W sumie, to i całą serię można by z tego zrobić…

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się Gilbertowi, jest to, że był „dogmatykiem”; w domyśle: że był nietolerancyjny. I to z dwóch stron. Pasjami czyni to, rzecz jasna, „lewica” („siły postępu”), pokazując, jaki to on był obsukrancki i zatęchły (smród kruchty; niby taki sympatyczny, a proszę: inkwizytor!). To mnie nie dziwi. Ale, z przyczyn tych lub innych, pasami czyni to także „prawica”, która go czyta. Wyciąga się ten cytat, że „tolerancja to cnota ludzi bez poglądów”, wspomina, że w Heretykach pisał coś-tam o stosach, dorzuca kilka bardziej bojowych fragmentów apologetycznych, a także coś tam o wydziale policyjnym do walki z przestępstwami przeciw tradycji i rodzinie z Człowieka, który był czwartkiem(SIC!) – i viola! Jest Chesterton-autorytarysta, zwolennik państwa wyznaniowego, „rycerz ortodoksji” pragnący walczyć o nią – knutem.

I to mnie już dziwi. Tak szczerze powiedziawszy, to cholernie.

Pomijam już fakt, że nie bardzo rozumiem, jak można wierzyć, że takie poglądy komukolwiek przysparzają chwały – i dają szanse zaistnieć na niwie publicznej. Zresztą, nawet gdyby dawały, to by chwały nie przynosiły. Ale to po prostu kompletne bzdury, z czego zda sobie sprawę każdy, kto książki Chestertona czyta choć względnie uważnie.

Prawda jest bowiem taka, że Chesterton był nie tyle człowiekiem tolerancyjnym, co po prostu CZEMPIONEM (ha-HA!) tolerancji. Wspominałem już zresztą o tym w artykule Chesterton jako prekursor Soboru Watykańskiego II, kto chce, to może zerknąć, bo jest na Academii (opublikowany w grudniu 2018 na łamach czasopisma Chrześcijaństwo-Świat-Polityka). Oczywiście, w pierwszym rzędzie w życiu osobistym. Osoby bardziej wyrozumiałej, otwartej, delikatnej i przyjaznej wobec innych ze świeczką szukać. Raz jeden zdarzyło się, że Chesterton odmówił z kimś debaty – tym kimś był Aleister Crowley. Inaczej: debatował zawsze – i to jak debatował! Zwrócił na to uwagę niedawno Dale Ahlquist. Chesterton miał możliwości, aby każdego przeciwnika dosłownie zmiażdżyć. Nigdy jednak tego nie robił. Każdemu dawał się wypowiedzieć, każdą opinię traktował z szacunkiem. Czytał wszystko, co się pojawiało – w tym prasę socjalistyczną, a nawet teozofów. A do tego (last but not least) całe życie przyjaźnił się z inaczej myślącymi. To są bardzo wymowne świadectwa, których nie da się pominąć, jak się chce tę postać zrozumieć. Taki Chesterton był; to go określa. To jest ogromna część jego tożsamości – i zapewne jeśli proces beatyfikacyjny zostanie otwarty, omówienie tych spraw zajmie w nim miejsce poczesne.

Niemniej, Gilbert był także tolerancyjny w tym sensie, że był „tolerancjonistą”; że uznawał tolerancję za kluczowy element życia społecznego. Trzeba pamiętać, z jakich środowisk Chesterton się politycznie wywodził. Był liberałem – konkretniej radykałem, czyli zwolennikiem najskrajniejszego skrzydła angielskiej Partii Liberalnej. Pewne wartości wyniósł z domu i młodzieńczych lektur. Już samo to wystarczy, aby zauważyć, że jakikolwiek systematyczny sprzeciw wobec tolerancji światopoglądowej w życiu społecznym jest w jego wypadku co najmniej mało prawdopodobny. Ale jeśli to kogoś nie przekonuje, wystarczy poczytać. Fakt, że głównie artykuły z Illustrated London News, w których sporo się w tej kwestii deklarował, ale nawet bodaj w Nowym Jeruzalem tolerancja religijna między chrześcijanami a muzułmanami nazwana jest mianem rzeczy „rycerskiej” (a więc zyskuje pewien walor heroiczny) – czy choćby w tych osławionych Heretykach, odnośny fragment o stosach mówi zupełnie co innego, niż się zazwyczaj sądzi. Chesterton mówi w nim tyle, że jest jedna rzecz głupsza od palenia się za poglądy – nierozmawianie o poglądach. Ale z tego wynika, że dyskryminacja ze względu na wyznawane idee jest po prostu głupia. Tolerancja zawsze była dla Chestertona po prostu normalnością – ale normalnością osiągniętą sporym wysiłkiem, wielkim osiągnięciem „starych liberałów”, które społeczeństwo angielskie, jego zdaniem, w pożałowania godny sposób marnowało.

O, ale a propos tego należy poczynić dwa uściślenia – i naprawdę zacznie być interesująco.

Po pierwsze, jak można się domyślić, Chesterton nie był nigdy zwolennikiem tolerancji absolutnej. Jak w całym życiu społecznym, tak i tutaj są pewne granice. Ulubionym jego przykładem były, rzecz jasna, ofiary z ludzi; i jeszcze Thugowie, hinduska sekta czcicieli bogini Kali. Oczywistością jest, że jeśli jakiś pogląd uderza w same podstawy bytu społecznego, społeczeństwo nie może go tolerować – ale to jest proste unikanie absurdu, nic więcej. Jak zawsze w wypadku Gilberta, opiera się to na pewnej zdrowej równowadze praw jednostki i zbiorowości. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że tolerancja jest cnotą – chodzi tylko o to, aby nie „oszalała” i nie „wyjęła” się z szerszego kontekstu, który ją określa.

Po drugie: chodzi o to, aby tolerancję właściwie rozumieć. To znaczy: nie podkładać pod to pojęcie rzeczy, które tolerancją nie są. Tolerancja religijna czy światopoglądowa to po prostu zaakceptowanie faktu, że w cywilizowanym społeczeństwie ludzie mają prawo się różnić co do poglądów na relacje człowieka z Absolutem i mają prawo te różnice w cywilizowany sposób artykułować. Chrześcijanin może głosić chrześcijaństwo, zaratusztrianin – religię Zaratustry, buddysta buddyzm, ateista – że kwestia tych relacji jest bezprzedmiotowa. Mogą też ze sobą polemizować i tworzyć długie dyskusje gazetowe na temat. Jeśli wszystko odbywa się w akceptowalnych społecznie granicach, to i wszystko gra. Nie jest natomiast tolerancją, i to ulubiony przykład Gilberta, teza, że o religii w ogóle nie wolno rozmawiać. To proste zanegowanie znaczenia pierwotnego, zwykła maskarada, uprawiana zresztą z motywów ideologicznych. A jednak, w Anglii edwardiańskiej tak się zazwyczaj „tolerancję” pojmowało. Wobec tej jawnej nieuczciwości Gilbert zawsze protestował – i tym też zajmują się duże fragmenty słynnych Heretyków.

Możemy na modłę większości „chestertonistów” amerykańskich pociągnąć tę myśl dalej i odnieść do czasów współczesnych. Choć banalnie prosta, ta obserwacja wydaje mi się bowiem dzisiaj niezwykle cenna, bo pewne dalsze nadużycia dokonują się na naszych oczach. Na przykład, dochodzi do tego, że idea „tolerancji” staje się po prostu szantażem upośledzającym na niwie publicznej jeden, wybrany pogląd, który akurat się samozwańczym „tolerancjonistom” (w tym wypadku: ludziom, którzy z jakiegoś powodu uważają, że mają mandat określenia znaczenia tego terminu) z jakichś względów nie podoba. Faktycznie, naprawdę można się zastanawiać, dlaczego na przykład uczony może być marksistą, darwinistą, nihilistą, czy wyznawać skrajnie nienaukową antropologię Freuda, dawać swoim poglądom pole w badaniach i nie ma z tego powodu żadnych problemów (a jeśli jest choćby muzułmaninem czy hinduistą wszyscy klaszczą w podnieceniu) – ale uczony katolicki do skarbca swojej religii sięgać już nie może, bo zostanie oskarżony o „nietolerancję” i zmarginalizowany (zupełnie nie wiem zresztą, skąd mi ten przykład przyszedł do głowy). Albo dlaczego w przestrzeni publicznej mogą figurować wszelkie symbole religijne (np. gwiazda Dawida) – tylko nie krzyż. Albo dlaczego wszelka próba zanegowania „czarnej legendy” inkwizycji kończy się przynajmniej ostracyzmem i zaszufladkowaniem kogoś jako „oszołoma”, natomiast o dżihadzie można, a wręcz trzeba, rozmawiać „racjonalnie”, z pozycji „demitologizujących” i umiarkowanych. Albo dlaczego wszystkie związki wyznaniowe mogą ogłaszać swoje poglądy na dany problem polityczny czy społeczny, tylko listy Episkopatu uznaje się (ja tak zaznaczę: zapewne nie na polskiej wsi, ale wiem, co mówię) za „atak” i „próbę tworzenia państwa wyznaniowego”. Jest to po prostu nieuczciwe i głupie, i należy się temu przeciwstawiać. Tylko że aby to zrobić, nie trzeba odrzucać idei tolerancji – tylko przypomnieć jej prawdziwy sens. Jak tolerancja, to dla wszystkich (z małymi, jak widzieliśmy, wyjątkami) – w tym dla katolików. A że jest nas więcej w Polsce, niż innych, to co z tego wynika?

Może tyle, że to my powinniśmy nasze społeczeństwo, bez narzucania czegokolwiek innym, kształtować w duchu etyki, którą wyznajemy, co też i wszystkim wyjdzie na dobre. Ale to inny temat.

Tak czy inaczej, to znakomita wskazówka, jak obchodzić się ze wszystkimi podstawowymi pojęciami państwa współczesnego. Prawa człowieka, wolność, osoba – w tych wypadkach również nie trzeba potępiać, wystarczy rozumieć. I pokazać temu lub owemu, że jest manipulatorem. Gdy prowadziłem blog, zwróciłem na to uwagę: katolicy są obecnie chyba jedynymi ludźmi naprawdę wierzącymi w prawa człowieka, bo reszta nie wierzy nawet w istnienie czegoś takiego jak „człowiek”. W związku z czym obracają sobie tym pojęciem jak chcą, raz tak – raz tak. Można to wykorzystać. Szczególnie, że przy racjonalnym podejściu w pewnej „ortodoksji” liberalnej, dzisiaj uznawanej za pewnik (i niedobrze, bo to naprawdę można łatwo stracić; to się tak wydaje, że to jest oczywiste i proste), nie ma nic, co by było sprzeczne z religią katolicką. Orzekł to Sobór; a Chesterton rozumiał to sporo przed Soborem. Szczerze, to nie wiem, jak on się z Bellokiem dogadywał (też zresztą do czasu), bo właściwie nikt, a na pewno nie katolicki mainstream (który Belloc, jako w swoim czasie najbardziej popularny publicysta katolicki na świecie, poniekąd uosabiał) tego tak nie widział. No, ale z jakiegoś powodu to Chesterton może zostać ogłoszony świętym. Tutaj nie wiem, jak będzie, czy nawet jak być powinno, bo nie każdy święty jest „kanonizowalny”; niemniej że świętym Gilbert był, to nie mam wątpliwości. I dlatego trzeba go czytać koniecznie – i rozumieć.

Bo jest to pisarz na nasze czasy.

Maciej Wąs