Zawsze miałem wrażenie, że życie ludzkie jest groteskowe; i wszelkie poszukiwania naukowe na jakikolwiek temat tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają. Biedzi się człowiek, czyta książkę za książką, pisze artykuły, krąży nad tematem jak – nie wymawiając – sęp nad padliną – a potem to na trochę odstawia, zajmuje się czym innym, i okazuje się, że, jak się to wszystko w duszy jakoś uleży, problem można ując w kilku prostych zdaniach. Dzisiaj zatem (w ramach serii: „Gilbert a idee różne”) o temacie bardzo dla wielu (i z przyczyn dla mnie przynajmniej kompletnie niezrozumiałych) frapującym, to znaczy: co takiego mówił Gilbert na temat owej strasznej i mistycznej grozy, jaką nazywa się w „dyskursie” współczesnym nacjonalizmem.

Że Gilbert nacjonalistą był nie ulega kwestii; i na nic zdadzą się tutaj przedziwne zabiegi wielu badaczy, które mają ten fakt ukryć bądź rozmydlić. Tak się określał od młodości do starości – jak ktoś chce, niech sobie popatrzy choćby do Idei patriotyzmu, Zbrodni Anglii czy Co widziałem w Ameryce. Te teksty są dość jednoznaczne, by nie pozostawiać wątpliwości. Tę kwestię mamy więc za sobą.

Tylko że, możemy zapytać, co z tego? Dla wielu wszystko; ale zazwyczaj dla tych, którzy o problemie myśli narodowej wiedza bardzo mało. Każdy, kto poświęcił sprawie choćby dzień rzetelniejszego studium rozumie, jak ogromny ładunek znaczeniowy kryje się potencjalnie pod tym wyświechtanym terminem. Innymi słowy: nacjonalizm niejedno ma imię; i może znaczyć bardzo różne rzeczy. Oczywiście, używanie naz własnych to kwestia zupełnie dowolna i każdy może sobie definiować różne rzeczy jak mu się podoba. Możemy, na przykład, powiedzieć, że nacjonalizm to jest to, co zaczęło się od słynnego dzieła Maurice’a Barresa Scenes et doctrines du Nationalisme (1902), które przyczyniło się niezmiernie do popularyzacji terminu; albo że nacjonalizm (co bodaj wyczytałem kiedyś w Rzeczpospolitej) zaczął się od Mussoliniego (jest to tym śmieszniejsze, że faszyzm wcale ideologią nacjonalistyczną nie był, o czym za chwilę). No a to, co wcześniej, to już nie. Trawestując jednak C.S. Lewisa z Chrześcijaństwa po prostu, w używaniu pojęć nie chodzi o to, aby człowiek się nimi emocjonalnie zaspokajał, ale przede wszystkim o to, aby były zrozumiałe. Jedynym zaś względnie zrozumiałym znaczeniem terminu „nacjonalizm” jest: „doktryna upatrująca zasady życia politycznego w typie społeczności, nazywanym narodem” (czy coś w tym guście). Czyli, tłumacząc na prostsze, jak ktoś uważa, że najważniejszą rzeczą w polityce jest służyć narodowi, że to naród tworzy państwo, że to naród tworzy prawo (i tak dalej), to jest nacjonalistą. Jak ktoś uważa inaczej, to nim nie jest. Przyjąwszy tę skądinąd poręczną definicję łatwo zauważyć można, jak niedorzeczne jest popularne dzisiaj utożsamianie nacjonalizmu z faszyzmem. Ekspertem od myśli faszystowskiej nie jestem, ale dysponuję pewnymi tekstami, w tym choćby i opisem tej doktryny sporządzonym przez samego Mussoliniego dla Enciclopedia ittaliana. Tam zaś, czytamy czarno na białym: „Trzeba koniecznie porzucić ową dekadencką doktrynę wieku XIX, jakoby naród tworzył państwo; to państwo tworzy naród i, dając mu wolę, zapewnia mu także zdolność działania” (tłumaczę z pamięci i z angielskiego, więc proszę nie cytować dosłownie). Innymi słowy, faszyzm jest “statyzmem”, względnie tzw. statolatrią – kultem państwa. Niektórzy mogliby sobie to na serio wbić do głowy i uniknąć cokolwiek kłopotliwych dla „ludzi kultury” uproszczeń (z drugiej strony w Polsce gdzie się w „kulturze” nie obrócić, to wieje nędzą, więc w sumie co ten jeden przypadek zmieni?). Wracając jednak do naszej definicji: na pierwszy rzut oka widać, jak ogromne różnice mogą tutaj zachodzić. Zostaje choćby problem definicji narodu; genezy narodu; dokładnego określenia stosunku narodu, społeczeństwa i państwa; a także niezliczona ilość zagadnień bardziej praktycznych, które można rozstrzygać zupełnie różnorako. Tak też, ogólnie mówiąc, ruchy nacjonalistyczne nieprawdopodobnie trudno klasyfikować (szczególnie że zawsze po długich i względnie udanych wysiłkach dojdzie się do nacjonalizmów wyspiarskich, w sensie: angielskiego i irlandzkiego, i tutaj wszystko się sypie), w związku z czym niektórzy w ogóle porzucają to trudne zadanie. Zazwyczaj jednak, wyróżnia się nacjonalizmu dwie podstawowe formy, dwie „fale”, jak to się ładnie mówi, które określają dwa etapy w rozwoju tej myśli (autorem tej klasyfikacji jest badacz niemiecki, Peter Alter). Po pierwsze: nacjonalizm Risorgimento, względnie nacjonalizm jakobiński; po drugie: nacjonalizm integralny. Nazwy dobrane są ściśle empirycznie, więc mówią wiele z tego, co jest o tych zjawiskach do powiedzenia. Nacjonalizm pierwszej fali to zatem nacjonalizm demokratyczny, „lewicowy”, nacjonalizm ruchów republikańskich oświecenia i romantyzmu: Rewolucji Francuskiej, Wiosny Ludów i zjednoczenia Włoch (z poetą i myślicielem Giuseppe Mazzinim jako mózgiem operacji). To myśl o charakterze otwartym, optymistycznym, humanitarnym i humanistycznym, ściśle liberalnym, a także niepozbawiona swoiście rozumianego kosmopolityzmu i troski o dobro Ludzkości („Służąc narodowi, służymy Ludzkości”, pisał rzeczony Mazzini). Tego typu nacjonalistą był na gruncie polskim choćby Adam Mickiewicz. „Nacjonalizm integralny” zaś, to termin wynaleziony przez Charles’a Maurrasa, twórcę słynnej Akcji francuskiej – a więc (kto zna Maurrasa łapie to od razu) zupełna odwrotność tego, co wyżej: myśl konserwatywna, autorytaryzująca (w wersji francuskiej monarchiczna), dążąca do odwrócenia zmian przyniesionych przez rewolucję 1789 i często nastawiona bardzo prokatolicko (co ciekawe, w wypadku Maurrasa ten sojusz miał charakter czysto polityczny, bo niemal całe życie pan M. był agnostykiem). Nie ma w niej także żadnych niemal pierwiastków kosmopolitycznych. Per analogiam do nacjonalizmów typu integralnego zalicza się także na przykład polską Narodową Demokrację w jej wszystkich odmianach, a zatem: pozytywistycznej (Popławski – choć to akurat wyjątkowo naciągane), darwinistycznej (młody Dmowski), arystokratycznej/elitarystycznej (stary Dmowski), radykalnej (Mosdorf) czy – no właśnie? Bo jak zakwalifikować Adama Doboszyńskiego (na szybko proponuję: konsekwentnej)? W czasach współczesnych wyróżnia się do tego niejednokrotnie jeszcze jedną lub dwie nowe fale, których nie umiemy jeszcze, ze względu na brak odpowiedniego dystansu czasowego, odpowiednio opisać (np. we Francji Marie Le Pen – i prawdopodobnie także De Gaulle jako przedstawiciel „fali” wcześniejszej). Te nas jednak nie interesują, bo – rzecz jasna – zaczęły istnieć sporo po śmierci Gilberta. W każdym razie: tak to się, w bardzo ogólnym zarysie, przedstawia.

Cóż więc? Jak umieścić w tym przedziwnym i dziurawym jak ser szwajcarski schemacie naszego Gilberta?

Odpowiedź: nijak; to znaczy – pewnie jakoś, ale właściwie w żaden konkretny czy wychodzący od opisanych wyżej faktów sposób. Chesterton myślał o polityce w sposób wybitnie swoisty, którego to sposobu elementem najistotniejszym była ogromna ogólność. Być może to po prostu cecha wyspiarska, a być może wynikająca z dość trudnych doświadczeń osobistych, niemniej Chesterton nigdy nie promował programów politycznych w ich szczegółowym kształcie. Szukał w nich tylko treści najprostszych, najbardziej podstawowych, konkretnych, takich, które możliwie najlepiej można zweryfikować w doświadczeniu lub ogarnąć zdrowym rozsądkiem (jest to zresztą niewątpliwy ślad angielskiego empiryzmu). Dlatego też jego stosunek do myśli narodowej był po prostu skrajnie podstawowy, rudymentarny. Społeczeństwa, jak się generalnie zgadzamy, istnieć muszą. Niemniej – ktoś je wpierw musi zbudować. Czy budują je jednostki, czy zbiorowość? Oczywiście, że zbiorowość. A zatem, dochodzimy do pewnego paradoksu: bo „przed” (w sensie logicznym mówiąc) społeczeństwem muszą istnieć jakieś zbiorowości innego typu, które mogłyby wytworzyć własną organizację i struktury władzy. W doświadczeniu widzimy, że na kontynencie europejskim taką „przed-społeczną” formą zbiorowości jest właśnie ta, którą pospolicie nazywamy „narodem”. Teraz, nieważne tak naprawdę, jak ją zdefiniować. Ze względu na jej złożony charakter, jest to właściwie niemożliwe (choć Chesterton wyraźnie skłaniał się w kierunku tezy, że naród jest wspólnotą przede wszystkim tradycji i kultury). Wystarczy sama konstatacja, że takie wspólnoty istnieją i że są zdolne do akcji zbiorowej, co naprawdę stanowi absolutną oczywistość. Jeśli tak jest, należy pozwolić im działać, to znaczy tworzyć społeczeństwa i państwa stosownie do własnego charakteru. I znów: tyle. Ot i cały „straszny” nacjonalizm Gilberta Keitha Chestertona.

Oczywiście, można się z tego śmiać i twierdzić, że to w ogóle nie jest filozofia polityczna. Zwróćmy bowiem uwagę, że Gilbert świadomie omija wszystkie kwestie istotne, stanowiące o osobnym kształcie każdej doktryny nacjonalistycznej. Ale to właśnie, moim skromnym zdaniem, świadczy o jego geniuszu. Nie rozmawiamy o filozofii teoretycznej, tylko praktycznej. Istotą jest tutaj określenie zasad działania, a nie wyczerpujący opis rzeczywistości. Co więcej, opis ten, jak wszystko na to wskazuje, w ogóle nie jest możliwy – a przynajmniej pozostaje bardzo trudny. To nie jest tak, że Chesterton był takim głupim wesołkiem, który nic nie czytał. Przeciwnie: czytał cały czas, w tym dzieła polityczne, i zdawał sobie po prostu sprawę z tego, jak wiele porażek odniosła myśl narodowa dokładnie dlatego, że z własnej woli uzależniła się od definicji, których potem nie potrafiła sformułować. Spory teoretyczne spowodowały jej rozczłonkowanie i ostateczną niezdatność praktyczną. Co więcej – częstokroć wiodły jej twórców w miejsca, w które żaden filozof nie powinien chodzić: do absurdów, do pozycji skrajnych, do skostnienia i „dogmatyzmu” w stosunku do kwestii konkretnych. A jednak: rzeczywistość, na której nacjonalizm się „nabudował” bez wątpienia istnieje. To więc, co trzeba zrobić, to zwrócić się ku rzeczywistości, a teorię zostawić na boku, formułując ja co najwyżej z największą ostrożnością.

Należy wspomnieć zresztą, że sam Gilbert bynajmniej od tego nie stronił. Sporo miejsca poświęcał na przykład, jak wspomniałem, forsowaniu „kulturowej” definicji narodu, polemizując zajadle z podejściem niemieckim, zasadniczo rasowo-etnicznym. Widział też, że istnieją takie formy wspólnot ludzkich, które nie są narodami, np. plemiona. Wnosił stąd, że narody wytworzyły się w pewnym procesie historycznym, który śledził do wieku XIII. To wszystko bardzo interesujące dodatki do treści zasadniczej, niemniej ich główną zaletę stanowi dokładnie to, że owej treści zasadniczej nie przesłaniają. Wiemy, że istnieją narody i że narody budują państwa. Więcej możemy sobie pospekulować, ale nie jest to bezwzględnie konieczne.

Natomiast obstawanie przy tych prawdach pierwotnych, przy fundamentach, z których każda myśl nacjonalistyczna wyrasta, było dla niego niezmiernie istotne. Dlaczego? Z dwóch przyczyn. Po pierwsze: ponieważ zanegowanie bądź to rzeczywistości narodu bądź to jego prerogatyw państwowotwórczych w sposób konieczny wiedzie nas do teorii drugiej, to znaczy: że społeczeństwo tworzą jednostki. Powstaje pytanie: jakie jednostki? Jakiś fuehrer z niemieckiej mitologii? Jakiś prorok oświecony z wysoka? Grupa „najlepszych” i „najzdatniejszych”? Jak zwykle, Chesterton wolał pozostawać na gruncie doświadczenia, kierując się dość logicznym przekonaniem, że natura pewnych procesów musiała być zawsze taka sama, od początku istnienia państw aż do jego czasów. Z doświadczenia zaś wiedział, że owi fuehrerzy, prorocy, najlepsi i najzdatniejsi to zazwyczaj po prostu najsilniejsi i najbardziej bezwzględni, którzy pod pięknymi pozorami i w imię nieraz bardzo szczytnych haseł organizują sobie państwo tak, by czerpać z tego jak największe korzyści. Innymi słowy: tworzący sobie państwo w pewnym sensie „prywatne”, a więc pozostające w sprzeczności ze swoim właściwym celem. Po drugie zaś: bo narody i ich specyficzny sposób funkcjonowania mają ogromne znaczenie dla europejskiej tożsamości. Czy się chce, czy nie chce, narody wykształciły się właściwie tylko w Europie, albo w państwach szybko europeizujących się (na przykład Japonii). Czy się chce, czy nie, istnieją. Czy się chce, czy nie, ludzie w imię swoich narodów dawali krew, życie, wywoływali wojny i rewolucje. By ująć to jeszcze inaczej: Europejczyk z definicji należy do jakiegoś narodu. Ma to wpisane w (choć Gilbert pewnie brzydziłby się tym wyrażeniem) „kod kulturowy”. Jeśli zatem chcemy, aby Europa pozostała (w sensie cywilizacyjnym) Europą, musimy trzymać się narodów. Inaczej, nawet przy zachowaniu tych samych nazw, Europa zniknie – i będzie ją można co najwyżej sentymentalnie wspominać.

Ale znów: na tym można się zatrzymać. Chodzi tylko o stwierdzenie pewnych faktów, o nic więcej – przynajmniej jeszcze nie na tym etapie. Nie wynika stąd, bynajmniej, że Europa nie ma innych elementów, które spajają ją cywilizacyjnie. Przeciwnie: gdyby ich nie miała, nie można by o niej mówić en bloc jako o Europie. Ani to, że wspólnoty nie-narodowe nie mają prawa do samostanowienia czy własnej, specyficznej godności. Ani że ludzie nie mają innych elementów tożsamościowych poza narodowością. Ani że faktycznie w społeczeństwach nie zachodzi pewna hierarchia, a przynajmniej zróżnicowanie jednostek (ciekawe, że Gilbert za pojęciem hierarchii raczej nie przepadał), które powinno odzwierciedlać się w ich strukturze. Nie ma więc żadnej logicznej konieczności, by idea narodowa „urwała” się z kontekstu i przyćmiła sobą wszystkie pozostałe. Wyłącznie o to, aby zapewnić jej miejsce intelektualne, które obiektywnie powinna posiadać.

Jak zwykle, to Chestertonowskie podejście, taki swoisty „nacjonalizm minimum”, wydaje mi się niezwykle cenne i aktualne dla naszych czasów. Pozwala bowiem zachować to, co w myśleniu według kategorii narodowych słuszne, a jednocześnie ustrzec się pewnych nadużyć, które się (nie da się tego ukryć) z nim nieraz wiążą. Nacjonalizm w formach, w których istniał wcześniej zwyczajnie się wypalił i już się nie odrodzi, a nawet odrodzić nie powinien. Ale cóż z tego? Trzymając się rzeczywistości, możemy (i to jest ta niezwykłość ludzkiego intelektu) pójść pod prąd czasu i poniekąd „zacząć od nowa”, opracowując problem raz jeszcze, stosownie do stanu naszej wiedzy i warunków, w których przyszło nam żyć. Możemy „mieszać” tę ideę z dowolną inną ideą, na przykład personalizmem czy katolicyzmem, byle tylko nie popadać w sprzeczności. Możemy rozwijać ją dosłownie jak nam się podoba. Możemy wreszcie łączyć ją z jakimikolwiek bądź rozwiązaniami politycznymi, bo choć niewątpliwie jej kształt narzuca nam coś w rodzaju ogólnie pojętego „ludowładztwa”, to bardzo daleka droga jeszcze do tego, jak je precyzyjnie rozumieć. Jednocześnie, nie musimy popadać w swoistą narodową obsesję, jaka stała się udziałem tak wielu nacjonalistycznych polityków – tak fali drugiej, jak pierwszej. Nie musimy w imię narodu poświęcać religii, godności jednostki, zdrowego pojęcia solidarności ogólnoludzkiej czy choćby rządów parlamentarnych, czego zresztą sam Chesterton nigdy (wbrew temu, co mu się nieraz imputuje), ale to nigdy nie robił. Możemy zatem, po prostu, wejść na równych prawach w główny nurt debaty publicznej i powalczyć o swoje – co zresztą, wydaje mi się, w demokracji zupełnie normalne.

No a że, istotnie, myśl narodowa jakoś musi w ten nurt wejść, to chyba nie ulega kwestii. Bo jednak, jak to zresztą zauważył sam Gilbert, patriotyzm naprawdę należy do tożsamości europejskiej – i to patriotyzm specyficznie narodowy, obracający się wokół tej przedziwnej wspólnoty, która ogarnia nas i dziejowo określa. Europejczyk naturalnie żyje dla własnej Ojczyzny, którą dali mu jego przodkowie i którą pragnie zostawić swoim dzieciom. Podejmuje i tworzy jej tradycje. Przejmuje się i utożsamia z jej historią, mając poczucie, że go ona – za pośrednictwem narodu właśnie – osobiście dotyczy. Jeśli zabierze się mu naród, zostaje próżnia, którą potem stara się zapełnić rozrywką i przyjemnościami, względnie jakimś surogatem idei politycznie angażującej, zazwyczaj totalnie nonsensownym i oderwanym od realiów. Współczesny kryzys Europy w ogromnej mierze stanowi kryzys narodowości. No a kryzysy są, jak wiadomo, po to, aby je zażegnywać – szczególnie, że to naprawdę przyjemne. Pierwszym krokiem będzie bowiem jedynie to, by uznać, że jesteśmy narodem – i by się tym ucieszyć. A jak przy okazji zamknie się usta kilku węszycielom faszyzmu, to też będzie dobrze.

Maciej Wąs