[Tekst pierwotnie miał być tylko notatką facebookową, niemniej że wzbudził słownie: zerowe zainteresowanie, a także iż to jedna z lepszych rzeczy, którą udało mi się kiedykolwiek napisać, to postanowiłem włączyć ją w „nurt blogowy”, dorzucając kilka spostrzeżeń, aby może jednak jakiś współ-alergik na tym skorzystał. Jednocześnie narodził się nowy pomysł serii wyakcentowującej mocniej zaznaczone ledwie tutaj związki dystrybucjonizmu z ekologią, ekologizmem, zdrowym trybem życia oraz naturalnymi metodami leczenie (bez. rzecz jasna, podważania skuteczności medycyny konwencjonalnej, kiedy nie można się bez niej obyć), ale to może na później. — Autor.]

Dzisiaj coś kompletnie nie a propos — tym niemniej, istnieją takie sprawy, dla których można naruszyć integralność przekazu strony.

Jak zauważył w swym „Emilu” Jan Jakub Rousseau, choć co do zewnętrznych akcydentaliów życia bardzo się różnimy, w nieszczęściach jesteśmy równi. Szczególnie w tych nieszczęściach, które związane są z cierpieniem ciała. Głód, choroba, wystawienie na działanie żywiołów — oto, co łączy bogacza i ubogiego, i co pokazuje nam najdobitniej nieuniknione powinowactwo naszej egzystencji.

Jednym z najskuteczniejszych tego typu czynników egalitaryzujących, jest niewątpliwie alergia. Przedziwna przypadłość nieznanej etiologii, w powszechnym przeświadczeniu nieuleczalna.

Z alergią zmagam się właściwie od urodzenia (podania głoszą, że jako niemowlak reagowałem alergicznie na cielęcinę) i należę do wagi ciężkiej. Przeżyłem uczulenia wszystkich trzech typów (pokarmowego, skórnego i oddechowego) i na wszystkich możliwych poziomach: od lekkiego swędzenia i okazjonalnego kichania, po niebezpieczne ataki dychawiczne. Reagowałem na wszystko (nie sposób tego do końca zbadać, spektrum jest tak szerokie), od tworzyw sztucznych, przez określone warzywa, sierść (właściwie: skórę) zwierząt, szczególnie kotów, po oczywiście creme de la creme alergicznego uniwersum: pyłki.

Jeśli chodzi o leczenie, to wyglądało to tak, jak w większości przypadków — objawowo. Przeszedłem co prawda immunoterapię alergenową, która — trzeba powiedzieć — zmieniła wiele, ale nie zlikwidowała problemu. Pozostawały więc właściwie jedynie — pigułki. Jestem z nimi za pan brat. Śmiało mogę powiedzieć, że nie ma chyba takiego leku antyhistaminowego w polskich aptekach, którego bym przynajmniej raz nie spróbował. Niektóre działały, inne nie — ostatecznie udało mi się znaleźć jakieś rozwiązania względnie optymalne. Weszły one na trwałe do mojego życia. Po prostu: pogodziłem się, że przez pół roku muszę mieć przy sobie „listek” odpowiedniego medykamentu i zażywać w razie potrzeby.

Sytuacja zmieniła się dopiero niedawno, pod wpływem jednego czynnika, mianowicie: kota. A właściwie kotki, takiej „bidy” z ulicy, która nie miała gdzie się podziać, i którą w odruchu serca przygarnęliśmy. Spodziewałem się problemów, ale tym razem przeszły one moje oczekiwania. Było STRASZNIE. Do tego stopnia, że bałem się, iż nowy członek ogniska domowego wyleci w pewnym momencie przez okno. Spuchnięte oczy, chrypa, wydzielina w oskrzelach, kaszel, ból zatok tak intensywny, że skutkujący częstokroć zamgleniem świadomości. Pigułki pomagały, ale nie zawsze i niezupełnie. Zresztą, zacząłem się poważnie obawiać: czy można bez powodowania uszczerbku na zdrowiu CODZIENNIE brać leki antyhistaminowe (podpowiem: sprawę przegadałem z kilkoma lekarzami, bo akurat pochodzę z rodziny lekarskiej i nie — nie można)? Z tego wszystkiego i nie bardzo wiedząc, co robić, zrobiłem to, co umiem najlepiej.

Zacząłem czytać.

Pod wpływem bowiem tak uciążliwych wydarzeń tym, co z jakiegoś powodu zaczęło uwierać mnie najbardziej, była jedna wątpliwość, mianowicie: każdą chorobę, nawet terminalną, czasami przynajmniej można wyleczyć. Alergii — podobno nie można. Zgadza się to logicznie? A co, jeśli po prostu czegoś nie wiemy — albo: wiemy, ale nam tego nie mówią?

Trochę czasu mi to zajęło, ale (co pewnie nie będzie zaskoczeniem) finalnie moje badania przyniosły rezultaty. Okazało się, że moje podejrzenia są jak najbardziej słuszne. Po pierwsze: istotnie, o alergii wiemy niewiele, ale coraz więcej. Po drugie: to, co już wiemy, jasno pokazuje, że alergia jest chorobą taką właściwie jak inne, którą można wyleczyć, a przynajmniej znacząco złagodzić.

Jak? Tak, jak każdą inną tego typu przypadłość: dietą i ziołami.

Nie ma czasu opisywać tutaj tego w szczegółach. Istnieją całe wielotygodniowe programy kuracji, modne szczególnie w Stanach Zjednoczonych (najbardziej obecnie „zalergizowanym” kraju świata) i przynoszące bardzo dobre rezultaty. Jeśli ktoś chce/potrzebuje, łatwo je znajdzie. Generalnie zakładam jednak, że w Polsce nie osiągnęliśmy jeszcze tego poziomu wyniszczenia zdrowotnego, jak Amerykanie. Zamiast zatem poddawać się kilkutygodniowej, restrykcyjnej diecie, można po prostu zmienić parę nawyków. Postaram się tutaj wymienić kilka takich prostych i łatwo dostępnych sposobów, przy pomocy których NAPRAWDĘ można sobie ułatwić życie. A więc:

1. Alergia, co potwierdzają współczesne badania i praktyka kliniczna, „zaczyna” się na poziomie układu pokarmowego i bardzo często stanowi znak wyniszczenia naturalnej flory bakteryjnej jelit. Należy zatem zacząć ją bezwzględnie odbudowywać. Jak? Oczywiście probiotykami. Jest na rynku polskim wiele bardzo dobrych probiotyków produkowanych farmaceutycznie, z których jak najbardziej można korzystać, niemniej najlepiej sprawdzą się probiotyki naturalne, obecne w produktach mlecznych (DOBRE [czytać składy!] kefiry, maślanki, kwaśne mleko) oraz — kiszonkach! W tym wypadku, nie ma człowiek lepszego przyjaciela, niż kiszony ogór albo kapustka. Szczęścia mają ci, którzy te rzeczy lubią, jeśli ktoś nie lubi — trzeba się przekonać. Odpowiednią porcję probiotyczną należy przyjmować CODZIENNIE, w kombinacji najlepiej dostosowanej do indywidualnych potrzeb.

Oprócz tego, niestety, należy przerzucić się na lepszą, a co za tym idzie: droższą żywność (typu „eko”). Wyniszczenie flory bakteryjnej bierze się bowiem w znacznej mierze z przyswajania tych nieprawdopodobnych ilości konserwantów i innych dodatków chemicznych („na smak”, „na apetyt”, także: nawozy sztuczne, pestycydy na warzywach i tak dalej), które obecne są w produkowanej obecnie żywności. Należy bardzo zadbać o jak największą redukcję spożycia podobnych rzeczy. Oczywiście trochę nikogo nie zabije, niemniej należy na serio postarać się, aby tego świństwa jeść jak najmniej.

Innym dobrym pomysłem byłoby ograniczenie spożycia mięsa, głównie ze względu na to, w jakich warunkach są dzisiaj wytwarzane produkty pochodzenia zwierzęcego. Najprawdopodobniej rozumuję „post hoc-propter hoc”, niemniej wydaje mi się, że nie jest to przypadkiem, iż znaczące zmniejszenie gwałtowności moich dychawicznych reakcji nastąpiło po moim przejściu na wegetarianizm, dokonanym, bo ja tak chcę i ja tak mogę (tłumaczyć się nie muszę i nie będę). Wszystkie źródła, jakie przeczytałem, zgodnie zalecają także znaczące ograniczenie spożycia alkoholu oraz, rzecz jasna, zupełne zaprzestanie palenia tytoniu.

2. Patologicznie gwałtowne reakcje przy alergiach oddechowych (mnie najbardziej prześladujące) bardzo często są znakiem uszkodzenia błony śluzowej układu oddechowego oraz jakichś niezaleczonych tegoż układu infekcji. Łatwo to rozpoznać. Nieustające chrypki, „charkanie” (odkrztuszanie flegmy), powracające podrażnienia zatok: oto wszystko nieomylne znaki, że nasz układ oddechowy potrzebuje interwencji. Na szczęście, nie chodzi o interwencję chirurgiczną. Śluzówkę układu oddechowego bardzo łatwo zaleczyć można bowiem metodami naturalnymi. Tutaj najlepiej będzie, jeśli posłużę się cytatem z książki „Poradnik zielarza” autorstwa Witolda Poprzęckiego (Warszawa, 1982):

„Poza atakami należy pomyśleć o regeneracji śluzówki w układzie oddechowym, gdyż zły stan tej śluzówki jest główną przyczyną astmy [i wszystkich innych tego typu dolegliwości — M.S.]. Do tego potrzebna będzie witamina A i karoten, czyli prowitamina A, obie oczywiście pochodzące z naturalnych, żywieniowych źródeł. Codziennie — łyżkę siemienia lnianego zmielonego z cukrem (3/4 siemienia 1/4 cukru) zjeść i popić czymkolwiek. Również codziennie należy zjeść bodaj jeden pełny spodek szklankowy surówki z chrzanu, marchwi, kiszonej kapusty, szpinaku – ZAWSZE Z PIEPRZEM LUB PAPRYKĄ.

Jednym z najlepszych środków przeciwastmatycznych jest niewątpliwie cebula: plasterek surowej cebuli należy wziąć w usta, ssać jak cukierek i głęboko oddychać zapachem cebuli, gdyż taka inhalacja znakomicie dezynfekuje płuca i wprowadza do organizmu szereg witamin niezwykle w tej chorobie potrzebnych”.

Oprócz tego, Poprzęcki wylicza kilka ziół pomocnych przy leczeniu dychawicy: kwiat bzu czarnego, ziele srebrnika, ziele jaskółcze, liśc ruty, liść podbiału, ziele szanty, pączki sosny, korzeń biedrzeńca, anyż, korzeń omanu, mech islandzki, korzeń arcydzięgla, ziele hyzopu i kminek. Można je przyjmować w postaci naparu, oczywiście nie wszystkie, a według gustu i obserwacji działania, byle regularnie.

Skuteczność terapii opracowanej przez Poprzęckiego potwierdzam z własnych doświadczeń. Ze swojej strony dodam tylko, że znakomita alternatywą dla naparów i siemienia lnianego może być np. olej z czarnuszki. Cebulę najlepiej rozgryźć i żuć zamiast ssać. Zamiast niej, można też użyć czosnku, co bywa skuteczniejsze w nagłych wypadkach (np. nieznośnego bólu zatok), ale trzeba to robić bardzo ostrożnie, gdyż — jak wiadomo — czosnek ma w sobie związki siarki i spożywany na surowo w zbyt dużych ilościach może poparzyć jamę ustną. Najlepiej ząbek czosnku pokroić na małe plasterki i przyjmować powoli, dokładnie rozgryzając.

3. Jeśli chodzi o uczulenia na zwierzęta, istnieje natomiast sposób cudowny, a szerzej w Polsce nieznany. Podają go — uwaga! — herbaria gruzińskie (mam kontakty — tak dla pokoju w regionie Kaukazu, nie dla rosyjskiego imperializmu!). Owóż jest w Polsce pewna roślina zwana serdecznikiem pospolitym. Udowodnione jest jej zbawienne działanie na układ krwionośny, serce oraz układ pokarmowy. Ze względu na to, była powszechnie używana w medycynie ludowej. Stanowi ona jednak także (o czym się nie mówi/nie wie) niebywale skuteczny środek antyalergiczny. Oto, co trzeba zrobić: ziele serdecznika zalać świeżo zagotowaną, bardzo gorącą wodą w proporcjach 1:5 (oczywiście 1 to serdecznik). Zostawić do wystudzenia. Potem — NIE PIĆ!; tylko bardzo niedużą (nie trzeba dużo) ilością uzyskanego w ten sposób naparu dokładnie PRZEPŁUKAĆ gardło („gul-gul-gul”, no — wiadomo) oraz PRZEMYĆ NOS, najlepiej wciągając trochę cieczy do zatok. Brzmi to bardzo dziwnie, wiem. Ale działa jak czary. Tę procedurę należy powtarzać 4 razy dziennie. Trzeba przy tym uważać, ponieważ — szczególnie przy pierwszym podejściu — serdecznik działa na śluzówkę drażniąco i przez chwilę będziemy kichać jak z armaty, może pojawić się również efekt „oczyszczenia zatok” (kto to przeżył, ten wie, co to znaczy). Przed płukaniem zalecam zatem wygospodarować sobie około 15 wolnych minut i zaopatrzyć się w zapas chusteczek do nosa. Gdy to się skończy wszakże: nowe życie. Oddychamy pełną piersią.

Oczywiście, jak w wypadku każdego zioła, należy wpierw sprawdzić, czy nie jesteśmy na serdecznik uczuleni, bo wtedy efekty będą wprost przeciwne…

4. Z ziół, które pomagają przy alergii spożywane w postaci naparu (o działaniu antyhistaminowym) wymienić można: wiesiołek, rumianek i prawdopodobnie czystek. Choć antyalergiczność czystka nie jest do końca potwierdzona, polecam to ziółko szczególnie, ze względu na jego rewelacyjny wpływ na ogólną kondycją organizmu i działanie antybakteryjne i antywirusowe, które niewątpliwie pomoże nam uporać się ze wspomnianymi wcześniej, niedoleczonymi infekcjami układu oddechowego.

5. Na koniec, wspomagająco można stosować można także… leki homeopatyczne — oczywiście nie wszystkie i niedużo. I tak, wiem, że homeopatia teoretycznie nie powinna działać. Ale co zrobić, jeżeli działa? Mnie bardzo pomogły: Puomon histamine (’ogólny „odczulacz” homeopatyczny) w proporcjach 5 granulek/4 razy dziennie oraz doraźnie lek o nazwie Coryzalia (objawy ustępują po 5 minutach). Tutaj trzeba ostrożnie, ponieważ reakcje na leki homeopatyczne mogą być różne, niemniej po prostu piszę, jak jest i jak było (na marginesie: z puomonu trzeba w pewnym momencie zrezygnować, bo po przekroczeniu pewnej granicy zdaje się nasilać objawy [??]).

Działanie „homeopatyczne” wykazuje także miód naturalny — najlepiej wielokwiatowy (obecność pyłków). Regularne spożywanie niewielkich ilości miodu wielokwiatowego może bardzo pomóc w „oswajaniu” organizmu z alergenami i dzięki temu zmniejszyć jego histeryczne reakcje, do których alergia właściwie się sprowadza.

No i to tyle jeśli chodzi o wyniki moich osobistych zmagań z alergią. Wiara, niewiara — to sprawa jednostkowa. Zapewne nieprzekonanych się nie przekona. Fakt jednak pozostaje faktem, że po raptem 2 tygodniach obserwuję gigantyczną poprawę. Nie mam żadnych problemów z oddychaniem, nikną problemy skórne, mogę brać kota na ręce i się z nim bawić (jeszcze ostrożnie, ale już-już), chodzę po dworze swobodnie, bez obawy o napad kataru siennego – i nie biorę żadnych leków.

Na koniec, jedna obserwacja. Bo może i ten wpis wcale nie jest tak bardzo nie na temat, jak by się mogło wydawać. Co bowiem stanowi przyczynę owej plagi alergii, jaką dzisiaj obserwujemy właściwie na całym świecie? Odpowiedź: zanieczyszczenia. Zanieczyszczenie żywności, zanieczyszczenie gleby, zanieczyszczenie wód i zanieczyszczenie powietrza. Czyli, innymi słowy, kapitalizm i jego obrzydliwa, nieludzka mentalność, która zysk uczyniła swym bożkiem, a człowieka sprowadziła do poziomu przedmiotu. Ostatecznie zatem, debata zdrowotna okazuje się debatą ekonomiczną, a debata ekonomiczna — debatą zdrowotną. Najlepszym zaś środkiem antyalergicznym w dłuższej perspektywie okazuje się – dystrybucjonizm, z jego ideałem zrównoważonego, ekologicznego rozwoju, życia w bliskości natury, naturalnych upraw małoskalowych oraz żywnościowej samowystarczalności. Im prędzej zaczniemy myśleć w ten sposób, tym prędzej będziemy zdrowi. Jest to bardzo ważny argument, który może (może?) przyczynić się do odnowienia zainteresowania myślą dystrybucjonistyczną w naszym schorowanym (w więcej, niż jednym sensie) świecie.

No i to tyle. Trzymajmy się zdrowo, nie dajmy alergii – i do zobaczenia po zielonej stronie mocy!

Maciej Sobiech