…Ale i nie wstyd. „Cłowiek zyje samymu sobie na spcycność”.

Ad rem. Prowadzenie bloga zarzuciłem z powodów konkretnych i nie żałuję (tak się powtarzam, ja wiem, że to niesłuszne), niemniej osobiście uwielbiam publicystykę (co nie oznacza, że uważam, że sam piszę ją dobrze). Czasami zaś serce mocniejsze jest od rozumu – i tak też dziś ono właśnie przeważyło, a więc krótka notatka na temat bieżących spraw politycznych (czy „społeczno-politycznych”, jak to się dzisiaj mawia, prawie jak „wartości etyczno-moralne”); oczywiście postaram się, żeby to miało związek z tematem przewodnim naszej małej strony – a czy mi się uda czy mi się nie uda, opowieść niniejsza pokaże.

Byłem sobie niedawno na wakacjach; kierunek: Gniezno.

Traf chciał, że właśnie powtarzałem sobie Starą baśń Józefa Ignacego Kraszewskiego, do którego mam szacunek ogromny. A że lubię tę ziemię, ten piękny kawałek świata idący od Gniezna, czy raczej Knieźna!, do Poznania, z którego wzięła się (niby to – bo trochę tak, a trochę nie) nasza państwowość, to pomyślałem sobie, że co mi tam, połączę literaturę z życiem i przetrawię pewne sprawy eksperymentalnie. Więc pojechałem. Wrażenia? Każdą sprawę można rozważać z dwóch perspektyw: formalnej i materialnej. W sensie formalnym zatem, było jak zawsze pięknie, no może poza pewnymi niedogodnościami natury cywilizacyjnej. Ostrów Lednicki zawsze będzie przepiękny, i zawsze budzić się będzie w duszy każdego Polaka owo coś dziwnego, co nie pozwala skupić myśli w dzień, a w nocy spać, gdy jakoś wejdzie w człowieka: niemniej, jest pewien problem; bo jeśli spojrzeć na oficjalną wersję historii tej pięknej wysepki, to zaczyna się ona od 966, od Chrztu Polski. Archeologowie (jak pewnie większość z Państwa wie) odkryli na niej pozostałości po wielkiej rezydencji Mieszka I z przybudowanym do niej kościołem, w którym znajdowało się pokaźne baptysterium; stąd wniosek (logiczny, nie da się ukryć), że to prawdopodobnie tam sam Książę (Knieź!) przyjął Wiarę i stał się, wbrew najoczywistszym kalkulacjom politycznym, chrześcijaninem-katolikiem. Tak się jednak składa, że Ostrów ma starsze dzieje – i znacznie głębszą tożsamość. Długo, długo wcześniej była to święta ziemia Słowian, na którą zdążali oni ze wszystkich niemal stron świata: jedna, wielka świątynia, w której poświęceni i poświęcone podtrzymywali święty ogień dla Bogini Życia i budowali chramy zapomnianym dziś bóstwom, których łaski błagano od Bałtyku po Morze Czarne. Wiele mówi się dziś o „chrystianocentyrcznej” narracji w historii – i muszę przyznać, że jak rzadko się zgadzam. Nigdy nie wolno nam zapomnieć, że to ten właśnie poganin się pewnego dnia nawrócił – jako człowiek, z całym bagażem osobistych doświadczeń, które ukształtowały jego duszę, w tym właśnie tą religią, w której wychwali go jego ojcowie i która wywarła trwałe piętno na jego osobowości. Już Newman zwracał uwagę na to, że należy diametralnie zmienić stosunek do kultów pogańskich – i ja się podpisuję. Uważam, że ma to niebanalne znaczenie dla całej naszej tzw. „polityki historycznej” (zagadnienie arche zawsze pozostanie w kulturze prawdziwie ludzkiej po prostu kluczowe) – ale przede wszystkim z punktu widzenia personalistycznego i chrześcijańskiego; Kościół w sensie ścisłym nawraca bowiem nie kogo innego jak tylko osoby – i im szybciej wszyscy zdadzą sobie z tego sprawę, tym lepiej. Zwłaszcza, że idzie czas próby. I albo zaczniemy mówić do ludzi jak do ludzi, albo przepadniemy w mrokach mroczniejszych nad katakumby, z których tylko Palec Boży będzie mógł nas wydobyć.

To jest jednak ledwie wstęp do kwestii; dziś bowiem chciałbym skupić się właśnie na drugim aspekcie sprawy – na aspekcie materialnym, ściśle empirycznym, zmysłowym, „obecnościowym” (if you will), na tym, co najbardziej rzuciło mi się podczas mojej wędrówki na oczy. Co zaś rzuciło mi się na oczy? Otóż to, co nazwać mógłbym „przebudzeniem prostaka”. Jeżdżąc moim wiernym i wysłużonym samochodem po Szlaku Piastowskim co i rusz natykałem się na wyraźnie oznaki tego przebudzenia. Dobrobyt materialny ewidentnie w Ojczyźnie wzrósł, więc krążą te cudaczne stwory po ziemi polskiej, szukając wytchnienia; brudni, wulgarni, agresywni, odstręczający, wrzeszczący wniebogłosy z byle powodu, w rozmowie podracjonalni, niemal barbarzyńscy, wszędzie wietrzący złą wolę – a do tego rozjuszeni do granic niemożliwości, kpiący samozadowoleniem, bez grama wstydu za swój brak obycia i nieokrzesanie, epatujący sobą i swoją wątpliwą fizycznością (tym falującym tłuszczem, tym oddechem z innej epoki), przekonani, że to oni są „prawdziwą Polską”; obywatele równi profesorom. Aby wyrazić dokładnie, o co mi chodzi, musiałbym napisać tutaj nie felieton, a książkę, drobiazgowo oddać wszystkie niezliczone spotkania, które stały się moim wątpliwie przyjemnym udziałem podczas tamtej krótkiej wyprawy; nie mamy tutaj rzecz jasna na to czasu. Jedno powiem: jak ktoś chce, niech pojedzie; niech sprawdzi na własnej skórze, jak to wygląda. A wygląda tak, jak powiedziałem. Prostactwo było i prostactwo będzie – ale bywają chwile, kiedy siedzi cicho; kiedy wstydzi się swojego niskiego poziomi i, mirabilis!, aspiruje wyżej, chcąc się wybić. Obecnie, prostak zbył wszelkich takich lichych pozorów – i żyje pełnią życia. Nikt nie może mu dyktować, co ma robić. Nikt nie zmusi go do choćby chwili refleksji czy porównania. On jest panem sytuacji, on jest standardem, wartością, wyznacznikiem życia społecznego. I to cały świat ma się dostosować do niego.

Co z tego wynika? Oczywiście, to nie jest pierwsze takie moje doświadczenie; niemniej, umysł ludzki nie działa na zasadzie prostej, ilościowej kumulacji doświadczeń, ale na zasadzie ich przeżywania. Bywają zatem takie chwile, w których „to samo” doświadczane w zupełnie innym kontekście i pewnych sprzyjających okolicznościach, niż z tego ni z owego staje się dla nas przysłowiową kroplą, przeginającą (cytując klasykę) „pałę goryczy”. Tak też i stało się dla mnie. Pierwsza zatem trudna lekcja, jaką wyniosłem z różnorakich moich nieprzyjemnych starć z polskim prostactwem na Szlaku Piastowskim, dotyczyła owej nie do opanowania chyba, a jednak niezbędnej w polityce umiejętności przyznawania racji przeciwnikowi. Nawet przeciwnikowi, który nas brzydzi. Wiele mówiło się przez ostatnie cztery lata na froncie, że tak to ujmę, patriotycznym o tzw. „ojkofobii” polskich klas inteligenckich; wiele wiader pomyj wylewało na różnorakich profesorów, piętnujących „chama podnoszącego głowę”, czy dziennikarki popełniające w „świętym oburzeniu” skądinąd osobliwe teksty, w których narzekały na polską hołotę żrącą gofry i ryby smażone w głębokim tłuszczu. I, z pewnej perspektywy, zupełnie słusznie. Co innego meritum, a co innego sposób prezentacji. Nie da się ukryć, że pogarda, poczucie wyższości, zwłaszcza takie, które bierze się po prostu z różnic majątkowych, to zawsze rzeczy godne najwyższego potępienia – i na pewno nie-godne inteligenta, a przede wszystkim człowieka. Nie da się jednak ukryć, że owej „drugiej stronie” udało się po prostu uchwycić pewien fakt, który jest jak najbardziej realny. To się dzieje. Polski prostak podnosi głowę i staje się coraz bardziej bezczelny – i nie da się, że zacytuję niemalże sam siebie, „przykryć tego faktu czczą gadaniną”, nawet gadaniną podszytą niezbyt przemyślanymi odwołaniami do Dmowskiego i Popławskiego (czy aby na pewno Popławski, darzący tak wielkim szacunkiem przepojonych miłością Ojczyzny polskich chłopów, nie widziałby żadnej różnicy między nimi, a tymi, których opisuję?). I to naprawdę sprawa ogromnej wagi. W grząskim gruncie rzeczy nie chodzi bowiem ani o to, że ktoś rechocze obleśnie innym nad uchem, że mu śmierdzi z ust, czy że nie lubi myć się za często pod pachami – ale o rzecz znacznie głębszą i bardziej poważną, mianowicie: „kulturę” (czy raczej „antykulturę” – i to nie jest żadna aluzja, a jeśli, to do Umowy społecznej) siły, o model życia zbiorowego opartego nie na powszechnej zgodzie i uznaniu nad sobą obowiązującego wszystkich prawa – ale raczej „prawa” silniejszego, „prawa” większej piąchy, które ustala ludziom hierarchię i ich miejsce w życiu. To jest poważny problem, którego nie da się przecenić. Ludzie śmieją się z różnych rzeczy. Byli tacy, którzy śmiali się z perspektywy niemieckiej inwazji w 1939; są i tacy, którzy śmieją się (i mnie na przykład osobiście wyśmiewali, gdy o tym mówiłem, że tak zakorzenię się empirycznie) z perspektywy niemieckiego rewizjonizmu w 2019 (czy 2010, czy 2021, itd.), co im się już falsyfikuje (pokolenie wielkich dzieci). I tak wielu naśmiewa się z ostrzeżeń, że w Polsce może, istotnie, narodzić się w najbliższych latach jakaś forma autorytaryzmu. Biorąc pod uwagę histeryczny sposób, w jaki są formułowane, można i to zrozumieć. Niemniej nie chodzi już o sposób formułowania pewnych problemów, czy o histerię tego czy owego – ale o fakty. A fakty, fakty, które każdy myślący człowiek bez trudu dostrzeże w każdym większym mieście na dłuższym spacerze, są takie, że to się naprawdę może zdarzyć; i coś trzeba z tym zrobić – co, tego nie wiem (mam swoje przemyślenia, przejdę do nich za moment). Pierwszym punktem jest tutaj po prostu zrozumienie wagi zagrożeń i rozpoczęcie szerszej, rzeczywiście ponadpartykularnej debaty nad tym, jak im zaradzić. Inaczej świat może raz jeszcze nas zaskoczyć – tylko że to nie będzie przyjemne zaskoczenie.

Jest wszakże i inna lekcja, którą się stąd wynosi – i stanowi ją po prostu to, że nawet jeśli ktoś ma rację, to może się ogromnie mylić; więcej: może być skończonym hipokrytą, obłudnie płaczącym nad tym, co sam zbudował. Nie da się bowiem ukryć, że to właśnie tak „druga strona”, ci, którzy najwięcej mówią o polskich chamach i tym podobnych zjawiskach, ponosi pełną i wyłączną odpowiedzialność za to, co się stało. Bo co się stało? Otóż stało się to, że polski lud, a przynajmniej pewna jego część (do tego zresztą jeszcze wrócę) zaczął robić na własną skalę i podług własnych możliwości dokładnie to, co polskie „elity” robią nie od dzisiaj na własną skalę i na własną miarę. System wartości to jest system naczyń połączonych; wszystko ma związek ze wszystkim i żadnej maksymy moralnej nie da się rozważać w izolacji, bez skutków dla całości życia. Jeśli zaś od 1991 roku gadało się, że „pierwszy milion trzeba ukraść” – to jakie można mieć pretensje do kogokolwiek i o cokolwiek? Jeśli, na zdrowy rozsądek, nie ma żadnych przeciwwskazań natury moralnej dla tego, żeby iść przez życie pod trupach, gnoić i niszczyć wszystkich konkurentów, kłamać, kręcić, kraść grube miliony – to w jaki sposób można uargumentować ludziom choćby to, że nie wypada pierdzieć publicznie? Albo wrzeszczeć innym do ucha? Albo, wreszcie, bić innych, kiedy się z nami nie zgadzają, czy choćby tylko grozićim (explicite czy implicite) pobiciem? Lata promocji oszalałego poza wszelkie granice indywidualizmu moralnego zrobiły swoje i teraz po prostu zbieramy żniwo. I jeśli to komuś przeszkadza, powinien zdobyć się chociaż na ten minimalny wysiłek, jakim jest wyciąganie wniosków.

Tylko że nikt tych wniosków nie wyciąga – i to jest właśnie ta refleksja; bo w każdym takim polskim profesorze czy innym przedstawicielu „elyty”, który z jednej strony narzeka na „polskie chamstwo”, a z drugiej gada takie pożałowania godne farmazony, świadczące, że coś nie zagrało na etapie przedszkolnym, również drzemie cham: cham ukryty; skrzętnie schowany pod warstwą naukowo brzmiących frazesów, pseudoakademickich analiz historii Europy, napuszonej gadaniny o „oświeceniu”, pretensjonalnego wokabularza postmodernizmu i zlewozmywakowej psychoanalizy. Niemniej cham równie realny, jak ten, z którym sam mam wszędzie styczność; równie brutalny, jak ten, z którym sam mam wszędzie styczność; i znacznie bardziej rozochocony, bo napędzany siłą życiowych sukcesów. Co więcej: cham znacznie groźniejszy w kotekście tego wszystkiego, co się dzisjaj dzieje. Jak wiadomo skądinąd, „głowa psuje się od ryby”; i to jest kolejny punkt, który w naszej hipotetycznej ogólnonarodowej debacie, która nigdy nie nastanie, należałoby koniecznie poruszyć.

Mimochodem zaznaczam, gdyby ktokolwiek chciał mnie oskarżyć o „klasizm”: chyba widać niniejszy, że ja tak ludzkości nie percepuję. Jedynym podziałem, jaki uznaję, jest podział na ludzi dobrych i złych; tych zaś znajdzie się we wszystkich „klasach” czy innych grupach społecznych, jakie tylko można deskryptywnie wykoncypować. Znam wielu ludzi z „klas niższych”, którzy są po prostu wspaniali – prości, ale po prostu dobrzy, szlachetni, delikatni, tacy, z którymi można iść na kraniec świata. Znam też sporo z „klas wyższych”, którzy są poniekąd tacy, jak opisałem. Pokazuje to tylko do niedawna jeszcze oczywistą nieredukowalność wymiaru moralnego ludzkiej egzystencji do czegokolwiek innego – co potężnie komplikuje problem; co i też w owej hipotetycznej debacie należałoby ująć – ale, z drugiej strony, po co o niej gadać, skoro istotnie nigdy jej nie będzie?

A że jej nie będzie, to pozwolę sobie końcowo na wtręt jeszcze bardziej osobisty – bo skądinąd jaka jest droga odwrócenia tego stanu rzeczy, jak pisałem, nie wiem, ale się domyślam, bo też czytałem tu i ówdzie. Rousseau początkowo twierdził, że naród zdemoralizowany nigdy do moralnego życia nie powróci. Potem zmienił zdanie i stwierdził, że istnieje taka droga powrotu; czyli, innymi słowy, rewolucja (bo takie jest właśnie pierwotne znaczenie tego terminu). Jak to zwykle bywa, Rousseau uchwycił pewną wielką prawdę, z której wielkości sam nie zdawał sobie sprawy. Bo rewolucje mogą być bardzo różne – i to być może daje nam pewną nadzieję. Najbardziej oczywistym krokiem jest, rzecz jasna, rewolucja ogólnospołeczna: potężny zryw obywatelski, zmieniający polityczne status quo na takie, które stanowiłoby odpowiedź na aktualne problemy. Jak pisał Saul Alinsky: ludziom najpierw trzeba dać możliwości, a potem wymagać; tak, i tylko tak, można kogokolwiek popchnąć do większych aspiracji, samodoskonalenia, wyrwać z błędnego koła miernoty, która kocha siebie dlatego, że jest mierna. Jedyne zatem, co należałoby zrobić, to dać ludziom właśnie większe możliwości decydowania w sprawach ich dotyczących – no a potem pozwolić decydować i ponosić konsekwencje. W sensie najbardziej ogólnym taka reforma byłaby zatem bardzo prosta: własność, pryncypialnie przestrzegana zasada pomocniczości, samorządność na wszystkich szczeblach: od rodziny przez dzielnicę po powiat (tutaj ze szczególnym uwzględnieniem zasady plebiscytarnej), wreszcie jak najbardziej realny wpływ „szarego człowieka” na sprawowanie władzy (a więc zmiana ordynacji wyborczej na taką, która sprowadzałaby stosunek wyborców i reprezentanta do poziomu prawdziwej umowy, z wywiązywania się z której reprezentant byłby potem konkretnie i realnie rozliczany). I nie musiałby być to przecież wcale jakiś krwawy przewrót: wbrew temu, co twierdzą ludzie organicznie niechętni rewolucjom, można ich dokonywać na różne sposoby, w tym po prostu przy urnie; nieodmiennie jednak, do dokonania ich potrzebna jest wola. Jeśli zaś tej woli nie ma, jak nie ma jej teraz w Polsce, co pozostaje? Chyba tylko to, co Jacques Maritain nazwał swego czasu „rewolucją serca” – rewolucją oddolną, rewolucją ducha, rewolucja „środków ubogich” i nieformalnych kółek przyjaciół, zjednoczonych ze sobą rzeczywistą więzią, opartą na afirmacji wspólnych wartości. Trzeba, „po prostu”, zacząć widzieć w innych ludziach ludzi – i żyć, na tyle, na ile to możliwe, stosownie do tego sposobu patrzenia. Piszę „po prostu” – bo to bynajmniej proste nie jest, co wie każdy, kto trochę popróbował. Być może dlatego sam wielki Jacques nigdy nie rozważał tej kwestii na poziomie czysto naturalnym, i zamiast mówić o rewolucji personalistycznej simplicite, zawsze mówił o rewolucji chrześcijańskiej, która będzie także (eminenter) rewolucją personalistyczną, o budowie nowej cywilizacji naszej wiary (która, jeśli przyjdzie, to „w bardzo, bardzo odległej przyszłości”), o życiu ową ciemną nadzieją, która pozwala nie zwątpić w chwilach największych trudności – i o owej kontemplacji Prawdy Najwyższej, która pozwala traktować porządek empiryczny społeczności ludzkiej, bez – rzecz jasna – negowania jego istotności czy zaniechania dążeń do jego prawdziwie ludzkiej i Bożej (Bogoludzkiej, po prostu) przemiany, z pewnym dystansem, będącym dystansem naprzyrodzoności. Chrześcijanie czasu obecnego muszą odnaleźć wiarę w sercu nawet jeśli nie ma jej wokoło; nawet jeżeli nic nie udaje się osiągnąć – i nie ma żadnej namacalnej „pociechy” podtrzymującej ich na drodze; muszą patrzeć na innych z perspektywy Ewangelii i niestrudzenie pokazywać człowiekowi osobę – prawdziwie wolny podmiot, chodzący swymi drogami przed Panem, niezgłębioną głębię istnienia, nieredukowalną do żadnego zespołu zewnętrznych determinacji, czy to biologicznych, czy kulturowych. Co też prowadzi nas, w pewnym sensie, do początku naszych rozważań. Na początku historii Polski było nawrócenie i autentyzm – nie przymus i bogactwo materialnych osiągnięć, nie system, trzymający ludzi w ryzach. Jest to rzecz niezwykła, i chyba mało przemyślana. Warto by ją przemyśleć i zacząć żyć nieco bardziej stosownie do tego, co nam mówi. Moim zdaniem przynajmniej, to jedyna szansa dla kraju, który naprawdę, że pozwolę sobie na banał, zmierza w fatalnym kierunku – tym fatalniejszym, im mniej wydaje się fatalny.

No i, nawiasem, jedyna szansa dla Kościoła, który widzi przecież (chyba, że jest ślepy) zbliżające się doń błyski burzy. To nie jest kwestia, czy nastąpi klęska – ale kiedy; i jak się na tę klęskę przygotujemy, by powstać z niej do nowego życia.

Jak się to zaś ma do Chestertona, którego przecież powinienem tutaj promować? Ano, jakoś się ma. Było wiele tekstów Gilberta, które stale wracały do mnie, gdy pisałem te słowa; jak choćby ten z „Przypadku Adama Smitha”: „Każdy, kto jest choć względnie normalny, widzi, że byt społeczeństwa i tak dosłownie wisi na włosku, nawet jeśli wszystkich wychowuje się na altruistów; i że jeśli zaczniemy wychowywać wszystkich na egoistów, rozleci się ono po prostu na milion kawałków”. Czy te piękne passusy z Williama Cobbeta o „końcu młodości” i zdaniu sobie sprawy, jak wiele różni nas z naszymi sojusznikami i jak wiele zbliża z przeciwnikami. O zdrowym demokratyzmie z Nowego Jeruzalem; o kapitalistycznym spustoszeniu z Co widziałem w Ameryce, Outline of Sanity i niezliczonej ilości tekstów, w których zawsze odnajdzie się tą samą przestrogę. Wszyscyśmy z Gilberta – czy tak, czy też inaczej; a że nikt tego nie widzi i nikt jeszcze nie wykorzystał tych słów do realnej krytyki tego, co się w Polsce dzieje, zamiast piania w zachwycie nad tym, jak to nas Chesterton niby-to chwali i uwielbiał, to ledwie kolejny symptom tego, o czym napisałem. „Ja, ja, ja, ja, ja, ja, ja” – oto jest obecnie przeciętny Polak: co widać wszędzie, i w polityce, i na drogach, i w biznesie, i w Kościele, i wreszcie w tym, jak „czytamy” różne rzeczy – w naszych obrzydliwych i przygnębiających czasach „konsumpcji kultury”, finansowanej radośnie przez „patriotyczne” i „chrześcijańskie” rządy.

Maciej Wąs