A tak sobie obiecywałem, że nie będę do tego wracać…

Państwo to rozumieją. Żadnych, najmniejszych efektów mojego blogowania nie widziałem (poza, o czym wspomniałem, jakimiś facebookowymi szarżami wolnorynkowych czy antydemokratycznych fanatyków). A jak długi dzień mi się teraz zrobił? No-no, to się tak wydaje, że tam „pięć minutek, coś się machnie”. Nie pięć, wcale, wcale nie pięć. Kompletnie nie rozumiem jak to działa, ale podoba mnie się to, więc z całego serca pragnąłem nowy status quo utrzymać, bo i wilk syty i owca cała. Niemniej, wydarzyła się rzecz nadzwyczajna – bo nareszcie, bo pewnych przemyśleniach, tudzież mimo mojej tragicznej niezdolności do radzenia sobie z drobiazgiem konkretu, udało mi się dokonać tego, co wszyscy lubią najbardziej i wymyślić jednak (uwaga: drum-roll! – brrrrrrrrrrrrrr…) „JAK TO ZROBIĆ” na bardziej konkretnym przykładzie. Niniejszym zatem – do roboty; może coś jednak uda się wyjaśnić prosto.

Nie, żebym się z tego umiłowania projektów praktycznych nabijał. Również należę do kategorii ludzi, którzy nie chcą zmieniać niczego (poza wypadkami najbardziej skrajnymi) nie wiedząc co z tej zmiany będzie i czym rzecz zmienianą dokładnie zastąpić. Ciekawe jednak, że chyba nikt tak nie myśli, co widzę choćby na przykładzie pewnej ciekawej książki, napisanej niedawno przez pewnego lewicowego publicystę. Od zarania aż do dziś – każdy niemal projekt społeczny kreślony jest co najwyżej „pi x oko”, a potem dopiero dogrywa się szczegóły. Uciążliwe, owszem; ale ciekawe również, że tylko dystrybucjonizmowi robiono do tej pory z tego zarzut. Co jest szczególnie chybione, bo akurat projektów potencjalnych reform dystrybucjoniści (choćby mój ulubiony a niedoceniany pan Penty) sporządzili całą masę. No, tylko że się zapewne nie podobały. Coś fantastycznego; zresztą, każdy ma prawo do upodobań. Tylko że nawet jak coś się bardzo nie podoba, to nie oznacza jeszcze, że tego nie ma. To tak na marginesie.

A więc, raz jeszcze: dystrybucjonizm a lewica (w tym wypadku, powiedzmy, określana jako różnorakie wariacje na temat socjalizmu demokratycznego) i prawica (rzecz jasna: wolnorynkowa, której „typ idealny” stanowi leseferyzm). Jak się w tym orientować? Dlaczego twierdzę, że na chwilę obecną bliżej dystrybucjonizmowi do pierwszej, niż do drugiej? Jak powiedziałem: wyjaśnię na przykładzie, który ostatnio wpadł mi do głowy, bo problem mnie frapuje – przykładzie stosunku do ubezpieczeń społecznych. Z grubsza, stanowiska prawicy, lewicy i dystrybucjonizmu wobec problemu można opisać tak (zresztą jest to chyba dość ewidentne):

1.Na prawicy zatem, ubezpieczanie się zostaje dopuszczone tylko na zasadzie dobrowolności i na zasadzie rynkowej, czyli za pośrednictwem przedsiębiorstw ubezpieczeniowych. Czyli pośredników. Dajemy pośrednikowi nasze pieniądze, on nimi „obraca” (inwestuje je w różne przedsięwzięcia), po czym zbiera zyski, wypłaca sobie marżę i resztę nam w różnych formach oddaje, jak jesteśmy starzy i nie umiemy pracować. Innymi słowy: ubezpieczenia też muszą być czynnikiem zysku. Innych opcji nie ma. Oczywiście, w przekazie oficjalnym zaraz usłyszymy inaczej: „Nie ma przepisów, wolność rządzi, jak ktoś chce, to niech sobie założy jakąś spółdzielnię albo towarzystwo i ubezpiecza się społecznie (podejście dziś znane z paradygmatycznego: ‚Jak ci się nie podoba, załóż sobie własny internet’) – jak będzie umiał sobie poradzić, to przecież nikt nikomu nie broni”. W praktyce wszakże, ze względu na to, że takie potencjalne instytucje społeczne siłą rzeczy muszą funkcjonować w warunkach niczym niemal nieskrępowanej konkurencji, a więc konieczności ciągłej i przyśpieszonej akumulacji i reinwestycji kapitału, to albo muszą przestać być społeczne – albo zbankrutować. Jak zwykle zatem, mijamy miło (?) brzmiące frazesy i przechodzimy do sedna, a ono jest, jak napisałem: w kapitalizmie ubezpieczenia tylko rynkowe, to jest dla zysków. Tak jest, zwróćmy uwagę, ze wszystkim, także np. ze spółdzielniami i spółkami pracowniczymi. „Bankrutują? Widać się nie sprawdzają”, mówią nam z uśmiechem na ustach wielcy potentaci. Najśmieszniejsze, że jest masa ludzi, którzy się na to łapią

2. Lewica, jak powszechnie wiadomo, sprzeciwia się takiemu rozwiązaniu na gruncie przekonania, że kwestia bezpieczeństwa życiowego obywateli jest, właśnie: prawem, a nie towarem, tj. należy do zbioru pewnych necessariów, których zapewnienie jest obowiązkiem, a nie możliwością dla Princepsa. Dlatego też proponuje zastąpienie modelu kapitalistycznego systemem powszechnych ubezpieczeń publicznych, które byłyby wyłączone z gry rynkowej i związanego z nią ryzyka. Na ile widzę (acz nie znam się na tym), dominuje model „solidarnościowy”, czyli składkowy w różnych odmianach, tj. że społeczeństwo wpłaca pieniądze do pewnej puli społecznej, utrzymując obecnych emerytów, zyskując tym samym prawne gwarancje, że samo otrzyma w przyszłości podobne świadczenia, wyliczane na jakiejś-tam podstawie (w Polsce stażu i rodzaju pracy). Jednocześnie, ponieważ sprawa jest zbyt poważna, a koszty zbyt duże, ubezpieczać się muszą wszyscy; powstaje przymus. Tak to wygląda, zatem, jeżeli chodzi o te dwa modele, które dominują obecnie.

No i wreszcie: 3. Jak to wygląda w modelu dystrybucjonistycznym? Otóż jak zwykle, mamy tu do czynienia z takim specyficznym neti-neti, ani-ani. Bo ani tak, ani tak. Dystrybucjoniści bowiem, przeciw kapitalistom, sprzeciwiają się urynkowieniu ubezpieczeń (bo chodzi właśnie o realizację praw podstawowych, a nie swobodną zabawę w „win a few, lose a few”). I, przeciw socjalistom – także ich upaństwowieniu. „A”, powie ktoś. „Czyli ‚na to się nie zgadzam i na to też się nie zgadzam’; takie typowe gadanie idioty. No to kto, powiedzcie-że nam, ma te ubezpieczenia zapewniać?”

Odpowiedź: ludzie. Sami sobie mają te ubezpieczenia zapewniać. Nie za pomocą akcji centralnej aparatu planowania – ale inicjatyw oddolnych i przeróżnych organizacji kooperatywnych, które są zdolni stworzyć, takich jak – na przykład – ulubione przez Gilberta gildie, względnie cechy, względnie korporacje (ale takie zawodowe). Albo związki – również zawodowe. Albo mnóstwo różnorako zorganizowanych fundacji, towarzystw i spółdzielni, organizacji sąsiedzkich i samopomocowych, i tak dalej, czerpiących swoje fundusze na pomoc starszym (i chorym, i tak dalej) członkom w najprostszej wersji ze składek, a w bardziej zaawansowanych na zapewne jeden z jakiegoś tysiąca sposobów, o których mnie się ani nawet nie śniło.

Oczywiście, można za tym ukuć zupełnie dowolną ilość argumentów, na czele z tym, że taki system jest naraz bardziej wydajny, bardziej elastyczny i bardziej dostosowany do potrzeb lokalnych, niż państwowy, który nie uwzględnia różnic gospodarczych między regionami kraju (np. w wysokości cen). Albo że jest, zazwyczaj przynajmniej, tańszy w utrzymaniu, niż administracja rządowa, z natury scentralizowana, a więc wymagająca całego szeregu pośredników, przez ręce których odpowiednie dokumenty trafią do stolicy. Albo że może sprawniej reagować na indywidualne problemy, bo w ideach platońskich wszyscy członkowie takiej organizacji społecznej znają siebie i swoją sytuację. Najważniejszym jednak chyba argumentem, jest ten natury moralnej, w szerokim tego słowa znaczeniu: że taki system ubezpieczeniowy ludzie sami by stworzyli; że odpowiadałby on na ich realne problemy i wyrażał ich usposobienie; że mogliby, a wręcz musieli, wysilić się i wykazać pewną inwencją; że staliby się podmiotami, a nie przedmiotami całej operacji. Czyli, by to jednym słowem podsumować, że staliby się prawdziwie obywatelami, „politykami w swoim małym polis”, twórcami własnego życia. Co i też zaowocowałoby sporym zróżnicowaniem kulturowym (nie mówię o federalizacji…) takich „polis” (nie tylko ubezpieczeniowych, no ha-ha-ha-ha-ha…) i w konieczny sposób ogromnym ożywieniem życia społecznego. Bardzo łatwo to sobie, w taki charakterystyczny dla polityki sposób „wizyjny”, wyobrazić, wystarczy spróbować. Nie ma co piany bić, lepiej zdać się na siebie. Mamy tu pewien „wytrych analogiczny”, który poprowadzi nas jak strumyk do źródła w sprawie tego, jak, że tak powiem, wyglądałoby państwo dystrybucjonistyczne. Zamknij oczy, czytelniku i pomyśl; ładne? Prawda, że ładne?

I nie wolno bynajmniej się z takich rzeczy śmiać. Zaskakujące to i może, ale nie da się przecenić roli, jaką w refleksji politycznej odgrywa taka właśnie, pół-racjonalna wizja przyszłego życia. Można się nią zachłysnąć za bardzo i uwierzyć, że to tak będzie 1:1; wtedy powstają utopie. Niemniej, Samuel Taylor Coleridge zwracał uwagę, jak wielkie niebezpieczeństwa wiążą się z „myśleniem bez obrazów”, więc i nie ma co się tego bać. Dystrybucjonizm to jest propozycja dla pewnego typu ludzi, którzy chcieliby żyć w pewien sposób. Naprawdę to takie gorsze od socjalizmu czy „ciemności zewnętrznych”?

No, czyli tak to wygląda; i teraz, mając już pewne porównanie, zastanówmy się. Do kogo, w obecnych warunkach, jest dystrybucjonistom bliżej – na lewo, czy na prawo?

I tak; oczywiście, że na lewo.

Pierwszy punkt zgody, najbardziej fundamentalny, to rzecz jasna sprzeciw wobec urynkowienia. Ubezpieczenia, aby miały sens, muszą być społeczne. I właściwie jedyny – bo drugi zawiera się w nim in virtu i już czuć jego oddech na plecach myśli, a jest nim (rzecz jasna) aktywna rola państwa w całym przedsięwzięciu. Gilbert bowiem, wbrew temu, co się o nim zazwyczaj sądzi, nigdy nie twierdził, jakoby państwo nie powinno „wtrącać się” w sprawy gospodarcze czy społeczne. Przeciwnie. Państwo może i musi projekt dystrybucjonistyczny wspierać, przede wszystkim dlatego, że z samej swojej istoty nie przetrwa on, jak powiedzieliśmy, w warunkach nieskrępowanej konkurencji. Pierwsze zadanie jest zatem takie: ograniczyć konkurencję; to zaś może zrobić tylko państwo, np. przez prawny zakaz istnienia komercyjnych ubezpieczycieli. Przez zakazywanie i tępienie praktyk nieuczciwych (wykupu spekulacyjnego, zmowy cenowej i całej masy innych zabiegów, przy pomocy których wielkie przedsiębiorstwa mogłyby doprowadzić do tego, że wypłacane świadczenia stałyby się nieużyteczne). Przez jakiś rodzaj terytorialnego monopolu czy choćby oligopolu. Przez rejestr takich organizacji. Wreszcie: przez pilnowanie, aby ubezpieczyciele społeczni sami nie zamienili się w przedsiębiorstwa. Kolejno: na przykład przez subsydia i dotacje, gdyby okazały się one potrzebne (nikt nie powiedział, że nie). Kolejno: nawet przez pewien rodzaj przymusu, tzn. prawo, że każdy musi być gdzieś ubezpieczony, bez specyfikowania gdzie (trochę znów według modelu średniowiecznego: musisz należeć do cechu, ale masz ileś-tam do wyboru, pomijamy w tym momencie problem partactwa). Gilbert, istotnie, krytykował w Zbrodniach Anglii program powszechnych ubezpieczeń społecznych wprowadzony przez Lloyd George’a, ale nie dlatego, że był on systemem, czy że ubezpieczeń, czy nawet powszechnym i przymusowym; ale dlatego, że był centralistyczny i paternalistyczny. Wracamy do zasady inicjatyw oddolnych (po prostu tzw. pomocniczości). Jeśli ludzie są w stanie się ubezpieczyć sami, lokalnie, powinni to robić lokalnie, a państwo ledwie pomagać, kiedy to konieczne – ale znów: raczej na poziomie samorządowym, niż centralnym. Nie powinno natomiast przejmować obowiązków, których przejmować nie musi. Natomiast widzimy również, że taka pomoc po prostu zawsze jest konieczna, choćby tylko przez ingerencję negatywną, tj. prawo gospodarcze.

Czyli, żeby już skończyć, w obu wypadkach kwestii podstawowych, tj. sprzeciwu wobec urynkowienia dostępu do towarów i usług podstawowych, tudzież interwencjonizm państwowy, spieramy się z socjalistami nie „czy”, ale tylko „jak”. Z kapitalistami się nie spieramy, bo nie ma na temat czego (i tak zawsze się zostanie „komuchem”). Tak to wygląda na poziomie bardziej abstrakcyjnym. Jeżeli jednak pójdziemy dalej i postaramy się zejść jeszcze niżej na poziom praktyki, okaże się, że zachodzi jeszcze jedna sprawa. Musimy bowiem, jak pisałem, zdać sobie sprawę, jak kompletnie idee dystrybucjonistyczne wyparowały ze społeczeństwa. Belloc na to narzekał już w swoich czasach; teraz to by się chyba, jak mówi przysłowie, „nogą przeżegnał”. Rozmawiamy więc nie o tym, jak dystrybucjonizm gdziekolwiek wprowadzić, ale jak zapoczątkować, czy raczej próbować zapoczątkować pewne odrodzenie, do którego być może i warunki materialne (choćby na polskiej wsi) jeszcze jakoś istnieją. No i teraz zapytajmy: w jakich warunkach coś takiego można by zrobić, socjalistycznych czy kapitalistycznych? Wydaje mi się, że odpowiedź jest stosunkowo jasna. Szczególnie, że nie ma najmniejszych przecież przeszkód, by w sprawach ubezpieczeń, podobnie jak i teraz energetyki (o, nagle się wszyscy budzą i orientują się, że w życiu społecznym potrzebna jest proporcja i dywersyfikacja – no, cholera! że też nikt na to nie wpadł wcześniej!) spróbować skonstruować taki mix różnych rozwiązań, w ramach którego można by prowadzić różnorakie eksperymenty, na które dystrybucjonizm, zawsze bardziej konserwatywny od konserwatyzmu i bardziej radykalny od radykałów, jest zawsze otwarty. Akurat tego elementu, przyznaję, Gilbert w socjalizmie, przy całej swojej sympatii do socjalistów, nie dostrzegał. Były to jednak inne czasy. I istniały wciąż w Anglii różnorakie tradycje, w których mógł pokładać nadzieję. My takiego luksusu nie mamy, musimy więc sięgać po inne rozwiązania. A one są takie. Znaczy: żeby takie były! Póki co bowiem chodzi po prostu o to, aby wytłumaczyć ludziom, że istnieją takie rzeczy, które nie muszą się finansowo opłacać. To jest krok, który trzeba wykonać. Ja już o jakichś mixach ubezpieczeniowych bajam, cholera, pomyliło mi się coś. Zacznijmy od tego, żeby ludzie zaczęli sobie ustępować miejsca na chodniku (w konurbacji śląsko-zagłębiowskiej rzadkość i rarytas); o. Oto i praktyczny plan dla dystrybucjonistów XXI wieku.

No, ale jednak: warunki do tego, że znów napiszę, są na lewo. Nie na prawo.

I naprawdę, ja nie neguję, ani nawet nie umniejszam autentycznych różnic, jakie zachodzą między myśleniem dystrybucjonistycznym a lewicowym – nawet w kwestiach gospodarczych czy społecznych, ale i, może przede wszystkim, w dziedzinach, na których się lepiej znam, takich jak choćby filozofia i historia kultury. Lewica, ponieważ nie uznaje teorii złożeń bytowych, ma tendencję do postrzegania całych dziejów cywilizacji europejskiej jako pasma wyzysku i ucisku silnych przez słabych, wojny posiadaczy z nieposiadającymi, po prostu walki klas. Co i też widzę w tej właśnie książce, którą teraz czytam. Z perspektywy chrześcijańskiej jednak, przynajmniej jeśli się ma to szczęście być personalistą, jest to znaczące uproszczenie. Nikt nie neguje faktu, że cywilizacja europejska miała mnóstwo wad, w tym wad strukturalnych, które ucisk i wyzysk chłopa czy robotnika unaoczniają aż nadto dobitnie. Natomiast, i to jest punkt kluczowy, wady te przynależały do elementu materialnego tej cywilizacji, „nośnika” treści, raczej niż ich „generatora”, często stanowiąc przy tym wkład obcy lub pozostałości wkładu obcego. Nie oznacza to, że nie miały żadnego przełożenia na świat ducha, przeciwnie: każdy tomista rozumie, że przyczynowość materialna to także przyczynowość, a causae ad invicem sunt causae; każdy, kto ma oczy widzi też, że ta mroczna, nieprzyjemna strona naszych dziejów częściej niż rzadziej była także dla kultury materią „bliższą” raczej, niż „dalszą”. Ale jednak mimo to w swojej warstwie „formalnej”, czyli „treściotwórczej”, cywilizacja Europy była cywilizacją po prostu ludzką, uniwersalną, rzeczywiście rozumną (a może przynajmniej jakąś jej wersją, z cywilizacją ludzką w sobie jako jej idealnym „poruszycielem” – ale to taka kwestia techniczna) – z którego też względu trwał w niej nieustanny proces przekraczania samej siebie i walki z ograniczeniami narzuconymi temu właśnie, uniwersalnemu i filozoficznemu pojęciu człowieka przez różne uwarunkowania przygodne i infra-racjonalne. Co zresztą, dodam, sama lewica uznaje, pisząc, że chłop „był zniewolony”, „w nędzy” czy „w okowach”. Bo nie ma właściwie żadnego powodu, dla którego miałby nie być – chyba że jest osobą i ma wszystkie wiążące się z tym prawa. A skąd, zapytajmy, wyzwoliciele społeczni wzięli swoje niezłomne, choć i nie zawsze skutecznie artykułowane intelektualnie pojęcie człowieka-osoby? Z powietrza? Z Chin? Z Indii?

Wolne żarty.

Tak więc zatem „front dystrybucjonistyczny” (że żartem zarzucę), czyli po prostu personalistyczny, uznając moralną słuszność lewicowych postulatów społecznego wyzwolenia, a także odcinając się zupełnie od uproszczeń drugiej strony, nakazującej widzieć w starym ładzie „odwieczny i naturalny porządek rzeczy”, uważa, że spór ten należy widzieć jako kwestię wewnętrzną cywilizacji europejskiej i długi tudzież bolesny proces emancypowania się człowieka-osoby od ograniczeń człowieka-jednostki. Jest to temat zbyt złożony, aby się nim tutaj teraz wyczerpująco zająć, ale jednak „kto biegły jest, temu mało słów potrzeba”. W razie czego można posiłkować się własnym studium. Na tę chwilę: tyle wystarczy.

No i, na koniec, niewątpliwie taka różnica w perspektywie u samego „zarania” wszelkiej myśli musi objawiać się jeszcze większymi różnicami na poziomach niższych, podobnie jak niemal niezauważalne różnice metafizyczne wydają z siebie kompletnie inne rozwiązania w dziedzinie etyki (na przykład). Jak pisałem: widzę i nie neguję. Co więcej, mam tę bezczelność w sobie by sądzić, że to ja mam rację, a nie lewica. I dość rozsądku, by widzieć, że z ewangelicznym w swojej historycznej genezie pojęciem osoby jej bardzo nie po drodze. Często śmieją się ludzie z różnych ekologicznych wariactw, których się teraz ludzie po lewej stronie dopuszczają – ja się nie śmieję, przeciwnie: w pewnym sensie podziwiam. Trudno bowiem nie podziwiać równie heroicznego wysiłku podejmowanego po to, aby broń Boże ktoś nie nabrał skojarzeń z pojęciem „przerwy metafizycznej” między człowiekiem a zwierzęciem. Jeśli człowiek ma nie być „w okowach” mimo iż jest tylko częścią przyrody, to – logicznie – cała przyroda też nie może być w „okowach”; ani piesek, ani kot, ani drzewko, ani nawet kamień. Wszystko ma swoje „prawa”, wszystko musi być „wolne”, wszystkiemu trzeba oddać sprawiedliwość i zostawić możność samodecydowania. Odrzucenie pojęcia człowieka-osoby skutkuje tym, że wszystko staje się osobą. O, proszę. Oto przykład tej zasadniczej różnicy w myśleniu, o której wspomniałem. Ale jednak nawet tutaj wolę postrzeleńca, który płacze nad ściętym drzewem, bo mu żal tej pięknej duszy, niż bezwzględnego chciwca, który tnie lasy do ziemi i jeździ ludziom buldożerem po wioskach w Amazonii, bo tak „się opłaca”. Bo z tego pierwszego przynajmniej może coś jeszcze będzie – no i ma on, przy okazji, jednak trochę racji, bo choć przyroda w sensie ścisłym praw nie ma (bo nie ma obowiązków – bo nie jest bytem moralnym, czyli wolnym; po prostu określenia „prawo” i „powinność” są wobec przyrody bezprzedmiotowe), to jednak człowiek – ze względu na swój byt osobowy – musi się z nią obchodzić w sposób delikatny i z uwzględnieniem pewnych zasad (pięknie pisał o tym Maritain w Dziewięciu wykładach o podstawowych pojęciach filozofii moralnej). Z drugiego nie będzie nic – i nie ma on racji ani krztyny. Tak to się przedstawia.

No i na dziś można skończyć naszą gawędę. To jest, rzecz jasna, tylko pewna perspektywa. Nie jestem autorytetem, więc nikomu nic nie narzucam (bo problemem nie jest przekonanie o tym, że ma się rację, ale o tym, że można komuś coś w kwestii poglądów narzucić, albo że wręcz się narzuca ipso facto, choćby ze względu na pozycję społeczną – ciekawe zagadnienie, prawda?), czyli możesz wyobraź sobie, czytelniku, po prostu się nie zgodzić i iść swoją drogą, bez bluzgania, nerwów i chamskiego insynuowania komukolwiek, że jest debilem. Możesz tu nigdy nie wrócić, możesz o mnie zapomnieć – widzisz? Tyle masz możliwości. A jak ci się nie podoba moja postawa i uważasz, że ci „naruszam wolność słowa”, to ci powiem (wielmi personalistycznie): to załóż sobie własną stronę internetową, gdzie wszyscy będą mogli wylewać na ciebie wiadra pomyj, a ty w tym będziesz pływał i się bardzo, bardzo cieszył.

Może i przesadzam, ale dla mnie pewne zachowania są naprawdę nie do pomyślenia. Z wychowania i z przekonania. Ale żeby usprawiedliwić takie czysto prywatne (jednostkowe, o) wybuchy, to ośmielę się zauważyć, że sprawy, które w nich poruszyłem, też pozostają nie bez znaczenia dla całej kwestii, którą tu omawiamy. A więc jednak: sens. Salut.

Maciej Wąs