Tak sobie pomyślałem; że to dobra tradycja, te krótkie komentarze po każdym tekście, który wydaje mi się ważny. Tak więc i tutaj ten oto popełniłem. Oczywiście, jest to komentarz makabrycznie „wycinkowy”; o niedawno opublikowanym artykule z Christendom in Dublin można powiedzieć bardzo, bardzo dużo – bo jest on chyba zresztą jednym z tekstów dla właściwego zrozumienia myśli Gilberta absolutnie kluczowych. Tak też i będzie się mówić. Dziś tylko to, co wydaje mi się absolutnie ważne, szczególnie biorąc pod uwagę kontekst czasowy, niemniej nie tylko, bo zagadnienie jest uniwersalne.

No nic; po prostu Gilbert w tym tekście błyszczy; czy może raczej – odlatuje; w dobrym, pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Kościół i Demokracja – temat, faktycznie ciężki, dla wielu nie do uniesienia. Kilkadziesiąt lat konfliktu, wojny, prześladowania, wzajemne anatemy – istotnie, sprawa jest poważna, i bynajmniej nie wyssana z palca. I tym bardziej niesamowita jest lekkość, z jaką Gilbert przechodzi nad tym wszystkim, jak gdyby wcale nie istniało. Wielu katolików do dziś twierdzi, że demokracja jest z katolicyzmem sprzeczna. Oto mają jednoznaczny dowód, że nie jest sprzeczna. Że te dwie rzeczywistość można naprawdę bardzo łatwo pogodzić – pod warunkiem, że zapomni się na chwilę o całym bagażu historycznym, jaki się z tą kwestią wiąże, zresztą – nie da się ukryć – skażonym niemało propagandą i wzajemnymi oskarżeniami. To nie jest tak, że Chesterton tej historii nie znał. Robił jednakże coś, co każdy – niezależnie odnośnie czego i w jakiej epoce – robić powinien: patrzył. I widział: tu prawda, i tu prawda. I prawdy te, które przecież ogarniamy w jakiś sposób doświadczeniem (w wypadku Kościoła przynajmniej jego ziemską rzeczywistość, niezwykłość, piękno jego tradycji i jego rytuału) nie wykluczają się – nie mogą się przecież wykluczać. Przeciwnie: w wielu wypadkach, choć należące do zupełnie innych sfer, zachodzą na siebie i oświetlają się wzajemnie, pozwalają się lepiej zrozumieć. U źródła zaś, stapiają się niemal całkiem w jedno; i istotnie, mnie również zawsze dziwiło, jak wspólnota co dzień odmawiająca wielki Kantyk Matki Najświętszej może uważać, że każda rewolucja z definicji jest zła.

Jak je logicznie połączyć, to już inna sprawa. Może to być bardzo trudne zadanie. Tym się Chesterton nie zajmuje, bo i nie pisze traktatu filozoficznego. Niemniej samo stwierdzenie faktu zupełnej niesprzeczności, a i okazjonalnej zgody tych dwóch wielkich rzeczywistości czy tradycji jest wystarczająco doniosłe. A jak doniosłe, niech świadczy umiejętność (bo jest i w polityce zawsze jakaś weryfikacja praktyczna) z jaką Gilbert omawia problem rządów parlamentarnych, na którym łamią sobie do dzisiaj zęby katoliccy politycy. Naprawdę, w relacjach ze światem współczesnym nie trzeba popadać w skrajności czy ideologiczne uniesienia, widzieć problemu w perspektywie walki Chrystusa z Antychrystem, czy Rewolucji z Odwiecznym Porządkiem; ani, z drugiej strony, padać na kolana, rozdzierać szat i uwielbiać wszystko, cokolwiek wpadnie akurat do głowy lewicowym ideologom. Można niektóre elementy krytykować spokojnie, trzeźwo, pamiętając też o tym, że pod pewnym względem, a nawet w sensie istotnym, mogą zawierać one w sobie pewien „pierwiastek prawdy”, że dobrze użytkowane i umieszczone na swoim miejscu mogą przynieść wielkie korzyści człowiekowi. Dlaczego jedno miałoby mieć jakiś istotny związek z drugim – nie wiem. Teoretycznie nic nie wskazuje na to, by musiało. Niemniej, doświadczenie wskazuje z kolei na to, na co wskazuje. A ja tylko rejestruję i wyciągam wnioski.

A jest to szczególnie ważne biorąc pod uwagę sytuację bieżącą, na przykład w Polsce. Z jednej strony, wydaje się, że elektorat katolicki zaczął się budzić; ludzie głosują i działają właśnie pod kątem swojej katolickości. Chcą państwa katolickiego – niestety, co jest zupełnie naturalne, nie bardzo wiedzą, jak miałoby ono wyglądać. Z drugiej: tutaj, gdzie powinny wejść elity, gdzie powinien obowiązywać jakiś spójny plan czy projekt, jest próżnia. Kościół swojej nauki społecznej w ogóle nie promuje. Już pomijam listy Episkopatu, bo Episkopat nie jest od tego, żeby ustalać bieżącą politykę, niemniej miło byłoby, gdyby we fragmentach społecznych tych listów dało się znać jakąś w miarę jednolitą doktrynę, która by je spajała. Ale nawet katolicy świeccy, na których obowiązek polityczny bezpośrednio spada, nie proponują z perspektywy uświęconego mainstreamu Religii nic, co by mogło przemówić do przeciętnego, świadomego wyborcy. Dlatego też zaczynają zaznaczać się coraz wyraźniej projekty radykalne, nawiązujące do form ustrojowych, ba! – nawet samych sposobów myślenia politycznego, które się już dawno wypaliły, i które – powiedzmy to sobie szczerze – chwały naszej wierze nie przyniosły. Można szturmować na demokrację, na parlamentaryzm, na liberalne prawodawstwo i prawa człowieka, można to robić nawet z pełna pogodą ducha – w owym przedziwnym poczuciu wyższości, jaką zazwyczaj daje budowa małego, własnego świata, w którym wszystko jest proste i „my” zawsze mamy słuszność; można w ten sposób wychowywać młodzież, w przekonaniu, że spełnia się jakoś obowiązek zachowania ciągłości kultury, o którym mało kto ze starszych pokoleń zdaje się pamięta; można wszystko i w imię wszystkiego; pytanie tylko: co w zamian? I czy naprawdę ktoś może wierzyć, że takie zmiany są w ogóle do zrobienia, a nawet jeśli, to faktycznie prowadziłyby do autentycznej katolicyzacji życia społecznego? Historia dyktatur Europy Zachodniej wymownie wskazuje na coś przeciwnego. „Prawica kocha Kościół”, pisał Harold Robbins, „jeżeli tańczy, jak mu zagra. Jeśli nie, przestaje być tak miło”. Nie dość, że kompromitujemy się jako wstecznicy i ludzie niezdolni do dialogu, to jeszcze zastawiamy na siebie pułapkę, z której nie będzie ucieczki. Państwo wyznaniowe jest dla państwa katolickiego najgorszą opcją. Można zrzucać wszystko na spiski masońskie i nie wiadomo co. Niemniej fakt jest faktem, że państwowe Kościoły Franco czy Salazara, nie dość, że popadły w ogromny konflikt z papiestwem, to jeszcze ani katolickiego prawodawstwa, ani wiernych nie zdołały utrzymać.

Potrzebne jest zatem jakieś trzecie wyjście, jakaś nowa jakość, nieprzetestowana dotąd na świecie – a to wskazuje właśnie Gilbert Keith Chesterton. Jego słowa spełniają się na naszych oczach. Albo demokracja będzie katolicka, albo nie będzie jej wcale – ale i na odwrót: albo państwo katolickie będzie demokratyczne, albo nie będzie państwa katolickiego. Trzeba tylko sens demokracji, a także katolicyzmu, dobrze rozumieć; i zestroić te pierwiastki w sposób odpowiadający ich koniecznym uwarunkowaniom. W Polsce przecież, wciąż jeszcze kraju – nie tyle nawet katolickiej większości (choć to też), co katolickiego ducha, nie potrzeba dyktatora, aby wytworzyć katolickie prawa. Trzeba po prostu dać narodowi mówić – a może wcześniej nauczyć go mówić; upodmiotowić go, zaktywować, pokazać, że nie powinien wstydzić się tego, w co wierzy i w imię czego działa, a przynajmniej ostatniej rzeczy, w którą może uwierzyć i która może dać mu impuls do działania prawdziwie zbiorowego. Tutaj, dokładnie, tu, gdzie żyjemy, wola powszechna naprawdę jest wolą katolicką. Oczywiście: tak zbudowane państwo katolickie nie będzie idealne; będzie takie, jak przeciętni katolicy, czyli bardzo dalekie od ideału. Będzie za to przynajmniej realne. I może zasiać ziarno, które wykiełkuje w następnych pokoleniach.

Jak konkretnie to zrobić, to jest inna sprawa. Niemniej na pewno najważniejsze jest określenie właściwych celów. Do określenia właściwych celów, potrzebna jest zaś właściwa teoria. Tę teorię, proponuje właśnie Gilbert – dość wyraźnie, choć nie wprost; potrzebna jest do jej odkodowania uważniejsza lektura.

A zatem czytać, czytać i czytać. I nie dać się zahukać.

Ani tym bardziej pospolicie, że tak powiem, wystrychnąć na dudka (qui habet aures – audiat).

Maciej Wąs