Gilbert Keith Chesterton

Zbrodnie Anglii (1915)

Wydanie drugie poprawione

Słowo do wydania drugiego

Com napisał, napisałem; moim zdaniem przynajmniej, wstęp do wydania pierwszego wyszedł wcale nieźle. Tutaj zatem spróbuję zatem skreślić ledwie kilka słów, które – być może – pomogą naświetlić lepiej sprawy fundamentalne.

To może w ten sposób: dlaczego w ogóle warto Zbrodnie Anglii przeczytać?

Na pewno nie dlatego, że są świetną książką historyczną; bo nie są – ani świetną, ani w ogóle historyczną. Historii Anglii nikt się z niej nie nauczy. Gilbert generalnie nie zajmował się dziejopisarstwem (z maleńkim wyjątkiem Krótkiej historii Anglii, którą pisał na zamówienie niemiłosiernie się przy tym męcząc), i nie zajmuje się nim w tym wypadku; odbiorca bardziej dociekliwy często zmuszony będzie zapewne (choć starałem się jak mogłem wspomóc go przypisami) sięgnąć do innych źródeł, celem lepszego poznania kontekstu. Gilbert się po wydarzeniach historycznych, że tak powiem, „prześlizguje”, lekko dotykając tylko pewnych spraw, i płynnie przechodząc od jednego do drugiego (zresztą to właśnie stanowiło w swoim czasie zasadniczy zarzut pod adresem tego dzieła), i ewidentnie licząc na wiedzę własną tych, dla których pisał. Przyznaję, że dla Polaka, słabo jednak na ogół obeznanego z poruszanymi tutaj tematami (oczywiście „angielskimi” bo w wypadku wydarzeń ogólnoeuropejskich wygląda to już inaczej), może to stanowić pewną uciążliwość – jednak bezwzględnie warto się przemęczyć; bo, jako się rzekło, historia jest tutaj tylko tłem. Istotą zaś, tym, o co chodzi, są tematy bardziej abstrakcyjne i ogólne, a przede wszystkim polityka. Bo politycznie, Zbrodnie Anglii są dynamitem. W więcej niż jednym sensie. Na pewno są dynamitem podłożonym pod wszystkie nieco zbyt pośpieszne chyba sądy, jakie zazwyczaj formułują a propos „Chestertona politycznego” w polskim kontekście ci, którzy ograniczają się do lektury jego dzieł apologetycznych. No bo tradycjonalistyczny katolik (najpierw anglo-, potem rzymski), obrońca ortodoksji, człowiek, który u początku „epoki modernistycznej” walczył niestrudzenie o wierność dogmatom i bronił zastanych struktur Kościoła – kim może być politycznie? I czy taka lojalność wobec Kościoła jakby naturalnie nie implikuje lojalności wobec tego, co sam Kościół uznał za swoją tarczę w walce z wrogiem, i w znacznej mierze uświęcił dekretami Soboru Watykańskiego I?

Cóż; okazuje się, że nie musi. I Gilbert udowadnia to w tej książce bardzo dobitnie. Jak dokładnie, napisałem przy wydaniu pierwszym, i nie będę się tutaj powtarzał (zwłaszcza że na pewno nie odtworzyłbym nastroju chwili, i wszystko zepsuł) – natomiast jedno co wydaje mi się niewątpliwe, to to, że sam ten fakt powinien być dla żywotnego i krytycznego umysłu atrakcyjny. Sam Chesterton też zresztą zwracał niejednokrotnie uwagę na ten dziwny i powszechny problem. Ludzie (wszyscy, ja też) mają nadzwyczajną wprost tendencję do łączenia pewnych idei, jakby tworzyły logiczną całość – wyłącznie dlatego, że kiedyś skojarzyły się historycznie. Tradycjonalistyczny katolicyzm szedł ramię w ramię z monarchią; Rewolucja Francuska, nieważne, czy antyklerykalna, czy po prostu obojętna, nie miała z chrześcijaństwem żadnych jawnych związków. Pius IX walczył z Garibaldim; Leon XIII opowiedział się po stronie monarchów, a nie narodów. I tak dalej i tak dalej, przykłady można by mnożyć. Natomiast, nawet z czysto rozumowego punktu widzenia, sprawa nie jest wcale taka prosta; i przy bliższych oględzinach okazuje się nieraz, że podobne sojusze miały motywację daleką od ideowej czystości, że za słowami nie zawsze idą czyny, że ludzie błądzą, że nie rozumieją nawet samych siebie, że rzeczy pozornie niechrześcijańskie mogą być najbardziej chrześcijańską (w pewnym sensie przynajmniej) siłą dziejową epoki, a „porządek chrześcijański” – ledwie maską nowego porządku, budowanego na zupełnie innych zasadach. Jako istoty rozumne i wolne, mamy prawo patrzeć na te historyczne węzły gordyjskie z pewnego dystansu, i nieco je przynajmniej luzować – i wtedy zaczną się dziać rzeczy niesłychane; i być może my również, podobnie jak Gilbert, dostrzeżemy w Garibaldim ostatniego rycerza chrześcijańskiej Europy.

Wszystko sprowadza się do wolności wewnętrznej, do której mamy prawo. Jeśli wierzymy w pewne rzeczy, musimy to robić z autentycznego przekonania i po autentycznym namyśle. Poszukiwanie prawdy zawsze musi być, moim zdaniem przynajmniej, na pierwszym miejscu; inaczej myślenie i wiara w cokolwiek zwyczajnie nie ma sensu. Inaczej działanie nie ma sensu; pisanie nie ma sensu; i życie nie ma sensu. I nawet jeśli ktoś się z Gilbertem w pewnych wypadkach nie zgodzi, jedno pozostaje pewne: ten wielki pisarz zawsze szukał prawdy i tylko prawdy; i bardzo to widać. Widać to we wszystkim, co tylko napisał, i na każdej stronie tej książki. Istotnie, nie jest to łatwa postawa, szczególnie z punktu widzenia tożsamości grupy; zazwyczaj ludzie myślący w ten sposób kroczą samotnie, nieakceptowani przez nikogo – zbyt konserwatywni dla liberałów i zbyt liberalni dla konserwatystów, zbyt lewicowi dla prawicy, i zbyt prawicowi dla lewicy; ponieważ są ponad, nie pasują – ponieważ nie pasują, udaje się, że nie istnieją. Chesterton sam przekonywał się o tym wystarczająco często – i do dziś przecież jego pisarstwo pozostaje przecież na ogół, na pewno w Polsce, politycznie lekceważone: dokładnie dlatego, że nie wiadomo „co z nim zrobić”; czy też może raczej – jak go użyć. Bo istotnie, książek Chestertona nie da się używać. Da się nad nimi tylko myśleć. Raz dał się Gilbert „rozegrać” politycznie (Partii Liberalnej, we wczesnej młodości) – i już nigdy później; tak też nie daje się „rozgrywać” również dzisiaj.

Z natury jestem indywidualistą, więc łaknę takiej filozofii życiowej, jak łania łaknie wody ze strumieni. Być może to właśnie największy dług, jaki mam u tego człowieka (a mam ich sporo): ta wolność, którą daje szczere szukanie idei; wolność, która się nie boi. „Teoria republikańska nie pozwala prześladować Kościoła; doktryna Kościoła nie pozwala ekskomunikować republikanina”. Jest miejsce dla demokratów w strukturach Kościoła – i jest miejsce dla Kościoła w świecie demokratycznym. Jeśli nie ma, to coś gdzieś poszło nie tak; to ktoś się pomylił – i nie chodzi już wcale o ideę, tylko o interesy. Oczywiście, wobec dramatów historii przepracowanie tego problemu wymaga niezmiernie dużo wysiłku, i szczerej otwartości z obydwu stron, o którą dzisiaj bardzo trudno (i Kościół nie wydaje się tutaj głównym sprawcą trudności), a dodatkowo bardzo świeżego spojrzenia na sprawę – bo role się odwróciły, choć wszyscy robią wszystko, aby nikt tego nie zauważył; i jeśli coś jest dziś martwe, to nie wiara chrześcijańska – ale demokratyczna. Niemniej, w ostatecznym rozrachunku, jedyne, co powinno nas obchodzić, to rozumienie i konsekwencja; jeśli wiemy dlaczego wierzymy tak a nie inaczej, i jeśli jesteśmy w naszej wierze konsekwentni, kto nas może osądzić?

Jedyne, o co proszę zatem czytelnika, to aby spojrzał na to niezwykłe dziełko przez pryzmat tego pytania.

Co zaś do kwestii przekładu jako takiego, to sprawa okazała się nader przyjemna. Do poprawki było bardzo niedużo – i właściwie lepiej byłoby mówić nie tyle o „poprawianiu”, co „szlifowaniu”. Przyznam, że to dla mnie duże zaskoczenie, bo nieczęsto udaje mi się zachować podobną dokładność i rygor; to chyba naprawdę jedyny taki przypadek. Cieszę się z tego niezmiernie, a że wyobraźnię mam bujną, to lubię wyobrażać sobie, że jest w tym jakiś głębszy sens; i że nieprzypadkowo właśnie ta książka wyszła mi najlepiej.

I proszę nie brać tego zbyt poważnie; poezja jest w znacznej mierze komedią – i ja też, ponieważ lubię poezję, mam prawo pośmiać się czasem sam do siebie.

 

Maciej Wąs,

Sosnowiec, 12 III 2018,

św. Teofana kronikarza

 

Książka dostępna w bibliotece: http://chestertonpolska.org/biblioteka/