Nie lubię pisać bez zakorzenienia w konkrecie, na zasadzie: „O, wymyśliłem!” Nie ma to żadnego sensu. Tekst musi na coś realnie odpowiadać, inaczej jest tylko egocentrycznym biciem piany i niczym więcej. Ale że ostatnio wydarzyły się rzeczy, które takie zakorzenienie zapewniają, to coś tutaj popełnię, choćby tylko po to, aby się wytłumaczyć, ale jeszcze po kilka innych rzeczy. Tym lepiej, bo nigdy nie lubiłem napuszonych i oficjalnych manifestów, więc taki manifest „przy okazji” nada się w sam raz.

Jak zapewne ktoś zauważył, stronka się zmieniła – blog zniknął, zmienił się opis w „O nas”, powyrzucałem też trochę śmiecia z przeszłości. Czemu? Z dwóch powodów; dwóch to znaczy czterech. Po pierwsze – z przyczyn niezależnych. Po pierwsze w tym po pierwsze: trochę poznałem realny grunt życia i warunki, w jakich przychodzi człowiekowi w tym narodzie działać, co skłoniło mnie do zmian rozlicznych, nie tylko tutaj. Stronka dostała rykoszetem.

Po drugie w po pierwsze: bo otworzyło się okienko w innym miejscu, co staram się wykorzystać. Więc na blogowanie i Bóg wie co nie mam czasu, wolę popracować naukowo.

Po drugie zaś: z przyczyn wewnętrznych, tzn. związanych już z tym, co tutaj robiłem, a to konkretnie dwóch: po pierwsze w po drugie, że coś mi wyszło i się skończyło, a po drugie w po drugie: że nie wyszło i się nawet nie zaczęło. Wyszło to, co blog miał w pierwszym rzędzie „robić”, to jest „reklama”; nigdy nie był pomyślany po to, aby się robić na gwiazdę, ale po to aby przyciągnąć nowych czytelników, co się naprawdę (rzec muszę) udało, tylko że każda forma ma swoje granice dziejowej przydatności i ostatnio wpisy nic nie przynosiły; no to rzecz trzeba było skończyć, podobnie jak po udanym rąbaniu drewna niekoniecznie trzeba jeść zupę siekierą, bo taka fajna.

A nie wyszło to, co blog miał par accidens mówić, czyli zaprezentowanie Gilberta i jego tekstów w nowej perspektywie. A że człek mądry umie uznać porażkę, to i uznaję (nie żebym coś sugerował), bez obrażania się. Zgromadziłem zresztą dość danych, by rozumieć, że porwałem się z motyką na słońce, bo w Polsce recepcja Gilberta jest gorzej, niż ograniczona, i z przyczyn tych lub innych ostatecznie czegokolwiek bym nie napisał i jak bardzo się nie postarał, odbiór, a właściwie odbiorek, znajdowałem niemal wyłącznie w środowiskach cokolwiek dziwnych, sekciarskich, zafiksowanych wokół jednej egzotycznej idei i upojonych przeświadczeniem o własnej wyjątkowości, zazwyczaj wstecznych, agresywnych, pełnych gniewu i żądzy konfrontacji („Bob, I want all my garmonbozia”), a do tego w walce z przeciwnikami ideologicznymi często gotowych łgać jak sam diabeł, co jest tym boleśniejsze, jeśli mowa o organizacjach nominalnie katolickich, które to wszystkie przedziwne grupki i podgrupki z jakiegoś powodu uznają u nas Gilberta za swoją „własność” i śpieszą instruować mnie kim on naprawdę był, co napisał, co pisać powinien, co jest u niego istotne, co nieistotne i co tak naprawdę miał na myśli, gdy pisał na cześć Republiki Francuskiej. Tacy sobie ci ludzie są i tak im się pewnie podoba. No to co? To ja ich na pewno oświecać nie będę, szczególnie że nijak nie mam szans (bo tu i Salomon by nie miał), ani – skoro już o tym mowa – żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek. Jak ktoś jest głupi i lubi być głupi, to może być głupi, aż sobie do końca zgłupieje, wolność rządzi.

Tak też, by wywód zamknąć wreszcie, postanowiłem dać sobie spokój i postawić na radiację obiektywną. Trudno liczyć, że przyniesie to oddźwięk masowy, ale może ziarenko gdzieś wpadnie, uchowa się, a potem wykiełkuje, a z kiełkiem jak to z nowym życiem – nigdy nie wiadomo, co z tego będzie; i może uda się to, co niemożliwe i Gilberta zacznie się wreszcie czytać dla niego samego i tak, jak pisał, bez doklejania etykietek, cenzurowania jego twórczości, ideologicznego upychania nogą i Bóg wie czego jeszcze, co się obecnie w różnych zakątkach świata masowo wyprawia. A jak to się stanie, to – Jezusie, Maryjo – wszystko się stanie, co się stanie, i wrota się przed nami otworzą.

Gdyby się ktoś zatem pytał, po co ta strona i w ogóle, to właśnie mniej więcej po to – a jeśli ktoś zarzuci, że bez sensu, no to cóż: oczywiście; podobnie jak wszystko w tym małym, nudnym i makabrycznie bezproduktywnym życiu, w którym z jakiegoś powodu wszyscy zachowują się tak, jakby znaczyli bardzo, bardzo wiele, przypominając przez to bandę pomyleńców (ot i historiozofia adekwatnie ujęta). Amen.

Maciej Wąs