Przy okazji sporządzania krótkich notatek z moich aktualnych przemyśleń ideowych, obliczonych na przeprowadzenie „reorientacji”, która wydaje mi się teraz tak bardzo potrzebna (a o której jeszcze nie raz tutaj będzie), zdałem sobie sprawę, że dokonałem dość poważnego przeoczenia. Jak skądinąd wiadomo, nie ma niczego nowego pod słońcem, i istotnie: trudno powiedzieć komukolwiek cokolwiek, czego ktoś przed nim by już nie powiedział, przynajmniej w ten czy inny sposób, nie tylko w tym sensie, że natura ludzka naprawdę jest jedna (i jednakowo w pożałowania godny sposób ograniczona) i bardzo, bardzo często przemyślenia różnych ludzi się ze sobą pokrywają – ale przede wszystkim w tym, że większość wypowiedzi, które uznajemy za własne, to, jak się zdaje, coś, co przeczytaliśmy, a potem zapomnieliśmy. Ja tak przynajmniej mam bardzo często, co nie raz skłoniło mnie już do próby przemyślenia sprawy w kategoriach bardziej filozoficznych. Czytam książkę (albo tłumaczę), kończę, odkładam, „E, takie sobie” rzucam w myśli i idę spać. Po miesiącu śladu niemal po tym nie ma. Mijają dwa lata, co w moim wypadku oznacza, że świat zginął w Wielkim Ogniu i znów się odrodził, sięgam po tę książkę przypadkiem i – co? I okazuje się, że doszedłem po prostu samodzielnie do wniosków, które można w niej wyczytać. Teraz – przypadek? A może jednak jakieś prawo? A może tak naprawdę działa ludzka pamięć i duch? Maritain sporo pisał o sferze nieświadomej w duszy, o twórczej nadświadomości, w której idee pozostają jakby spowite mrokiem ciepłej i życiodajnej nocy – niejasne, ale żywe, wzrastające mocą pierwotnych intuicji, które je spłodziły (i owszem, fakt, że używał sformułowania „macierz nocna” wydaje mi się nie bez znaczenia). Może zatem jednak w tę stronę? Jak by z tym było, stało się to znów; po raz kolejny bowiem udało mi się powiedzieć coś, co ktoś inny dawno powiedział przede mną – i to nieomal dokładnie w sposób, w jaki to powiedział. W moich ostatnich wynurzeniach nie ma bowiem nic, czego nie napisałby wcześniej niejaki Arthur J. Penty, dystrybucjonista zapomniany, którego książki czytam, a niektóre nawet zdarzyło mi się przełożyć.

Arthur J. Penty urodził się w 1875 roku w mieście Jorku. Odebrał normalne dla ówczesnej klasy średniej wykształcenie. Syn architekta, zaczął terminować u swojego ojca i razem przygotowali kilka projektów, które ponoć stoją w Jorku do dziś. Wydaje się wszakże, że kariera Arthura nie rozwijała się według jego marzeń. Po śmierci ojca, gdy własność rodzinnego interesu przypadła w udziale jego młodszemu bratu, Fryderykowi, Penty, wraz z kilkoma przyjaciółmi, przeprowadził się do Londynu, aby zająć się pisaniem i zgłębianiem historii Ruchu Sztuk i Rzemiosł. Pisał do czasopisma New Age. Wykorzystując fakt, że Ruch wciąż miał w Anglii wielu sympatyków, a idee gildyzmu pozostawały żywe, do 1906 zdobył ogromną popularność, szczególnie w środowisku tzw. guild socialism i Towarzystwie Fabiańskim. Wobec różnic światopoglądowych, mniej więcej w tym czasie opuścił jednak obóz socjalistyczny i związał się z ruchem dystrybucjonistycznym, zawsze wszakże pragnąc przede wszystkim zachować intelektualną niezależność. Okres największej jego aktywności twórczej przypada na lata po pierwszej wojnie światowej, w których też popularność jego pomysłów była naprawdę znacząca. Wobec porażki ideałów reformistycznych i ostatecznej konserwacji ustroju kapitalistycznego, straciły one jednak na znaczeniu jako zbyt radykalne i ustąpiły miejsca bardziej stonowanym pomysłom, np. koncepcji „kredytu społecznego” C.H. Douglasa. Choć Penty zawsze pozostawał na uboczu środowiska dystrybucjonistycznego, w swoim ostatnim dziele pt. Manifest dystrybucjonistyczny, opublikowanym na tydzień przed śmiercią, dał on wyraz autentycznej lojalności tej grupie i reprezentowanym przez nią ideom. Zmarł w roku 1937. Do jego najważniejszych dzieł, oprócz wspomnianego Manifestu, należą: Odrodzenie ustroju cechowego (1906), Guilds and Social Crisis (1919), Guildsman Interpretation of History (1920), Guilds, Trade and Agriculture (1921) i Post-industrializm (1922).

A co takiego Penty mówił? Oczywiście, nie zamierzam sporządzać tutaj szczegółowego streszczenia. Jest to zadanie na kiedy indziej i może się go podejmę, a może zrobi to ktoś inny? W każdym razie fakt całkowitej nieobecności bardziej systematycznej analizy tej myśli na niwie polskiej to ogromny brak, który naprawdę wypadałoby nadrobić. Pisałem, że zawsze uznawało się go za radykała – i poniekąd słusznie, bo szczegółowy kształt proponowanych przez niego reform rzeczywiście był radykalny i trochę utrudnia. Gdybyśmy jednak, opierając się na Post-industrializmie (zdecydowanie jego opus magnum), poszli pod prąd zwyczajów umysłowych współczesnego człowieka i scharakteryzowali jego myśl nie tyle co do kwestii praktyki politycznej, ale raczej z perspektywy pewnego systemu „istot intelektualnych”, na której pomysły bardziej praktyczne się nabudowują, okaże się, że da się ją sprowadzić do kilku prostych postulatów, logicznie się ze sobą zazębiających. Niniejszym, program Pentyego to:

1. Aksjologiczny prymat człowieka i jego szczęścia tudzież wszechstronnego i integralnego rozwoju w życiu społecznym (analiza zagadnienia „relacji człowieka z maszyną”), a zatem:

2. Prymat kultury ludzkiej nad ekonomią, a zatem:

3. Taka regulacja ekonomii, by jej rozwój nie zagrażał integralności kultury, a zatem:

4.1: Systemowe ograniczenie konkurencji

4.2: Zakaz spekulacji i tępienie praktyk nieuczciwych

4.3: Dla elit: system mecenatu nad kulturą i nauką, tak aby nie stały się one trybem machiny rynkowej, tudzież:

4.4: Dla ludu: taka organizacja pracy, aby przeciętny obywatel był w nowym systemie przede wszystkim podmiotem, twórcą, producentem, a nie przedmiotem, odbiorcą, konsumentem.

No i, co do istoty, właściwie tyle. Dodatkowo: Penty, jako były fabianin, niemal wszystkie swoje analizy przeprowadzał w żywym dialogu z myślą socjalistyczną – nie tylko marksistowską, ale także wcześniejszą, owenizmem i czartyzmem, a także późniejszą, np. właśnie fabiańską (siurpryza…). Nie zachwycał się nią, nie padał przed nią na kolana, nie afirmował jej bez zastrzeżeń, przeciwnie: raczej polemizował i wytykał braki, ale rozumiał, że to właśnie socjalizm pierwszy zaczął przynajmniej dostrzegać pewne problemy społeczne, na które trzeba, jeżeli zależy nam na prawdziwie integralnej humanizacji świata, koniecznie zareagować i znaleźć remedium. Z tej choćby przyczyny, choć w kwestii środków zaradczych może wydawać nam się ona błędna, a niekiedy (że polecę Bellokiem) nawet „obrzydliwa” (on to był taki osobnik chyba dość wrażliwy…) to właśnie idea socjalistyczna, nie kapitalizm, pozostaje dla dystrybucjonisty przynajmniej jakimś punktem odniesienia, choćby tylko potencjalnym. Kapitalizm bowiem, jakkolwiek podobny byłby do dystrybucjonizmu (oczywiście w jednej ze swoich nieskończenie multiplikujących dialektycznych „odbitek” – to jest zresztą temat na kiedy indziej) w warstwie werbalnej, różni się odeń niemal nieskończenie w warstwie prawdziwie ludzkiej. Tutaj żadnego dialogu nie będzie, bo być nie może. Natomiast, rzecz jasna, sam dialog z socjalizmem nie wystarczy, bo i różnice również są w ostatecznym rozrachunku zbyt znaczące, i jeśli dystrybucjonizm chce zachować intelektualną swoistość i niezależność, musi szukać własnych inspiracji, dla ruchu chrześcijańskiego zaś najbardziej oczywistym kierunkiem pozostają wieki średnie: ich urządzenia, myśl scholastyczna i nauka Kościoła, oczywiście traktowane nie w sposób niewolniczy, a po synowsku – z intelektualną swobodą, ze świadomością przeszłych niedociągnięć czy wynaturzeń, i z odwagą, która wobec problemów przez te trzy źródła nieujętych nie boi się postawić na rozumną inwencję i eksperyment.

No i właśnie: jak pisałem. Nie wymyśliłem tutaj do tej pory absolutnie niczego nowego. Śmiem zresztą twierdzić, że nikt nie wymyślił: bo to po prostu „dystrybucjonizm… po prostu”. Nie ma i nie było bardziej precyzyjnego wykładu tego, czym ten program jest i czemu służy. Nawet Bellokowi, nawet Chestertonowi nie udało się przedstawić sprawy równie precyzyjnie. Wszystkie bardziej szczegółowe projekty polityczne, które być może od Pentyego odstręczają (choć ja akurat uważam je za bardzo udane), choćby postulat odbudowy wzorowanych na średniowiecznych korporacji zrzeszających pracowników i pracodawców z danego zawodu zamieszkałych na danych terytorium, regulujących produkcję, dbających o jakość wytwarzanych towarów i służących za „pierwszy filar” ubezpieczenia społecznego, czy likwidacja tzw. podpodziału pracy (czyli przywrócenie integralności zawodów), czy daleko idąca regulacja produkcji maszynowej i sprzężona z nią odbudowa rękodzielnictwa, czy kontrola nad postępem technologicznym – wszystko to ledwie środki, po głębokich przemyśleniach uznane przez autora za najlepsze do osiągnięcia zamierzonych celów. Mogą się nam one nie podobać, prawda. Część z nich można uznać za utopijną. Oczywiście, to sama w sobie kwestia dyskusyjna i naprawdę można by zastanowić się, czy przypadkiem faktycznie państwowo-cechowa kontrola nad postępem technologicznym, tak by jego aplikacja nie prowadziła do rozstroju społecznego, albo regulacja produkcji masowej, albo systemowe wsparcie rękodzieła to faktycznie rzeczy tak nierealne, jak się wydaje, skoro pierwszy postulat wraca jakoś mutatis mutandis choćby w postulatach specjalnego opodatkowania procesu robotyzacji pracy, skoro wiele krajów prawnie uregulowało ile i gdzie może stać na danym terytorium centrów handlowych (skoro centra handlowe, to czemu nie fabryki) albo skoro obecnie państwo ma ogromne możliwości wsparcia dla dowolnych organizacji, jakie sobie tylko wymyśli (czego przykładem przeróżnego rodzaju NGO i Bóg wi co), albo skoro kwestia dekoncentracji produkcji energetycznej również wraca, jeśli nie ze względu na kwestie antropologiczne jako takie, to przynajmniej ekologię, który to zresztą wątek również można w Post-industrializmie znaleźć. Być może wcale nie jesteśmy od rozwiązań Pentyego tak daleko, jak nam się wydaje. To jednak ledwie dygresja – bo nawet, powiadam, gdybyśmy byli, to jego myśl zachowa wartość przynajmniej dlatego, że stawia bardzo ważne pytania i krystalizuje myśl: człowiek przed maszyną, kultura przed pieniądzem, twórczość przed konsumpcją, Prawda i Dobro jako wartości same w sobie. Jak to osiągnąć to inna sprawa. Nie sądzę wszakże, by znalazł się ktokolwiek, kto czytając – rzecz jasna z perspektywy chrześcijańskiej – jego dzieła według takiego klucza z jej postulatami fundamentalnymi, czy pewnym rudymentarnym zespołem obserwacji, na których jest oparta, się nie zgodził.

No, oczywiście nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Sporym brakiem koncepcji Pentyego jest, na przykład, brak ostatecznego uzasadnienia metafizycznego proponowanych rozwiązań z zakresu filozofii moralnej. Wiemy, na przykład, że człowiek musi na powrót stać się w społeczeństwie przede wszystkim twórcą, a konsumpcja zejść na drugi plan. Nie wiemy jednak dlaczego. Może wynikało to z chęci przyciągnięcia do tej idei ludzi stojących po drugiej stronie, by tak rzec, filozoficznej barykady. A może dlatego, że Penty się filozofią nie bardzo zajmował. Tak zresztą bywało właściwie w każdym wypadku. Chesterton i Belloc opierali się na przykład też właściwie na pewnych intuicjach „mgławicowych”, jeżeli już jakoś systematyzowanych, to przy użyciu aparatu pojęciowego z myśli Russa, co jest wyborem, no: nie najgorszym, ale i zdecydowanie nie najlepszym. I jak w każdym wypadku, receptą pozostaje tutaj personalizm, ostateczna chrześcijańska teoria człowieka. Dystrybucjonizm to po prostu ledwie ekonomiczna konsekwencja faktu, że człowiek, prócz tego, że jest autentycznie częścią przyrody i częścią różnych społeczności, jako taki stanowi również metafizyczną całość, stojąc ponad nimi – to właśnie w duchowych głębiach tej twórczej całości należy szukać ostatecznej zasady życia społecznego. Gospodarka nieuwzględniająca osobowego aspektu naszego bytu, jest gospodarką niewolniczą i nienaturalną. Trzeba więc zmienić ją tak, by ów aspekt uwzględniała. Niemniej, choć u dystrybucjonistów systematycznego wykładu tej prawdy się nie znajdzie, przebija ona w ich myśli in virtu różnych tendencji i energii moralnych, które ją napędzają. Penty zaś, był chyba najbliższy temu, by wyrazić ją wprost. Stąd też i zachęta, którą zawarłem w tytule: czytajmy Pentyego. Obecnie to chyba przedstawiciel dystrybucjonizmu najbardziej zapomniany. To ogromny błąd i trzeba go jak najszybciej naprawić. Kto chce zrozumieć, jak napisałem, ogólna strukturę ideową, na jakiej dystrybucjonizm się opiera, poczuć tego ducha i „złapać” atmosferę moralną, w której ta ekspresja się rozwija, nic lepszego nad Post-industrializm nie znajdzie.

Tutaj właściwie można by skończyć, niemniej trudno przy okazji tych ustaleń na zadumać się na moment nad charakterem ruchu dystrybucjonistycznego – a także nad przyczynami jego porażki, bo to jedno i to samo. Dlaczego bowiem, skoro między poglądami Belloca, Chestertona i spółki a Pentym zachodziły tak daleko idące zbieżności, a sam Penty stał się po prostu, przynajmniej co do zasady, głosem środowiska, stał on – jak zwróciłem uwagę – na uboczu ruchu dystrybucjonistycznego, wielu zaś, z Bellokiem na czele, się z jego postulatami nie zgadzało? Dlaczego zamiast zewrzeć szyki i zorganizować się wokół naczelnej zasady, pokazać ją społeczeństwu z energią i zdecydowaniem, porwać ludzi, natchnąć ich do akcji masowej, dystrybucjoniści woleli zapełniać strony swojej prasy niekończącymi się polemikami podobnymi tej, jaką odbył z Pentym Chesterton na łamach G.K.’s Weekly? I właśnie: bo nawet Chesterton; człowiek, na którego dobrej woli i tolerancji byt środowiska w ogóle się trzymał, niczym na palcu Bożym, i który zawsze namawiał (jak choćby w Outline), żeby takich rzeczy nie robić, tzn. nie kłócić się przed czasem o szczegóły aplikacji proponowanych reform – nawet on nie potrafił odmówić sobie przyjemności jałowego pogadania na temat. No i to w tym właśnie kryje się odpowiedź. Chesterton gadał, bo uwielbiał gadać. Dystrybucjoniści kłócili się ze sobą o nieistotne rzeczy, bo uwielbiali kłócić się o nieistotne rzeczy. Innymi słowy: dystrybucjonizm był od fundamentów po strych ruchem inteligenckim, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chronicznie cierpiał na niedobór tego, co Chesterton nazywał „practical men” – działaczy, polityków, społeczników, ludzi, którzy umieliby robić, nie tylko mówić. Dlatego też najbardziej realistyczny i umiarkowany ruch społeczny XX wieku w świadomości powszechnej przedstawiał się – i przedstawia do dzisiaj – jako grupka dziwaków i oderwanych od rzeczywistości radykałów. To tak – ku przestrodze.

Ale, jest tutaj jeszcze do sprawy i druga strona medalu; co nie oznacza żadnej afirmacji mętnego gadania o „dialektykach” i „samoalienacji pojęcia”, tylko prostą obserwację, że różne rzeczy mają różne aspekty, a więc na przykład pod pewnym względem powodują skutki takie, a pod innym inne (przepraszam, że tak pitolę o oczywistościach, ale proszę mi wierzyć lub nie, ale niedawno w pewnej pracy akademickiej na temat doświadczenia człowieka jako osoby w poezji Shelleya takie postawienie sprawy zostało potraktowane jako sprzeczność – na szczęście [!!] nie na polskiej ziemi; co też skłania do różnych przemyśleń na temat mityzowanego u nas ogromnie „Zachodu”, dlatego też, proszę zwrócić uwagę, przestałem o nim gadać, to tak w ramach dygresji), a więc można na nie różnie spoglądać. Bo jednak, ta słabość na gruncie praktycznym, jest też w pewnym sensie siłą ruchu dystrybucjonistycznego; manifestującą się choćby w fakcie, że ruch ten, jako jedno z niewielu zjawisk społecznych na świecie, nigdy się nie skompromitował. Belloc, owszem, „najtwardszy” z całej grupy, po śmierci Chestertona poszedł z fanatyzmem wariata na prawo, broniąc białego terroru w Hiszpanii i paru innych rzeczy, niemniej wywołało to wśród innych dystrybucjonistów bardzo wrogie reakcje, i dlatego też środowisko zaczęło się dekomponować. Niemniej, niezależnie od tego, dystrybucjonizm nigdy nie proponował, ani nawet nie usprawiedliwiał rozwiązań godzących w ludzką godność. Wtedy, w czasach „socjologii zoologicznej” (filozofia społeczna jako „z życia mrówek”), było to postrzegane jako wada – ale czy tak samo byłoby i dziś? Czy jeżeli jednak kiedyś ruch na rzecz gospodarki chrześcijańskiej wyjdzie jednak ze swojej miłej skorupki, w której się zamknął i smacznie śpi, odzyska tożsamość i sformułuje swoje postulaty w języku, który mógłby przynajmniej coś powiedzieć umysłowości współczesnej (co nie jest „uległością wobec ducha czasu”, ale raczej realizmem co do warunków działania) – to nie można mieć przynajmniej krztyny nadziei, że jednak do kogoś przemówi i znajdzie, nareszcie, właściwe sobie miejsce w refleksji intelektualnej Europy? Mnóstwo ludzi dostrzega już przecież (o czym najnowsza książka Rafała Wosia, na przykład, świadczy aż nadto dobitnie), że życie sprowadzone wyłącznie do poziomu konsumpcji jest nieludzkie, że brak prawdziwych relacji interpersonalnych w gospodarce wynaturza funkcjonowanie całego społeczeństwa, że bez rzeczywistego wpływu pracowników na ich organizację i charakter miejsca pracy przeradzają się z czasem w struktury „mikrototalitarne”, uderzające w samo serce demokracji i aktywności obywatelskiej. W wypadku każdej z tych obserwacji możemy powiedzieć: „byliśmy tu pierwsi”. To, co teraz odkrywa się niczym Amerykę, grupa angielskich intelektualistów przewidziała i opisała ponad sto lat temu. To jednak jest jakieś osiągnięcie, pozwalające naprawdę patrzeć w przyszłość nie aż tak pesymistycznie.

Szczególnie, że przez myśl dystrybucjonistyczną naprawdę prześwitują niekiedy promienie czegoś więcej – autentycznego człowieczeństwa i tego, na co jest ono ukierunkowane. Jest to zresztą zupełnie normalne, jeśli podejść do sprawy z nieco głębsza refleksją. Znakomicie wyraził to David Lynch w swoim Twin Peaks, w którym nieomylnym znakiem kontaktu z „drugą stroną”, z duchową stroną istnienia, po której wszystko się decyduje, zawsze jest właśnie słabość; wątpliwości, niezdecydowanie, pewna delikatność czy niezdolność praktyczna. I niewątpliwie, z przyczyn, o których nie mamy czasu tutaj pisać, tak to właśnie wygląda – oczywiście per analogiam – we wszystkich dziedzinach życia. Niemniej, kontakt z „drugą stroną”, autentyczne prześwity Absolutu, to nie jest coś, co choćby i największa słabość fizyczna, zewnętrzna, mogła przysłonić. I tutaj źródło nadziei bije już bardzo, ale to bardzo mocno, w płynąca z niego woda orzeźwia nie tylko na dalsze działanie, ale i (bo tak to się wszystko zazębia) na kolejną refleksję pozwalającą upewnić się, że to właśnie tu jest prawda, a nie gdzie indziej. Wiele bowiem słyszy się dzisiaj słów wypowiadanych przeciwko inteligencji; że etos inteligencki to bujda, że wykształcenie klasyczne jest nierynkowe, że jałowe spekulacje, narcyzm, nieprzydatność społeczna – i tak dalej. I, oczywiście, prym w tym wiedzie obecnie nie kto inny, jak prawica. Gdzie ja to czytałem ostatnio? – że na Zachodzie w wieku XIX nie było inteligencji (sic!), bo jest w nowoczesnym państwie niepotrzebna, w nowoczesnym państwie bowiem potrzebni są „specjaliści od rozwiązywania problemów”, co i też my powinniśmy wreszcie, jako naród, zrozumieć. I istotnie, przy powierzchownym spojrzeniu na sprawę może się to wydawać nawet słuszne. Niemniej, mnie zawsze uczyli, że raczej robić niż myśleć to być, jak to się pięknie mówi, debilem. Zatrzymanie pogardy dla namysłu teoretycznego, szerokiego spojrzenia, zatrzymanie diabelskiego młyna urynkowienia i nadspecjalizacji to obecnie chyba najpoważniejsze, w sensie formalnym, zadanie, jakie stoi przed ludźmi dobrej woli. Jest to bowiem po prostu bitwa o to, żeby być człowiekiem. Bo nietrudno chyba zauważyć, gdzie nas to szaleństwo prowadzi. Dość zasygnalizować to tutaj w ten sposób: bo jeśli „pracownicy intelektualni klasy średniej” są od rozwiązywania problemów, to nie od ich dostrzegania; to znaczy: nie oni określają, co jest problemem, a co nie. A jednak, aby problem rozwiązać, trzeba w ogóle uznać, że jest problemem. Ktoś to robić musi. A jeśli nie inteligencja – to kto?

Tak do przemyślenia.

A teraz pytanie końcowe: bo kto o tym pisał już wcześniej, bardzo, bardzo obszernie i z pełną świadomością, że jeśli społeczeństwo nie zdecyduje się zmienić radykalnie swoich kierunków rozwoju, to się będzie dziać, i to coraz bardziej dynamicznie. Kto? Ano tak – dokładnie, dokładnie tak.

Maciej Wąs

Penty na naszej stronie:

No ładnie to na tej miniaturce nie wygląda…

No i rzecz jasna tutaj: