Na ten temat pisał już, jeszcze w szczęśliwie minionych czasach blogowych, aż za dużo – no ale temat jest ważny, więc jeszcze trochę nie zaszkodzi.

Szczególnie, że mamy – nareszcie – jakieś umocowanie faktyczne. Wspominałem już chyba, że nie cierpię pisać „z głowy” (albo i z czego innego, bo zapewne można by to ująć bardziej poetycznie). No a teraz przecie zmiany-zmiany. Wybory za pasem, kampanie wyborcze trwają, no a jednocześnie toczy się wielka dyskusja na temat tego, jak to ma wyglądać z polską tożsamością: gdzie mamy iść, gdzie nie iść, jak się umieścić we współczesnej Europie, jak odnaleźć wobec dominujących współcześnie tendencji – i tak dalej; jaki koń jest każdy widzi, więc nie ma co za bardzo gadać, szczególnie tutaj. Pewne rzeczy są zbyt proste, aby sobie strzępić język – a pewne zbyt trudne, aby sprostać im w malutkim artykule na niszowej stronce, promującej twórczość pewnego katolickiego demokraty. Niemniej, to, co można zrobić, to zwrócić wzrok w kierunku spraw nieco bardziej ogólnych i zastanowić się chwilę, co z nimi i dlaczego – nawet jeżeli wydają się nie mieć z obecną sytuacją żadnego bezpośredniego związku. Nawet jeśli nie mają, to mają pośredni.

Z „Blake’a”, by ująć rzecz krótko, opublikowałem to, co wydawało mi się naprawdę najciekawsze; czyli nie tyle coś o Blake’u – ale o tym, co w tradycji kontynentalnej nazywa się oświeceniem, a „anglofonicznej” – epoką rozumu. Tak szczerze, to o Blake’u bywa bardzo różnie. Chesterton nie za bardzo fascynował się jego twórczością – książkę napisał na zamówienie, zapewne w znacznej mierze z pamięci. Zdarzają się w niej fragmenty co najmniej wątpliwe. Zresztą, trudno o tak ważnym poecie powiedzieć coś naprawdę odkrywczego w krótkim eseju niepodzielonym nawet na rozdziały. Ale o rzeczonym oświeceniu (czy, jak to ujmował sam Gilbert, „wieku osiemnastym”, choć to średnio precyzyjny termin) jest już bardzo ciekawie – jak zawsze skądinąd, gdy przychodzi do tego tematu. Chesterton wiek osiemnasty znał jak mało co i pisał o nim świetnie – a najświetniejszym czynnikiem w tym pisaniu jest: rozsądek, względnie po prostu sprawiedliwość, u katolickiego publicysty – trzeba rzec – niespodziewana. Przynajmniej, jeśli sądzić z polskiego punktu widzenia, ale nie tylko. Kościół Katolicki w czasie swojego niewątpliwego odrodzenia na początku dwudziestego stulecia czerpał siły w znacznej mierze z określania się, zdecydowanego i bezkompromisowego, przeciwko tendencjom wieku osiemnastego – przeciwko Rewolucji Francuskiej, encyklopedyzmowi i popłuczynom po nim, przeciwko ruchom demokratycznym i liberalnym. Trend był tak mocny, że nie ominął nawet ludzi naprawdę wybitnych, jak choćby Jacques Maritain. Obecnie Maritain to, rzecz jasna, naczelny „progresista” i wróg prawdziwych rycerzy tradycji, szkodnik, odpowiadający za Congara, Rahnera, Schillebeeckxa i paru innych wariatów, którzy przeorali Kościół po Soborze Watykańskim II. A jednak, choć to może zaskakujące – miał w swoim życiu okres wybitnie konserwatywny, gdy w sojuszu z Akcją Francuską zajmował się w głównej mierze wieszaniem tego i owego na filozofach oświeceniowych, przede wszystkim na Rousseau. Weźmy choćby Trzech reformatorów; czego to się o tym biednym wariacie z tej książki nie dowiemy. Człowiek-katastrofa; nieodpowiedzialny, emocjonalny, niemal bezmózgi, niczego mądrego w życiu nie powiedział, wszystko popsuł – taki niezaradny i beznadziejny życiowo, a własnoręcznie wykończył całą piękną cywilizację chrześcijańską, trwającą w Europie nieprzerwanie od późnego Rzymu po 1789. Żona Jacques’a płakała nad niektórym fragmentami jego wczesnych książek i się kobiecie nie dziwię, bo choć wielki Mistrz poszedł w pewnym momencie po rozum do głowy i swoją krytykę zdecydowanie złagodził (za co zapłacił ostracyzmem ze strony części Kościoła francuskiego i masą osobistych nieprzyjemności), to jednak co napisał, to napisał, a miłe (ani chyba do końca mądre) to nie było – niemniej pokazywało pewną tendencję, która w wielu kręgach utrzymała się do dzisiaj. Jeżeli z Kościołem – to przeciw perukom; oświecenie to bezbożnictwo, bluźnierstwo i zło.

Dla bardziej tradycjonalistycznie nastawionego katolika wizja ta jest bardzo pociągająca, z kilku co najmniej względów. Sam wiem, jak to jest odkryć Kościół. Człowiek ma wrażenie, jak gdyby wszedł do skarbca cudów. Okazuje się, że niemal wszystko, co słyszał na temat rozwoju kultury europejskiej, to kłamstwa. Nie dziw zatem, że chciałby – tak bardzo chciałby – aby ten skarbiec cudów okazał się naprawdę w całości uczyniony z pereł i złota. Aby był w sensie zupełnie dosłownym czystą Oblubienicą Chrystusa bez skazy i zmarszczki. Dlatego też niemal z automatu przyznaje Kościołowi rację we wszystkich sporach historycznych, w tym tych, które dotyczą spraw polityki. Skoro Kościół jest święty, to nie mógł się mylić, gdy potępił Rewolucję, sprzeciwiał się zjednoczeniu Włoch, wydał orzeczenia przeciw tolerancji religijnej (Mirari vos) czy wolności słowa i poglądów (Syllabus errorum), gdy wyklął polskie (i nie tylko zresztą) dążenia niepodległościowe i mianował nam biskupów-Niemców, i tak dalej. Po prostu: bo instytucje święte i prowadzone przez Ducha Świętego się nie mylą; choćby i tysiąc faktów wskazywało na coś przeciwnego, zwyczajnie się nie mylą. Zresztą, przecież trzeba popatrzeć na kontekst tamtych wydarzeń. Skoro przeciwko Kościołowi się tak zajadle kłamie, to może i w tym wypadku zazwyczaj się kłamie? Do tego dochodzi jeszcze czynnik drugi, niezmiernie istotny: niewątpliwa atrakcyjność intelektualna tradycyjnej doktryny politycznej – logicznej, majestatycznej, sięgającej korzeniami aż do Arystotelesa (faktycznie po prostu arystotelejskiej, bo niestety Magisterium to w warstwie filozoficznej przeważnie arystotelizm chrześcijański i nic więcej) – której Kościół stał się w XIX wieku obrońcą i wyrazicielem. Koncepcja wspólnoty politycznej jako dzieła natury intelektualnie imponuje – i pociąga, szczególnie wobec obezwładniającego chaosu, jaki się teraz wszędzie widzi.

No ale potem dzieją się rzeczy różne, i człowiek zaczyna pewne sprawy przemyśliwać. Dochodzi bowiem jeden czynnik, którego zazwyczaj wcześniej nie było: doświadczenie. Ot, nagle się dorasta i trzeba się w życiu układać. Co się wtedy okazuje? Że jednak ów majestatyczny i piękny twór natury, jakim jest wspólnota polityczna, to „dobro najwyższe w porządku doczesnym”, ta błogosławiona tarcza chroniąca przed skutkami grzechu, to prawo od Boga pochodzące, pierwiastek rozumu, który nie na darmo miecz nosi (oczywiście na zgubę niegodziwych) z bliska wygląda zupełnie inaczej, niż w książkach. Że cokolwiek mało w nim zainteresowania rzeczami takimi jak sprawiedliwość rozdzielcza i współdzielcza, dobro wspólne, obowiązek wzajemny i tak dalej – a cokolwiek sporo niskich interesów, kłamstewek, oszustw, krętactw, bezduszności, obojętności, nieuzasadnionej niczym złej woli i zwykłej walki na pięści, choćby i zamiast pięści szły w ruch kłamliwe słowa, pieniądze i wpływy. Innymi słowy: okazuje się, że – mówiąc kolokwialnie, ale i jak najgłębiej egzystencjalnie – coś tu nie gra; że to, co powinno stanowić względną harmonię i ład, pod przyjemną warstwą pozorów skrywa kakofonię i chaos. Pojawiają się zatem pierwsze wątpliwości – i pierwsze obserwacje, mające prowadzić do ich rozwiązania. Na przykład taka, że w życiu państwowym niemal wszystko jest płynne; że nie ma omalże żadnych praw niezmiennych i niewzruszonych; i że, w związku z tym, każde (niemal) urządzenie publiczne stanowi w mniejszym lub większym stopniu efekt pewnej „umowy”, zawieranej expressis verbis lub tylko na drodze milczącego przyzwolenia – po to, aby sobie uregulować życie i osiągać pewne cele. Po drugie – że w tego typu umowach niemal żaden punkt nie jest nigdy konsekwentnie realizowany; że pełno w nich niespodziewanych wyjątków, jakichś niejasnych „tak, ale”, przedziwnych niuansów i ogromnie wiele emocji, które zaciemniają obraz i sprawiają, że nie da się go logicznie rozczytać. I, po trzecie, że na skutek tego stanu rzeczy, dziwnym trafem jedni mają się lepiej, a inni gorzej; i że to „lepiej” lub „gorzej” niemal nigdy nie łączy się z osobistą wartością czy talentami jednostki, ale – z niczym właściwie; że po prostu sobie jest. I, jak się powszechnie utrzymuje („kolorowe papugi/na plafonie jak długi”), „po prostu musi być, no bo takie jest życie”.

Poczyniwszy te rudymentarne obserwacje, młody człowiek dochodzi do logicznego skądinąd wniosku, że „umowa”, której istnienie przecież empirycznie stwierdził, jest po prostu sfałszowana. Że tak naprawdę chodzi w niej o coś zupełnie innego, niż się to oficjalnie podaje. I że w ogóle tak naprawdę nie jest umową; bo co to za umowa, która nie zakłada równości stron? Myśli nad tym i myśli, i coraz mniej mu się to wszystko podoba – być może z poczucia sprawiedliwości, które jednak wyniósł z lektury pism klasycznych, a być może dlatego, że sam należy do gronach tych, którzy – „bo takie jest życie” – muszą zadowolić się okruchami spadającymi ze stołu swych panów (zazwyczaj z obu tych przyczyn naraz). Rodzi się jeden wniosek: skoro to wszystko jest do tego stopnia umowne i zależy właściwie wyłącznie od „mojej i twojej” dobrej woli, to trzeba nie mieć tej dobrej woli; trzeba się na pewne rzeczy nie zgodzić, system rozwalić, oszustów wyłapać i ukarać, i zorganizować coś nowego, tym razem na jasnych i przejrzystych zasadach, tak żeby wszyscy „kontrahenci” mogli dostać cząstkę sprawiedliwą.

A potem trochę czyta; i okazuje się, że właśnie napisał – oczywiście we własnej wyobraźni – mały wyciąg z różnych fragmentów Rozprawy o nierówności, Umowy społecznej i Emila.

Jeśli ma szczęście, pominął w swoim dziełku wszystko to, co u Rousseau głupie czy trochę żenujące. Niemniej fakt jest faktem, że na poziomie najbardziej podstawowym jego kontraktualizm i wszystkie jego konsekwencje to po prostu bezpośredni skutek prostych obserwacji życia społecznego. Niekoniecznie muszą mu logicznie towarzyszyć doktryna o przyrodzonej niewinności człowieka, cokolwiek mętne wywody o pochodzeniu języków, przedziwne teorie dotyczące relacji międzypłciowych czy – nie wiem – sentymentalne pitolenie religijne z „Wyznania wiary wikarego sabaudzkiego”. Natomiast to przynajmniej stanowi, niewątpliwie i bezdyskusyjnie, ogromną chwałę i zaletę systemu russowskiego i całej myśli oświeceniowej, która z niego się wzięła (na przykład jakobinizmu): mistrzowska bystrość obserwacji politycznej, realizm, elastyczność myśli, a przede wszystkim – zrozumienie i uznanie przyrodzonego prawa do niezgody, do buntu, do walki o sprawiedliwość. Jest to niezwykle ważne z perspektywy współczesnej – ale przede wszystkim po prostu ogólnoludzkiej.

Niestety, i o to mi w tym krótkim artykule chodzi, teorie klasyczne tego wszystkiego nie dostarczają, przynajmniej nie bezpośrednio; naprawdę niestety. Intelektualnie są bowiem niewątpliwie od russoizmu dużo wyżej. Niemniej, takie są fakty. Słynne Tomaszowe warunki „sprawiedliwego” obalenia tyrana z De regno redukują tę możliwość właściwie do zera. W imię „naturalnego, odwiecznego porządku cywilizacji” usprawiedliwiano najgorsze niesprawiedliwości, czasami wprost zbrodnie; katoliccy konserwatyści opuszczali obrady społeczne (vide przypadek Kongresu Społecznego w Liege, 1890) na najmniejszą wzmiankę o systemowym rozwiązaniu problemu nędzy panującej wśród pracowników przemysłowych. Być może nie ma tutaj łączności logicznej, nie wiem; a jednak, historia sugeruje ją aż nadto dobitnie. Podobnie jak fakt, że ci wszyscy tomiści, którzy wypracowywali – jak Maritain – jednak w swoim systemie miejsce na liberalizm i sprawiedliwość społeczną czynili to wychodząc daleko poza ramy arystotelizmu.

Oczywiście, nie oznacza to, że należy teraz odrzucić całą tradycję kościelnego myślenia o państwie, rozedrzeć szaty, zacząć wrzeszczeć wniebogłosy, a na ścianie zamiast Serca Jezusowego powiesić portret Robespierre’a. Pozostajemy tutaj na poziomie bardzo ogólnym. Otwarta pozostaje sprawa dokładnego filozoficznego zdefiniowania treści zarysowanych przeze mnie doktryn – a cóż dopiero ich integracji w całość systemu katolickiej nauki społecznej. Nie chodzi mi o to, że Rousseau miał zupełną rację; tylko o to, że miał przynajmniej trochę racji. Może nawet przeważnie jej nie miał, a jedynie miewał, w przebłyskach czystszej i bardziej uporządkowanej myśli. Niemniej na pewno, jeżeli mamy to wszystko ustalić, trzeba przynajmniej zacząć o tym racjonalnie i spokojnie rozmawiać; a nie potępiać wszystko w czambuł w imię starych konfliktów, których dokładnego sensu, a nawet genezy, niemal zupełnie już dziś nie rozumiemy. I nie ma w tym niczego, co logicznie nakazywałoby „progresywizm”, czy jakieś inne wariactwo w sprawach doktrynalnych. Nie ma. Dla wielu to skrajnie nieoczywiste. Dla mnie, już po przejściu pewnej drogi, oczywiste i jasne jak słońce. A jeśli ktoś utrzymuje, że jest inaczej – to po prostu się myli. Albo ma jakiś interes w tym, by to wszystkim wmówić.

Chesterton to, że tak powiem, „żywy dowód” na prawdziwość moich słów. Trudno zarzucać „rycerzowi ortodoksji” (skądinąd to określenie cokolwiek przesadne) nieortodoksyjność w sprawach religijnych. A jednak – politycznie jest jak jest; i nie da się temu zaprzeczyć. Gilbert po prostu rozumiał pewne rzeczy i wyciągał wnioski – i dlatego też o wieku osiemnastym i jego zdobyczach, choćby o kontraktualizmie, o prawie do rewolucji (obojętnie jak pojętej, bo przecież niekoniecznie krwawej), o egalitaryzmie społecznym, demokracji i tak dalej, po prostu rozumnie i merytorycznie rozmawiał, nie afirmując wszystkiego jak leci, nie szczędząc potrzebnej krytyki, ale jednak umiejąc uznać w tej myśli to, co słuszne. Świadczy o tym fragment „Blake’a”, który opublikowałem; świadczą wszystkie jego książki, które mamy w bibliotece; świadczą wreszcie niezliczone fragmenty rozproszone po różnych dziełach, w tym takich, w których najmniej by się ich można spodziewać. Jak ktoś nie wierzy, niech uważnie przeczyta Ortodoksję (lub poszuka sobie hasła „social contract” w wydaniu angielskim na Gutenbergu). Gilbert nie był publicystą katolickim jak wszyscy inni; i to jest najważniejszy chyba powód, dla którego naprawdę warto go czytać. I dla którego będzie się go jeszcze kiedyś czytać – więcej i zupełnie inaczej, niż dziś.

Poczekajmy. Maluczko jeszcze.

A jak to się ma do tego, co się obecnie w Polsce dzieje? A szczerze, to już zapomniałem. Nieważne. W razie chęci proszę przemyśleć sobie.

Maciej Wąs