Zebrane z Twittera: „Moje świadectwo, że da się wyleczyć z lewactwa. Trzy lata temu uczestniczyłam w marszach, wierzyłam w feministyczne brednie. Jakieś 2 lata temu się nawróciłam, a dziś jestem za wolnym rynkiem, życiem dzieci nienarodzonych i kapitalizmem. Żal tylko że tak późno”.

Prawica polska ma mnóstwo dziwactw. Opisywanie ich to doskonałe zajęcie na długie, zimowe wieczory. Ciemno, nijako, żółty smog wisi na ulicach – dobrze jest mieć coś, z czego zawsze będzie się można pośmiać. Niestety jednak, jak to zwykle w życiu, to jest sytuacja z gatunku „troszuku śmiesznu – troszku strasznu”. Bo dziwactwa te, niewytłumaczalne dziwności przyrody, mają to do siebie, że – jak wszystkie podobne fiksacje – choć same kompletnie oderwane od życia, to wywierają na życie spory wpływ – na życie, a konkretnie na mózgi młodszych pokoleń, kompletnie je piorąc.

Rozmiary spustoszenia, które mam na myśli, doskonale widać na przykładzie tego oto niewinnego i bardzo szczerego „twitta”, który napotkałem w sieci zajmując się poszukiwaniem informacji na temat czegoś zupełnie innego. Za jednym zamachem „załatwiamy” tutaj dwa takie prawicowe „ideolo”, które choć naprawdę w rzeczywistości gruntu próżno dla nich szukać, stały się zasadniczymi elementami tożsamości tego osobliwego środowiska. Pierwsza, i poważniejsza, dziwność „wisi” na poziomie, powiedzmy uczenie, „meta-politycznym”, ludzkim, a właściwie ludzko-religijnym. Chodzi o przekonanie, że wyznawanie religii katolickiej musi łączyć się w sferze polityki z przyjmowaniem stanowisk prawicowych. Absurd od pierwszego wejrzenia. Religia katolicka jest, jak sama nazwa wskazuje, religią, a zatem dotyczy relacji człowieka z Absolutem. Z definicji ma zatem przede wszystkim wymiar nadprzyrodzony, poza-doczesny. Oczywiście, na drugim stopniu niewątpliwie pojawiają się konsekwencje polityczne i społeczne, niemniej są one dalece nieoczywiste i dlatego nie podpadają pod, i tak niezmiernie rzadko zachodzące w historii, nieomylne orzeczenia Magisterium. Innymi słowy: katolicyzm jest z natury swojej poza, a może ponad, lewicą i prawicą, i mogą wyznawać tę wiarę zarówno ludzie prawicy, jak i ludzie lewicy. Mnie, na przykład, choć społeczno-politycznie identyfikuję się raczej jako jakieś „centrum” albo „centrolew” (centro- ze względu na to, że w sferze obyczajowej jestem i zawsze pozostanę „pancernikiem”), nigdy nie przyszłoby do głowy, aby uważać, że katolicy mający prawicowe poglądy polityczne są katolikami w jakimś wymiarze „gorszym” czy „niepełnym”. Z drugiej strony tego nie ma. Co jest dziwne, szczególnie w wypadku ludzi, którzy z lubością lubią powoływać się w określonych sytuacjach na fakt, że św. Paweł Apostoł „taktycznie” radził pierwszym kościołom nie „mieszać” za bardzo w niewolnictwie czy rzymskim, patriarchalnym modelu rodziny.

Druga kwestia to już oczywiście po prostu poglądy i tutaj może zauważę tylko tyle, że choć oczywiście niemal wszystko, co prawica mówi na tematy gospodarcze i społeczne jest błędne, to na pewno jeszcze bardziej błędne jest utrzymywanie, że to, co mówi, stanowi jakieś „ortodoksyjnie” katolickie stanowisko polityczne. Prawda jest bowiem taka, że Kościół, nawet za swoich najbardziej konserwatywnych i anty-demokratycznych czasów, nigdy nie opowiadał się za „kapitalizmem i wolnym rynkiem”, jeśli pod nazwą „wolny rynek” rozumiemy system absolutnie nieograniczonej swobody zawierania umów. Przecież to oczywiste. Przed wielką odnową jego nauczania społecznego, Kościół Katolicki jak związany ze starym, post-feudalnym ustrojem Europy dążył do utrzymania właśnie tego ustroju. Potem, od Leona XIII, czując zagrożenie zarówno ze strony socjalizmu jak i zachodniego liberalizmu, stworzył własną wizję społeczną, będącą swego rodzaju „drogą środka” między tymi dwiema skrajnościami. Afirmacji ustroju kapitalistycznego trudno w dokumentach magisterialnych szukać, i to bardzo logiczne. W optyce katolickiej bowiem, nie ma takiej sfery życia, która nie podpadałaby pod Prawo Boże, regulujące funkcjonowanie wszystkich aspektów wszechświata. Ani takiej aktywności ludzkiej, która nie musiałaby być, przynajmniej pośrednio, oceniana pod względem moralnym. Nic więc dziwnego, że kapitalizm, oparty na absolutyzacji prawa własności, prawa użycia i nad-użycia (a więc grzeszenia), jest katolicyzmowi po prostu obcy. Były takie odłamy chrześcijaństwa, które za kapitalizmem przepadały, a nawet w sensie głębszym go wykształciły, ale na pewno nie Kościół. Dlatego też, końcowo, do wszystkich katolików-kapitalistów, którzy jednak pragnęliby uwić sobie gdzieś gniazdko absolutnej tożsamości, aby dokonali konwersji na kalwinizm.

Albo, co mówię zupełnie na serio, postawili sprawę jasno i przyznali nareszcie, że ich również interesuje na niwie społecznej nie tyle rekonstrukcja „tradycyjnej” świadomości katolickiej, określanej przez sposób myślenia i odczuwania, którego nie znamy i z oczywistych względów nie potrafimy „egzystencjalnie” odtworzyć, tylko jej przemiana poprzez afirmację nowych elementów, w tym wypadku cennych i niepodważalnych wkładów, jakie przyniosła w porządku społeczno-ekonomicznym reformacja. Wtedy będzie przynajmniej pełna jasność – i wielu młodych ludzi być może uniknie przykrej procedury wciskania się w ideologiczny gorset, który dusi ich naturalną wrażliwość, i godzenia rzeczy tak przeciwstawnych jak zimna, kapitalistyczna kalkulacja interesu i dogłębnie sentymentalne (dla mnie „sentymentalizm” nie jest bynajmniej obelgą) przejmowanie się losem dzieci poczętych. Samej prawicy też to na dobre wyjdzie. Podniesie bowiem niewątpliwie czystość ideologiczną, do kultywacji której przykłada ona tak ogromną wagę.

Jest jeszcze wiele innych dziwności na polskiej prawicy, nimi wszakże zajmiemy się w osobnych notatkach.

Maciej Sobiech