedy jednak poprosi się go, aby sprawdził, jak owa impresja ma się do prawdy, okaże się, że krytyk ów zwyczajnie nie zna techniki przeprowadzenia podobnej próby. Na przykład, nie ma dzisiaj lepszego i obdarzonego większą przenikliwością krytyka literackiego, niż pan Robert Lynd2 – szczególnie w tych wypadkach, w których krytyk literacki rzeczywiście zajmuje się krytyką literatury. Wyznaczcie pana Roberta Lynda do napisania tekstu na temat W.B. Yeatsa, a na pewno opisze on styl i znaczenie tego twórcy tak dobrze, jak to tylko możliwe – a na pewno o wiele lepiej, niż ja bym to zrobił. Poproście go jednak, aby zbadał, czy opowieści pana Yeatsa o czarownikach Wschodu czy irlandzkich wróżkach są prawdziwe, a z całym szacunkiem, ale bardzo wątpię, czy zachowa w tym wypadku choćby połowę tej dyscypliny naukowej, co ja.

I tak w ostatnim numerze Daily News pan Lynd popełnił artykuł na temat Potwora z Loch Ness, który doskonale wprost unaocznia, o co mi chodzi. To artykuł naprawdę bardzo dobry; lecz mnóstwo w nim wahania i (jeśli wolno mi użyć tutaj tego żargonu) inhibicji. Pan Lynd zaczął od zdroworozsądkowego twierdzenia, ze trudno odrzucić zgodne świadectwa dużej liczby szanowanych i zeznających niezależnie od siebie osób. To samo można powiedzieć także w kwestii wielkiego Węża Morskiego; liczba ludzi, którzy mogliby przysiąc, że go widzieli, do dziś zdążyła urosnąć zapewne do około setki. Póki co wszystko gra. Teraz do drugiej strony należy obowiązek stanowczego i szczegółowego zbicia tych argumentów; drobiazgowego przesłuchania świadków; udowodnienia, że mamy tu do czynienia z raczej mało prawdopodobnym spiskiem, albo skonstruowania teorii wyjaśniającej, jak udało się komuś oszukać tak wielu różnych ludzi. Niemniej krytyk nasz, w poczuciu, że dla sprawiedliwości musi przedstawić także argumenty drugiej strony, przedstawia je w sposób absolutnie typowy dla współczesnego irracjonalizmu. Zwraca się on do czytelnika tymi lub mniej więcej tymi słowami: „Jeżeli jednak zgodzę się uwierzyć w Potwora z Loch Ness, gdzie będę mógł później postawić granicę? Istnieje przecież tyle innych opowieści o potworach” – i dalej następuje prezentacja wszystkich bogactw jego zawrotnego oczytania, podczas której mamy okazję zapoznać się z najbardziej fascynującymi i sympatycznymi potworami celtyckiej i nordyckiej mitologii; autor zaś wydaje się uważać ją za coś w rodzaju przykrego obowiązku i z wyraźnie ciężkim sercem idzie przez dzieje, przełykając jednego potwora za drugim, aż do wieloryba, który połknął Jonasza albo smoka, który miał pożreć Andromedę. Ktokolwiek uzależniony od przestarzałych misteriów logiki, z taką pilnością studiowanych przez zabobonnych średniowiecznych scholastyków, będzie miał wyraźną trudność, aby nie gapić się nieelegancko na podobnie sformułowanie problemu. W naturalny sposób odpowie: „No cóż, sądzę, że granicę postawi się tam, gdzie zabraknie dowodów. Wierzy pan w tego potwora, ponieważ jest dwudziestu świadków, potwierdzających jego istnienie. Naturalnie, będzie pan wierzył mniej w tych wypadkach, w których będzie pan miał po temu mniej przesłanek; a jeśli w ogóle ich nie będzie – nie będzie pan wierzył w ogóle. Naprawdę, nie ma potrzeby ustalania a priori abstrakcyjnych rozróżnień pomiędzy Siedmiogłowym Smokiem z Persji, a Dziewięciogłowym Smokiem z Japonii”. Prawda jest taka, że krytyk nasz od samego początku ulega zwodniczemu wpływowi koncepcji, wedle której uznając wiarygodność podobnych opowieści, człowiek przekracza granicę Krainy Czarów, gdzie wydarzyć się mogą dowolne, najbardziej fantastyczne rzeczy. Nawet w wypadku spraw pozanaturalnych, takie podejście to zwykły błąd. Można wierzyć w jeden cud, nie wierząc w drugi; bo są przecież cuda prawdziwe i fałszywe, na podobnej zasadzie, na jakiej są prawdziwe i fałszywe banknoty. Potwór wszakże, nie jest cudem. Coś podobnego do cudu rzeczywiście może pojawić się natomiast, obok zwykłych czarodziejskich sztuczek, w opowieściach o czarach i czarownikach. Lecz równie dobrze można by powiedzieć, że młynarze, koty i księżniczki to bajkowe stworzenia, ponieważ da się je znaleźć, obok goblinów i syrenek, w bajkach dla dzieci.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Popularny w Anglii morski kurort wakacyjny.

2 Robert Lynd (1879-1949) – irlandzki dziennikarz, krytyk literacki i działacz narodowy. Należał do Seinn Fenn.