Nie lubię tu niczego reklamować, a nawet „reklamować”, więc do pisania przystępuję z pewną obawą; niemniej jeśli coś wydaje mi się warte uwagi, to o tym mówię. Tak też wartą uwagi wydała mi się najnowsza książka Rafała Wosia pt. „Zimna trzydziestoletnia”, która ukazała się w tym roku nakładem wydawnictwa Mando.

Oczywiście, już to sobie wyobrażam, wielu oburzy się samym tym faktem, że Rafał Woś jest z lewicy. Lewica – czyli ZŁO; po co w ogóle się tym zajmować? Otóż chyba dostatecznie dużo śliny tutaj wyplułem, żeby było jasno, że mi dokładnie rybka, czy prawica, czy lewica. Interesuje mnie zawsze to, co dany jegomość (czy jejmość, bo nie jestem, wbrew pozorom, uprzedzony) ma do powiedzenia. A Rafał Woś ma w tej książce do powiedzenia bardzo dużo ciekawych rzeczy – tym ciekawszych, z naszej tu perspektywy, że pokazującej jasno zarówno mocne, jak i słabe strony tego, co się nazywa obecnie „lewicą społeczną”. Postaram się napomknąć o obydwu tych aspektach sprawy, resztą zostawiając, jak można mieć nadzieję, w rękach zainteresowanego czytelnika, bo i każda tego typu rzecz jak „recenzja” służy ostatecznie zachęcie do wyrobienia sobie własnej opinii.

Rzecz jasna, zacznę od tego, co mi się podoba. Zapytajmy zatem, jakie asy ma w swoim rękawie współczesny demokratyczny socjalizm i „nieautoryzowana biografia” polskich przemian kapitalistycznych?

Pierwszym mocnym punktem książki jest już sam tytuł: „Zimna trzydziestoletnia”. Jako taki bowiem sprowadza debatę społeczną na poziom etyczny. To jest to, czego po drugiej stronie dojmująco mi brakuje. Większość, strzelam (acz to nie jest strzał na ślepo) z ludzi tzw. „prawicy” żachnie się na takie określenie z lekceważeniem. „Zimna? Jaka ‘zimna’? Co to znaczy, że państwo jest ‘zimne’? A jakie powinno być – ciepłe? Śmiechu warte to sentymentalne gadanie”.

Otóż tak, śpieszę poinformować, państwo powinno być „ciepłe”, przynajmniej z chrześcijańskiego punktu widzenia. Filozofem nie jestem i nie aspiruję, jednak na ile znam katolicką naukę społeczną, to podstawową cnotą społeczną społeczeństwa chrześcijańskiego jest tzw. „przyjaźń obywatelska”, to znaczy: że dobro naszych ziomków widzimy jak swoje własne (bo na tym też, tzn. na zniesieniu różnicy między „moje” a „twoje” dobro, polega przyjaźń już w klasycznym wykładzie Arystotelesa). To zaś suponuje atmosferę wzajemnej życzliwości i zaufania, czyli (biorąc rzecz od strony czysto emocjonalnej) tzw. „ciepło”. I to nie jest jakiś tam „sentymentalizm” czy Bóg wie co, ale proste wnioskowanie z faktu, że żyjąc w społeczeństwie, żyjemy wspólnie. Mamy zatem wobec siebie pewne zobowiązania, które są ważniejsze od wszelakich rozwiązań „technicznych”, mogących znajdować zastosowanie w drugim stopniu. Inaczej: państwo jest, w ostatecznym rozrachunku, zasadniczo pewną strukturą relacji między ludźmi, które muszą funkcjonować na ludzki sposób, niezależenie od tego, czy to się „opłaca” czy nie, albo czy skutecznie betonuje zastane stosunki władzy. Woś to dostrzega i na tym buduje cały swój wywód. Warte to docenienia, a wręcz naśladownictwa, bo niemało się tego dostrzega w obecnym wszechświecie.

Sprowadzenie (czy raczej: wyniesienie) dyskusji na poziom moralny, owocuje masą pozytywnych skutków, naturalnie wynikających z przekroczenia horyzontu prostej użyteczności czy praktyki. Na przykład: kojącą atmosferą demokratycznej równości, w której problemy tych, którym się „nie udało” w okresie potransformacyjnym stają się równie ważne, jak sukcesy tych nielicznych, którzy je odnieśli. Woś z ogromnym zaangażowaniem przybliża nam historie, w kilku wypadkach osobiste, polskich „nieudaczników”, zaangażowanych „Solidarnościowców”, związkowych idealistów, czy tych, którzy chcieli po prostu zachować szansę prowadzenia swojego małego sklepu czy drobnego gospodarstwa, a którą to szansę polskie państwo przez swoją politykę im odebrało – wszystkich tych, którzy mogli czuć się po 1991 oszukani, wzgardzeni, zmarginalizowani. Sprawia, że wreszcie zaczynamy w nich dostrzegać człowieka, a nie ledwie element statystyki, na podstawie której wylicza się per saldo przyrost pieniędzy w obiegu i odtrąbia wielki sukces. Pozwala to pojąć, rzecz jasna na tyle, na ile to się pojąć da, złożoność i wielowymiarowość polskiego życia politycznego, zależącego zawsze od ludzkich wyborów, podyktowanych ludzką sytuacją.

Dzięki temu, kontynuując, Woś nie „maczuguje”; nie okopuje się na własnych pozycjach, ale stara się patrzeć na sprawy w sposób w miarę przynajmniej, o ile człowiekowi w ogóle wolno mierzyć wyżej, obiektywny. Ma, jak zwykle, sporo dobrego do powiedzenia o PiSie, sporo też, co może dla wielu bardziej zaskakujące, o „Samoobronie”. Widzi bowiem, że za każdym z tych indywidualnych wyborów, które ostatecznie przełożyły się na sukces tej czy innej formacji, stoi ogromnie skomplikowana i w gruncie rzeczy niepojmowalna dla reszty historia, którą trzeba uszanować. Dzięki temu, pokazuje się jako prawdziwy demokrata. Demokracja bowiem, to po prostu pewna metoda sprawowania władzy, a nie tego sprawowania rezultat. Z tej prostej przyczyny, że ludzie są wolni. Jeśli chcemy władzy dla ludzi, musimy liczyć się z tym, że zadecydują według własnych doświadczeń na swój własny sposób, który niekoniecznie musi nam odpowiadać, nawet jeśli żywimy mocne przekonanie, że to akurat nasze pomysły są politycznie najlepsze. Woś to rozumie – i to samo czyni go poniekąd wyjątkiem od polskiej reguły, w której tego dobrze pojmowanego humanizmu znajdzie się jak na lekarstwo.

Szanując ludzi, szanuje Woś również pokolenie młodszych, z ich problemami i własną opowieścią. Innymi słowy: humanistyczne poczucie etyczne staje się także standardem oceny obecnych warunków pracy w Polsce. Osobiście, to dla mnie moment najważniejszy. Autor mistrzowsko dostrzega bowiem, dla wielu skądinąd zacnych osób, postrzegających kwestię w perspektywie czysto ilościowej niezauważalny, anty-humanistyczny, mechaniczny i przemocowy charakter obecnych relacji pracy w Polsce. W pracy bowiem, liczy się nie tylko, a i nie przede wszystkim, to, ile się zarabia, ale jak się zarabia. Czy się ze swoją pracą utożsamiamy, czy nie, czy rozumiemy jej sens, czy czerpiemy z niej satysfakcję, czy – wreszcie – czujemy się w niej jak podmiot, a nie jak przedmiot, przesuwany z miejsca na miejsce przez siły zewnętrzne, na które nie ma najmniejszego wpływu. To gigantyczny obecnie problem, o którym powszechnie się milczy, ale który naprawdę ma ogromne znaczenie dla przyszłości życia społecznego. Przecież to w pracy, bowiem, spędza się większość życia; a więc, takie będą rzeczpospolite, jak ich młodzieży praca. Woś widzi zaś, że w obecnym systemie, w którym praca sprowadzona została do roli krążącego po rynku produktu, sensu, utożsamienia i prostej, ludzkiej wrażliwości właściwie już nie ma; a wszystko zostaje zredukowane do relacji siły, gdzie pracodawca z konieczności odgrywa rolę hegemona. Skutkiem pozostaje tak piętnowane w książce „cmentarzysko ludzkie” – cmentarzysko zamordowanej kreatywności, zawiedzionych nadziei, zduszonego potencjału, który już nigdy być może nie zdoła się odrodzić. Pycha i głupota starszych pokoleń, które, nie pamiętając już swojej młodości, pouczają nas bez ustanku jak to mamy dobrze, bo zarabiamy 3000 złotych jako pierwszą pensję (czy 3000 złotych??) i nie powinniśmy narzekać, niezależnie od tego, co się dzieje, zaowocuje katastrofą, której skutków nie jesteśmy obecnie w stanie oszacować. „Rodzice zjedli młode winogrona a dzieciom ścierpły zęby” – to jest ta sama śpiewka od czasów proroka Ezechiela; i sytuacja zawsze tak samo zgubna, świadcząca o nieodpowiedzialności i niedojrzałości tych, którzy powinni odgrywać rolę matek i ojców, wychowawców i nauczycieli.

Wreszcie, na koniec: patriotyzm. Delikatny, „nowoczesny”, ale jednak wyraźny; bo przecież takiej książki nie napisałby nikt, komu by nie zależało na własnej Ojczyźnie. Woś zatem zdaje się rozumieć ten prosty fakt, że „być człowiekiem” i „być Polakiem” się nie wykluczają, a tworzą pewien związek, w którym, owszem, drugie jest podporządkowane pierwszemu, ale pierwsze potrzebuje drugiego, w związku z czym i o drugie warto się zatroszczyć. Nie ma tu klasycznego dla „lewicy kawiorowej” zwyczaju pastwienia się nad własnym narodem i jego dennym poziomem, żadnego poczucia wyższości czy westchnień do „Europy”, która nas wreszcie „ucywilizuje”. To jest książka Polaka o Polsce, w dobrym, Risorgimento tej frazy znaczeniu. Czyli tak, jak być powinno. Normalność to obecnie rzadkość, więc tym bardziej warto ją tutaj podkreślić.

Innymi słowy: z tego punktu widzenia, „Zimna trzydziestoletnia” to po prostu zapis zdrowego rozsądku, a na pewno chrześcijańskiego zdrowego rozsądku, z którym każdy, kto naprawdę wierzy, że Ewangelia ma jakieś znaczenie, nie może się nie zgodzić. „Zimna trzydziestoletnia” jest bowiem nie tylko zimna, ale i bezbożna, całe jej bowiem istnienie opiera się na negacji podstawowych zasad Prawa Bożego, co pewnie nietrudno będzie sobie teraz zdiagnozować. I dobrze byłoby ten fakt podkreślić – do czego też podczas lektury znajdziemy niejedną okazję. Można tylko jeszcze żałować, że podobnie uczciwa i rzetelna krytyka nie wyszła dotychczas, niestety, spod katolickiego pióra, któremu wciąż szkodzi najbardziej nie spisek neokomuny, ekspansja ideologiczna zachodu czy Bóg wie co, ale „ukąszenie korwinistyczne”, czyniące z niego narzędzie do dekorowania, a nie zmieniania, zastanej rzeczywistości.

Ale zaraz, zaraz – czy to oznacza, że książka ma same zalety? Niestety, nie. Niech mi będzie zatem wyłuszczyć tutaj kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze: za dużo statystyk. Chesterton powiedział kiedyś, że statystyka to błąd filozoficzny, opierający się o tzw. „zasadę atomową”, to znaczy: że każdy człowiek to po prostu taka „kulka” materii, ilościowo może różna (większa, mniejsza), ale jakościowo dokładnie identyczna. A przecież za każdym ludzkim zdaniem, za każdym ludzkim wyborem, kryje się niezliczona ilość znaczeń i motywacji, których nikt nie da rady ogarnąć – i na pewno nie sprowadzić do siebie! A przecież sam autor to dostrzega, jak zaznaczyłem, analizując polityczną historię III RP! Całość wytwarza, we mnie przynajmniej, poczucie zawodu. Rozumiem, że takie są obecnie wymogi i Rafał Woś robi po prostu to, czego się od publicysty oczekuje, niemniej jego nonkonformizm moim zdaniem zyskałby na bardziej… nonkonformistycznym podejściu do sprawy. Jak chcemy rozwalić ten system, to rozwalmy ten system – od piwnicy aż po strych; niech się dzieje.

Po drugie: styl. Zasadniczo jak wyżej. Wiem, że takie są wymogi, niemniej publicystyka nie powinna silić się na fasadową „naukowość” czy formalizm tylko po to, aby zadowolić tego lub owego nadętego pasibrzucha, dla którego powiedzenie czegoś z humorem skreśla wagę argumentu. Nieprzekonanych i tak się nie przekona, a otwarty umysł lepiej przyjmie indywidualizm i polot, niż standaryzowane „zwięzłe zdania i krótkie akapity”. To jest dobre na doktorat, nie na wywołanie zmiany społecznej.

Oczywiście, powyższe uwagi są z przymrużeniem oka, sam bowiem przekonałem się nie raz, że żeby zaistnieć, trzeba się dostosować (w czym ukłon dla mego ulubionego proto-faszysty Babbitta, o którym niejedno się tutaj jeszcze powie). Niemniej jest jeden zarzut naprawdę poważny, któremu tutaj chciałbym poświęcić chwilę. Jak zapewne bowiem uważny czytelnik już zauważył, zalety, które wymieniłem, tyczyły się raczej diagnozowania pewnych problemów, niż znajdowania na nie recept. A recepty Rafała Wosia mają tę wadę, że są… socjalistyczne (to zresztą dość pospolity problem z socjalistami). No dobrze, dobrze – być może banał, być może głupi dowcip, jest jednak więcej w tym stwierdzeniu, niż się na pozór wydaje. Bo bynajmniej nie twierdzę, że są one – a już na pewno nie z samego tego tytułu – bezwartościowe, głupie, czy jakieś-tam, przeciwnie: uważam je za bardzo interesujące i godne głębszego namysłu, szczególnie jako odtrutka na tchórzliwy konformizm „bo tak to już jest”, królujący obecnie w przestrzeni publicznej, niemniej: wszystkie one rozbijają się (dla mnie przynajmniej) o pewną nieusuwalną barierę, którą najlepiej będzie oddać cytatem. Tak też, autor pisząc o tzw. Modern Monetary Theory, bardzo postępowej teorii pieniądza suwerennego, próbującej zasadniczo wyciągnąć ad extremum konsekwencje z obecnie obowiązującej teorii (i praktyki) fiducjarnej, formułuje taką oto obserwację:

Warto zauważyć, że fiskalizm to właśnie ten moment, który najbardziej różni MMT od Thomasa Piketty;ego i innych zwolenników podejścia socjaldemokratycznego. Widać to było doskonale w sporze, do jakiego doszło niedawno w USA. Zaczął go Doug Henwood, publicysta reprezentujący lewicową szkołę. W tekście Dlaczego MMT nie pomaga? Dowodził, że tylko poprzez daniny fiskalne dokonuje się zasadniczej zmiany społecznej. To raczej wysokie podatki nałożone na najbogatszych sprawiają, że zmniejszają się nierówności i są pieniądze na dofinansowanie zniszczonych w epoce neoliberalizmu instytucji państwa dobrobytu.

Na takie dictum odpowiedziała ekonomistka Pavlina Tcherneva, zrzucając Henwoodowi, że jest niewolnikiem iluzji powszechnej na liberalnym skrzydle amerykańskich demokratów (i wśród europejskiej lewicy pewnie też). Ta iluzja polega na myśleniu, że społeczeństwo potrzebuje bogatych aby zapłacili za socjalne fanaberie. Wedle takiego wyobrażenia, ludzie majętni to jakby drzewa, na których rosną pieniądze. I jeśli te drzewa wytniemy, pieniądze znikną. Tymczasem – dowodzi ekonomistka – MMT chce uczynić bogactwo przeżytkiem. W świecie, w którym rząd ma możliwość właściwie bezkosztowego finansowania najpotrzebniejszych usług publicznych, bogactwo przestaje być bowiem czymś, za czym się tęskni. No bo po co ciułać te dolary (dużo dolarów) na wykształcenie dzieci, skoro mamy świat, w którym wyśmienita edukacja staje się prawem człowieka. Podobnie godne zabezpieczenie starości oraz służba zdrowia. Zwolennicy MMT mówią więc, że nie ma sensu – tak jak dziś – błagać bogatych, by podzielili się majątkiem w ramach podatkowych zobowiązań. Nie chcecie się dzielić? Trudno. Spalimy wam te pieniądze. Albo je zostawimy – lecz uczynimy bezwartościowymi symbolami statusu, które na niewielu robią wrażenie. (ss. 165-166)

(Swoją drogą: tu może sobie czytelnik wyrobić opinię na temat moich poprzednich spostrzeżeń na temat stylu. Nie mam racji? A taka jest caaaaaała książka; nuda, po prostu, a po co?)

Podkreślam na wstępie, że nie mam kwalifikacji, by oceniać tę teorię na poziomie ekonomicznym. Może są to zupełne banialuki, może nie. Załóżmy jednak, że nie. Co wtedy? Otóż prosta sprawa: podmieńmy sobie „bogatych” na „X milionów gospodarstw domowych”. A przecież się da. I co? Im też „spalimy te pieniądze” czy „uczynimy bezwartościowymi”? A przecież moglibyśmy – więc: w razie czego, tak. Zakres prerogatyw państwowych, jaki roztacza się przed nami przy dobrym zrozumieniu konsekwencji tego stanu rzeczy, jest po prostu gigantyczny. Gdzie to się skończy? Czy gdziekolwiek się skończy? A jeśli nie, to jakie zostaje tu pole do oddolnej akcji obywatelskiej, sprzeciwu, oporu, walki o swoje i egzekwowania woli zbiorowej? Innymi słowy: gdzie tu jest miejsce na jakąkolwiek demokrację? Państwo mogące bez najmniejszych przeszkód manipulować wartością pieniądza to państwo-moloch, państwo-Lewiatan, państwo, które bez najmniejszego problemu zdusi wszelkie protesty społeczne, choćby szantażując obywateli głodem. By ująć to jeszcze inaczej: państwo, jak zauważyli już najzacniejsi radykałowie XVIII wieku, samo potrzebuje kontroli, aby nie zmienić się w potwora. Najlepszą rękojmią tej kontroli jest zaś przynajmniej względna niezależność ekonomiczna ogółu populacji, która pozwoliłaby jej nie bać się nawet najbardziej szalonego szantażu ze strony rządzących. Czy chcemy zatem, czy nie, i tak powracamy do zasady, którą sformułował Gilbert w słynnej debacie z Bernardem Shawem: „Twierdzimy, że powinno istnieć na świecie wiele ośrodków władzy, przywilejów, ograniczeń, punktów oporu, tak by ludzie zawsze mogli obronić się przed tyranią”. Oto istota dystrybucjonizmu, czy raczej (jak rzekłem) pluralizmu – bo ostatecznie chodzi właśnie o zdrowy pluralizm form politycznych, ekonomicznych i społecznych, o zdrową proporcję wszystkiego (po prostu), która gwarantowałaby wszystkim największą możliwą niezależność, tak aby wszyscy naraz wspierali się – i ograniczali. Nie dostrzegając tego, socjalizm, niezmiennie, w punkcie dojścia podważa swój punkt wyjścia (jak to trafnie zauważył Penty), skazując się albo na szlachetną klęskę idealisty – albo na skądinąd niemiłe z socjalistycznego punktu kompromisy, dobrze opisane przez Belloca w Państwie niewolniczym.

To jest właśnie największa wada – i najlepsza z dystrybucjonistycznego punktu widzenia cecha tej książki, dla której naprawdę warto ją przeczytać. Potwierdza ona bowiem nieprzemijającą wartość tego, co pewien angielski dziennikarz napisał przeszło sto lat temu; i że, o ile nie wrócimy do tych zasad, które znalazły wyraz w jego dziełach, zginiemy. I nie pozostanie po nas kamień na kamieniu.

Co, oczywiście, chrześcijanina przerażać nie powinno; ale to inna historia.

Nie chciałbym jednak, aby ktokolwiek wyniósł z tego tekstu wrażenie, że książki Rafała Wosia nie doceniam, czy że się z niej podkpiwam. Przeciwnie: zalety, które opisałem, naprawdę są zaletami. I cieszy, po ludzku, że takie dziełko ukazało się na polskim rynku. Szczególnie, że to istotnie może zapowiedź, może przedsmak, a może ledwie marzenie o nowej jakości politycznej, która zastąpiłaby to starą, która już wszystkim nam się pewnie solidnie znudziła. Jeżeli zatem mam polecić, szczerze, jakąś książkę do poczytania, to polecam tę, ze wszystkich, mniej lub bardziej przekornie formułowanych powodów, które udało mi się tutaj umieścić.

Maciej Wąs