A nie wiem; tak mi wpadło. Może ze względu na niedawne ogłoszenie „franciszkowe” [1], które mi się przy okazji nasunęły. Jest to bowiem fakt powszechnie znany, że Franciszek I naprawdę należy do argentyńskiego towarzystwa chestertonowskiego i to jego pontyfikat otworzył, powiedzmy, „okienko”, żeby o możliwej kanonizacji Gilberta w ogóle zaczęło się mówić. No i tak też mówiło się trochę jakiś czas temu, nawet w mediach „głównego nurtu”; niektórzy ludzie, w tym niżej podpisany, narobili sobie nadziei. Potem jednak, temat przycichł i właściwie chyba o nim w znacznej mierze zapomniano. Gdyby ktoś jednak nie zapomniał, to może zastanawia się czasami wieczorem: „To jak z tym będzie? Co dalej? Doczekamy się tego św. Gilberta, czy nie doczekamy?” Dla tego kogoś, bo nie jesteś, bracie, sam, śpieszę z informacją, zapewne jednak niewesołą. Bo czy zatem istnieje szansa na to, że proces beatyfikacyjny Gilberta rozpocznie się w najbliższym czasie?

Odpowiadam: nie. Jak to się zabawnie mówi „prawie na pewno”.

No, oczywiście, do końca nie wiadomo. Oficjalnie, to nic nie wiadomo. Hierarchia, z właściwym sobie przedrewolucyjnym wdziękiem, który to urzeka zapewne tak wielu konserwatystów, nie udzieliła w tej sprawie żadnych wyjaśnień. Ksiądz John Udris, który zajmował się zbieraniem danych na temat, miał przedstawić raport biskupowi miejsca w wakacje zeszłego roku. O ile wiem, tak się właśnie stało. Od tego czasu – cisza. Żadnych, najmniejszych nawet informacji. No a to, niestety, zazwyczaj oznacza, że coś „nie pykło”. Podejrzenie dodatkowo uwiarygodnia fakt, że Dale Ahlquist wydał bardzo niedawno (bodaj w styczniu-lutym tego roku) całą książkę mającą za cel dowieść, że Chesterton świętym faktycznie był. To znaczy: wielki monopolista chestertonologiczny uznał najwyraźniej, że kogoś trzeba przekonać. Czyli (logicznie): że „ktoś” jest nieprzekonany. I to prawdopodobnie „ktoś” raczej decyzyjny. Jeśli wszystko idzie dobrze, podobnych książek się zazwyczaj nie pisze. Mamy więc kolejną przesłankę, pozwalającą pewne rzeczy przynajmniej podejrzewać.

No i mam trzecią, osobistą. Bo tak się składa, że byłem w Beaconsfield na początku grudnia zeszłego roku. Było to bardzo wzruszające doświadczenie. Zobaczyłem całe to miasteczko, załamałem nerwowo, pomodliłem się przy grobie Gilberta i Frances, wpisałem (jako pierwszy w dziejach, nie chwalęcy) do „rejestru pielgrzymów”, prowadzonego od niedawna w parafii, a także pogadałem chwilkę z urzędującym proboszczem. Ten zaś powiedział mi otwartym tekstem: „It is still possible, but the bishop – well… He is not very keen”.

A zatem, powtórzę: póki co, wydaje się, że na ewentualną beatyfikację Gilberta będziemy sobie musieli poczekać.

Natomiast, i to jest druga sprawa, którą chciałem się w tym krótkim artykuliku zająć, niekoniecznie wcale jest to takie złe.

Z kanonizacjami sprawa jest bowiem o tyle złożona, że nie chodzi tutaj wyłącznie o kwestię czyjejś świętości czy nie-świętości; ale o cały kontekst, który towarzyszy takiej publicznej deklaracji Kościoła. Kontekst, to znaczy: przede wszystkim dominujące wśród ludzi rozumienie przyczyn, czy może – charakteru tej świętości. Że ktoś jest świętym, to jedno. Ale dlaczego jest święty? Co świadczy o tym, że jest święty? Jakie cnoty posiadał w stopniu heroicznym, co stanowiło zasadniczą „przestrzeń łaski” w jego (/jej) życiu, gdzie Pan Bóg podziałał najbardziej, jaką misję postanowił „nim” wypełnić? To wszystko naprawdę trudne pytania, które zasadniczo wpływają na rozumienie tak postaci świętego, jak i samego gestu papiestwa; i co do których, co symptomatyczne, orędownicy świętości danej osoby, nawet jeśli co do samego tego faktu mają zupełną słuszność, mogą się nieraz bardzo mylić. Pięć wieków niemal musiało upłynąć, nim Kościół ogłosił oficjalnie świętość takiej Joanny d’Arc. Trudno mi powiedzieć, co takiego dokładnie stało na przeszkodzie tak długi czas. Na pewno jednak, w dziewiętnastym wieku chodziło o kwestię tego, jak ten gest odbierze naród francuski. Papieże przeczekali po prostu moment patriotyczno-religijnego wzmożenia, jakie nastąpiło we Francji po zakończeniu wojen rewolucyjnych, i upatrywało w wielkiej Joannie przede wszystkim wyzwolicielki ojczyzny – a także (co znacznie gorsze) postaci ukazującej niezwykłą misję dziejową, zleconą Francji przez Boga. Historia jasno unaoczniła mądrość tej decyzji. Joannę beatyfikowano przecież i tak – ale przede wszystkim jako świętą Kościoła. Nie bohaterkę Francji.

I tutaj, w naszym wypadku, to znaczy w wypadku Gilberta, wydaje mi się, że sytuacja wygląda podobnie. Niech mi będzie wolno uzasadnić pokrótce moje stanowisko.

Po prostu, na co zwracam uwagę od dawna, z recepcją Gilberta ogólnie występuje sporo problemów natury obiektywnej, których nie da się zbagatelizować. Sam zainteresowałem się nim głównie pod wpływem „reklamy”, jaką robią mu od jakiegoś czasu niemal zawodowo zajmujące się tym środowiska, szczególnie amerykańskie – to fakt. Ze mną jest jednak taka różnica, że jestem filologiem, i książki czytam poniekąd „zawodowo”; dlatego też zawsze ostatecznie dość szybko „przeskakuję” sobie nad tym, co mi ktoś o jakimś pisarzu mówi, i po prostu sprawdzam. Gdy zaś zacząłem tak właśnie „sprawdzać” pisarstwo Gilberta, muszę przyznać, że dość długo nie wiedziałem za bardzo, co z tym fantem począć. Ortodoksja czy The Everlasting Man, nawet Tomasz – to się jeszcze jakoś względnie zgadzało; gdy jednak zapuściłem żurawia do tekstów mniej popularnych, takich Irlandzkich impresji, na przykład, Zbrodni Anglii czy Nowego Jeruzalem, miałem nieodparte wrażenie, że to napisał jakiś zupełnie inny autor; czy że obraz Gilberta, jaki dotychczas miałem, był po prostu kompletnie sfałszowany. Oczywiście – nie był sfałszowany w dosłownym znaczeniu. Powiedzieć tak, to byłoby sporo za ostro. Niemniej, chodzi po prostu o to, że dotychczasowa „dominująca” krytyka chestertonologiczna skupia się zasadniczo nie na tym, co trzeba, pomijając ogromną ilość materiału, bez której Chestertona, choćby ze względu na samą ilość danych, z którą mamy do czynienia, ale także i na treść, jaką one niosą, zwyczajnie nie da się zrozumieć.

Na ile widzę, ksiądz Udris zdecydował się podążyć tą samą drogą. Nie mam, rzecz jasna, dostępu do sporządzonych przez niego dokumentów, niemniej na ile miałem okazję posłuchać jego wystąpień publicznych, mogłem przekonać się, że opierał on swoją argumentację na rzecz otwarcia procesu beatyfikacyjnego przede wszystkim na dwóch argumentach: jakości pracy apologetycznej i, w pewnym sensie przynajmniej, „mistycyzmie”, czyli rzekomej rzadko spotykanej głębi życia duchowego Gilberta. To jest właśnie ten obraz, o który mi chodzi: „mistyk” i apologeta. Tak go zazwyczaj przedstawiają Amerykanie. I jest to, no – pardon, kompletna bzdura.

Po pierwsze dlatego, że Chesterton nie był w żadnym wypadku przede wszystkim apologetą. Tak szczerze, to nie bardzo rozumiem, skąd w ogóle mogło się wziąć takie pojęcie. Wystarczy wziąć pod uwagę, ile książek czysto apologetycznych w życiu napisał. Mianowicie: jedną. Ortodoksję. Może dwie, jeśli doliczy się do tego zbiór artykułów napisanych podczas polemiki z Blatchfordem – ale to zasadniczo raczej wstępny szkic Ortodoksji, niż osobna książka. Nawet Człowiek wiekuisty nie jest przecież apologetyczny w pierwszym i najważniejszym rzędzie. Apologetyczna jest tylko jego część druga, ale całe dzieło stanowi raczej pracę historyczną, czy „popularno-historyczną”, odpowiedź na Historię świata George’a Herberta Wellsa. Reszta Chestertonowskiej apologetyki jest rozsiana po fragmentach jego innych prac; co samo w sobie stanowi wymowny dowód jej właśnie drugo-rzędnego charakteru.

Po drugie: jakość tej apologetyki też czasami pozostawia trochę do życzenia – przede wszystkim dlatego, że stanowi po większej części efekt osobistych medytacji samego Gilberta, niż obiektywnej, teologicznej czy historycznej wiedzy. Sam byłem bardzo zaskoczony, gdy czytając bardzo dobrą pracę biograficzną pióra księdza Iana Kera przekonałem się, jak bezradny bywał Gilbert w niektórych polemikach (przykładem debata nad zagadnieniem indeksu ksiąg zakazanych, którą odbył epistolarnie z protestanckim historykiem Georgiem Gordonem Coultonem na łamach wydawanego przez BBC tygodnika Listener w roku 1935 i z kretesem przegrał). To nie jest, oczywiście, żaden zarzut – ale dokładnie dlatego, że Chesterton nie miał najmniejszego obowiązku być apologetą doskonałym; czy jeszcze inaczej: Chesterton bywał słabym apologetą z tej prostej przyczyny, że w ogóle apologetą również ledwie bywał – a nie był. Jest to zupełnie oczywisty fakt, który nie powinien nikomu spędzać snu z powiek.

Jeśli zaś chodzi o Gilbertowy „mistycyzm”, to cóż – wygląda to podobnie, czy nawet jeszcze gorzej. Nawet pobieżne zapoznanie się z jego biografią wystarczy, by przekonać się, jak zaskakująco mało religijnym, przynajmniej w „konwencjonalnym” sensie tego słowa, był Gilbert człowiekiem. Na ile wiemy, przed konwersją na katolicyzm w ogóle z rzadka pojawiał się na liturgii. U anglo-katolików to ponoć zupełnie normalne, niemniej samo w sobie o czymś świadczy. Po konwersji, gdy przykazania kościelne zaczęły go do pewnych rzeczy zobowiązywać, Chesterton oczywiście zmienił postępowanie, ale i tak realizował wyłącznie „plan minimum”: spowiadał się raz na rok, w okresie Wielkiego Postu, komunię przyjmował też raz, w okresie wielkanocnym. Na Mszę chodził tylko w niedzielę i uroczystości, w tygodniu nigdy, albo bardzo rzadko. Brak również jakichkolwiek danych, które pozwalałyby mówić o jakimś „mistycyzmie” czy what not. Nie zachowało się bodaj ani jedno świadectwo, które pokazywałoby go w chwili bardziej gorliwej modlitwy, ani jedno świadectwo bardziej radykalnych wyrzeczeń, postów, jakiejś dobrowolnej ofiary, momentów ekstazy czy kontemplacji. Nie ma. Wykazują to już nawet sami co bardziej racjonalni chestertoniści, na przykład Nicholas Madden w artykule „Was Chesterton a Mystic? – 1”, z redagowanej przez Oddiego monografii na temat. Artykuł doczekał się odpowiedzi, (jak można się domyślać: „Was Chesterton a Mystic? – 2”) pióra Boba Wilde’a, byłego prezesa kanadyjskiego towarzystwa miłośników Chestertona, niemniej każdy, kto porówna te dwa teksty przekona się niechybnie, jak bardzo słaba ona jest w porównaniu do merytorycznych i opartych na faktach zarzutów Maddena. Dość powiedzieć, że Wilde, nie pierwszy zresztą wcale pod tym względem spośród chestertonologów „mistycznych”, z braku danych posuwa się do nazywania „mistycyzmem” naturalnej intuicji bytu, którą – jego zdaniem – Chesterton miał i opisywał. Trudno się z tą tezą nie zgodzić. Niemniej naturalna intuicja bytu nie ma z mistycyzmem w znaczeniu ścisłym, formalnym, absolutnie nic wspólnego.

Innymi słowy: Chesterton mistykiem również nie był. Po prostu. Tyle na temat.

Dlatego też uważam, że pewna powściągliwość hierarchii, jeżeli faktycznie motywuje ją dostrzeżenie oczywistych defektów dotychczasowej argumentacji (o czym nic się nie wie, ale można się domyślać), jest dobra, bo po prostu merytoryczna. W oparciu o taki materiał, procesu beatyfikacyjnego Gilberta zwyczajnie otworzyć się nie da.

Tylko że tutaj kwestia się nie kończy – i to w dwojakim sensie. Po pierwsze: w sensie samej świętości, a więc także kanonizacji. Nawet bowiem nie będąc apologetą i mistykiem sensu stricto, można być świętym. Wydaje mi się to zresztą dosyć oczywiste. Jak pisał Jacques Maritain w Wieśniaku znad Garonny, świętość nie polega w pierwszym rzędzie na mistycznych doświadczeniach, ekstazach, czy zaawansowanym życiu religijnym – ale na „wejściu w życie Ducha” i – zwrotnie – życie Jego darami. Dary Ducha Świętego są zaś dwojakiego rodzaju: spekulatywne i praktyczne, to znaczy: wpływające na poznanie (mądrość, rozum, wiedza) albo na działanie (rada, umiejętność, pobożność, bojaźń Boża). U niektórych, szczególnie wybranych, działają dary spekulatywne. Ci poznają Boga w „ciemny”, typowy dla mistyki sposób doświadczenia miłości, jednoczą się z Nim w ekstazach duchowych, przenikają w jakimś zakresie tajniki Jego zamysłów. Czyli: przeżywają kontemplację, jak pisze francuski Mistrz, na sposób „typowy bądź normalny”. Nie oznacza to jednak, że inni są do kontemplacji, do zjednoczenia z Bogiem, kompletnie niezdolni. Przecież dar Ducha Świętego zawsze jest darem Ducha Świętego – zawsze świadczy o Jego obecności i działaniu w duszy; jeśli zatem tylko dusza faktycznie żyje jakimś darem na sposób „habitualny” (normalny, codzienny, trwały), to już się z Bogiem jednoczy, choćby i sama o tym nie wiedziała. Bóg w takiej duszy jest, działa i prowadzi. Zazwyczaj objawia się to w sposób niemal niejawny, często bardzo niepozorny: w codziennej pracy, w relacjach z innymi, w wyjątkowym sposobie myślenia czy załatwiania pewnych spraw. Ale to również stanowi jakąś formę kontemplacji – tylko „atypową”, „rozproszoną”, „ukrytą”. Ale jak najbardziej realną. I taka świętość też jest jak najbardziej realna. Może trochę „niższa”, mniej oczywista – ale realna i, także, w pełni kanonizowalna: jeśli Kościół uzna, że taki święty jest akurat wspólnocie do czegoś potrzebny.

I tutaj, moim zdaniem, jest w sprawie Gilberta ogromne pole do popisu – szczególnie z perspektywy, by tak rzec, „zawodowej”, czyli tego, czym się Gilbert faktycznie na co dzień zajmował. Jako dziennikarz i myśliciel polityczny był on bowiem naprawdę postacią nietuzinkową. Dość wspomnieć tutaj choćby jego ogromną, nie-samowitą wręcz wrażliwość na los najsłabszych i potrzebujących. Na ogromną, także fizycznie wyczerpującą pracę, jaką wykonywał dla obrony ich godności. Na jego działalność społeczną na rzecz humanitaryzacji ustroju gospodarczego czy zatrzymania ustawodawstwa eugenicznego. Czy wreszcie – a jest to mój przypadek ulubiony – na to, jak wyraźnie antycypował on w pewnych punktach, na przykład kwestii „pogodzenia” katolicyzmu z tradycją liberalną, afirmacji państwa demokratycznego, wolności słowa, tolerancji religijnej czy dobrze pojętego „dialogu” międzyreligijnego czy między-światpoglądowego, Sobór Watykański II (co biorąc pod uwagę kanonizacje Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła II wydaje się dla sprawy nie bez znaczenia). Osobiście mam niezbite przekonanie, że w jego pracy publicystycznej habitualny udział darów Ducha Świętego (oczywiście nie zawsze i nie w stu procentach, bo przecież i Chestertonowi zdarzały się okazjonalne „burknięcia” czy chwile gorszego humoru) wyraźnie się zaznacza. Można to wyłapać i udowodnić. Można ten proces jeszcze przeprowadzić, w oparciu o naprawdę twarde przesłanki. Wystarczy siąść nad tymi tekstami.

Po drugie zaś: w kwestii moich wątpliwości, które niniejszym wchodzą w fazę finalną. Bo skoro tak, to tym bardziej rodzi się pytanie dlaczego pewne środowiska tak bardzo upierają się przy argumentacji, która ma średnie (powiedzmy) umocowanie w faktach? I to jest ten punkt właśnie, który, przyznam szczerze, trochę mnie niepokoi. Możliwe, że to kwestia zwyczajnej niewiedzy i przeoczeń. Może i siła wyobraźni i pewnego „myślenia życzeniowego” jest tak znaczna, że potrafi przesłonić nawet najbardziej oczywiste fakty. Być może. Być może jednak nie. W takim wypadku zaś, naprawdę można mieć powody do pewnych obaw. Pisałem już kiedyś, że wiem, co to znaczy odkryć Kościół. No i wiem, że to znaczy również: być naiwniakiem, jak przy każdym zakochaniu. Otóż właśnie tylko skończony naiwniak może wyobrażać sobie, że Kościół jest społecznością „czystych”, w której nie ma stronnictw, gierek, walki o władzę – i że kanonizacji nie wykorzystuje się okazjonalnie jako narzędzia w tej walce. Ja już naiwniakiem nie jestem (wchodzą w fazę dojrzałą, rzecz jasna, fazę „stabilnej miłości” – która mam nadzieję, że jednak nie skończy się jakąś separacją, bo polski Kościół ma sporo problemów i pewne rzeczy zaczynają mnie już na serio męczyć) i wiem, że takie rzeczy się dzieją. No a gdzie walka o władzę, tam i ukryte intencje. Różne rzeczy można sobie zatem pomyśleć. Szczególnie, że batalia o zmiany i wpływy na Stolicy Piotrowej trwa, o ile mi wiadomo, w najlepsze – a tropy prowadzą między innymi do Ameryki, a konkretnie jej środowisk konserwatywnych. Może więc naprawdę Opatrzność uchroniła przed wielkim nieszczęściem – koszmarem bowiem, większym, niż w jakimkolwiek innym przypadku, byłoby, gdyby Gilbert został ogłoszony świętym nie jako Gilbert, człowiek, katolik, demokrata, ale jako pionek w jakiejś grze; no i gdyby jego kanonizacja miała uderzyć w kogoś, kto w ogóle jako pierwszy stworzył możliwości, aby zacząć o niej rozmawiać.

Są rzeczy, o których nawet mówić się nie powinno (mówi Apostoł). A więc i ja nie będę. Bo to się włos na głowie jeży…

Maciej Wąs

[1] Usunięte 06 IV 2019 (no bo po cóż to takie ogłoszenia trzymać?; ot i problem z formatem strony – fakt, że nie ma zakładek bywa praktyczny, ale bywa i nie…