Dzieje się na prawo ode mnie; dzieje się ostatnio. A że w sumie nic tutaj od jakiegoś czasu nie napisałem, to sobie pozwolę na jakieś słowo komentarza – oczywiście w tej pełnej wolności, jaką cechuje się garść bardziej osobistych przemyśleń. Na żadne teksty poważniejsze nie mam czasu, bo są zarezerwowane dla platform poważniejszych i bardziej poważanych, gdzie i ja, jak mi się uda coś opublikować, bardziej jestem poważany (ach, ta cudowna magia anonimowości – naprawdę zresztą zastanawia mnie to, że jak ktoś widzi podpis „Maciej Wąs”, to kpi, ale jak go nie widzi, to nagle okazuje się, że jednak nie wszystko jest takie złe – magia, prawda?; i świadectwo wielkiej kultury intelektualnej naszego narodu wielkich filozofów). Jak zwykle zatem, to jest bardzo niezobowiązujące i nikt nie musi się ze mną zgadzać – jak się nie zgadza, może nie czytać, albo pójść swoją drogą, do czego zresztą zawsze niezmiennie zachęcam (bo niedobrze, aby człowiek był sam, ale dobrze, by chodził własnymi drogami, szkoda tylko na marginesie, że jedno z drugim łączy się zatrważająco często). Ja mam w każdym razie do powiedzenia tylko tyle.

Widzi się ostatnio, zresztą i nie tylko ostatnio, w polskiej myśli politycznej, czy raczej debacie, coś, co można nazwać „antyoświeceniowizmem”; dokładnie tak – bo pogląd ten ma charakter wyłącznie negatywny. Jednym słowem: wszystko, byle przeciw perukom. Każde świństwo, każdy absurd, każde okrucieństwo, wreszcie każdego psychopatycznego dzierżymordę można usprawiedliwić, rozgrzeszyć, nawet wybielić, o ile idzie pod prąd energiom duchowym wyzwolonym przez oświecenie. Nie bardzo rozumiem sens takiego nastawienia. Po pierwsze dlatego, że to głupie. Budowanie poglądów na negacji jest zawsze błędem. Świadczy o słabości ducha i niesamodzielności myśli. Świadczy o uzależnieniu się od kogoś innego, na którego ciele wisi się jak pijawka – i z jednej strony się go niszczy, z drugiej samemu nie można żyć bez jego krwi. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak wielkie niebezpieczeństwa, tak natury intelektualnej jak emocjonalnej (love-hate relationship, te sprawy), wiążą się z takim nastawieniem. Po drugie: ponieważ jest to zupełnie niesprawiedliwe, a przynajmniej nierozsądne. Czy się to komuś podoba, czy się nie podoba, oświecenie było epoką wielkich czynów, wielkich ludzi, wielkich zmian – ogromnej, realnej przemiany świata, znacznie głębiej związanej z tradycją Europy, a więc i idącej znacznie dalej, niż na przykład komunizm. Samo to wymaga od interesującego się nią przynajmniej minimum szacunku. Po trzecie: bo zazwyczaj takie podejście wiąże się właśnie z przeinaczaniem faktów, czyli w tym wypadku przeważnie tekstów. „Zawodowo” wrażliwy jestem na rzetelność lektury. Najlepszym chyba zaś przykładem tego, jak nie czytać filozofów jest słynny casus Rousseau, którego w „antyoświeceniowizmie” oskarża się o banalne potępienie społeczeństwa i głoszenie idei „powrotu do Natury”, czyli do przedspołecznych form bytowania. Jest to, przyznam, ten moment, kiedy mam ochotę powiedzieć: „Proszę zatrzymać pociąg, ja wysiadam” (i this train will stop at Tucumcari, jak by się kto pytał). Russowi można zarzucić dużo: przesadną emocjonalność, niesystematyczność, niekonsekwencję, subiektywizm, brak wykształcenia – ale na pewno nie to – i znać to nieomylnie już po bardzo pobieżnej lekturze przynajmniej trzech jego rozpraw z filozofii społecznej – że ideałem życia była dla niego wspólnota pół-małp skaczących z drzewa na drzewo, a w razie konieczności biegających po ściółce i zbierających jagódki. Rozumiał to już właśnie choćby Kant, wielki miłośnik Russa, który (co cytuję za profesorem Peretiakowiczem) z właściwą sobie ścisłością stwierdził: „Rousseau w gruncie rzeczy nie pragnął, aby człowiek znowu do stanu natury powrócił, tylko aby ze stopnia, na którym teraz stoi, wstecz się oglądał” (1798). Rozumiał to sam Peretiakowicz, który w „J.J. Rousseau – filozof demokracji społecznej” (1949) po prostu wszystkie takie – tendencyjne, powiedzmy sobie wprost, ujęcia tej filozofii zrównał z ziemią. Rozumiał to wreszcie (a nie jest o bez znaczenia) sam zainteresowany, odpowiadając na stawiane mu zarzuty w Odpowiedzi królowi polskiemu i Liście do Beaumonta („Człowiek bez państwa jest niczym, jest zwierzęciem”). Wystarczy zajrzeć do tych tekstów i spróbować zapoznać się z nimi choć względnie bezstronnie, czyli biorąc poprawkę na wszystkie ówczesne wymagania stylu i osobistą manierę, która dołącza się przecież zresztą do każdego konkretnego wyrazu idei. Bo istotę myśli Rousseau, przynajmniej w jej wymiarze politycznym (który moim zdaniem pełnił rolę naczelną) było dokładnie przystosowanie społeczeństwa do realnych wymogów natury ludzkiej – tak, by mogła się w jego charakterze ujawniać i rozwijać; i nic poza tym.

Jakie są zaś te wymogi? Mówiąc krótko: jest nim przede wszystkim podstawowe dla wszystkich uczucie miłości do samego siebie, które wszakże (i to jest punkt kluczowy) „rozlewa się”, jak gdyby emanuje w miłość do innych i troskę o innych. Nie chcę dla siebie bólu – chcę dobra i przyjemności, szczęśliwego życia, swobody, oddechu. Ale chcę tego dla siebie, bo jestem człowiekiem – a widzę przecież, że inni ludzie są takimi samymi ludźmi, jak ja; zaczynam więc chcieć dla nich tego samego. Wszystko to dzieje się pozaracjonalnie, jak gdyby w jednym skoku, wybuchu, w jednym synergicznym akcie uczucia, które naraz poprzedza i (ontologicznie) przewyższa rozum („Czuję, więc jestem” – pamiętamy z Emila). To jest ten ideał, który przyświeca nieodmiennie, z russowskiego punktu widzenia, wszelkiej akcji społecznej; to jest to, co powinno zostać w życiu społecznym zachowane i kultywowane.

Jak sprawić, aby tak było? Upewnić się, że działanie państwowotwórcze jest uczciwe – to jedno wystarczy. Ludzie są dobrzy z natury, więc jeśli pozwoli się ludziom działać stosownie do tego, jakimi są, społeczeństwo niechybnie będzie funkcjonować dobrze. Doświadczenie jednak wskazuje, że niemal nigdy tak się nie dzieje. I tutaj sięga Rousseau po cały, przygotowany od Hobbesa, arsenał intelektualny teorii kontraktualizmu, tworzy hipotezę fałszywej umowy społecznej, będącej efektem przed-społecznej dominacji bogatych nad ubogimi. Idzie w tych analizach dalej, bardzo logicznie konstatując, że skoro wytwory typowo kulturowe, jak (w swym obecnym kształcie) nauka, religia czy sztuka, były efektem właśnie takiej fałszywej umowy, to muszą człowieka psuć. Przechodzi do doświadczenia i mistrzowsko wykazuje obłudę i fałsz istniejących relacji społecznych, zapewniając swoim teoriom pewne przynajmniej zakorzenienie empiryczne (bo był zawsze, wbrew temu, co się o nim bajdurzy, filozoficznym realistą). Ale to nie oznacza przecież, jak sam już swojej pierwszej rozprawie zaznaczał nasz zainteresowany, że nauka czy sztuka jako takie są złe – ale że je również musi objąć ta wielka korekta, którą należy przeprowadzić. Cała krytyka urządzeń cywilizacyjnych jest zatem u Russa krytyką de facto, a nie de jure – i tyle na temat; jest to teoria prosta, logiczna, spójna wewnętrznie.

I, dodatkowo, jak pewnie nietrudno zauważyć, po prostu zdroworozsądkowa. Jak zwracałem uwagę już kiedyś wcześniej: nie da się obecnie, jeśli ktoś ma oczy do patrzenia, nie zgodzić się z tym ogólnym przesłaniem myśli szwajcarskiego filozofa. Stanowi ona po prostu filozoficzną interpretację pewnych faktów, rejestrowanych zresztą z mistrzowską biegłością. Bo naprawdę udało się Rousseau uchwycić pewne prawdy, które zawsze będą obowiązywać. Najbardziej jaskrawym przykładem przypadkowo będzie tutaj mój Mistrz i przyjaciel, któremu filozoficznie zawdzięczam wszystko: Jacques Maritain. Maritain Russa nie znosił organicznie – nie ma chyba drugiego takiego myśliciela, który poświęciłby tyle czasu na krytykę tej filozofii. A jednak, gdy odwrócił się od Action Francaise i zaczął samodzielnie myśleć, wielki Jacques doszedł do dokładnie tych samych wniosków, co wielki Jean-Jacques: idea, że celem istnienia państwa jest szczęście człowieka, że rządy powinny opierać się na zgodzie zbiorowej, że społeczeństwo to pewna osobna ontycznie całość ze swego rodzaju podmiotowością (a więc dobro ogółu jest niesprowadzalne do dobra jednostek), że politycznie wszyscy obywatele, jako sprawcy aktu konstytucji tej całości, są równi, wreszcie: że działania społeczne nieustannie powinny oglądać się na naturę człowieka i próbować oddać jej sprawiedliwość – wszystko to przecież znajdzie się w nowoczesnej teorii personalizmu „tomistycznego”. Oczywiście: zupełnie inaczej uzasadnione i wytłumaczone, oparte na solidnych podstawach wielowiekowej tradycji Perypatu, świadome organicznej łączności tej tych prawd z chrześcijaństwem; ale jednak się znajdzie.

No, ale jednak – znajdzie się właśnie inaczej uzasadnione i wyjaśnione. To jest ten drugi punkt, na który trzeba zwrócić uwagę. Bo nie twierdzę bynajmniej, że russoizm nie ma żadnych wad. Ma. Czego dobitne świadectwo stanowi właśnie ta przykra konieczność ponownego uzasadniania uchwyconych w nim prawd, tak aby ludzie wciąż byli w stanie je uznawać. To samo stanowi wystarczający dowód porażki, jaką ostatecznie poniosła myśl oświeceniowa, myśl Umowy społecznej i Deklaracji praw człowieka i obywatela. Skoro zaś poniosła porażkę, to znaczy, że zastosowane przez nią uzasadnienia prawdopodobnie nie były wystarczająco ścisłe; i jest u Rousseau wiele elementów niepokojących, które niemało się do tego przyczyniły. Redukcja natury do uczuć i instynktów, na przykład, która de facto sprowadza myślenie do praktyki społecznej – albo negacja faktu, że są w niej obecne pewne złe skłonności, które należy okiełznać, a więc, w związku z tym, a priori zanegowanie istnienia porządku łaski, która leczy i podnosi człowieka ponad niego samego, wreszcie, co mnie akurat szczególnie uderza, niezrozumienie natury miłości nie jako uczucia, ale świadomej decyzji, świadomego i ugruntowanego w rozumie uznania Dobra, które jest ponade mną – to wszystko poważne błędy, nad którymi nie da się przejść obojętnie. Niemniej, i o to mi właśnie chodzi, nie przekreśla to bynajmniej prawdziwości prawdziwych tez; pokazuje po prostu ich niekompletność – i konieczność przeformułowania na nowych zasadach. Rousseau, i w ogóle pisma ludzi oświecenia (o ile wolno brać tutaj Russa za typ, bo to samo w sobie kontrowersyjne – ale na użytek argumentacji przyjmijmy, że można), można, a wręcz trzeba czytać – tylko z głową. Ale każdą książkę trzeba czytać z głową. Chodzi o to, aby usunąć to, co złe – zachowując to, co dobre, a w tym wypadku jest tego sporo więcej. Na tym zresztą nieodmiennie polega rozwój ludzkości. Nieczytanie zaś tych dzieł, niechęć, prosta, ideologiczna negacja, wynikająca zazwyczaj z perpetuowania nieaktualnych już sporów historycznych, grozi cofnięciem się w tym rozwoju o kilka wieków – i popadnięciem w błędy jeszcze gorsze i jeszcze, z chrześcijańskiego punktu widzenia, groźniejsze. Łatwo jest niszczyć, trudno budować; proponowałbym nie iść na łatwiznę.

Znakomitym zaś przykładem takiego właśnie podejścia do epoki oświecenia, takiej jej oceny i takiej recepcji jej tekstów, jest nie kto inny, niż nasz ulubiony pisarz, Gilbert Keith Chesterton. Nie lubię tej powszechnej obecnie praktyki robienia z Gilberta przede wszystkim „obrońcy” czegokolwiek; to znów metoda negatywna, a więc redukcjonistyczna (czym się wiele zjawisk tłumaczy). Ale jednak bywał on obrońcą pewnych rzeczy – a tą, której bronił niewątpliwie, była właśnie epoka oświecenia. W czasach, w których nikt już niemal nie wierzył w jej osiągnięcia, on właśnie stał sam, samotny biały żagiel, opierając się tym wichrom i bez ustanku broniąc demokratycznej teorii państwa, republikanizmu w rozwiązaniach ustrojowych, pojęcia praw człowieka czy teorii umowy społecznej, przestrzegając, że bez nich Europa może wpaść w otchłań. Z drugiej strony – rozumiał wszystkie wady i niedociągnięcia tych, którzy te teorie w wieku XVIII tworzyli – przede wszystkim ich nadmierny optymizm i uproszczone podejście do człowieka właśnie, przez które ich wiara w przyszłość okazała się pisana palcem na wodzie. Na pewno Rousseau, którego czytał i dobrze znał. Miał zatem do tej epoki stosunek ściśle racjonalny – taki, jak każdy powinien mieć. I to stanowi właśnie, samo to (a przecież nie tylko) o tym, że jako publicysta pozostanie zawsze aktualny, choćby konkretne problemy, o których pisał, zdezaktualizowały się o tysiąc lat. A że pisał tak właśnie, w obronie oświecenia a przeciw współczesności, będąc jednocześnie wierzącym chrześcijaninem, anglikaninem a potem katolikiem, to chyba dość wyraźnie świadczy o jego niezwykłości i wyjątkowości jako pisarza – jak również stanowi przejaw tego wielkiego paradoksu historii, o którym zdarzało mi się tutaj napomykać, i który moim przynajmniej zdaniem otwiera przed nami nowe perspektywy; bo Kościół Katolicki jako jedyna chyba instytucja na serio powołuje się obecnie na jakiekolwiek realne prawa człowieka, wynikające z natury, a nie konwencji, pozostając zatem, samemu często o tym nie wiedząc, jedynym prawdziwym spadkobiercą tego, co moglibyśmy nazwać „oświeceniową ortodoksją” we współczesnym świecie, całkowicie opętanym przez materializm i utylitaryzm. Bóg jest straszny – ale i w jakiś przedziwny sposób dowcipny; bo to nie jest przecież jedyny taki wypadek, w którym śmiertelni wrogowie już na ziemi, a nie dopiero w niebie, podają sobie ręce, spoglądając na siebie z dwóch przeciwnych brzegów oceanu epok.

Co jest wystarczającym materiałem na kilka nieprzespanych nocy ciekawych przemyśleń.

Maciej Wąs

Tradycyjnie, przydatne linki: