No to może tak: o co mi chodzi?

Nie chciałbym, aby ktoś nabrał błędnych pojęć. Często zdarzają mi się takie nieporozumienia, jak choćby w moim ostatnim obyczaju nabijania się z „tradycjonalistów katolickich”. Jasne chyba, że do tradycjonalistów katolickich nie mam absolutnie nic. Chodzi mi tylko o pewną grupę społeczną, która używa tej etykiety (stąd cudzysłów). Generalnie, to już tak w ramach dygresji ku pożytkowi ogólnemu, rozmawiając o poglądach czy tożsamościach ideowych, pamiętać należy o jednej, podstawowej zasadzie, którą ja sobie roboczo nazwałem „principium personalistycznym”: niemal każda idea przemyślana i osobiście przyswojona, jest dobra; niemal każda przyjmowana z zewnątrz, jako „znak” przynależności do jakiegoś środowiska, jest zła. Jak rozmawiam o poglądach, to rozmawiam o poglądach – nie o rytuałach i magicznych inkantacjach, które umiejscawiają nas w społeczeństwie i pokazują, że oto jestem z tymi, a przeciwko tamtym. Schluss. Inaczej to wszystko nie ma sensu.

No a teraz do rzeczy: o co chodzi z tym „socjalizmem”? Czemu akurat tam, a nie na prawicy? Przecież prawica wydawałaby się kierunkiem znacznie bardziej dla dystrybucjonisty naturalnym. Tak w każdym razie przekonuje nas od wielu lat dzielna grupka „egzegetów wybiórczych”, którzy zrobili z dystrybucjonizmu przystawkę dla „kato-kapitalizmu” czy „konserwatywno-liberalnej” (no, niby to) „ewangelii pięści”, że „dobre jest to, co opłacalne” i „nikomu nie należy pomagać, bo każdy musi pomóc sam sobie”. A jednak, każdy, kto przeczytał tego-ż Gilberta chociaż trochę rozumie, że kiedy mówił o sprzeciwie wobec kapitalizmu, i że dystrybucjonizm i kapitalizm „nienawidzą się jak pies z kotem”, to mówił zupełnie poważnie. Kapitalizm bowiem, w skrócie, to właśnie takie gadanie (fachowo mówi się o „zapośredniczeniu wszystkich relacji społecznych przez rynek”, tj. prawa maksymalizacji zysku, kupna-sprzedaży, akumulacji i reinwestycji kapitału). Nie ma i nie będzie dla porządnego dystrybucjonisty rzeczy bardziej obrzydliwej. Prawdy się nie przelicza na pieniądze; dobra się nie przelicza na pieniądze; życia ludzkiego się nie przelicza na pieniądze. Chodzi sobie po świecie Czerwony Kapturek i myśli, że wszyscy tak myślą. A tu masz nagle zdziwko: wcale, ale to wcale nie. Nie, nie wszyscy tak myślą. Wszyscy, o ile myślą, to zupełnie przeciwnie.

No i, tak ogółem, to po prostu doceniam tych, którzy jednak tak nie myślą, to znaczy: którzy myślą tak jak ja. Przynajmniej trochę. Tych zaś, o ile da się znaleźć gdziekolwiek, to raczej na lewicy. Nie wiem, może to kwestia skrzywienia zawodowego i mojej skrajnej niechęci do konserwatystów brytyjskich, prawdopodobnie największych obłudników świata, która zapaliła we mnie swego czasu niekłamaną iskrę sympatii do pana Corbyna, który jest szczery i jednoznaczny, co również umiem docenić. Natomiast po prostu tak to wychodzi, że ilekroć słyszę coś, z czym się mogę względnie zgodzić, ilekroć docierają do mnie słowa człowieka, a nie maszyny, ilekroć stykam się z pewnym minimum wrażliwości i umiejętności dostrzegania problemów, to zawsze mówi przedstawiciel jakichś środowisk lewicowych. Tak jest. Czemu tak jest – nie wiem. Po prostu rejestruję fakty.

Trzeba bowiem zdać sobie po prostu sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Wbrew temu, co się powszechnie gada, dystrybucjonizm nie był wcale jakąś egzotyczną ciekawostką. Jako środowisko przepadł, ale jego idee weszły w „tkankę intelektualną” wielu ugrupowań, przede wszystkim chadeckich. Ślady tej polityki znaleźć można choćby w Irlandii De Valery. Nie żebym popierał tak do końca De Valerę, ale takie są fakty, i to stwarzało przynajmniej jakieś pole do rozmowy. Obecnie jednak, staliśmy się egzotyczną ciekawostką. Nasze ideały są w odwrocie jak nigdy przedtem. A pole do rozmowy nie istnieje. Wobec takiego stanu rzeczy, trzeba szukać nie maksimum, a chociażby minimum porozumienia, które pozwoliłoby idei dystrybucjonistycznej na nowo zaistnieć. Pierwszym zaś i podstawowym jest takie porozumienie negatywne: zatrzymanie powszechnej komercjalizacji życia. Jeżeli to się uda, będziemy mogli rozmawiać o innych sprawach. Jeżeli się nie uda – cóż; vae victis. Mnie naprawdę nie chodzi o jakiś aktywizm czy wielkie zaangażowanie. Broń Boże do niczego nie namawiam i nie nawołuję, na pewno nie do inicjatyw osobistych. Po prostu sobie śpiewam – w nadziei, że jednak może jakoś pomogę komuś w przeorientowaniu nastawienia, tak żeby faktycznie przestać się pewnych rzeczy bać, a zacząć myśleć, w myśl (notabene) starej Gilbertowskiej zasady, że nieważne, czy jakiś ideał jest stary czy nowy, czy – analogicznie – lewicowy czy prawicowy. Ważne, czy jest słuszny. Póki co, niestety, na prawo tej słuszności jest jak na lekarstwo. Daj Boże, żeby to się kiedyś zmieniło. Na dziś wszakże, powtarzam z pełną odpowiedzialnością – rzecz jasna nie jako jakiś „głos autorytetu” (bo mi jeszcze nie odbiło), ale po prostu człowiek, który ma swoją opinię (przy tym, oczywiście niezmiernie przewrotnie, trawestując klasyka): dystrybucjonizm, jeżeli gdziekolwiek, jest na lewicy.

Rzecz jasna: takiej społecznej; nie „światopoglądowej”; definiowanej względnie racjonalnie, a nie według doraźnych polskich podziałów politycznych. Tak to sobie możemy przez trzydzieści lat rozmawiać, aż w końcu ktoś umrze i tyle z tego będzie. Pozostaje mieć nadzieję, że jednak nie zostanę źle zrozumiany – bo i, tak między nami mówiąc, liberalne centrum za „lewicę” raczej uchodzić nie powinno.

No a jak już zatrzymamy komercjalizację, i sprawimy, że o rzeczach takich jak jedzenie, ubranie, dach nad głową i paliwo na ochronę przed chłodem myśleć się będzie jako o prawach, a nie towarach, które trzeba kupić własną pracą, to zbudujemy sobie nowe Ditchlinig i pokażemy wszystkim, że centralizm państwowy nie jest jedynym rozwiązaniem. Prawda? No i co daj nam wszystkim Boże, amen.

Maciej Wąs